Na ratunek kociętomTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: New Animal Ark. Bunny Trouble

Text copyright © Working Partners, 2018

Illustrations copyright © Working Partners, 2018

Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktor prowadzący: Izabela Troinska

Redakcja: Magdalena Olejnik

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

Wydanie I

ISBN 978-83-8203-029-7


Wydawnictwo Nowa Baśń

ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań

www.nowabasn.com

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Zwierzakowe Porady

Ze specjalnymi podziękowaniami dla Janet Bingham Dla Thomasa

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Amelia Bukowska nachyliła się do drzwi samochodu i przytuliła tatę.

– Bądź grzeczna dla mamy i babci – powiedział. – A jeśli nie możesz być grzeczna…

– …bądź ostrożna! – dokończyła dziewczynka, a tata zachichotał.

Amelka nadal przyzwyczajała się do życia z dala od taty. Po rozwodzie został w ich starym mieszkaniu w Yorku, a Amelia wraz z mamą wyprowadziły się na wieś do babci. Tata zawsze żegnał się z nią w ten sam sposób.

Zmierzwił długie blond włosy córki.

– Do zobaczenia za dwa tygodnie – powiedział. – Powodzenia w szkole. Dasz sobie radę.

Amelka poczuła ucisk w żołądku. Jutro pierwszy dzień w nowej szkole.


Gdy tata odjechał, Amelka odwróciła się w stronę czerwonych drzwi wejściowych swojego nowego domu. Przy ganku rósł głóg, a młody kos właśnie wydziobywał ziarenka z zawieszonego na niewielkim drzewie karmnika. Pszczoły pracowicie krążyły nad kępką lawendy. Po weekendzie w zatłoczonym Yorku, pełnym tętniących życiem sklepów, Amelia dziwnie czuła się z powrotem na wsi, wśród zwierząt. Cichutko otworzyła i zamknęła za sobą drzwi, by nie przestraszyć kosa, i weszła do kuchni. Babcia zbierała szklanki po herbacie, a mama siedziała przy stole i kroiła warzywa na kolację. Uśmiechnęły się, gdy Amelia weszła do kuchni, a ona odwzajemniła uśmiech. Babcia i mama były do siebie takie podobne. Włosy babci były krótkie i schludne, a mamy długie, tak jak Amelii, ale obie miały tak samo roześmiane niebieskie oczy.

Niebieskie, takie jak moje, pomyślała Amelia. Tata zawsze mówił, że przypomina mu mamę.

– Opowiedz nam, co robiłaś w weekend – powiedziała mama. – Wygląda na to, że świetnie bawiliście się z tatą.

– Było naprawdę super – powiedziała Amelia. – A najlepsza była wyprawa do kina. Ale tęskniłam za Welford, i za kociakami!

Ona i jej nowy przyjaciel Sylwek znaleźli maleńkie kocięta w garażu chłopca, ale nigdzie nie było ich mamy. Całe szczęście, że udało im się ją odnaleźć i połączyć w porę kocią rodzinę, bo dzięki temu ocalili maluchy. Kocia rodzina mieszka teraz w Zwierzakowie, miejscowej lecznicy dla zwierząt, gdzie weterynarze zajmują się nią, dopóki kociaki nie urosną na tyle, by opuścić matkę.

– Mogę je odwiedzić? – zapytała Amelia. – Po drodze skoczę do Sylwka i zapytam, czy też chce pójść.

Babcia wyjrzała przez okno.

– Nie będziesz musiała. Właśnie tu idzie!

Amelia uśmiechnęła się szeroko. Przez okno zobaczyła swojego przyjaciela oraz Maka, jego małego teriera, idących ścieżką przez ogród. Pobiegła otworzyć im drzwi.

Mak wspinał się jej na kolana, skamląc radośnie i machając pękatym ogonkiem.

– Cześć, Sylwek! – przywitała się Amelia. – Cześć, Mak!

Uklękła, by pogłaskać gęstą białą sierść pieska i podrapać go za uszkami.

Ciemnobrązowe oczy Sylwka błyszczały z ekscytacji.


– Cześć, Amelko! – powiedział. – Mak chyba za tobą tęsknił. Chcesz z nami pójść do kotków?

Dziewczynka się zaśmiała.

– No pewnie! Chodźmy, nie mogę się doczekać, aż znowu będę w Zwierzakowie!

ROZDZIAŁ DRUGI


Przed wejściem do Zwierzakowa weterynarz, pan Nadzieja, żegnał się z kobietą i jej nadpobudliwym pieskiem rasy cockapoo. Uroczy maluch miał wokół szyi zapięty ochronny kołnierz.

– Baster będzie musiał go nosić, dopóki nie usuniemy szwów – mówił pan Nadzieja. Gdy zauważył Amelkę, Sylwka i Maka, pomachał do nich. – Dzień dobry! Pewnie przyszliście zobaczyć kocią rodzinkę. Wejdźcie do środka!

Podążyli za panem Nadzieją do recepcji. Amelia rozejrzała się, myśląc o tym, jak dziwnie to miejsce wygląda w niedzielę – krzesła były puste, nikt nie siedział za biurkiem. Na ustawionym z boku stole leżała sterta równo ułożonych magazynów, a ściany były obklejone plakatami z informacjami dla właścicieli zwierząt. Na ogłoszeniu zawieszonym najbliżej drzwi zobaczyła dwa czarno-białe króliki. Przeczytała: „POSZUKUJEMY nowego domu dla dwóch uroczych króliczych sióstr!”. Amelia uśmiechnęła się. Króliczki były naprawdę słodkie.

– Mak może tutaj zostać, gdy przejdziemy do hotelu – powiedział pan Nadzieja.

– Mak, zostań – powiedział Sylwek, przewiązując smycz wokół jednego z haczyków w ścianie.

Mak położył się, a jego merdający ogonek uderzał o ziemię. Sylwek pogłaskał go po głowie.

– Dobry piesek!

Pan Nadzieja poprowadził ich do „hotelu” – przytulnego pokoju na zapleczu, gdzie trzymano chore zwierzęta, które musiały zostać w lecznicy na noc. Na ziemi rozłożone były duże wygodne kojce, a mniejsze umieszczono nad nimi. W jednym z dużych kojców siedział stary pies o siwym pysku, z zabandażowaną nogą. Otworzył jedno oko, po czym znów je zamknął.

Pani Nadzieja, również pracująca w lecznicy jako weterynarz, nachylała się nad kojcami. Jej przyjazna twarz rozpogodziła się, gdy zobaczyła Amelię i Sylwka.

– Chodźcie zobaczyć – powiedziała.

Amelia poczuła podekscytowanie, gdy zajrzeli do kojca. Karmelka, czyli kocia mama, leżała na boku, rozłożona na watowanej, ocieplanej poduszce. Zamruczała radośnie, podnosząc wzrok na Amelkę i Sylwka. Czwórka jej kociąt znajdowała się tuż obok, pijąc jej mleko. Trójka z nich miała szylkretowe futro, takie jak ich mama, a czwarty kociak był rudy. Ich drobniutkie łapki ugniatały miękki brzuszek mamy, a co jakiś czas któryś z maluchów wydawał z siebie cichy, zadowolony pisk.


– Ale urosły, odkąd je znaleźliśmy – powiedział Sylwek.

Amelia kiwnęła głową.

– Nawet mały rudzielec. – Wzdrygnęła się, bo przypomniała sobie, że kotek był bliski śmierci, gdy go znaleźli.

– Karmelka bardzo dobrze się nimi opiekuje – oznajmiła pani Nadzieja.

– Jak długo kocięta muszą z nią zostać? – zapytał Sylwek.

– Przynajmniej dopóki nie skończą ośmiu tygodni – odpowiedziała pani Nadzieja. – Czyli jeszcze około sześciu tygodni.

Amelia i Sylwek wymienili spojrzenia. Amelia wiedziała, że myślą o tym samym: mają sześć tygodni, by znaleźć maluchom nowe domy. Gdy odnaleźli Karmelkę na farmie pana Stanka, ten zgodził się adoptować ją i jedną z szylkretowych kotek, którą nazwał Śnieżynką z powodu białej plamki na jej ogonku. Ale pozostałe trzy kociaki nadal potrzebowały nowych opiekunów, a Amelia była zdeterminowana, by ich znaleźć.

Jeśli mi się uda, marzyła dziewczynka, może państwo Nadziejowie pozwolą mi pomagać w Zwierzakowie na stałe.

Para weterynarzy powiedziała dziewczynce, że jest na to jeszcze zbyt młoda, ale Amelka niczego na świecie nie pragnęła tak mocno.

– Czeka nas dużo pracy, zanim pozwolimy kociakom opuścić Karmelkę – kontynuował pan Nadzieja. – Musimy zacząć je dotykać i codziennie się z nimi bawić. Wtedy szybko oswoją się z ludźmi. I zostaną dobrymi zwierzątkami domowymi.

 

Serce Amelki aż podskoczyło. To kolejna okazja, by mogli sprawdzić się jako opiekunowie!

– My możemy się z nimi bawić, prawda, Sylwku? – powiedziała.

Sylwek pokiwał gwałtownie głową.

– Tak jest! Będziemy przychodzić codziennie po szkole.

– Wspaniale! – ucieszyła się pani Nadzieja. – Z waszą pomocą te kociaki wyrosną na wspaniałe zwierzęta domowe.

Jedna z szylkretowych kotek właśnie skończyła jeść. Przeturlała się z dala od Karmelki i stanęła na chwiejnych łapkach.

– Ojej! – zawołała Amelia. – Mała otworzyła oczka! Jakie niebieskie!

– Kocięta otwierają oczy około tygodnia po urodzeniu – powiedział pan Nadzieja. – Niedługo zmieni się ich kolor. Tak naprawdę kocięta zmieniają się codziennie! Te maluchy dopiero uczą się chodzić, ale już niedługo będą biegać. Może nadeszła pora, by zacząć je dotykać. – Weterynarz otworzył drzwiczki kojca i pogłaskał Karmelkę po głowie. Następnie podniósł szylkretową kotkę i podał ją Amelce.

Dziewczynka poczuła przypływ radości. Czuła znajdujące się pod miękkim futerkiem drobne ciało zwierzątka i poduszeczki jego maleńkich łapek. Kotka zderzyła się główką z kciukiem Amelii i powąchała wnętrze jej dłoni. Dziewczynka głaskała ją za uszami. Nie były jeszcze szpiczaste, jak uszy Karmelki, ale złożone przy główce. Amelia położyła palec przy pyszczku kotki i została nagrodzona liźnięciem szorstkiego języka.

Sylwek trzymał w rękach drugą szylkretową kotkę.


– To niesamowite móc je trzymać – szepnął.

Amelia kiwnęła głową.

Pani Nadzieja przytulała małego rudzielca, a pan Nadzieja podniósł Śnieżynkę. Karmelka obserwowała ich, mrużąc oczy z zadowolenia.

Po chwili położyli kocięta na miękkiej macie na podłodze. Maluchy stawiały drżące kroczki, zbliżając się do siebie. Pani Nadzieja znalazła kawałek włóczki i zamachała nim, zachęcając je do zabawy. Kotki usiłowały chwycić go swoimi maleńkimi łapkami, ale szybko położyły się z powrotem na macie, ziewając.

– Czas wrócić do mamy – powiedziała pani Nadzieja.

Amelka pomogła zebrać kocięta i ostrożnie włożyć je do kojca. Karmelka zaczęła je myć – lizała je po futerku, głośno mrucząc. Kotki przytuliły się do niej i zaczęły zasypiać. Amelia objęła się rękami, była bardzo szczęśliwa.

– Jutro znów będą gotowe do zabawy – powiedziała pani Nadzieja.

Amelka się zaśmiała.

– Przyjdziemy!

Wrócili do recepcji.

– Mam nadzieję, że Mak był grzeczny – powiedział Sylwek. Ale gdy otworzył drzwi, wydał z siebie zduszony okrzyk. Mak zniknął!

– Mak! – zawołał chłopiec. – Gdzie jesteś?

Sprawdzili pod wszystkimi krzesłami, aż w końcu znaleźli pieska leżącego pod biurkiem w recepcji, chowającego się za koszem na śmieci. Żuł coś czarnego i błyszczącego. Amelia sięgnęła i chwyciła go wokół miękkiego brzuszka, a Sylwek wyrwał przedmiot spomiędzy ostrych szczenięcych ząbków Maka. To był but na wysokim obcasie.


– Ups – jęknął. – Julia pewnie zostawia na weekend swoje buty do pracy pod biurkiem. – Przyjrzał się butowi. – Całe szczęście nie jest zniszczony, tylko trochę ośliniony! – Chłopiec wytarł but o swoją bluzę i odłożył pod biurko.

– Uff! Znaleźliśmy go w samą porę – powiedziała Amelia.

Sylwek kiwnął głową.

– Zaprowadźmy go do domu, zanim jeszcze coś pogryzie!

Ruszyli w stronę Pensjonatu Przy Starym Młynie, w którym mieszkał Sylwek z rodzicami. Mak truchtał przed nimi na smyczy.

– Jak idzie jego szkolenie toaletowe? – zapytała Amelia.

– Świetnie. Nie nasiusiał w domu przez cały weekend. Ale za to zaczął wszystko gryźć. – Sylwek posmutniał. – Zrobił dziurę w wycieraczce przed drzwiami. Mama i tata byli naprawdę zdenerwowani.

Amelia się zmartwiła. Wiedziała, że rodzice Sylwka zapowiedzieli, że jeśli nie uda mu się wyszkolić Maka, będzie musiał go oddać – nie mogą ryzykować, by niegrzeczny psiak odstraszył klientów pensjonatu.

Sylwek wyraźnie posmutniał.

– Nie martw się – pocieszała Amelia, starając się brzmieć najpogodniej, jak tylko potrafiła. – Wyszkolimy go. Będzie najgrzeczniejszym psem w miasteczku.

Sylwek zmusił się do uśmiechu.

– Dzięki. Jak tam? Nie możesz się już doczekać jutrzejszego początku szkoły?

Amelia westchnęła.

– Sama nie wiem… Staram się o tym nie myśleć. Jak tam jest?

– Fajnie, przynajmniej jak na szkołę – odpowiedział Sylwek. – Będziesz w mojej klasie, pamiętasz?

Amelka przytaknęła.

– Cieszę się, że już się zaprzyjaźniliśmy.

– Ja też – zapewnił Sylwek. – Ale nie martw się. Wszyscy są naprawdę mili.

Tata też tak mówił, pomyślała Amelia. Czuła jednak w sobie niepokój przypominający trzepot stada ptaków. Mam nadzieję, że obaj mają rację! – stwierdziła w myślach.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora