Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

Jak wszyscy w Nowym Jorku, Cecily nie przepadała za styczniem, ale w tym roku ten miesiąc był dla niej szczególnie przykry. Zwykle cieszył ją widok za oknem: Central Park w śniegu. Na razie jednak padał deszcz, a chodniki pokryło błoto pasujące do pochmurnego nieba.

Nim tak nagle z jej życia zniknął Jack, wypełniała sobie dni snuciem planów, jak będzie wyglądał ich ślub, i pomaganiem matce i jej przyjaciółkom w organizowanych przez nie niestrudzenie akcjach charytatywnych. Jej wydawało się to stratą czasu. Tyle godzin zabierało zdecydowanie, gdzie ma się odbyć przyjęcie, a potem wybór menu. Wreszcie trzeba było ustalić listę gości – uzależnioną całkowicie od tego, ile dolarów otrzymujący zaproszenia mogli wnieść do puli. Dorothea polegała na informacjach córki dotyczących tego, kogo miały poślubić jej koleżanki z balu debiutantek. Jeśli narzeczony albo nowy mąż był dość zamożny, Cecily je zapraszała.

Choć na pewno matka i jej koleżanki działały w najlepszej wierze, Cecily nigdy nie widziała, żeby którakolwiek z nich ubrudziła swoje śliczne jedwabne rękawiczki, odwiedzając osobiście jakiś wspomagany przez zebrane fundusze ośrodek. Kiedy Cecily zaproponowała, że wybierze się do Harlemu i tamtejszego sierocińca, dla którego podczas dobroczynnej kolacji zdobyły ponad tysiąc dolarów, Dorothea popatrzyła na nią jak na osobę niespełna rozumu.

– Cecily, skarbie, co ty sobie wyobrażasz? Ci Murzyni obrabują cię, zanim zdołasz wysiąść z auta. Twoja działalność pomaga zapewnić pieniądze dla tych biednych kolorowych dzieciaczków. To wystarczy.

Od czasu zamieszek w Harlemie, które wybuchły w 1935 roku, kiedy była na studiach, Cecily miała świadomość istniejących napięć społecznych. Wiele razy kusiło ją, by spytać Evelyn, czarną pokojówkę pracującą u nich od dwudziestu lat, jak wygląda jej życie, ale nie wypadało rozmawiać ze służbą na tematy osobiste. Evelyn mieszkała na mansardzie z resztą służby i wychodziła z domu jedynie w niedziele, jak mówiła: „do swojego kościoła”. Archer, szofer, miał żonę, a gosposia Mary – męża. Mieszkali w Harlemie. W Vassar było kilka śmiałych kobiet, które domagały się reform społecznych. Koleżanka Cecily, Theodora, często w weekendy znikała z kampusu, żeby brać udział w demonstracjach na rzecz swobód obywatelskich. W niedzielę przed północą zakradała się z powrotem do akademika przez okno, pachnąc dymem i kipiąc z wściekłości.

– Świat musi się zmienić – szeptała gniewnie, wkładając koszulę nocną. – Może zniesiono niewolnictwo, ale nadal traktuje się dużą część Amerykanów jak niższą rasę, nie jak ludzi. Przez segregację rasową nie mogą nic osiągnąć. Mam tego serdecznie dość, Cecily…

W styczniu na domiar złego także w sferze działań dobroczynnych panował zastój. Cecily głównie siedziała w domu, zamknięta w czterech ścianach ze swoimi myślami. Nawet radio nie przynosiło pocieszających wieści. Hitler wygłaszał nadal swoje agresywne przemówienia, atakując ostro Brytyjczyków i żydowskich „podżegaczy”.

– Zima tego roku to nie najlepszy czas do życia – mruczała pod nosem Cecily. Spacerowała po spowitym mgłą Central Parku, żeby choć na trochę wyrwać się z domu.

Dorothea wyjechała do swojej matki w Chicago. Gdy Cecily siedziała z ojcem przy ogromnym stole w jadalni wychodzącej na zaśnieżony ogród, zastanawiała się, czy kiedykolwiek zdobędzie się na odwagę i zaproponuje, żeby w takich sytuacjach jedli kolacje przy małym stole w o wiele bardziej przytulnym pokoju porannym.

– Podoba ci się nowy wystrój? – zapytał Walter, biorąc łyk wina i wskazując na smukłe linie modnych mebli.

Dom przy Piątej Alei, budynek o imponującej kamiennej fasadzie wychodzącej na Central Park, został ostatnio przez Dorotheę urządzony od nowa w modnym stylu art déco. Cecily z początku sama nie wiedziała, co myśleć o tych zmianach. Miała wrażenie, że gdziekolwiek spojrzy, widzi swoje odbicie w lustrach, i tak naprawdę tęskniła za ciężkimi mahoniowymi meblami z dzieciństwa. W jej sypialni jedyną pozostałością z tamtych czasów był Horace, wiekowy miś.

– Wiesz, lubiłam, jak tu było dawniej, ale mama najwyraźniej cieszy się z tej odnowy – zaryzykowała.

– O tak, i to jest dobre.

Gdy ojciec umilkł, zdecydowała się poruszyć temat, który jej chodził po głowie.

– Czytałam wiadomości i chciałam cię o coś spytać. Dlaczego Hitler nadal podżega do wojny? Przecież dostał, czego chciał, w porozumieniu zawartym w Monachium.

– Bo, moja droga – zaczął Walter – to psychopata, w pełnym znaczeniu tego słowa. Nie ma poczucia winy, wstydu i wątpliwe, by trzymał się jakichkolwiek umów, które podpisał.

– A więc wojna w Europie jest możliwa?

– Kto wie? – Walter wzruszył ramionami. – Prawdopodobnie zależy to tylko od tego, co akurat ubzdura sobie Hitler. Pewnie zauważyłaś, że niemiecka gospodarka kwitnie. Hitler odwrócił trend. Niemcy mogą więc pozwolić sobie na wojnę, jeśli będzie miał takie widzimisię.

– Wszystko sprowadza się do pieniędzy, prawda? – Cecily westchnęła, obracając na talerzu kotlet jagnięcy.

– Wiele spraw tak, ale nie wszystko. No, a co ty dziś robiłaś?

– Nic. Absolutnie nic – odparła.

– Żadnych lunchów z przyjaciółkami?

– Tato, większość moich przyjaciółek to mężatki, są w ciąży albo już niańczą dzieci.

– Jestem pewien, że i ty niedługo będziesz w takiej sytuacji – pocieszył ją.

– Ja nie mam takiej pewności. Tato?

– Tak, Cecily?

– Zastanawiałam się, czy… biorąc pod uwagę, że małżeństwo na razie mi nie grozi… zgodziłbyś się jednak, żebym… – zebrała się na odwagę – podjęła jakąś pracę. Może znajdzie się dla mnie miejsce w twoim banku?

Walter otarł wąsy serwetką, złożył ją porządnie i odłożył obok talerza.

– Cecily, wiele razy już o tym mówiliśmy. I odpowiedź brzmi „nie”.

– Ale dlaczego? Wiele kobiet w Nowym Jorku pracuje. Nie czekają, aż pojawi się jakiś mężczyzna, który zwali je z nóg! Mam dyplom i chciałabym z tego skorzystać. Nie ma nic, co mogłabym robić w twoim banku? Ile razy umawiam się z tobą na lunch, widzę wychodzące od was młode kobiety, więc na pewno coś tam u was robią…

– Masz rację. To maszynistki, całymi dniami przepisują listy dyrektorów, potem liżą koperty, nalepiają znaczki i odnoszą do działu pocztowego. Czy to by ci odpowiadało?

– Tak! Przynajmniej robiłabym coś pożytecznego.

– Cecily, wiesz równie dobrze jak ja, że moja córka nie może pracować jako maszynistka w banku. Byłabyś przedmiotem kpin, a ja razem z tobą. To są dziewczyny z zupełnie innego środowiska niż nasze…

– Wiem, tato, ale dla mnie to się nie liczy. Chciałabym tylko… mieć jakieś zajęcie. – Cecily poczuła piekące łzy napływające jej do oczu.

– Moja droga, rozumiem, że zdrada Jacka zraniła cię i wytrąciła z równowagi, ale jestem pewien, że wkrótce pojawi się ktoś inny.

– A jeśli ja nie chcę wyjść za mąż?

– No to zostaniesz samotną starą panną z mnóstwem siostrzenic i siostrzeńców. – W jego oczach błysnęło rozbawienie. – Czy to dla ciebie pociągająca perspektywa?

– Nie… tak… to znaczy… w tej chwili naprawdę mi nie zależy. Ale po co było pozwalać mi studiować, skoro nigdy nie będę mogła wykorzystać swojego wykształcenia?

– Cecily, ta edukacja rozszerzyła ci horyzonty myślenia, dała wgląd w wiedzę, która pozwoli ci zabierać mądrze głos podczas przyjęć i kolacji…

– Jezu! Mówisz zupełnie jak mama. – Złapała się za głowę. – Dlaczego nie pozwolisz mi wykorzystać wykształcenia w bardziej produktywny sposób?

– Cecily, rozumiem, jak trudno jest zrezygnować ze ścieżki, do której ma się serce. Studiowałem ekonomię na Harvardzie, bo poszedłem w ślady dziadka i Bóg jeden wie jak wielu jeszcze przodków. Kiedy zdobyłem dyplom, marzyłem o podróżowaniu po świecie i zarabianiu na życie z dala od świata biznesu. Myślę, że widziałem siebie jako wielkiego białego myśliwego czy coś w tym rodzaju. – Zaśmiał się z żalem. – Oczywiście, kiedy powiedziałem ojcu, co planuję, popatrzył na mnie, jakbym zwariował, i postawił zdecydowane weto. W efekcie musiałem jak on pójść do pracy w banku i zająć miejsce w zarządzie.

Cecily patrzyła, jak ojciec urywa i bierze duży łyk wina.

– Sądzisz, że naprawdę bawi mnie to, co robię? – zapytał.

– Sądziłam, że tak. Przynajmniej pracujesz.

– Jeśli można to nazwać pracą. Tak naprawdę spotykam się z klientami i ich pozyskuję. Zabieram ich na lunche i kolacje i staram się, by czuli się dopieszczeni, a interesy prowadzi mój starszy brat. Ja jestem tylko uroczym skrzydłowym. I nie zapominaj, że od czasów kryzysu jest nam ciężej.

– Ale jak widać, bank przetrwał. Nadal mamy dość pieniędzy, prawda?

– Tak, ale zrozum, nasz dom funkcjonuje jak dawniej dzięki majątkowi odziedziczonemu przez matkę, nie mojemu. Pojmuję twoją frustrację, ale życie nie jest doskonałe. Trzeba stawiać czoło wyzwaniom i musimy starać się robić to jak najlepiej. A kiedy wyjdziesz za mąż i będziesz prowadziła dom, przynajmniej od razu będziesz w stanie zorientować się, gdyby pracujący dla ciebie ludzie próbowali cię naciągnąć. – Uśmiechnął się. – Jesteś stworzona na żonę, a ja, by stać murem za Victorem i patrzeć, jak doprowadza nasz rodzinny bank do ruiny. A teraz, jeśli skończyłaś, każę Mary przynieść deser.

*

Gdy szare monotonne dni przechodziły jeden w drugi, Cecily wiele myślała o tej niezwykle szczerej rozmowie z ojcem. Uświadomiła sobie, że jako mężczyzna czuł się źle, mając o wiele bogatszą od siebie żonę. Ich ogromny dom przy Piątej Alei Dorothea odziedziczyła po ojcu. Cecily po nim dostała imię. Cecil H. Homer jako jeden z pierwszych w Ameryce produkował na skalę przemysłową pastę do zębów i w efekcie zrobił na tym wielki majątek. Jego żona, Jacqueline, rozwiodła się z nim, gdy Dorothea była malutka, powołując się na to, że – jak zostało zapisane w papierach – mąż ją porzucił. Matka Cecily zawsze śmiała się, że owszem, ojciec rzucił Jacqueline, ale dla długiej smukłej tubki miętowej białej pasty, nie dla jakiejś kobiety. Trzynastoletnia Dorothea była jedyną spadkobierczynią ojca, gdy zmarł na zawał przy biurku. A w wieku dwudziestu jeden lat została prawowitą właścicielką domu przy Piątej Alei, dużej posiadłości w Hamptons, a także szeregu depozytów pieniężnych i inwestycji zagranicznych.

 

Wkrótce wyszła za Waltera Huntleya-Morgana. Pochodził z bardzo dobrej rodziny, ale to jego starszemu bratu, Victorowi, przypadło w udziale prowadzenie rodzinnego banku. Walter zawsze był tym „drugim”, jak to smętnie określał.

Cecily starała się przekonać samą siebie, że ojciec ma rację – życie to wyzwanie, któremu trzeba sprostać. Wiedziała jednak doskonale, że ją żadne wyzwanie nie czeka. Myślała, że oszaleje z nudów. Miała też świadomość, że nawet w najbardziej ponure dni stycznia w jej nowojorskich kręgach zawsze coś się dzieje, a jednak na srebrnej tacy w holu nie pojawiło się dla niej żadne zaproszenie na lunch czy popołudniową herbatkę. I przeglądając rubryki towarzyskie w „New York Timesie”, domyśliła się dlaczego. Zaproszenie na tę samą imprezę dawnej i obecnej narzeczonej byłoby wielkim nietaktem. Patricia Ogden-Forbes wyprzedziła ją w rankingu śmietanki towarzyskiej. Cecily miała wrażenie, że opuściły ją nawet najbliższe przyjaciółki.

Pewnego popołudnia wzięła łyk bourbona z karafki stojącej na kredensie w salonie i zadzwoniła do swojej najstarszej i najbliższej przyjaciółki, Charlotte Amery. Odebrała gosposia i poszła poprosić Charlotte. Po chwili poinformowała, że panienka, niestety, jest zajęta.

– To pilne! – powiedziała Cecily. – Proszę przekazać jej, by oddzwoniła do mnie jak najprędzej.

Minęły dwie godziny, nim Mary przyszła do niej z wiadomością, że telefonuje Charlotte.

– Cześć, Charlotte, jak się masz?

– Dobrze, kochanie. A ty?

– No, wiesz, rzucił mnie przystojny narzeczony, Europie grozi wybuch wojny… – Cecily zachichotała.

– Och, tak mi przykro.

– Jezu! Ja tylko żartowałam, Charlotte. Nic mi nie jest, naprawdę.

– To cieszę się bardzo. Musi być ci ciężko… Ten Jack i w ogóle…

– Nie jest to może wymarzona sytuacja, pewnie, ale przecież jeszcze żyję. Ostatnio się nie odzywasz. Co ty na to, żebyśmy spotkały się jutro? Mogłybyśmy zrobić sobie przyjemność i napić się herbaty w Plaza. Mają tam najlepsze babeczki w mieście.

– Oj, niestety, nie mogę. Rosemary urządza u siebie małe spotkanie. Podobno jej angielska przyjaciółka zostanie u niej na dłużej, mamy się uczyć grać w brydża!

Cecily zacisnęła zęby. Rosemary Ellis była bez wątpienia królową śmietanki towarzyskiej w jej pokoleniu i do tej pory bardzo się przyjaźniły.

– Trudno. To może w przyszłym tygodniu?

– Nie mam przy sobie kalendarza. Może zadzwonię do ciebie w poniedziałek i zobaczymy, kiedy by nam obu pasowało?

– Dobry pomysł. – Cecily starała się nie zdradzić, że głos jej się łamie.

W najwyższych nowojorskich kręgach nic nie działo się spontanicznie. Każde wyjście do fryzjera, przymiarka sukni i manicure, nie mówiąc już o spotkaniu z przyjaciółmi, było planowane i wpisywane do kalendarza z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Charlotte nie zadzwoni do niej w poniedziałek.

– Świetnie – zdołała wydukać. – To na razie.

Rzuciła słuchawką i wybuchnęła płaczem.

Godzinę później – kiedy leżała na łóżku, patrząc w sufit, bo nie była w stanie nawet próbować czegoś czytać – do drzwi zapukała Evelyn.

– Przepraszam, panienko. Przysłała mnie Mary, bo w holu czeka jakaś pani z panem. Chcieli się widzieć z panienki mamą. Powiedziałam, że pani wyjechała. Ale tamta pani mówi, że i z panienką chciała się zobaczyć.

Evelyn podeszła i podała jej wizytówkę.

Cecily przeczytała ją i westchnęła. Najwyraźniej na dole była jej matka chrzestna. Cecily rozważała możliwość wymówienia się chorobą, ale wiedziała, że mama nigdy by jej nie darowała, gdyby nie przyjęła jej dawnej przyjaciółki jak należy.

– Zaprowadź ich do salonu i powiedz, że zejdę za dziesięć minut. Muszę się trochę odświeżyć.

– Oj, ale tam nie jest napalone w kominku, panienko.

– To idź i napal.

– Tak, panienko.

Cecily sturlała się z łóżka i popatrzyła w lustro. Przyczesała swoje niesforne kręcone włosy i uznała, że raczej przypomina Shirley Temple niż Gretę Garbo. Przygładziła trochę bluzkę i spódnicę, a na koniec nałożyła odrobinę szminki na usta i zeszła powitać matkę chrzestną.

– Mój skarrrbie! – zamruczała jak kot Kiki, ściskając Cecily. – Jak się masz?

– Świetnie, dziękuję.

– Jakoś na to nie wygląda, kochanie. Wydajesz się zmęczona i jesteś blada jak niebo nad Manhattanem.

– Och, byłam zaziębiona, ale już mi lepiej – skłamała Cecily.

– Nic dziwnego. Manhattan o tej porze jest jak lodówka, w dodatku pusta! – Kiki zaśmiała się.

Przebiegł ją dreszcz. Otuliła się szczelniej futrem z norek, podchodząc do kominka, gdzie już palił się ogień, i wyciągnęła z torebki papierosa w cygarniczce.

– Muszę przyznać, że podziwiam zdecydowany i śmiały gust twojej matki w urządzaniu wnętrz. Art déco nie jest dla wszystkich.

Zatoczyła łuk ręką, wskazując pokój, którego jedną ścianę pokrywały niemal całkowicie lustrzane powierzchnie.

– Pamiętasz Tarquina, prawda? – spytała, najwyraźniej dopiero teraz przypominając sobie o obecności przystojnego mężczyzny, z którym Cecily tańczyła w sylwestra dwa tygodnie temu.

Stał obok niej, nie zdejmując grubego tweedowego palta. Nawet po napaleniu w kominku w salonie nadal było lodowato.

– Oczywiście. – Cecily uśmiechnęła się. – Jak się masz, Tarquin?

– Świetnie, Cecily, dziękuję.

– Mogę zaproponować wam coś do picia? Herbatę? Kawę?

– Wiesz, myślę, że nam wszystkim dobrze zrobiłoby trochę brandy dla rozgrzewki. Tarquin, byłbyś tak dobry? – Kiki wskazała karafki na kredensie.

– Oczywiście. – Skinął głową. – Dla ciebie też, Cecily?

– Ja…

– O, przestań, brandy to jak lekarstwo, zwłaszcza przy przeziębieniu, nieprawdaż, Tarquin?

– Jak najbardziej, racja.

Ale może nie o czternastej trzydzieści, pomyślała Cecily.

– I dokąd to wyfrunęła twoja matka? Mam nadzieję, że gdzieś, gdzie jest cieplej? – spytała Kiki.

– Nie. Tak naprawdę pojechała do Chicago odwiedzić matkę, to znaczy moją babkę.

– Cóż to za okropna kobieta, ta Jacqueline – prychnęła Kiki, przysiadając na wyłożonym skórą obrzeżu osłony kominka. – Oczywiście bogata jak Krezus – dodała, gdy Tarquin podawał im obu kieliszki z brandy. – Wiesz, jest spowinowacona z Whitneyami – zwróciła się do niego.

– To mi nic nie mówi – przyznał Tarquin, przysuwając Cecily fotel bliżej kominka, nim sam zajął miejsce naprzeciw niej. – Wybaczcie, niestety, nie orientuję się, kto jest kim w tutejszych wyższych sferach.

– Wystarczy powiedzieć, że gdyby to była Anglia, Vanderbiltowie i Rockefellerowie walczyliby ze sobą o tron, a Whitneyowie przyglądaliby się temu, debatując, kogo poprzeć – paplała Kiki.

– To znaczy, że babka Cecily jest kimś w rodzaju amerykańskiego odpowiednika członka rodziny królewskiej?

– O, zdecydowanie, ale czy to wszystko nie jest tylko jakąś wydumaną szaradą? – Kiki westchnęła teatralnie, wrzucając niedopałek do kominka. – Cecily, strasznie żałuję, że nie zastałam twojej matki, bo chciałam namówić ją, by pojechała ze mną do Kenii, kiedy będę tam wracać w końcu miesiąca. I oczywiście, żeby zabrała ciebie. Afryka by cię zachwyciła. To zawsze niebieskie niebo, ciepło i cudowna dzika przyroda.

– Kiki, rozumiem, że tęsknisz za Kenią, ale to nie całkiem tak, Cecily – wtrącił Tarquin. – Owszem, niebo jest niebieskie, ale czasem pada deszcz. O matko, leje jak z cebra, a zwierzęta mogą nie być tak urocze, jeśli przypadkiem upatrzą sobie ciebie na obiad.

– Mój drogi, u mnie, w Mundui, to się nie zdarza! Najdroższa Cecily, musisz przyjechać z mamą i same zobaczycie.

– Dziękuję, to bardzo miło z twojej strony, ale wątpię, by mama była gotowa zostawić moją siostrę Mamie, która spodziewa się dziecka.

– Oj, naprawdę, każdego dnia tysiące kobiet rodzi. Nawet ja miałam ich troje! Niedawno weszłam do kuchni w Mundui, by wydać instrukcje co do lunchu, na który zaprosiłam gości, i zobaczyłam, jak jedna ze służących przykucnęła. Miała główkę dziecka między nogami. Oczywiście wezwałam pomoc, ale nim dojechała, reszta dziecka już się z niej wyślizgnęła. Leżało w pyle na ziemi, krzycząc głośno, nadal połączone z matką pępowiną.

– Rany boskie! – zawołała Cecily. – I przeżyło?

– Oczywiście. Jedna z krewnych tej kobiety przecięła pępowinę, podała dziecko matce i wyprowadziła ją, by trochę odpoczęła. A ta następnego dnia już znów była w kuchni i krzątała się jak zwykle. Myślę, że teraz robi się wokół rodzenia za dużo szumu. Nie sądzisz, Tarquin?

– Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałem – odparł i nieco pobladły, wziął łyk brandy.

– W każdym razie ty i twoja mama musicie pojechać ze mną do Kenii. Wyruszam w końcu stycznia, po tym, jak zobaczę się z prawnikami zmarłego męża w Denver. Jest więc mnóstwo czasu, żeby wszystko przygotować. A teraz powiedz, gdzie jest łazienka?

– W korytarzu, po prawej stronie. – Cecily wstała. – Pokażę.

– Skoro potrafię nie zabłądzić w buszu, to chyba trafię i do łazienki. – Kiki uśmiechnęła się i ulotniła z pokoju.

– I jak tam, Cecily, co porabiałaś od naszego spotkania? – spytał Tarquin.

– Och, niewiele. Jak mówiłam, byłam przeziębiona.

– To jedź do Kenii, tam szybko wrócisz do formy. Czy cały ten pomysł nie wydaje ci się nęcący?

– Naprawdę nie wiem. Byłam w Europie… w Londynie i Szkocji, w Paryżu i Rzymie… ale tam nie ma lwów. Zresztą nawet gdybym miała ochotę na taką podróż, wiem, że mama nigdy nie zostawi Mamie, cokolwiek opowiada Kiki. A czy… tubylcy są… nastawieni pokojowo?

– Większość tych, których spotkałem, tak. Wielu pracuje dla naszego wojska, a Kikujowie Kiki są jej bardzo oddani.

– Kikujowie?

– Miejscowe plemię z rejonu Naivasha.

– Nie noszą więc dzid i nie chodzą jedynie w przepaskach na… biodrach? – Cecily zaczerwieniła się lekko.

– No, u Masajów panują mniej więcej takie zwyczaje, ale oni mieszkają daleko, na równinach, i zajmują się bydłem. Nie sprawiają kłopotów, jeśli im się nie wchodzi w drogę.

– To jak? – odezwała się Kiki, wracając do pokoju i wymachując torebką, której paski przeplotła przez swoje eleganckie białe palce. – Udało ci się przekonać Cecily, żeby ze mną pojechała?

– Nie wiem. Przekonałem cię? – Tarquin popatrzył na dziewczynę z błyskiem w brązowych oczach.

– Wydaje się, że tam na pewno jest ciekawiej niż w Nowym Jorku, ale…

– Kochanie – Kiki położyła dłoń na ręce Tarquina – musimy iść, bo spóźnimy się na herbatę z Forbesami, a wiesz, jacy oni są punktualni.

– Ja wyjeżdżam do Afryki jutro – oznajmił Tarquin, wstając. – Muszę zgłosić się w oddziale do końca tygodnia, ale mam wielką nadzieję, Cecily, że pomyślisz o wizycie w Kenii i że niedługo się tam spotkamy.

– A ja jeszcze tu wrócę, żeby cię do tego zmusić! – Kiki roześmiała się, po czym wypłynęła z salonu, gdy Tarquin otworzył jej drzwi.

Kiedy wyszli, Cecily przysiadła na obramowaniu osłony przed kominkiem i dopijając resztkę brandy, zamyśliła się nad propozycją Kiki. W sylwestra uznała zaproszenie za grzecznościowe.

– Afryka – powiedziała powoli na głos, przesuwając palcem po brzegu kieliszka.

Nagle zerwała się, złapała płaszcz i kapelusz z szafy w holu, wybiegła z domu i ruszyła szybko do lokalnej biblioteki, żeby zdążyć przed zamknięciem.

*

Tego wieczoru podczas kolacji z ojcem powiedziała mu o propozycji Kiki.

– Co myślisz, tato? Czy mama pozwoliłaby mi wybrać się tam bez niej?

– Co ja sądzę? – Walter odstawił kieliszek z bourbonem i złączył palce obu dłoni, zastanawiając się nad pytaniem córki. – Żałuję, że nie mogę pojechać tam z tobą w zastępstwie matki. Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć Afrykę. Może ta podróż z Kiki to właśnie coś, czego ci trzeba, by zapomnieć o Jacku i zacząć nowy rozdział? Jesteś moją ukochaną córką – dodał, wstał i pocałował Cecily w czubek głowy. – A teraz muszę iść. Mam spotkanie w klubie. Powiedz Mary, że wrócę przed dziesiątą. Porozmawiam z twoją matką, kiedy wróci z Chicago. Dobranoc, moja droga.

Gdy wyszedł, Cecily poszła na górę. Położyła się na łóżku i zaczęła oglądać trzy książki, które wypożyczyła z biblioteki. Było w nich mnóstwo rysunków, obrazków i fotografii czarnych mieszkańców Afryki i białych mężczyzn, którzy stali dumnie nad ciałami zabitych lwów albo unosili triumfalnie ogromne kły słoniowe. Wzdrygnęła się na ten widok, ale był w tym i przyjemny dreszcz emocji na myśl, że może pojechać do tak cudownego i dzikiego kraju. Tam gdzie nikt nie słyszał nic ani o niej, ani o jej zerwanych zaręczynach z Jackiem Hamblinem.

 

*

– Cecily, mogłabyś przyjść do mnie i twojej matki do salonu, jak będziesz gotowa? – zapytał ojciec, kiedy weszła do holu i strzepywała z palta śnieg.

Od rana nie było jej w domu. Najpierw poszła ułożyć włosy, a po południu zobaczyć się z Mamie.

– Oczywiście, tato. Za chwilkę będę.

Podała palto Mary i skierowała się do łazienki na dole, gdzie doprowadziła się do porządku. Kiedy otworzyła drzwi salonu, w kominku wesoło trzaskał ogień. Ojciec zaprosił ją do środka. Matka siedziała z kamienną twarzą.

– Usiądź, moja droga.

– O czym chcieliście ze mną pomówić? – spytała Cecily, gdy ojciec sadowił się w fotelu przy kominku.

– Dzisiaj Kiki znów przyszła i namawiała mnie usilnie, żebyśmy pojechały z nią do Afryki. Powiedziałam jej, że nie zostawię Mamie tuż przed porodem – oznajmiła Dorothea. – Ale ojciec sądzi, że ty powinnaś jechać.

– Tak – potwierdził Walter. – Jak wyjaśniłem twojej matce, to nie tylko okazja, żebyś zobaczyła kawałek świata, ale też kiedy wrócisz, będzie już po tym ślubie i łatwiej będzie ci zacząć nowe życie.

– Jack i Patricia już wyznaczyli datę? – spytała Cecily najspokojniej, jak mogła.

– Tak, pobiorą się siedemnastego kwietnia. Dziś rano podały to wszystkie rubryki towarzyskie.

– I co myślisz, mamo?

– Zgadzam się z twoim ojcem, że ślub Jacka i Patricii będzie przez następnych kilka miesięcy tematem rozmów na Manhattanie, co może być dla ciebie przykre. Ale czy to powód, żeby uciekać aż do Afryki? To dziki kraj. Wszędzie biegają półnadzy tubylcy, w ogrodzie buszują dzikie zwierzęta… – wyliczała przerażona Dorothea. – I oczywiście łatwo złapać jakąś chorobę. Walterze, przecież moglibyśmy po prostu wysłać Cecily do mojej matki, jeśli potrzebuje się stąd wyrwać?

Cecily i ojciec popatrzyli sobie w oczy i oboje niemal niezauważalnie wzdrygnęli się na ten pomysł.

– Jakoś Kiki udało się przeżyć w Afryce ostatnie dwadzieścia lat – powiedział Walter. – W Kenii jest spora społeczność ludzi z naszych sfer, jak wiesz.

– Wiem, i opinie krążące o nich martwią mnie bardziej niż lwy – odparła Dorothea, nie owijając w bawełnę. – Z tego, co czytałam w gazetach, wynika, że to dość rozpasane środowisko. Jak ta Kiki przyjaciółka… jakże ona się nazywała…?

– Alice de Janzé – podrzucił jej mąż. – Ale to dawne czasy.

– O co chodzi? – spytała Cecily i zobaczyła, że rodzice wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

– A, wiesz… – Matka wzruszyła ramionami. – To był dość duży skandal. Alice i Kiki należały do towarzystwa z tak zwanej Wesołej Doliny. Wiele mówiono o tym, co się tam wyprawia. Alice była mężatką, ale… wdała się w romans z pewnym… Jak on się nazywał?

– Raymund de Trafford – podpowiedział Walter.

– No właśnie. W każdym razie Alice kompletnie dla niego oszalała i była tak zdruzgotana, kiedy Raymund nie chciał jej poślubić, że gdy się z nią żegnał w pociągu na gare du Nord w Paryżu, strzeliła do niego. A potem sama próbowała się zabić. Na szczęście oboje przeżyli.

– Rany Julek! – Cecily była pod wrażeniem. – Czy ta Alice trafiła do więzienia?

– Bynajmniej. Oczywiście był proces i jakiś czas spędziła w areszcie, ale koniec końców… wyszła za tego człowieka!

– Nie! – Cecily zachwyciła historia tak namiętnej miłości. Afryka wydawała się jej coraz bardziej pociągająca.

– Ale to się działo dawno temu. I jestem pewien, że Kiki jest osobą zrównoważoną – powiedział Walter. – Mówiła, że zaopiekuje się naszą córką jak własną. A teraz, Cecily, najważniejsze pytanie: czy ty chcesz jechać?

– Tak naprawdę…Tak, myślę, że chcę. I nie tylko z powodu ślubu Jacka… Jestem dorosła, dałabym sobie z tym radę. Ale bardziej chodzi o to, że Kenia musi być fascynująca.

– Jeśli pojedziesz, nie będziesz przy narodzinach dziecka siostry – przypomniała jej Dorothea.

– Och, mamo, ty zostajesz przy Mamie, a ja przecież nie wyjeżdżam na zawsze, tylko na kilka tygodni.

– A przy okazji, kochanie – zwrócił się Walter do żony – Cecily może zatrzymać się u Audrey, kiedy będzie w Anglii w drodze do Afryki, prawda?

Audrey była przyjaciółką, z której Dorothea była bardzo dumna. Piętnaście lat wcześniej upolowała na męża angielskiego lorda. Jeśli coś mogło przekonać matkę do zezwolenia na tę podróż, to na pewno myśl, że jej córka będzie gościć u Audrey, gdzie będzie miała szansę spotkać wielu odpowiednich angielskich dżentelmenów.

– No tak, masz rację… ale czy Anglia to kraj obecnie bezpieczny, z tym panem Hitlerem?

– A czy Manhattan jest bezpieczny? – Walter uniósł brew. – Jeśli ktoś chce uniknąć wszelkiego ryzyka, to nie powinien wystawiać nosa za drzwi. To jak, decyzja podjęta?

– Oczywiście muszę skontaktować się z Audrey i upewnić się, czy będzie w domu, kiedy Cecily przyjedzie do Anglii, i czy jej szofer odbierze naszą córkę z portu. Kiki też mogłaby odwiedzić Audrey razem z Cecily. Znały się dobrze, kiedy mieszkały w Paryżu – myślała na głos Dorothea.

Walter spojrzał na córkę i dyskretnie puścił do niej oko.

– No dobrze – powiedziała Cecily. – Jeśli oboje się zgadzacie, to pojadę. Tak, jadę.

Skinęła głową i po raz pierwszy od wielu tygodni naprawdę się uśmiechnęła.

*

Mając zaledwie nieco ponad dwa tygodnie na przygotowania do podróży, Cecily i Dorothea rzuciły się w wir kupowania potrzebnych rzeczy – strojów na oficjalne okazje podczas pobytu u Audrey i lekkich sukienek oraz bluzek z bawełny i muślinu (te musiały być specjalnie uszyte, bo był środek zimy), poza tym spódnic, a nawet szortów, na które Dorothea kręciła nosem.

– Boże, dokąd my cię wysyłamy? – biadała, kiedy Cecily je mierzyła.

– Tam gdzie jest bardzo ciepło, mamo. Jak w lecie w Hamptons.

Pomimo obaw matki, gdy Evelyn pomagała Cecily pakować kufer podróżny, ta cieszyła się coraz bardziej. W przeddzień wyjazdu na kolację przyszły siostry z mężami. Walter podarował córce aparat Kodak Bantam Special, a siostry lornetkę „do tropienia mężczyzn”, jak to określiła Priscilla.

– Uważaj na siebie, kochana siostrzyczko – powiedziała Mamie, gdy żegnały się w holu. – Miejmy nadzieję, że jak się znów zobaczymy, będę mogła przedstawić ci twojego siostrzeńca albo siostrzenicę.

– Wracaj szczęśliwie – rzucił Hunter, całując ją na do widzenia.

– A najlepiej jako mężatka! – zawołała Priscilla już z ganku.

– Postaram się! – odkrzyknęła Cecily, gdy znikały w ciemnościach śnieżnej nocy.