Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Po powrocie do Nowego Jorku wyciągnęłam wnioski z tego, jak dobrze się czułam po wspinaczce w Atlantis, i zaczęłam biegać po Central Parku, kiedy tylko mogłam wpasować to w swój grafik. Dobre w tym było to, że nawet kiedy ktoś mnie rozpoznał, mogłam uciec bez problemu, bo jestem szybka. Próbowałam też ograniczyć spożycie alkoholu i – może dzięki biegom, które poprawiały mi humor w sposób naturalny – nie musiałam tak często wciągać koki. Kiedy łapał mnie atak paniki, otwierałam książeczkę z krzyżówkami, którą sobie zamówiłam, i zamiast brania działki rozwiązywałam jedną.

Krótko mówiąc, czułam, że stopniowo odzyskuję kontrolę nad swoim życiem.

Gryzło mnie tylko to, że pomimo przekopania całego mieszkania nie zdołałam nigdzie znaleźć listu Pa Salta. Próbowałam przypomnieć sobie, gdzie schowałam kopertę, kiedy się tu sprowadziłam. Nawet wtajemniczyłam w te poszukiwania Mariam.

– Och, Elektro, musimy znaleźć ten list – powiedziała, klęcząc przy szufladach z moją bielizną, i popatrzyła na mnie ze współczuciem pełnymi wyrazu oczami.

– Ej, nie twierdzę, że chcę go przeczytać, nawet jeśli go znajdę, ale dobrze byłoby wiedzieć, że go mam.

– No pewnie. To były jego ostatnie słowa do ciebie i jestem przekonana, że zależało mu, żebyś je przeczytała. Nie martw się, znajdziemy.

Ale po przejrzeniu wszystkich szuflad, szaf, kieszeni kurtek i papierów nawet Mariam zaczęła tracić nadzieję.

– Nie przejmuj się tym – powiedziałam pewnego słonecznego kwietniowego ranka, kiedy wysypywała zawartość szuflad z szafki koło łóżka nie wiadomo już który raz. – Może tak miało być. Widocznie nie powinnam tego czytać. A teraz zrobię sobie południowego drinka. Nie dasz się skusić?

Jak zwykle odmówiła i poprosiła o wodę. Usiadłyśmy, żeby sprawdzić, co przyszło tego dnia w mailach. Głównie były to zaproszenia na otwarcie nowego sklepu z modą albo premierę filmu, albo bal charytatywny. Pamiętam czasy, kiedy to mnie kręciło, ale teraz wiedziałam już, że nie o mnie tu chodzi, tylko o to, żeby dzięki mnie wspomniano o organizatorach w jakimś brukowcu.

– O, byłabym zapomniała. – Mariam sięgnęła do torby. – Susie przekazała mi list, który przyszedł do agencji.

– Zajrzyj do niego, to twoje zadanie – warknęłam zniecierpliwiona. – Na pewno znów ktoś żebrze o pieniądze, dotację albo chce mi wmówić, że jest moim bratem, o którym dotąd nie miałam pojęcia.

– Wiem, Elektro, zwykle bym się tym zajęła, ale Susie i ja sądzimy, że powinnaś to przeczytać.

Podała mi kopertę. Zobaczyłam starannie wykaligrafowany adres z dopiskiem PRZEZ GRZECZNOŚĆ. Zmierzyłam ją pytającym wzrokiem.

– Czemu? Co to takiego?

– Po prostu uważam, że powinnaś to sama przeczytać – powtórzyła.

– No dobra… – Westchnęłam, wyciągając list z koperty. – Ale to nie coś strasznego, co? Nie jakieś wezwanie z urzędu skarbowego?

– Nie, Elektro, nic z tych rzeczy, słowo.

– No dobra.

Rozłożyłam kartkę. Na górze był adres nadawcy – Brooklyn. Zaczęłam czytać.

Droga Panno D’Aplièse – albo, jeśli wolno mi się tak do Ciebie zwrócić, Elektro.

Nazywam się Stella Jackson, jestem Twoją biologiczną babką…

– O Jezu! – zgniotłam list w kulkę i cisnęłam nim dla żartu w Mariam. – Wiesz, ile dostaję takich listów od „utraconych krewnych”? Zwykle Susie od razu wyrzuca je do kosza. Czego ona chce?

– Z listu wynika, że nic, poza tym, że chciałaby się z tobą spotkać.

– No dobra, a co jest w nim takiego niezwykłego, że mi go dajesz?

– W tej kopercie jest coś jeszcze, Elektro. – Mariam skinęła głową w kierunku stolika, na który odłożyłam kopertę. – Naprawdę myślę, że powinnaś spojrzeć.

Dla świętego spokoju wzięłam znów kopertę i zajrzałam do środka. W rogu utknęła jakaś malutka fotografia. Wyjęłam ją. Była czarno-biała, lekko pożółkła na brzegach. Przedstawiała bardzo piękną czarną kobietę z dzieckiem na rękach, uśmiechającą się do obiektywu.

– No i?

Popatrzyłam na Mariam.

– No i co?

– Nie widzisz podobieństwa?

– Do kogo?

– Do ciebie! Susie od razu to zauważyła, i ja też.

Spojrzałam raz jeszcze.

– No tak, jest czarna i oczywiście piękna, ale… – wzruszyłam ramionami – na pewno tysiące kobiet wyglądają jak ona. I jak ja.

– Jak wiesz, Elektro, bardzo rzadko trafia się kobieta podobna do ciebie. Kształt jej twarzy, rozstawienie oczu i te kości policzkowe. Poważnie, ona mogłaby być tobą. To znaczy raczej… ty mogłabyś być nią.

– Jasne. Ale póki nie znajdę listu od ojca, nie mam zamiaru adoptować na chybił trafił kogoś, kto zgłasza się i twierdzi, że jest ze mną spokrewniony tylko dlatego, że jest trochę do mnie podobny, rozumiesz?

– No to lepiej znajdźmy ten list – powiedziała Mariam, podnosząc i rozprostowując list od „babci” (który wydawał się niezniszczalny), a potem wsunęła go z powrotem do koperty razem ze zdjęciem. – Schowam go do sejfu, dobrze?

– Dobrze.

Piknęła moja komórka. Wiadomość. Rzuciłam okiem.

– Będę tu jutro po ciebie o ósmej rano. Masz spotkanie z Thomasem i Marcellą, żeby przedyskutować świąteczną kampanię perfum. Elektro?

– Tak, spoko, cześć.

Czytając SMS-a, machnęłam ręką, by się jej pozbyć.

– Potem, po południu, jest sesja z zegarkami. Jeśli nic więcej do mnie nie masz, idę. Do zobaczenia jutro rano.

Nie słuchałam, bo nie mogłam oderwać oczu od słów, które przesuwały się po ekranie. Skinęłam więc tylko głową w kierunku Mariam, gdy ruszała do drzwi. Sięgnęłam po szklankę z wódką i wzięłam spory łyk, czytając raz jeszcze to, co przyszło.

Hej, kotku, będę w NJ na koncercie. Jesteś jutro wolna? Fajnie byłoby pogadać. Mitch

– Cholera! Cholera! Cholera!

Wypiłam wódkę do dna i wstałam, żeby sobie dolać, bo musiałam się uspokoić; serce waliło mi jak szalone.

Przeczytałam wiadomość kilka razy, a potem zajrzałam do laptopa, żeby sprawdzić, czy naprawdę ma w Nowym Jorku koncert. Nie kłamał. Zamykający trasę koncert miał się odbyć w Madison Square Garden pojutrze. Wstałam, podeszłam do sięgających podłogi okien i przesunęłam jedno, żeby wyjść na taras. Gdzieś niedaleko w tym mieście musiał być Mitch. Tej nocy oddychaliśmy tym samym powietrzem.

Spojrzałam na ekran smartfona i starałam się rozszyfrować, czy oferuje mi gałązkę oliwną, a jeśli tak, to co ona oznacza. Coś w rodzaju: „Hej, tęsknię za tobą, kocham i wiem, że popełniłem błąd”? Czy też: „Trochę czasu minęło, dobrze byłoby zostać przyjaciółmi”?

Nie miałam pojęcia, jak to rozumieć.

Po prostu powiedz nie, Elektro… To zbyt niebezpieczne do tego wracać.

– Cholera, o jasna cholera!

Walnęłam pięścią w szkło chroniące mnie przed upadkiem z setki metrów – dzielące mnie od śmierci. W tamtej chwili zastanawiałam się, czy to nie najlepsze wyjście. Męka była nie do zniesienia, bo naprawdę nie wiedziałam, co robić. Żałowałam, że nie mam przyjaciółki dość bliskiej, by do niej zadzwonić i poprosić o radę. Jakie to smutne. Miałam pięć sióstr, ale żadnej nie nazwałabym przyjaciółką, żadnej nie ufałam bez reszty.

– Zignoruj tego esemesa – powiedziałam na głos i zaczęłam chodzić po tarasie.

Zerwałam uschnięty kwiat z krzaczka, zrzuciłam płatki za szkło w dół i wróciłam do pokoju.

Cisnęłam komórkę ekranem na łóżko. Może tego nie ruszać. W końcu jeśli nie odpowiem, a on nie wyśle kolejnego esemesa, to wiele wyjaśni.

Tak, tak właśnie zrobię. Przygotowałam sobie kolejną wódkę, po czym podeszłam do garderoby, zastanawiając się, co włożę, gdybym jednak miała się z nim zobaczyć. Jedyna broń, jaką dysponowałam, to stroje. Wystarczył telefon do dowolnego projektanta i w kilka godzin dostarczą mi, co tylko sobie wymyślę. Oczywiście, wszystko zależy od tego, gdzie mielibyśmy się spotkać. Gdyby to było u mnie, powinnam być ubrana zwyczajnie, ale seksownie. Zawsze zachwycał się moimi nogami, więc odpowiedź była prosta…

Poszłam do łazienki, rozebrałam się i sięgnęłam po puchaty biały ręcznik. Owinęłam się nim, po czym odkręciłam kran, włożyłam dłoń pod wodę i wyregulowałam temperaturę. Zebrałam włosy w węzeł na czubku głowy i przyjrzałam się sobie w dużym lustrze.

Zachichotałam, bo właśnie to powinnam mieć na sobie, gdyby miał mnie odwiedzić Mitch. Jednak jeśli mieliśmy się zobaczyć… Upuściłam ręcznik na podłogę i wróciłam do szaf. Wyciągałam szmaragdowozieloną sukienkę mini od Versace, gdy piknięcie dało znać o nadejściu kolejnego SMS-a. Rzuciłam się do pokoju po telefon.

Wiadomość od Mitcha. Z zapartym tchem otworzyłam.

Elektro, dostałaś mojego SMS-a? Naprawdę chciałbym się jutro z tobą zobaczyć i pogadać.

– Wiktoria! – wrzasnęłam. – Jest zdesperowany!

Skacząc – dosłownie – po łóżku, wypiłam więcej wódki dla kurażu i próbowałam wymyślić odpowiedź.

Cześć, dopiero zobaczyłam.

Moje palce zatrzymały się nad ekranem. Zastanawiałam się, jaki plan może mieć Mitch na następny dzień. Rano pewnie wywiady dla mediów, a po lunchu próby z zespołem i sprawdzanie nagłośnienia. Wyliczyłam, że koło ósmej powinien być wolny.

Jutro w dzień nie da rady. Mam spotkanie w sprawie kampanii perfum, ale pewnie będę w domu koło ósmej.

Jeszcze raz przeczytałam, co napisałam. W porządku, Wysłałam. Już po paru sekundach odpowiedział.

Mogę być u ciebie o dziewiątej. Pasuje ci?

W tym momencie zadecydowałam, że idę się kąpać. Puściłam muzykę na ful i zanurzyłam się w pachnącej miło wodzie, słuchając ostatniej płyty Mitcha. Potem wstałam i starając się nacieszyć tym, że teraz (dla odmiany) to ja jestem górą, powędrowałam do sypialni i wzięłam komórkę.

Jasne. Do zobaczenia jutro.

Wysłałam SMS-a i pozwoliłam sobie na uśmiech. A najlepsze w tym jest to, że mogę mieć na sobie swój nowy ulubiony strój, pomyślałam, patrząc na siebie w lustrze.

*

W nocy prawie nie zmrużyłam oka. I choć obiecywałam sobie, że tego nie zrobię – bo Mitch potrafił wyczuć kokainistę na kilometr – byłam taka roztrzęsiona, że musiałam wziąć kreskę przed porannym spotkaniem w sprawie kampanii zapachu.

 

– Dobrze się czujesz? – spytała Mariam, kiedy wyłoniłam się z toalety.

– Jasne. Wychodzimy?

Parę godzin później byłyśmy wolne, a ja cieszyłam się, że mam przy sobie Mariam, która notowała, co uzgadnialiśmy na temat planu kręcenia reklamówki w Brazylii i oficjalnego wprowadzenia zapachu na rynek w październiku. Wiedziałam jedno: że cuchnę jak tania prostytutka. Klient brał udział w spotkaniu i najwyraźniej ktoś przed moim przyjściem spryskał salę tymi reklamowanymi perfumami.

– Ho, ho – powiedziała Mariam, kiedy ruszałyśmy windą w dół. – Nie zamierzają na tym oszczędzać. Nigdy nie byłam w Rio, a ty?

– Wiesz co? Tak od razu trudno mi sobie przypomnieć, ale chyba nie.

– Czy nie mówiłaś mi przypadkiem, że tam mieszka twoja najstarsza siostra?

– Skoro tak ci się zdaje, to pewnie tak – rzuciłam w roztargnieniu, bo zastanawiałam się, czy zdążę zamówić sobie na popołudnie manikiurzystkę.

– Mogłabyś ją przy okazji odwiedzić.

– Pewnie tak – powiedziałam, gdy Mariam wyprowadzała mnie z budynku.

– Zamówić ci coś na lunch? – spytała, gdy wsiadłyśmy do czekającej na nas limuzyny.

– Nie, dziękuję. Na pewno mam jeszcze coś w domu.

– Elektro, twoja lodówka jest pusta, a musisz jeść. O trzeciej masz sesję fotograficzną w ramach kampanii reklamowej Jaeger-LeCoultre.

– Co? – Obejrzałam się na nią przerażona. – Nic mi o tym wczoraj nie mówiłaś.

– Mówiłam – zapewniła spokojnie. – Pamiętasz, w zeszłym tygodniu przysłali nam pod strażą dwóch ochroniarzy ten niesamowity zegarek wysadzany różowymi brylantami, żeby upewnić się, czy na ciebie pasuje?

Niestety, przypomniałam sobie. Miała rację.

– O jasna cholera – mruknęłam pod nosem, bo zauważyłam, że za każdym razem, kiedy klnę, Mariam lekko się krzywi. – Możemy to odwołać? Powiedzieć, że jestem chora czy coś?

– Pewnie tak, ale czemu?

– Bo całkiem wyleciało mi z głowy, że wieczorem mam coś ważnego.

– O której?

– Koło ósmej – powiedziałam, wiedząc, że potrzebuję dobrej godziny, żeby się przyszykować do wizyty Mitcha.

– Oni cyrklują ze zdjęciami na zachód słońca, a do siódmej trzydzieści i tak będzie już ciemno, więc jeśli prosto z planu pojedziesz na to swoje spotkanie, zdążysz.

– Ale ja muszę się przygotować! Chryste! Nie mogliby przełożyć tego na przyszły tydzień? Do kampanii jeszcze parę miesięcy. Ile czasu potrzeba tym gościom?

– Elektro, to nie ja decyduję, ale…

– Nie, nie ty! Nikt nie ma prawa mówić mi, co mam robić, ale wszyscy zachowują się tak, jakby mogli się wtrącać! – Zobaczyłam, że się czerwieni i spuszcza oczy.

– Przepraszam, jeśli tak to odbierasz.

Nagle poczułam się paskudnie. To nie wina Mariam, ale moja.

– Nie, to ja powinnam przeprosić. Po prostu jestem dziś nie w sosie. W każdym razie… – Westchnęłam. – Pewnie masz rację, nieładnie byłoby ich tak wystawić. Muszę się zmobilizować i jak najszybciej mieć to z głowy.

– Jeśli ktokolwiek to potrafi, to ty. No dobrze, jesteś pewna, że nie chcesz nic do jedzenia?

– Może zamów mi jakieś kluski z wasabi, a do tego jarmuż.

– Już się robi. Muszę teraz jechać zobaczyć się z Susie, ale wrócę po ciebie o drugiej trzydzieści, zgoda?

– Jasne.

Kiedy znalazłam się znów w domu, wzięłam kilka kresek, bo miałam nerwy w strzępach, a lunch popiłam poczciwą wódką Grey Goose. Potem wlałam w siebie ponad pół litra wody, długo płukałam gardło, zużywając pewnie pół butelki żrącego środka, a następnie, żując miętową gumę, usiadłam na łóżku i starałam się rozluźnić poprzez ćwiczenia oddechowe zalecone mi przez terapeutkę.

Nie zadziałało. Nic nie pomagało poza wódką i jej towarzyszką w proszku, którą nazywałam Białym Rajem.

– Dlaczego dobre rzeczy są dla ciebie tak niedobre? – biadałam, wciągając następnych parę kresek jedynego lekarstwa, które mnie uspokajało.

*

– Cześć, Elektro, wyglądasz jak zwykle cudownie.

Podszedł do mnie mój wierny fan Tommy, kiedy wychodziłam z budynku.

– Dzięki.

– Czy mogę ci dziś w czymś pomóc? – spytał.

– Nie, ale dzięki, że pytasz.

Uśmiechnęłam się do niego i wsiadłam do czekającej na mnie limuzyny.

– Jaki miły człowiek – zauważyła Mariam, dołączając do mnie na tylnym siedzeniu. – I taki opiekuńczy. Może powinnaś wynająć go sobie oficjalnie na ochroniarza. Widać, że pod tymi koszulkami i dresami ma niezłą klatę.

– Mariam! – Obejrzałam się na nią i uniosłam brew. – Szokujesz mnie.

– Wiesz, Elektro, może nie piję i nie klnę, ale mam temperament. – Uśmiechnęła się, gdy auto włączało się do ruchu. – A co planujesz tak ważnego dziś wieczorem?

– Och, to tylko cicha kolacja z przyjacielem.

– W takim razie zrobimy co w naszej mocy, żebyś wróciła na czas.

*

Byłam w domu tuż przed ósmą. Ramię mnie bolało od trzymania ręki we właściwej pozycji, nim wreszcie udało się zrobić idealne zdjęcie zegarka. Z ulgą dostrzegłam, że Tommy nie stoi na swoim stałym miejscu – zwykle czekał, by upewnić się, że wróciłam bezpiecznie. Ostatnie, czego mi było trzeba, to tego, żeby ktoś zauważył wchodzącego do budynku Mitcha, choć był mistrzem kamuflażu. Miał w szafie mnóstwo sztucznych bród, wąsów i peruk. Kiedy wraz z portierem wjechałam na górę, weszłam do mieszkania i popędziłam do wanny, żeby puścić wodę. Przyjrzałam się makijażowi z planu, żeby ocenić, czy warto go zostawić. Wiedziałam, że Mitch woli mnie nieumalowaną, więc zmyłam wszystko, a potem zanurzyłam się w wodzie, uważając, by nie zmoczyć włosów. Jakże marzyły mi się naturalnie jedwabiste proste włosy! Może któregoś dnia każę się ostrzyc na zero jak Alek Wek – modelka, którą spotkałam kilka razy na wybiegach. Byłoby mi dużo łatwiej.

Kiedy wyszłam z wanny, poczłapałam do kuchni, by dodać lodu do wódki i w ten sposób ją trochę rozwodnić.

– O cholera! – zaklęłam.

Mariam miała rację – w lodówce były pustki. A Mitch mógł wytrzymać ledwie kilka minut bez łyka mrożonej zielonej herbaty.

A z drugiej strony, co cię obchodzi to, co on pije?powiedziałam sobie, kiedy wróciłam do łazienki, żeby umyć zęby. Rzucił cię, pamiętasz? Złamał ci serce.

– Święta racja! – dodałam głośno do swojego odbicia w lustrze, nakładając na usta odrobinę wazeliny.

W salonie spojrzałam na zegar i zobaczyłam, że jest już za piętnaście dziewiąta. Skoro nie zamierzałam wkładać na siebie nic poza ręcznikiem, pozostawało mi tylko napełnić pustą plastikową butelkę po wodzie wódką, żeby mieć ją w razie czego pod ręką, tak by nie poznał, co piję. Złapałam portfolio, wyciągnęłam najlepsze ze swoich ostatnich zdjęć i rozrzuciłam byle jak na stoliku, jakbym właśnie miała z nich coś wybrać. Potem podeszłam do sprzętu stereo, ale nie mogłam się zdecydować, czy nastawić Springsteena, uwielbianego przez Mitcha, czy jakiś pop z lat osiemdziesiątych, który ja lubiłam, w przeciwieństwie do Mitcha. W rezultacie nic nie włączyłam.

– Jezu! Ale ja się denerwuję – zamruczałam, siadając na kanapie. Wyczułam coś jakby cierpki zapach potu, natychmiast więc poszłam do łazienki, wytarłam się i spryskałam mocniej perfumami. Nie miałam takiej tremy od czasu pierwszego wyjścia na wybieg w Paryżu.

A jeśli on chce cię odzyskać? Padniesz mu w ramiona jak potulna owieczka?

Wiesz dobrze, że tak, Elektro…

Nie miałam już czasu na tego typu rozważania, bo zadzwonili z recepcji, by oznajmić, że „pan Mike” jest na dole w lobby.

– Dobrze, przyślijcie go na górę – powiedziałam i rzuciłam słuchawkę, pognałam do łazienki i pochlapałam ramiona wodą z wanny. Zerknęłam na swoje odbicie w lustrze i czekałam na dzwonek do drzwi. Trwało to wieki. Nagle z salonu dobiegł mnie znajomy głos.

– Elektro? Jesteś tu?

Jezu Chryste! Mitch był już w środku!

– Chwila! – Pomieszałam w wannie, żeby zachlupało. Przy okazji więcej pachnących kropli zmoczyło mi ramiona. Sprawdziłam, czy biały ręcznik ułożony jest dość kusząco, po czym weszłam do pokoju.

I oto był, stał tu we własnej osobie – facet, który złamał mi serce. Zdjął bejsbolówkę i sztuczną brodę i wyglądał – o zgrozo! – równie seksownie, jak go pamiętałam: wysoki, w brudnych dżinsach, koszuli w kratę i kowbojkach, które zawsze nosił. Jeśli jakiś facet był uosobieniem amerykańskiego macho, to on. Zauważyłam, że ma nieco dłuższe włosy i najwyraźniej od kilku dni się nie golił. Miałam ochotę wyciągnąć do niego ręce i od razu zedrzeć z niego ubranie.

– Jak tu wszedłeś?

– Drzwi były otwarte. – Wzruszył ramionami. – Najwyraźniej ich nie domknęłaś.

– Jezu, stale mi się to zdarza… Któregoś dnia zamordują mnie w moim własnym łóżku.

– Mam nadzieję, że nie będzie tak źle. – Popatrzył na mnie, ale zaraz odwrócił wzrok. – Zaskoczyłem cię. Pewnie chcesz się ubrać?

– No… właśnie wyszłam z wanny. Sesja się przedłużyła.

– Nie ma sprawy. Nie spieszę się. Śmiało, idź.

– Dobrze.

Weszłam do sypialni. Chętnie dałabym sobie pałką w łeb. Miałam nadzieję, że na sam widok mnie półnagiej Mitch rzuci się i ściągnie ze mnie ten ręcznik. Ale najwyraźniej musieliśmy przebrnąć przez etap poznawania się nawzajem od nowa, nim do tego dojdziemy.

Ponieważ nie miałam planu B, jeśli chodzi o strój, rzuciłam ręcznik na podłogę i stanęłam w garderobie, kompletnie nie wiedząc, co włożyć. Wreszcie wybrałam ulubione dżinsy i zieloną koszulkę bez rękawów. Mitch był w głębi serca chłopakiem z Południa i miał słabość do dopasowanych dżinsów.

Zdyszana, wachlując się, bo dalej pociłam się z nerwów, wróciłam do pokoju i zobaczyłam, że Mitch siedzi na kanapie i ogląda moje zdjęcia.

– Naprawdę, za każdym razem, kiedy cię widzę, jesteś coraz piękniejsza. I mam na myśli ciebie prawdziwą, nie te fotki. – Uśmiechnął się do mnie.

– Dzięki. Zrobić ci coś do picia?

– Masz może colę?

– Myślałam, że pijasz tylko ziołowe herbaty?

– Miałem stresujący dzień, czasem facetowi przyda się odrobina kofeiny.

– Zaraz poszukam – powiedziałam, idąc do kuchni. Odkryłam kilka puszek coli w lodówce, na drzwiach.

– Proszę. – Podałam Mitchowi jedną. Nigdy nie pił ze szklanki; uważał, że to dobre dla dziewczyn. – No to… – zaczęłam, siadając na kanapie w pewnej odległości od niego, i sięgnęłam po swoją butelkę „wody”. – Jak ci leci?

– To była ciężka trasa. Wyliczyłem, że jutro wieczorem jest mój setny występ.

– Rzeczywiście, to sporo. – Pociągnęłam mocno przez słomkę i napełniłam usta przyjemnym smakiem wódki. Przełknęłam i skinęłam głową. – Ale już finiszujesz.

– No tak. Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do siebie do Malibu i trochę zwolnię. A ty, Elektro? Jak ci leci?

– Dobrze. Miałam sporo zajęć, jak ty, ale wszystko w porządku.

– Dobrze to słyszeć. Jak mówiłem, wyglądasz fantastycznie.

– Ty też świetnie wyglądasz.

– O, dzięki, ale nie wierzę, w życiu. Od miesięcy nie spałem w swoim łóżku. To kosztuje. Po jutrzejszym występie chcę się na kilka miesięcy wycofać. Robię się za stary na to gówno. – Uśmiechnął się do mnie leniwie. Ten jego cholerny uśmiech zwalał z nóg miliony kobiet na świecie.

– Nie bądź idiotą, Mitch. Starzy rockmeni nigdy się nie poddają, wiesz dobrze. Popatrz choćby na Stonesów.

– No dobra. Dość tego. – Przewrócił lekko oczami. – Chodź, kochanie, uściskaj mnie lepiej.

Nie musiał mnie długo namawiać. Padłam w jego wyciągnięte ramiona, czekając, kiedy uniesie mi brodę i pocałuje mnie. Ale tylko pogłaskał mnie po włosach.

– W porównaniu ze mną, jesteś taka młodziutka…

– Ej, wcale nie. W mojej pracy trzeba szybko dorastać. Czuję się stara, może starsza od ciebie. – Podniosłam na niego wzrok; moje usta rozchyliły się w gotowości, ale on popatrzył na mnie z dziwnym wyrazem w oczach.

– To nie masz do mnie żalu?

– Niby o co?

– Bo… tak bardzo cię zawiodłem.

– Tak, prawda, ale było, minęło. Miałeś swoje powody. Nie ma sprawy.

– Jesteś taka wyrozumiała, Elektro, ale i tak czuję się jak ostatni palant. Nie powinienem tego ciągnąć, skoro wiedziałem, że nic z tego nie będzie.

Czekałam na jakieś „ale”. Na próżno.

– Cieszę się, że się pozbierałaś – dodał po chwili. – Nie chciałem cię zranić.

– Mówiłam ci, wszystko w porządku.

Ta rozmowa naprawdę nie szła w tym kierunku, jakiego się spodziewałam. Wyswobodziłam się więc z jego ramion, sięgnęłam po „wodę” i pociągnęłam kolejny łyk.

– Wygląda też na to, że już nie pijesz.

– Tak, rzuciłam to – potwierdziłam i przełknęłam wódkę. Czas było przerwać te bzdury. – Po co właściwie przyszedłeś?

– Bo… mam ci coś do powiedzenia.

 

– Ach, tak? Co?

– Chciałem, żebyś dowiedziała się o tym, zanim zostanie ogłoszone oficjalnie. Czuję, że jestem ci to winien.

Patrzyłam na niego w milczeniu, nie mając pomysłu, do czego zmierza, ale na pewno nie było to wyznanie wiecznej miłości.

– Żenię się – oznajmił. – Z cudowną kobietą, którą poznałem w trasie. Śpiewa w chórku. Pochodzi z Południa, jak ja. Po prostu do siebie pasujemy.

Słyszałam określenie „krew tężeje w żyłach”, ale do tamtej chwili nigdy czegoś takiego sama nie doświadczyłam.

– Moje gratulacje – zdołałam wydukać, choć o mało się przy tym nie zadławiłam.

– Dzięki. Teraz głupio mi, że przyszedłem tu, żeby powiedzieć ci to osobiście, bo najwyraźniej doskonale sobie radzisz.

– Tak, o tak – potwierdziłam, mobilizując w sobie wszystkie siły, by się opanować, nie chwycić za ciężką figurkę z brązu i nie walnąć nią w tę jego przystojną bezczelną gębę.

– No to chyba byłoby na tyle. Jutro wieczorem powiem o tym fanom. Ze sceny. Pociągnę Sharon naprzód i wyjawię nasze plany.

Patrzyłam, jak kiwa głową w przekonaniu, że fajnie to sobie obmyślił. Nadal nic nie mówiłam, tylko mocno ssałam słomkę, ale w butelce już nic nie zostało.

– Mogę załatwić ci bilety VIP-owskie na jutro, jeśli chcesz.

– Przykro mi, ale jutro wieczorem jestem zajęta.

Jakby nigdy nic wzruszyłam ramionami.

Obserwowałam, jak wstaje.

– No dobra, dam ci już spokój. Muszę się trochę przespać. Jutro wielki dzień.

– Na to wygląda. – Skinęłam głową, nie ruszając się z miejsca.

Spojrzał na mnie i chyba na widok wyrazu mojej twarzy coś go tknęło.

– To nie w porządku, że wpadłem? Chciałem tylko…

– Mitch?

– Tak?

– Czy byłbyś łaskaw wynieść się z mojego mieszkania, do cholery? Wynocha, i to już! – Podniosłam się z kanapy i stanęłam tuż przed z nim.

– Jasne, idę. Naprawdę przykro mi, Elektro – powiedział, ruszając do drzwi. – Nie chciałem sprawić ci przykrości ani cię denerwować… naprawdę.

– Ale ci się udało! Pełen sukces! – Pomaszerowałam przed nim do drzwi i otworzyłam mu je. – Żegnaj, Mitch. Miłego życia z nową żoną – syknęłam.

Na swoje szczęście już się nie odezwał, bo gdyby to zrobił, mogłabym skończyć w więzieniu, odsiadując wyrok za morderstwo. Kiedy tylko przekroczył próg, trzasnęłam drzwiami tak mocno, że aż zagrzechotały szklanki w kuchennej szafce. Potem osunęłam się po ścianie i rozszlochałam ze złości i bólu.