Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Następnego dnia po sesji wróciłam do domu, wzięłam gorący prysznic i wskoczyłam do łóżka z wódką. Czułam się kompletnie rozbita. Ci, którym się zdaje, że modelki tylko snują się w pięknych strojach i dostają za to mnóstwo pieniędzy, powinni przez jeden dzień spróbować być mną. O czwartej nad ranem start, sześć zmian fryzur, ubrań i makijażu w lodowatym magazynie na przedmieściach to nie bułka z masłem. Nigdy nie skarżyłam się publicznie – przecież nie harowałam w jakiejś fabryce w Chinach, a w dodatku zarabiałam krocie – ale w końcu każdy żyje swoim życiem i od czasu do czasu, nawet jeśli problem jest luksusowy, ma prawo się nad sobą poużalać, prawda?

Nareszcie trochę się rozgrzałam. Oparta na poduszkach, zaczęłam sprawdzać pocztę głosową. Rebeka, asystentka Susie, zostawiła cztery wiadomości. Przesłała mi CV kilku wybranych kandydatek na asystentki i prosiła, żebym jak najszybciej je przejrzała. Oglądałam oferty na laptopie, kiedy zadzwoniła komórka. Zobaczyłam, że to znów Rebeka.

– Właśnie je czytam – powiedziałam, zanim zdołała się odezwać.

– Świetnie, dziękuję. Ale dzwonię, bo jest jedna dziewczyna, która wydaje mi się idealna dla ciebie, tyle że zaproponowano jej już inną pracę i ma dać odpowiedź do jutra. Może wpadłaby do ciebie pod wieczór i pogadacie? Co ty na to?

– Dopiero co wróciłam z sesji dla „Vanity Fair” i…

– Naprawdę sądzę, że powinnaś ją poznać, Elektro. Ma świetne referencje. Była asystentką Bardina, a wiesz, jaki jest trudny. Słuchaj – ciągnęła pospiesznie – ona pracowała pod presją dla najbardziej wymagających osób w świecie mody. Mogę ją przysłać?

– No dobra… – Westchnęłam, poddając się, żeby nie okazać się „trudną”, za jaką mnie najwyraźniej uważała.

– Świetnie, powiem jej. Na pewno będzie zachwycona, jest twoją wielką fanką.

– Fajnie. W porządku. Niech zajrzy tu o szóstej.

Dokładnie o szóstej odezwał się domofon. Recepcjonistka poinformowała mnie, że mam gościa.

– Przyślij ją na górę – powiedziałam znużonym tonem.

Niespecjalnie cieszyła mnie perspektywa rozmowy kwalifikacyjnej – od kiedy Susie zasugerowała, że potrzebuję kogoś, kto pomógłby mi w organizacji mojego życia, miałam już do czynienia z wieloma młodymi kobietami, które pojawiały się pełne entuzjazmu, a parę tygodni później rzucały wszystko w diabły.

– Naprawdę jestem taka trudna? – spytałam swojego odbicia w lustrze, kiedy sprawdzałam, czy coś mi nie weszło między zęby. – Możliwe. Ale to nic nowego, co? – dodałam, dopijając wódkę i przygładzając włosy.

Stefano, mój fryzjer, pozaplatał je ostatnio ciasno w warkoczyki tuż przy skórze, by doczepić przedłużające je pasma. Zawsze bolała mnie od tego cała głowa.

Usłyszałam pukanie. Poszłam otworzyć, zastanawiając się, co na mnie czeka za drzwiami. Czegokolwiek się spodziewałam, to na pewno nie takiej drobniutkiej, szczupłej osóbki w brązowym kostiumie, którego niemodna spódnica sięgała dobrze poniżej kolan. Mój wzrok powędrował niżej. Panienka miała na nogach coś, co Marina nazwałaby „rozsądnymi” brązowymi półbutami. A najbardziej uderzające było to, że nosiła chustę ciasno owiniętą wokół głowy i szyi. Twarz miała śliczną: malutki nosek, wydatne kości policzkowe, pełne różowe usta i gładką oliwkową cerę.

– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się do mnie, a jej przepastne brązowe oczy rozpromieniły się w uśmiechu. – Nazywam się Mariam Kazemi, bardzo miło mi panią poznać.

Zauroczył mnie tembr jej głosu. Gdyby był na sprzedaż, na pewno bym go kupiła, bo był głęboki i śpiewny; wypływał z jej ust łagodnie niczym płynny miód.

– Cześć, Mariam, wchodź.

– Dziękuję.

Podczas gdy ja dużymi krokami ruszyłam do kanapy, dziewczyna się nie spieszyła. Przystanęła, by spojrzeć na zygzaki i rozbryzgi farby na wiszących na ścianach płótnach, i po jej minie widziałam, że ma o nich takie samo zdanie jak ja.

– Nie są moje. To wybór właściciela mieszkania. – Nie wiem, czemu uznałam, że powinnam to wyjaśnić. – Co mogę ci zaproponować? Wodę, kawę, herbatę, coś mocniejszego?

– O nie, nie piję. To znaczy piję, ale nie alkohol. Poproszę wodę, jeśli to nie jest zbyt wielki kłopot.

– Nie ma problemu – powiedziałam, zmieniłam kierunek i udałam się do kuchni. Właśnie wyciągałam z lodówki butelkę wody Evian, gdy Mariam pojawiła się obok mnie.

– Myślałam, że ma pani służących, by robili to za panią.

– Mam pokojówkę, ale zwykle jestem tu sama. Proszę.

Podałam jej wodę, a ona podeszła do okna i wyjrzała.

– Bardzo wysoko pani mieszka.

– Tak, prawda – przyznałam, zdając sobie sprawę, że dziewczyna kompletnie zbiła mnie z pantałyku.

Emanowała spokojem niczym perfumami, jakby poznanie mnie wcale nie robiło na niej wrażenia, podobnie jak to ogromne mieszkanie, które zajmowałam. Zwykle kandydatki na asystentkę aż podskakiwały z radości i obiecywały mi Bóg wie co.

– Może usiądziemy? – zaproponowałam.

– Dziękuję.

– No więc – zaczęłam, kiedy usadowiłyśmy się w salonie – słyszałam, że pracowałaś dla Bardina?

– Tak.

– Dlaczego odeszłaś?

– Dostałam propozycję pracy, która mogłaby mi bardziej odpowiadać.

– Nie dlatego, że był trudny?

– O nie. – Zachichotała. – Wcale nie był trudny, ale ostatnio wrócił na stałe do Paryża, a ja zostałam w Nowym Jorku. Nadal bardzo się przyjaźnimy.

– O, to pięknie. A czemu jesteś zainteresowana moją ofertą?

– Bo zawsze podziwiałam pani pracę.

Ho, ho, pomyślałam. Rzadko zdarza mi się słyszeć, że mój zawód to „praca”.

– Dzięki.

– Myślę, że to wielki dar umieć wcielić się w osobowość, która promuje jakiś produkt.

Obserwowałam, jak otwiera swoją prostą brązową torbę, która przypominała szkolną teczkę, i podaje mi swoje CV.

– Domyślam się, że nie miała pani czasu rzucić na to okiem przed moim przyjściem.

– Rzeczywiście – przyznałam. Przebiegłam wzrokiem etapy jej życia, streszczone wyjątkowo krótko i rzeczowo. – Nie masz wyższego wykształcenia?

– Nie. Moja rodzina nie miała na to środków. A jeśli mam być zupełnie szczera… – Jej mała, delikatna dłoń powędrowała do twarzy i potarła nos – może i coś by się znalazło, ale jest nas sześcioro i to nie byłoby w porządku wobec reszty, gdybym ja poszła na studia, a oni nie mogliby sobie na to pozwolić.

– Ja też jestem jedną z szóstki! I nie poszłam na uniwersytet.

– No to przynajmniej to jedno nas łączy.

– Jestem najmłodsza.

– A ja najstarsza. – Mariam uśmiechnęła się.

– Masz dwadzieścia sześć lat?

– Tak.

– To jesteśmy rówieśnicami – powiedziałam, z niewiadomych przyczyn zadowolona, że pod niektórymi względami jestem podobna do tej dziwnej istoty. – To co robiłaś po skończeniu szkoły?

– Pracowałam w kwiaciarni w dzień, a wieczorami chodziłam na kursy z biznesu. Mogę przedstawić odpis dyplomu, jeśli sobie pani życzy. Jestem biegła w obsługiwaniu komputera, potrafię tworzyć arkusze kalkulacyjne, a piszę… No, nie jestem całkiem pewna, ile znaków na minutę, ale szybko.

– To nie jest główny wymóg, podobnie jak te arkusze kalkulacyjne. Sprawami finansowymi zajmuje się mój księgowy.

– No tak, ale Excel może być bardzo przydatny organizacyjnie. Mogę układać dokładne grafiki planów na cały miesiąc, tak żeby w każdej chwili miała pani w nie wgląd.

– Gdybyś to zrobiła, pewnie bym uciekła gdzie pieprz rośnie – zażartowałam. – Funkcjonuję z dnia na dzień. Tylko tak jestem to w stanie wytrzymać.

– Doskonale rozumiem, ale moim zadaniem jest organizowanie wszystkiego z wyprzedzeniem. Dla Bardina miałam zaplanowane nawet oddawanie jego rzeczy do pralni. Ustalaliśmy, w co się ubierze na różne okazje, nawet kolor skarpetek, które często celowo miały być nie od pary. – Mariam zaśmiała się cicho, a ja z nią.

– I mówisz, że on jest sympatyczny?

– Tak, bardzo.

Czy była to prawda, czy nie, dziewczyna zachowywała się lojalnie. Tyle razy zdarzało się, że kandydatki na asystentki opowiadały mi najgorsze rzeczy o swoich byłych pracodawcach. Pewnie sądziły, że to w porządku wyjaśnić w szczegółach, dlaczego odeszły, ale ja tylko wyobrażałam sobie, co też będą wygadywać o mnie, kiedy się rozstaniemy.

– Nim pani spyta, jestem bardzo dyskretna… – Najwyraźniej czytała mi w myślach. – Często przekonywałam się, że historie krążące na temat naszych celebrytów nie mają nic wspólnego z prawdą. Ciekawe, że…

– Co?

– Nie, nic.

– Proszę, powiedz.

– To fascynujące, że tak wielu z nas marzy o sławie. Z doświadczenia wiem, że przynosi ona często jedynie nieszczęście. Ludzie myślą, że sława da im prawo do robienia i zdobywania wszystkiego, co im się tylko zamarzy, tymczasem tracą najcenniejsze, co mamy… swoją wolność.

Popatrzyłam na nią zaskoczona. Miałam wrażenie, że choć tyle osiągnęłam, jest jej mnie żal. Nie żeby patrzyła na mnie z góry, po prostu serdecznie mi współczuła.

– No tak, straciłam swoją wolność. Mam paranoję, że ktoś podpatrzy, jak robię coś najzwyklejszego w świecie, i zrobi z tego historię, która się dobrze sprzeda – wyznałam tej kompletnie obcej mi dziewczynie.

– Nie jest łatwo tak żyć, panno D’Aplièse. – Mariam pokręciła z powagą głową. – A teraz, niestety, muszę już iść. Obiecałam mamie, że popilnuję braciszka, kiedy rodzice wyjdą.

– Jasne. A ta opieka nad rodzeństwem… Czy to coś, co robisz na stałe?

– O nie, skąd! Ale właśnie dlatego dziś nie mogę ich zawieść. Wie pani, to urodziny mamy, a w rodzinie żartujemy, że ostatni raz tata zaprosił ją na kolację, kiedy oświadczał się jej dwadzieścia osiem lat temu! Zdaję sobie sprawę, że jeśli pani mnie zatrudni, będę potrzebna dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– I że często będą też podróże za granicę?

– Tak. Nie widzę w tym problemu. Nie mam chłopaka ani nic z tych rzeczy. A teraz, jeśli pani wybaczy… – Wstała. – Bardzo miło było panią poznać, nawet jeśli nie będzie nam dane razem pracować.

 

Patrzyłam, jak odwraca się i rusza do drzwi. Nawet w tym paskudnym ubraniu miała naturalny wdzięk i to coś, co fotograficy nazywają „osobowością”. Choć rozmowa kwalifikacyjna nie trwała dłużej niż piętnaście minut i nie miałam okazji zadać jej wielu ważnych pytań, byłam na nią zdecydowana, naprawdę. Chciałam, by Mariam Kazemi i jej cudowny spokój stały się cząstką mojego życia.

– Słuchaj, jeśli teraz zaproponuję ci tę pracę, czy zastanowisz się nad tym? To znaczy… – Poderwałam się z kanapy, żeby odprowadzić ją do drzwi. – Wiem, że masz inną ofertę i musisz do jutra dać odpowiedź.

Zatrzymała się na moment, a potem odwróciła do mnie twarzą i uśmiechnęła się.

– No pewnie, zastanowię się. Uważam, że jest pani uroczą osobą, o dobrym sercu.

– Kiedy możesz zacząć?

– Od przyszłego tygodnia, jeśli pani chce.

– To umowa stoi! – Wyciągnęłam do niej dłoń, a ona po chwili wahania uścisnęła ją.

– Stoi! – powtórzyła po mnie. – Teraz naprawdę muszę już iść.

– Jasne.

Otworzyła drzwi, a ja podeszłam z nią do windy.

– Znasz już warunki, ale poproszę Rebekę o spisanie umowy i wysłanie ci jej rano.

– Byłabym wdzięczna – powiedziała, gdy rozsunęły się drzwi windy.

– A przy okazji, jakich perfum używasz? – spytałam. – Cudowny zapach.

– Tak naprawdę to olejek do ciała. Sama go robię. Do widzenia.

Drzwi windy się zamknęły i Mariam Kazemi znikła.

*

Wszystkie referencje Mariam potwierdzały słuszność mojego wyboru. Byli pracodawcy nie mogli się jej nachwalić. Więc w następny czwartek obie wsiadłyśmy do prywatnego odrzutowca na lotnisku Teterboro w New Jersey i wyleciałyśmy do Paryża. Jedyną zmianą w jej stroju w związku z naszą podróżą było to, że spódnicę zastąpiły beżowe spodnie. Patrzyłam, jak siada w kabinie i wyjmuje z torby laptopa.

– Latałaś już prywatnymi odrzutowcami? – spytałam.

– O tak. Bardin niczym innym nie podróżował. A teraz, panno D’Aplièse…

– Mów do mnie po imieniu.

– Elektro – poprawiła się. – Muszę zapytać, czy wolisz odpocząć podczas lotu, czy chcesz wykorzystać ten czas, żeby omówić ze mną kilka spraw?

Biorąc pod uwagę, że noc, do czwartej nad ranem, spędziłam w towarzystwie Zeda, wybrałam to pierwsze i kiedy tylko samolot wzbił się w powietrze, nacisnęłam guzik, który obniżył mój fotel do pozycji leżącej, założyłam opaskę na oczy i zasnęłam.

Po trzech godzinach obudziłam się wypoczęta – nauczyłam się już spać w samolotach – i zerknęłam zza opaski, co też robi moja nowa asystentka. Nie było jej w fotelu. Pomyślałam, że poszła do łazienki. Ściągnęłam opaskę i usiadłam. Zaskoczona, zobaczyłam pupę Mariam w wąskim przejściu między fotelami. Może ćwiczy jogę, przyszło mi do głowy, kiedy patrzyłam, jak klęczy z rękami i głową na podłodze, co przypominało trochę pozycję raczkującego malucha. A potem usłyszałam, jak mruczy coś do siebie. Uniosła nieco dłonie i głowę i zorientowałam się, że się modli. Poczułam się skrępowana, że podglądam ją w tak intymnej chwili. Odwróciłam wzrok i poszłam skorzystać z toalety. Kiedy wróciłam, Mariam siedziała znów w fotelu i coś wklepywała do laptopa.

– Dobrze ci się spało? – Uśmiechnęła się do mnie.

– Tak, a teraz jestem głodna.

– Poprosiłam, żeby mieli sushi. Susie mówiła, że w podróży najbardziej lubisz to jeść.

– Dzięki. To prawda.

Stewardesa już była obok mnie.

– Czym mogę służyć, panno D’Aplièse?

Złożyłam zamówienie – świeże owoce, sushi i pół butelki szampana – a potem obejrzałam się na Mariam.

– Chcesz coś?

– Już jadłam, dziękuję.

– Boisz się latać?

Popatrzyła na mnie, unosząc brwi.

– Nie, skąd. A czemu pytasz?

– Bo jak się obudziłam, widziałam, że się modlisz.

– Ach, tak… – Roześmiała się. – To nie dlatego, że się denerwuję. W Nowym Jorku jest środek dnia, a wtedy zawsze się modlę.

– No tak, nie wiedziałam.

– Proszę, nie martw się, nieczęsto będziesz tego świadkiem. Zwykle znajduję sobie jakieś ustronne miejsce, ale tutaj… – Wskazała na ciasną kabinę. – W toalecie bym się nie zmieściła.

– Musisz się modlić codziennie?

– O tak. Tak naprawdę pięć razy.

– O rany! To ci nie przeszkadza?

– Nigdy tak o tym nie myślałam, bo robię to od dziecka. I zawsze czuję się po tym lepiej. Po prostu taka jestem.

– Chodzi ci o to, że taka jest twoja religia?

– Nie. O to, kim ja jestem. O, jest sushi. Wygląda bardzo apetycznie.

– Może jednak i ty się poczęstujesz? Nie lubię pić sama – zażartowałam, kiedy stewardesa nalewała mi szampana do wąskiego kieliszka.

Mariam usiadła w fotelu naprzeciw mnie.

– Co mogę pani podać, proszę pani? – spytała ją stewardesa.

– Trochę wody, poproszę.

– Na zdrowie! – Uniosłam kieliszek. – Za udaną współpracę.

– Tak. Jestem pewna, że będzie dobrze.

– Przykro mi, że tak mało wiem o waszych zwyczajach.

– Nie ma sprawy – rzuciła Mariam. – Na twoim miejscu też nic bym o nich nie wiedziała.

– Pochodzisz z ortodoksyjnej rodziny?

– Niespecjalnie. A przynajmniej w porównaniu z innymi. Urodziłam się w Nowym Jorku, jak moje rodzeństwo, jesteśmy więc Amerykanami. Jak zawsze mówi ojciec, ten kraj dał moim rodzicom bezpieczne schronienie, kiedy było im to potrzebne, i musimy szanować tutejsze zwyczaje tak samo jak te przodków.

– A skąd pochodzą twoi rodzice? – spytałam.

– Z Iranu… albo Persji, jak wolimy mówić w domu. To o wiele piękniejsza nazwa, nie sądzisz?

– Rzeczywiście. Twoi rodzice musieli więc wyjechać z ojczyzny wbrew swojej woli?

– Tak. Oboje przyjechali do Stanów jako dzieci ze swoimi rodzicami, kiedy obalono szacha.

– Szacha?

– Był królem Iranu. Miał bardzo prozachodnie podejście. Ekstremistom w naszym kraju to się nie podobało, więc każdy, kto był z nim w jakikolwiek sposób spokrewniony, musiał uciekać, by uniknąć śmierci.

– Skoro był królem, to znaczy, że jesteś z rodziny królewskiej?

– No… – Mariam uśmiechnęła się. – Teoretycznie tak, ale w Iranie jest trochę inaczej niż w Europie. Setki nas było z nim skoligaconych… kuzyni, dalsi kuzyni i inni, poprzez związki małżeńskie. Pewnie na Zachodzie powiedziałoby się raczej, że pochodzę z rodziny arystokratycznej.

– O rany! Pracuje dla mnie księżniczka!

– Kto wie… gdyby wszystko potoczyło się inaczej… Mogłabym stać się księżną, jeśli poślubiłabym właściwego mężczyznę.

Nie chciałam mówić, że tylko żartowałam. Ale kiedy tak patrzyłam na Mariam, wszystko zaczęło mi się układać w logiczną całość. To jej opanowanie, pewność siebie, nienaganne maniery… Możliwe, że coś takiego może zapewnić tylko wychowanie zgodne z wieloma wiekami arystokratycznych tradycji.

– A ty, Elektro? Skąd pochodzi twoja rodzina?

– Nie mam pojęcia – odparłam, dopijając szampana. – Byłam adoptowana jako bardzo małe dziecko.

– I nigdy nie chciałaś zbadać, jakie są twoje korzenie?

– Nie. Po co patrzeć wstecz, skoro nic nie da się zmienić? Zawsze patrzyłam tylko naprzód.

– To lepiej, żebyś nie poznawała mojego ojca – powiedziała z wesołym błyskiem w oku. – Stale opowiada o tym, jak to było, kiedy żyli z moimi dziadkami w Iranie. I o naszych przodkach sprzed wieków. To bardzo piękne historie. Uwielbiałam ich słuchać jako dziecko.

– Ja miałam tylko baśnie braci Grimm. Zawsze były w nich straszne stare wiedźmy albo jakieś skrzaty. Okropnie się ich bałam.

– W naszych baśniach też takie są, ale nazywają się dżinami. Potrafią dać się ludziom mocno we znaki. – Mariam popijała wodę, popatrując na mnie znad brzegu szklanki. – Tata mówi, że nasza historia to dywan, na którym stoimy i który pozwala nam latać. Może pewnego dnia będziesz chciała poznać swoją historię. A teraz może chciałabyś posłuchać o planach na Paryż?

Godzinę później Mariam wróciła na swój fotel, by wklepać notatki, które robiła podczas naszej rozmowy. Ja położyłam się w fotelu i patrzyłam na ciemniejące na zewnątrz niebo, zapowiadające zbliżającą się nad Europą noc. Gdzieś pod tymi ciemnościami leżał mój dom rodzinny… albo przynajmniej to miejsce, do którego zebrał nas – dziewczynki tak bardzo różniące się między sobą, ze wszystkich stron świata – Pa Salt.

Nigdy nie przeszkadzało mi, że nie byliśmy naprawdę spokrewnieni, ale kiedy słuchałam, jak Mariam mówi o swoich korzeniach, jak podtrzymuje wielowiekowe tradycje nawet tu, w prywatnym odrzutowcu zmierzającym do Paryża, zrobiłam się prawie zazdrosna.

Pomyślałam o liście od Pa Salta, leżącym gdzieś w moim nowojorskim mieszkaniu… Nawet nie wiedziałam gdzie. Nie otworzyłam go, najprawdopodobniej się zgubił, więc pewnie nigdy nie będę miała szansy dowiedzieć się czegoś o swoim pochodzeniu. Może „ten Hoff” – jak skrycie nazywałam prawnika Pa Salta – mógłby mi coś powiedzieć… Przypomniało mi się też, że na sferze armilarnej w ogrodzie w Atlantis były zapisane współrzędne. Ally twierdziła, że mogą wskazywać, skąd jesteśmy. Nagle odnalezienie listu Pa Salta wydało mi się czymś najważniejszym w świecie. Miałam niemal ochotę kazać pilotowi zawracać, żeby natychmiast przekopać szuflady. Ale wtedy, kiedy znalazłam się znów w Nowym Jorku po pożegnaniu Pa Salta w Atlantis – bo prawdziwego pogrzebu nie było, ponieważ ojciec najwyraźniej polecił oddać swoje ciało morzu – byłam taka zła, że nawet nie chciałam zajrzeć do listu.

Wydaje się, że jego śmierć cię złości. Dlaczego?

Te słowa terapeutki dźwięczały mi w uszach. Prawda była taka, że nie znałam odpowiedzi. Chyba byłam zła, odkąd umiałam chodzić i mówić, a pewnie i wcześniej. Wszystkie siostry uwielbiały opowiadać mi, jak wrzeszczałam jako niemowlę, a kiedy dorosłam, nie było wiele lepiej. Z pewnością nie mogłam składać tego na karb mojego wychowania, bo było wzorowe, choć dziwne, biorąc pod uwagę, że wszystkie byłyśmy adoptowane i moje zdjęcia rodzinne wyglądały upiornie, jak reklamy firmy Gap, przez to nasze różne pochodzenie etniczne. Jeśli kiedykolwiek poruszałam ten temat, Pa Salt zawsze wyjaśniał, że specjalnie nas tak wybrał, co najwyraźniej zadowalało moje siostry, ale nie mnie. Chciałam wiedzieć dlaczego. Teraz, kiedy nie żył, najprawdopodobniej nigdy już tego nie zrozumiem.

– Za godzinę lądujemy – powiedziała stewardesa, dolewając mi do kieliszka. – Czy mogę podać pani coś jeszcze?

– Nie, dziękuję.

Zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że mój paryski kontakt dotrzymał słowa i dostarczył mi co trzeba do hotelu, bo rozpaczliwie potrzebowałam kreski. Kiedy byłam trzeźwa, głowa szła w ruch, zaczynałam myśleć o Pa Salcie, siostrach, moim życiu… A tego nie chciałam. Przynajmniej nie teraz.

*

Sesja – dla odmiany – naprawdę sprawiła mi przyjemność. Wiosna w Paryżu, z tą słoneczną pogodą, była szaleńczo piękna i jeśli w jakimkolwiek mieście czułam się jak u siebie, to tutaj. Pracowaliśmy w Jardin des Plantes, gdzie kwitły drzewa wiśni, irysy i peonie. Wszystko wydawało się tak nowe i świeże. W dodatku spodobał mi się fotograf. Skończyliśmy sporo przed czasem i po południu kontynuowaliśmy tę chemię w moim pokoju hotelowym.

– Co ty robisz w tym Nowym Jorku? – zapytał mnie po francusku Maxime, kiedy piliśmy herbatę z delikatnych porcelanowych filiżanek w łóżku, a potem wykorzystaliśmy tacę, by wciągnąć kreski. – Masz europejską duszę.

– Wiesz, sama nie jestem pewna. – Westchnęłam. – Tam mieszka Susie, moja agentka. Wydawało się, że to ma sens być blisko niej.

– Twoja modelingowa maman? – zażartował. – Jesteś już dużą dziewczynką, Elektro, umiesz sama podejmować decyzje. Zamieszkaj tutaj. Moglibyśmy wtedy częściej to powtarzać – dodał, podnosząc się z łóżka i znikając w łazience, żeby wziąć prysznic.

Patrzyłam przez okno na plac Vendôme, pełen turystów i przechodniów oglądających wystawy eleganckich sklepów, i zastanawiałam się nad tym, co powiedział Maxime. Miał rację. Mogłam mieszkać gdziekolwiek. To nie miało znaczenia, bo i tak większość czasu spędzałam w podróży.

– Gdzie jest mój dom? – szepnęłam, nagle przybita perspektywą powrotu do Nowego Jorku, do tego pustego bezdusznego mieszkania. Dla kaprysu wzięłam komórkę i zadzwoniłam do Mariam.

– Czy mam jutro coś w Nowym Jorku?

– Kolację o siódmej z Thomasem Allebachem, szefem marketingu firmy od tych perfum, których jesteś twarzą – odpowiedziała bez wahania.

– Dobrze.

Thomas i ja spotykaliśmy się od czasu do czasu, odkąd rzucił mnie Mitch, ale nie byłam nim specjalnie zauroczona. – A w niedzielę?

– Nie mamy nic w kalendarzu.

– Świetnie. Odwołaj kolację. Powiedz Thomasowi, że zdjęcia się przeciągnęły czy coś w tym rodzaju, przełóż lot na niedzielę wieczorem i przedłuż mi pobyt w hotelu na dwie noce. Chcę zostać w Paryżu.

 

– Wspaniale. To cudowne miasto. Potwierdzę, jak wszystko załatwię.

– Dziękuję, Mariam.

– Nie ma sprawy.

– Zostaję dłużej – oznajmiłam Maxime’owi, kiedy wynurzył się po prysznicu z łazienki.

– Szkoda, że nie będzie mnie w mieście przez weekend. Gdybym wiedział…

– Ooo… – Starałam się nie zdradzić rozczarowania. – Pewnie niedługo znów tu będę.

– Daj mi znać kiedy, dobrze? – powiedział, ubierając się. – Odwołałbym ten wyjazd, gdybym mógł, ale to ślub przyjaciela. Przykro mi.

– Zostaję dla Paryża, nie dla ciebie. – Zmusiłam się do uśmiechu.

– A on kocha cię tak samo jak ja. – Cmoknął mnie w czoło. – Miłego weekendu. Odzywaj się.

– Dobrze.

Kiedy wyszedł, wciągnęłam kreskę na pociechę i zastanawiałam się, na co mam ochotę w Paryżu. Ale jak we wszystkich innych wielkich miastach, kiedy tylko wyjdę za próg Ritza, w kilka minut zostanę rozpoznana, ktoś da znać prasie i zaraz się pojawi niechciane towarzystwo.

Moja ręka zawisła nad telefonem. Już miałam dzwonić do Mariam, żeby wróciła do planu A, kiedy niczym pod wpływem czarów, komórka zabrzęczała.

– Elektro, tu Mariam. Chciałam tylko powiedzieć, że lot jest już przełożony na niedzielę, a rezerwacja pokoju przedłużona.

– Dzięki.

– Mam zamówić stolik w którejś z restauracji?

– Nie… – Z jakiegoś powodu łzy napłynęły mi do oczu.

– Wszystko w porządku, Elektro?

– Tak.

– Jesteś teraz… zajęta?

– Nie, nie.

– To mogłabym do ciebie wpaść? Susie przysłała dziś kilka umów, które powinnaś podpisać.

– Jasne, wpadaj.

Przyszła po kilku minutach, roztaczając wokół siebie ten cudowny zapach. Podpisałam kontrakty, a potem zapatrzyłam się smutno w okno na zapadający nad Paryżem zmierzch.

– To jakie masz plany na wieczór? – spytała.

– Nie mam żadnych, a ty?

– Nic poza kąpielą. Idę do łóżka i poczytam sobie jakąś książkę – odparła.

– Wiesz, chciałabym dokądś pójść, zajrzeć do kawiarni, gdzie pracowałam jako kelnerka, i zjeść coś zwyczajnego jak normalni ludzie, ale nie jestem w nastroju, żeby wszyscy się na mnie gapili.

– Rozumiem – Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym wstała. – Mam pomysł. Zaczekaj.

Znikła, ale po kilku minutach już była z powrotem. Przyniosła chustę.

– Mogę ci ją przymierzyć? Zobaczymy, jak byś wyglądała.

– Chcesz mi ją zarzucić na ramiona?

– Nie, zawiązać ci ją na głowie, jak moją. Wszyscy obchodzą z daleka kobiety w hidżabie i dlatego właśnie wiele muzułmanek decyduje się go nosić. Spróbujemy?

– Dobra. To pewnie jedyna stylizacja, której jeszcze nie miałam – dodałam ze śmiechem.

Usiadłam na brzegu łóżka, a Mariam zamotała mi chustę na głowie, ułożyła mi na ramionach jej końce i przypięła.

– Gotowe. Patrz. – Skinęła na lustro.

To było nie do wiary. Nawet ja sama bym siebie nie poznała.

– Fajnie, doskonale, ale z resztą mojego ciała niewiele da się zrobić, co?

– Masz ze sobą jakieś ciemne spodnie albo legginsy?

– Tylko te czarne dresy, które miałam na sobie w samolocie.

– Nadadzą się. Włóż je, a ja jeszcze coś przyniosę.

Tak zrobiłam. Po chwili Mariam pojawiła się z jakąś sukienką na ręce i strzepnęła ją. Zobaczyłam, że to tani drukowany w kwiaty chałat z długimi rękawami.

– Kupiłam to sobie na wypadek, gdybym miała jakieś eleganckie wyjście z tobą. Oszczędzam ten strój na specjalne okazje, ale mogę ci go pożyczyć.

– Wątpię, czy w to wejdę.

– Nie sądzę, żebyśmy miały tak różny obwód w biuście. Ja noszę to jako sukienkę, dla ciebie będzie tuniką. Przymierz – nalegała.

Zrobiłam to i przekonałam się, że ma rację. Sukienka pasowała w ramionach i sięgała do połowy uda.

– I proszę! Teraz nikt cię nie pozna. Jesteś muzułmanką.

– A buty? Mam tylko szpilki od Louboutina i baleriny od Chanel.

– Włóż sportowe buty, które miałaś w samolocie – zasugerowała, ruszając do mojej walizki. – Mogę?

– Śmiało – powiedziałam, gapiąc się na swoje odbicie w lustrze. – W tym nakryciu głowy i prostej bawełnianej sukience mógłby mnie wytropić tylko ktoś o naprawdę sokolim wzroku.

– Świetnie – pochwaliła mnie Mariam, kiedy włożyłam buty. – Pełna transformacja. Jeszcze tylko jedno… Mogę zajrzeć do twojej kosmetyczki?

– Pewnie.

– Musimy tylko zrobić ci ciemną kreskę wokół oczu. Zamknij powieki.

Posłusznie je opuściłam. Przypomniało mi się, jak byłyśmy z siostrami na jachcie Pa Salta podczas corocznych letnich rejsów i jak szykowałyśmy się do kolacji, kiedy dobijaliśmy do brzegu. Uważały mnie za zbyt młodą na makijaż, więc tylko siedziałam na łóżku i patrzyłam, jak Maja pomaga się malować Ally.

– Masz taką piękną karnację. Taką promienną, dosłownie. – Mariam westchnęła. – No, teraz jestem przekonana, że nikt cię dziś nie będzie niepokoił.

– Naprawdę tak myślisz?

– Wiem na pewno, ale wypróbuj to na dole, kiedy będziemy przechodzić koło recepcji. Gotowa? Idziemy?

– Tak, czemu nie? – Sięgnęłam po torebkę Louisa Vuittona, ale moja asystentka mnie powstrzymała.

– Jeśli czegokolwiek potrzebujesz, włóż do mojej torebki. – Wskazała na tanią konduktorkę ze sztucznej skóry przewieszoną przez ramię. – Gotowe?

– Tak.

W windzie, choć wsiadły z nami trzy inne osoby, nikt na mnie nie spojrzał. Przeszłyśmy przez lobby. Recepcjonista rzucił na nas okiem, ale zaraz znów skierował wzrok na ekran komputera.

– O rany… Christophe zna mnie od lat – szepnęłam, kiedy wyszłyśmy.

Mariam zawołała portiera.

– Potrzebna nam taksówka na Montmartre – powiedziała całkiem znośnym francuskim.

– D’accord, mademoiselle, ale jest kolejka, więc może trzeba będzie z dziesięć minut poczekać.

– Dobrze, zaczekamy.

– Od lat nie czekałam na taksówkę – mruknęłam.

– Witaj w zwyczajnym świecie, Elektro. – Mariam uśmiechnęła się. – Zaraz pojedziemy.

Dwadzieścia minut później siedziałyśmy przy stoliku w knajpce, w której niegdyś pracowałam. Nie był najlepszy, wciśnięty pomiędzy dwa inne, i słyszałam każde słowo gości siedzących obok. Popatrywałam na George’a, który dziesięć lat temu dał mi pracę kelnerki. Stał za barem, ale ani razu na mnie nie spojrzał.

– I jak to jest stać się znowu niewidzialną? – spytała Mariam, kiedy zamówiłam pół karafki białego wina stołowego.

– Sama nie wiem. Dziwnie, to pewne.

– Ale swobodniej?

– O tak, to znaczy fajnie było iść ulicą, nie zwracając niczyjej uwagi, ale jak we wszystkim: są plusy i minusy, prawda?

– Oczywiście, wyobrażam sobie jednak, że nawet kiedy nie byłaś jeszcze sławna, ludzie gapili się na ciebie.

– Może i tak, ale nigdy nie wiedziałam, czy to życzliwe spojrzenia, bo… no wiesz… przypominam trochę czarną żyrafę!

– Domyślam się, że patrzyli na ciebie, bo jesteś piękna, Elektro. Podczas gdy ja, zwłaszcza po tym, co się stało jedenastego września, gdziekolwiek się pojawię, jestem traktowana nieufnie. Wiesz, że niby każdy muzułmanin to terrorysta. – Uśmiechnęła się smutno, popijając wodę.

– Na pewno to dla ciebie trudne.

– Tak. Pod każdą władzą polityczną czy religijną zwyczajni ludzie chcą tylko spokojnie żyć. Przykre, że zwykle jestem zaszufladkowana z powodu stroju, jeszcze zanim się odezwę.

– Czy nigdy nie chodzisz bez tego?

– Nie. Choć ojciec mówił, żebym zdjęła hidżab, kiedy szukałam pracy. Obawiał się, że chusta zmniejsza moje szanse.

– Może powinnaś kiedyś spróbować, stać się kimś innym na kilka godzin, jak ja dziś wieczorem. Dla ciebie też może to być wyzwalające doświadczenie.

– Niewykluczone, ale dobrze mi tak, jak jest. Zamówimy coś?

Mariam zabrała się do tego znów po francusku.

– Masz tyle ukrytych umiejętności – zażartowałam. – Gdzie nauczyłaś się tak dobrze francuskiego?

– W szkole, a potem przypomniałam sobie ten język, pracując dla Bardina. W świecie wielkiej mody to konieczność. Poza tym mam chyba dobre ucho do języków. Zauważyłam na przykład, że zmienia ci się głos, kiedy mówisz po francusku, a nie po angielsku. Stajesz się jakby całkiem inną osobą.

– Co masz na myśli? – Zjeżyłam się.

– Nic złego – rzuciła pospiesznie. – Jak mówisz po angielsku, wydajesz się bardziej na luzie… możliwe, że przez lekko amerykański akcent. Kiedy używasz francuskiego, brzmi to… jakoś poważniej.

– Moje siostry pękałyby ze śmiechu, gdyby to słyszały – stwierdziłam z wymuszonym uśmiechem.

Nad moules marinières ze świeżą bagietką, które umieją piec tylko Francuzi, zachęcałam Mariam, by opowiadała mi o swojej rodzinie. Najwyraźniej uwielbiała braci i siostry, a ja zazdrościłam jej tej miłości widocznej w oczach.

– Trudno mi uwierzyć, że moja młodsza siostra wychodzi w przyszłym roku za mąż. Mnie rodzice nazywają starą panną. – Uśmiechnęła się, kiedy obie wsuwałyśmy zamówioną na deser tarte Tatin. Zdecydowałam, że rano spalę tę odrobinę dodatkowych kalorii w hotelowej siłowni.