Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dobry wieczór, Cecily. Słyszałem, że jesz u siebie, a ponieważ i ja zamierzałem zjeść w pokoju, pomyślałem, że moglibyśmy połączyć siły i razem ponarzekać na brak umiejętności kucharki.

W progu pojawił się Julius z taką samą tacą, jaką i ona dostała.

– Przeszkadzałoby ci bardzo, gdybym się do ciebie przysiadł?

– Nie… skąd. Oczywiście, że nie.

– To wspaniale. – Postawił tacę na małym stoliku przed kominkiem i usiadł twarzą do Cecily. – Podobno się zaziębiłaś, a ta kolacja na pewno jest niejadalna, przyniosłem więc nam coś na rozgrzanie serduszek. – Wyciągnął z jednej kieszeni butelkę czegoś, co wyglądało na bourbon, a z drugiej kubek do mycia zębów. – Musimy korzystać z jednego, ale w końcu w życiu trzeba improwizować, prawda? – Uśmiechnął się, nalewając sporo trunku do kubka, po czym podał go Cecily. – Panie mają pierwszeństwo. Oczywiście pijemy jedynie w celach leczniczych.

– Ale naprawdę, ja…

– No dobrze, to ja pierwszy – powiedział i wziął duży łyk. – Ach, od razu lepiej. Nie ma nic lepszego na zaziębienie niż odrobina whisky.

Serce Cecily tłukło się w piersi. Musiała się uspokoić.

– Może mały łyk mi nie zaszkodzi.

– Na pewno, a większy naprawdę by pomógł – zachęcił ją Julius, kiedy ostrożnie nachylała kubek przytknięty do ust. – A teraz weźmy się do tego jajka.

Patrzyła, jak unosi łyżeczkę i ostukuje dokładnie skorupkę, a potem odcina czubek nożem.

– Ugotowane na twardo, jak zawsze. – Westchnął. – Rozmawiałem z ciotką o jakości posiłków w tym domu i wątpliwych kwalifikacjach kobiety, która je szykuje, ale to jak rzucanie grochem o ścianę.

Odchylił się na krześle.

– Niejadalne. Pozostaje nam więc tylko picie. Na zdrowie! – Uniósł kubek i wypił resztę do dna. – Opowiedz mi o swoim życiu w Nowym Jorku. – Napełnił znów kubek i podał jej. – Sam nigdy tam nie byłem, ale wszyscy mówią, że to cudowne miasto.

– To prawda. Drapacze chmur pną się do samego nieba, ale są też duże otwarte przestrzenie, więc nie robi to klaustrofobicznego wrażenia. Nasz dom wychodzi na Central Park. Można tam długo chodzić i nie spotkać nikogo. W Nowym Jorku jest wszystko co najlepsze… tak mi się wydaje. To moje miejsce na Ziemi – wzruszyła ramionami – i kocham je.

– No to zdradź mi, proszę, skoro tak je kochasz, dlaczego za kilka dni uciekasz do afrykańskiego buszu?

– Bo… matka chrzestna mnie zaprosiła.

– Naprawdę o to chodzi? – Przenikliwe brązowe oczy Juliusa patrzyły na nią uważnie. – Biorąc pod uwagę niepewną sytuację w Europie i to, że Kenia również może zostać wciągnięta w nadciągającą wojnę, podejrzewałbym, że jest jeszcze jakiś inny powód.

– Miałam… wyjść za mąż, ale… nastąpiła zmiana planów.

– Rozumiem. – Julius wziął kolejny łyk ze wspólnego kubka. – Jednym słowem uciekasz.

– Mam nadzieję, że nie uciekam, ale raczej ruszam dalej. To fantastyczna okazja, by poznać kompletnie inny świat, i zdecydowałam się ją wykorzystać.

– Brawo. Podoba mi się twój optymizm. Wszędzie musi być lepiej niż w Woodhead Hall w środku zimy. – Westchnął. – Ale taki już mój los. Chyba że w Europie wybuchnie wojna, wtedy niewątpliwie czeka mnie żołnierska tułaczka do dalekich krajów na spotkanie pewnej śmierci. W tej sytuacji trzeba cieszyć się chwilą, prawda? – dodał, znów dolewając do kubka. – Może stanę się Rupertem Brookiem nowej wojny, choć wolałbym mieć nadzieję, że moje dni nie dobiegną końca na polu walki na Gallipoli.

– Przykro mi, ale nie wiem, o kim mówisz.

– Na Boga, panno Huntley-Morgan, czy ty chodziłaś do szkoły?

– Owszem, a nawet studiowałam w Vassar, w jednej z najlepszych żeńskich uczelni w Ameryce! – odparła urażona.

– W takim razie miałaś bardzo kiepskiego nauczyciela literatury angielskiej. Rupert Brooke był geniuszem i najsłynniejszym poetą piszącym o wojnie. Muszę niezwłocznie zaopatrzyć cię w tomik jego wierszy.

– Z literatury nigdy nie byłam mocna, choć lubię czytać. – Cecily wzruszyła ramionami, czując się o wiele swobodniej po whisky. – Jak ci mówiłam, jestem lepsza w matematyce.

– Masz więc pewnie umysł bardziej ścisły niż skłonny do uniesień estetycznych. Sprawdźmy to. Choćby teraz… Czy wiesz na przykład, ile to będzie dziewięćset siedem minus dwieście czternaście?

– Sześćset dziewięćdziesiąt trzy – powiedziała już po kilku sekundach.

– A sto siedemdziesiąt dwa dzielone przez sześć?

– Dwadzieścia osiem i powtarzające się sześć po przecinku.

– Pięćset sześćdziesiąt pomnożone przez trzydzieści dziewięć.

– Dwadzieścia jeden tysięcy osiemset czterdzieści. – Cecily zachichotała. – To dość łatwe. Popytaj mnie z całek albo logarytmów.

– Nie za bardzo wiem, co te słowa znaczą, więc raczej spasuję. Jesteś naprawdę bystra. Czy czasem nie złości cię, że choć masz wykształcenie wyższe, to jako kobieta nie możesz wykorzystać swoich umiejętności do czegoś więcej niż błyskawiczne liczenie domowych wydatków i nie jesteś w stanie zarabiać tym na życie?

– Szczerze mówiąc, tak, oczywiście. Ale mój tata nie pozwoliłby swojej córce pracować. Tak już jest i nic na to nie poradzę.

– No właśnie, ale czy to nie paradoks? Ja chciałbym tylko, żeby dali mi święty spokój, żebym mógł składać słowa w wiersze i całymi dniami bujać w obłokach, a nie uczyć się prowadzenia gospodarstwa i przekopywać przez te nieszczęsne księgi rachunkowe. – Uśmiechnął się. – A ty umiałabyś to wszystko robić z zapałem, ale nie masz na to szans, bo jesteś kobietą.

– Życie nie jest sprawiedliwe. Myślę, że powinniśmy to zaakceptować. Przecież oboje jesteśmy uprzywilejowani, Juliusie. Ty pewnego dnia odziedziczysz tę ziemię i dom, a ja skończę jako żyjąca wygodnie żona i matka. Żadne z nas nie klepie biedy, prawda?

– Na pewno, panno Huntley-Morgan – przeszył ją wzrokiem – ale czy pieniądze dają szczęście? Jesteś szczęśliwa? Czy ja jestem szczęśliwy?

W tej chwili jestem najszczęśliwsza w życiu, pomyślała.

– W zasadzie całkiem mi dobrze – powiedziała na głos.

– Ale co naprawdę daje nam szczęście? Jak sądzisz?

– No… pewnie miłość – przyznała, pocieszając się, że nawet jeśli się czerwieni, to i tak maskują to rumieńce po whisky.

– Całkowita racja! – Julius uderzył dłonią w poręcz fotela. – Więc jednak pod tym twoim umysłem ścisłym kryje się i poetycka dusza.

– Każdy wie, że to miłość uszczęśliwia człowieka.

– Ale potrafi też przynieść najdotkliwszy ból, zgodzisz się ze mną?

– Oczywiście. – Tym razem to Cecily osuszyła szklankę.

W głowie się jej kręciło od picia alkoholu na pusty żołądek, ale nie przejmowała się tym. To była przecudownie szczera rozmowa, najwspanialsza, jaką kiedykolwiek prowadziła z mężczyzną.

– Naprawdę, jeszcze nigdy w życiu nie spotkałem tak interesującej kobiety jak ty. Niestety, moja ciotka lada chwila wróci z jednego ze swoich wiecznych spotkań, więc muszę cię opuścić. – Julius wstał. Cecily również. – Pojeździmy znów razem konno jutro rano? – zapytał, zbliżając się do niej. – Oczywiście, jeśli poczujesz się lepiej.

I nagle złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Nim mogła zaprotestować, jego usta znalazły się na jej wargach i oddawała mu pocałunek bardziej namiętnie, niż kiedykolwiek zdarzyło się jej to z Jackiem. Nawet kiedy jego dłoń powędrowała na jej pierś, a druga przyciągnęła ją tak blisko, że Cecily czuła jego podniecenie, nie powstrzymała go.

– Mój Boże, jesteś cudowna – szepnął jej do ucha.

Dopiero kiedy zaczął sięgać pod bluzkę, Cecily z wysiłkiem zdołała się od niego oderwać.

– Julius, nie powinniśmy…

– Wiem, że nie powinniśmy… – Jego zbłąkana dłoń uniosła się do jej policzka i pogładziła go czule. – Wybacz. Po prostu… nie można ci się oprzeć. I nim dam się skusić jeszcze bardziej, idę. Dobranoc.

Jeszcze raz pocałował ją w usta, po czym wyszedł, zabierając tacę z ledwie tkniętym jedzeniem.

12

Cecily zdecydowanie czuła się wystarczająco dobrze po ich pocałunku, by nazajutrz pojechać na przejażdżkę. Dwa dni później, leżąc na pachnącym końmi kocu w ramionach Jacka, pomyślała, że nigdy w życiu nie czuła się zdrowsza. Kiedy obejrzeli wschód słońca nad Downs, zakomenderował, żeby przywiązać konie. Chciał jej pokazać dziwną kwadratową budowlę stojącą na pustkowiu, daleko od wścibskich oczu i domu. W środku było ciemno, w powietrzu wisiała zatęchła wilgoć, ale kiedy tylko drzwi zamknęły się za nimi, objął Cecily i przyciągnął do siebie. Straciła głowę i pozwoliła mu pieścić i całować jej piersi. A potem, następnego dnia, pozwoliła mu na więcej…

– Co ja wyprawiam? – jęknęła, wyglądając z okna sypialni po tym, jak rano o mało nie doszło do całkowitego spełnienia. – Za dwa dni wyjeżdżam do Kenii. Nie chcę tam jechać – szepnęła ze łzami w oczach. – Chcę zostać tu, z Juliusem…

Niepocieszona, podeszła do łóżka, położyła się i zamknęła powieki. Była wyczerpana po bezsennych nocach, serce jej trzepotało, kiedy tylko pomyślała o tym, jak on przygarnia ją do siebie. A jednocześnie czuła euforię, miała więcej energii niż kiedykolwiek, przynajmniej w jego obecności.

– Nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego z Jackiem, nigdy – powiedziała baldachimowi nad łóżkiem, przypominając sobie niezdarne pieszczoty, kiedy Jack całował ją na dobranoc. – Boże, co ja mam robić?

Właściwie nie rozmawiali o przyszłości. Tak naprawdę w ogóle niewiele mówili, bo usta Jacka były zwykle przylepione do jej warg, gdy byli sami. Ale stale powtarzał, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie, że nigdy jeszcze kogoś takiego nie spotkał i myśli, że się w niej zakochał…

Ja na pewno go kocham. Do jej oczu napłynęło więcej łez na myśl o wyjeździe.

Zostały jednak jeszcze dwa dni – dwa dni, żeby poprosił ją, by została…

Tego wieczoru, po kolacji z Audrey, Cecily udała, że boli ją głowa. Przeprosiła i wycofała się do siebie na górę. Nie mogła już znieść rozmów o niczym, gdy patrzyła na Juliusa po drugiej stronie stołu i myślała, jak bezsensownie ucieka cenny czas, kiedy mogłaby być w jego ramionach. Wślizgnęła się pod kołdrę i zgasiła światło, modląc się o spokój i sen. Już usypiała, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

 

– Cecily, kochanie, śpisz?

Nim zorientowała się, co się dzieje, leżał obok niej, obejmując ją mocno.

– Julius, co ty robisz? A co z twoją ciotką? Przecież…

– Poszła już do swojego pokoju. Zresztą ona śpi po przeciwnej stronie korytarza. A teraz cicho, pozwól się całować.

Najpierw zdarł z niej kołdrę, potem koszulę.

– Nie! Nie możemy, nie wolno! Zaraz wyjeżdżam do Kenii…

– Ale czy nie jest cudownie, kochanie? Po raz pierwszy nadzy, dotykamy się ciałami…

Wziął jej dłoń i położył sobie na szyi. Miał taką jedwabistą skórę. Potem poprowadził jej rękę niżej. Poczuła nieco sztywne włosy na piersi, potem mięśnie brzucha i dalej…

– Nie! Proszę, nie mogę. Nawet nie jesteśmy oficjalnie parą.

– Och, przecież jesteśmy. Parą, którą łączy namiętny związek miłosny. Kocham cię, Cecily. Tak bardzo cię kocham…

– Ja też cię kocham – zamruczała, gdy puścił jej dłoń, by własną wędrować po jej piersiach i niżej. – Poczekasz, aż wrócę? – szepnęła.

– Poczekam na co? – spytał, kładąc się na niej.

Poczuła na sobie jego twardość.

– Na mnie…

Oszołomiona rozkoszą, w której rozpływało się jej ciało, nie była w stanie jasno myśleć.

– Oczywiście, kochanie, oczywiście.

Dopiero kiedy zaczął w nią wchodzić, oprzytomniała.

– Nie, Julius! Mogę zajść w ciążę. Nie wolno, proszę.

– Nie martw się, kochanie. Nie dopuszczę do tego, obiecuję. Wyjdę wcześniej. Odpręż się, zaufaj mi.

– Nawet nie jesteśmy zaręczeni… Julius!

– No to się zaręczymy – powiedział i natarł mocniej. – To się musiało stać, prawda, kochana?

Przemknęło jej przez myśl, jak bardzo ucieszyłaby się matka, gdyby ona, Cecily, miała pewnego dnia stać się panią Woodhead Hall. Na pewno nawet ojciec wybaczyłby jej tę noc za taki honor.

– Tak – szepnęła.

*

Następnego ranka zbudziła się późno. Popatrzyła na zegar podróżny stojący przy łóżku i zobaczyła, że jest już po dziewiątej. Leżała nadal rozespana po nocnych emocjach. To czuła wyrzuty sumienia, że postąpiła źle, to pocieszała się, że wiele dziewczyn z Vassar straciło dziewictwo podczas studiów, to znów myślała o tym, jak i kiedy ogłoszą zaręczyny. Julius właściwie nie mówił, że ją poślubi ani kiedy… Może po jej powrocie z Afryki? Oczywiście była jeszcze groźba wojny…

Wreszcie usiadła i zwiesiła nogi z łóżka. Ciało ją bolało w miejscach, o których nawet nie wiedziała, że mogą boleć. Kiedy wstała zadzwonić po służącą, zobaczyła smużkę krwi na prześcieradle.

– Przecież to chyba nie czas na miesiączkę? – mruknęła do siebie, zaskoczona, a potem przypomniała sobie ściszone rozmowy podsłuchane we wspólnej sypialni w Vassar i uświadomiła sobie, skąd ta krew. Zaczerwieniła się na myśl, że Doris może to zauważyć, i zakryła plamę kołdrą, nim nacisnęła dzwonek. Nagle zauważyła kopertę wsuniętą pod drzwiami. Podbiegła po nią, wróciła na łóżko i rozerwała ją.

Najdroższa Cecily!

Musiałem ruszyć dziś do Londynu załatwić coś dla stryja. Mam nadzieję, że zdążę wrócić, by się z Tobą pożegnać, nim wyjedziesz. To był cudowny tydzień, nie sądzisz? Gdybym nie dotarł na czas, życzę Ci bezpiecznej podróży, kochanie. Napisz do mnie i jak najszybciej podaj mi swój adres w Kenii. Musimy pozostać w kontakcie.

Całuję

Julius

Cecily nie miała wiele czasu na zastanawianie się, jaki jest podtekst tych słów, bo do pokoju wkroczyła Doris z tacą.

– Dzień dobry, naprawdę piękny poranek – powiedziała, rozsuwając zasłony. – Pospała panienka dłużej dla odmiany, ale to nic złego, zwłaszcza że wieczorem jest przyjęcie, a jutro będzie już panienka w samolocie z Southampton. Dobrze, że ja nigdzie nie lecę. – Nalewała właśnie herbatę i wzdrygnęła się na samą myśl o takiej podróży. – Będę się za panienkę modlić. Wszystko dobrze? Dziwnie panienka wygląda.

Cecily oderwała wzrok od widoku za oknem, obróciła się do Doris i uśmiechnęła się.

– Może rzeczywiście mam lekką tremę przed lotem.

– No, będzie panienka musiała wcześnie wstać, może spakujemy kufer dziś po południu? Potem będzie panienka mogła trochę odpocząć przed przyjęciem. Chciałaby panienka, żebym ułożyła jej włosy na wieczór?

– Czemu nie? – Cecily uśmiechnęła się, rozpaczliwie pragnąc, by Doris wreszcie sobie poszła i dała jej w spokoju zastanowić się nad tym, co pisał Julius. – Dziękuję, Doris. Niedługo zejdę na śniadanie.

– Dobrze, panienko. Proszę po mnie dzwonić w razie potrzeby.

Doris skinęła głową i już jej nie było.

Kiedy tylko drzwi się za nią zamknęły, Cecily raz jeszcze przeczytała list. Nie potrafiła wyczuć, jakie krył w sobie emocje. Nie rozumiała też, dlaczego, na Boga, Julius nie powiedział jej, że rano wyjeżdża do Londynu. Może to przez pośpiech… no tak, to mogło tłumaczyć chłodny ton listu, tak różny od tego, co słyszała w nocy.

Ma nadzieję wrócić na czas, by się pożegnać, pocieszała się, popijając herbatę. Może napisał to tylko na wszelki wypadek, gdyby mu się nie udało…

Czując się bardzo samotnie – w końcu zwykle towarzyszył jej tu Julius – Cecily poszła na spacer po parku, by przewietrzyć głowę. Powtarzała sobie w myślach słowa listu i aż ściskało ją w dołku. Co prawda ludzie, pisząc, często przybierają bardziej oficjalny ton, niż kiedy mówią, ale przecież Julius był poetą…

Po południu chodziła po pokoju, a Doris składała porządnie jej ubrania i ładowała do kufra. Gadała jak najęta, Cecily musiała tylko od czasu do czasu rzucić „Tak”, „Nie” albo „Naprawdę?”. Wreszcie wszystko było spakowane i można było zamknąć wieko.

– Gotowe, panienko. Teraz może panienka odpocząć i cieszyć się przyjęciem.

– Wiesz może, czy będzie Julius?

– Proszę mnie nie pytać, on zawsze robi, co mu się podoba. – Doris przewróciła oczami, żeby podkreślić, co ma na myśli. – Często zostaje na noc w Londynie. Wie panienka, tam mieszka jego narzeczona.

– Narzeczona?

– Tak. Ma na imię Veronica. Dziewczyna z wyższych sfer. Często widuję jej zdjęcia w rubrykach towarzyskich. Bóg jeden wie, jak ona wytrzyma tu na tej głuszy, kiedy się pobiorą.

Cecily usiadła gwałtownie na łóżku. Myślała, że zaraz zemdleje z wrażenia.

– No tak… Od jak dawna są… – z trudem przełknęła ślinę – zaręczeni?

– O, dopiero od sześciu miesięcy. Ślub jest już zaplanowany. Na lato.

– Lady Woodhead nic mi o tym nie wspominała.

– Ona nie pochwala tego związku, więc może dlatego. Lady uważa Veronicę za „puszczalską” i nieodpowiednią na kolejną panią tego domu. No, ale przecież młodość musi się wyszumieć, prawda, panienko? Sądzę, że ta Veronica ustatkuje się po ślubie. Poza tym jako jego żona nie będzie mieć łatwego życia… rozumie panienka?

– Hm… – Cecily kompletnie zaschło w gardle. – Dlaczego?

– Mam poważne powody sądzić, że on spotyka się też z innymi kobietami. Wszystkie pokojówki są tego zdania. Uganiał się za jedną taką dziewczyną z miasteczka. I ja, i Ellen jesteśmy przekonane, że widziałyśmy ją wybiegającą od nas z domu parę miesięcy temu, kiedy o świcie rozpalałyśmy w kominkach. Ech, ci mężczyźni! Czasem myślę, że lepiej już żyć samotnie, niż im zaufać. No dobrze. Idę sobie, żeby panienka mogła trochę odpocząć. Wrócę o piątej przygotować panience kąpiel.

Gdy Doris wyszła, Cecily siedziała oniemiała ze splecionymi dłońmi, wpatrując się w przestrzeń za oknem. Nadal czuła w sobie Juliusa. Obolałe ciało było fizycznym przypomnieniem tego, jak okrutnie została oszukana. Dawniej dziwiła się, jak niektóre kobiety mogą być tak głupie, by dać się nabrać na słodkie słówka mężczyzn, którzy chcą je tylko wykorzystać. Teraz niewątpliwie dołączyła do szeregów pierwszych naiwnych.

Ani razu nie wspomniał o Veronice czy planowanym małżeństwie…

Chyba że pojechał do Londynu, by zerwać zaręczyny…

– Nie, Cecily – szepnęła, zwieszając głowę i kiwając nią smętnie. – Nie łudź się, on tego nie zrobi.

Po policzku popłynęła łza. Cecily otarła ją brutalnie. Nie pozwoli sobie na użalanie się nad sobą. Sama jest sobie winna. Okazała się idiotką, choć niby jest taka bystra. Przez swoją głupotę nie zasługuje nawet na odrobinę współczucia.

Po jakimś czasie wstała, podeszła do kufra, przekręciła mosiężny klucz, by go zamknąć, i usiadła na wieku.

Wiedziała jedno: że nigdy więcej nie zaufa żadnemu mężczyźnie.

13

Jezioro Naivasha, Kenia

– Witaj w Mundui, kochana! – powiedziała Kiki, wyskakując z siedzenia od strony pasażera białego bugatti, którym odbyły trzygodzinną podróż z Nairobi. Pokrywała go teraz gruba warstwa rudego pyłu.

Przez większość drogi Cecily nie otwierała oczu. Trochę dlatego, że szczypały od kurzu, który wzbijał się wokół auta niczym dym z lampy Aladyna, ale i dlatego, że była kompletnie wyczerpana i nie miała nawet sił trzymać otwartych powiek.

– O, jak ja się cieszę, że znów jestem w domu! – zawołała Kiki, unosząc ręce do nieba. – Chodź, oprowadzę cię i wszystko ci pokażę. A potem napijemy się szampana, by uczcić twój przyjazd. Albo może zacznijmy od szampana. Mogłabym od razu zadzwonić do paru przyjaciół, by wpadli później na drinka, żeby cię poznać.

– Kiki… po tej podróży ledwie trzymam się na nogach – wybąkała Cecily i z trudem dźwignęła się, by wysiąść z samochodu.

Jaskrawe promienie słońca zdawały się przeszywać jej źrenice. Zmrużyła i zamknęła oczy, broniąc się przed tym atakiem światła. Na moment straciła równowagę i musiała przytrzymać się klamki drzwi auta.

– Moje biedactwo. – Kiki w jednej chwili była już przy niej i podała jej ramię. – Aleeki! – krzyknęła. – Chodź, pomóż panience Cecily wejść do domu, bo zaraz upadnie. Zaprowadź ją do różanego apartamentu naprzeciw moich pokoi w drugim końcu korytarza. Tam gdzie mieszkał Winston.

– Tak jest, memsahib.

Silna ręka o palcach mocnych jak ze stali objęła ramiona dziewczyny.

Ta otworzyła oczy, spodziewając się zobaczyć rosłego Murzyna, ale napotkała badawcze spojrzenie brązowych oczu starszego mężczyzny przypominającego chudego ptaka.

– Niech się memsahib na mnie oprze.

Cecily posłuchała, okropnie zawstydzona, bo ten człowiek był zapewne trzy razy od niej starszy. Kiedy prowadził ją na górę, jedyne, co zauważyła, to cudowny chłód po duchocie i upale podczas jazdy samochodem.

– Oto panienki pokój.

Podeszła prosto do fotela stojącego w rogu pokoju i usiadła, bo obawiała się, że padnie tam, gdzie stoi. Aleeki przygotował łóżko, odsuwając prześcieradło i kołdrę. Cecily zastanawiała się, po co to przykrycie, skoro jest tak potwornie gorąco. Potem sięgnął do góry, pociągnął za sznurek i uruchomił wiatrak zawieszony pod sufitem.

– Zamknąć okiennice, memsahib?

– Tak, proszę.

Cecily odetchnęła z ulgą, gdy przez szyby okien przestały wdzierać się do pokoju promienie słońca.

– Przynieść herbaty? Albo kawy?

– Nie, woda wystarczy, dziękuję.

– Woda tu. – Wskazał na butelkę przy łóżku. – Więcej niżej. – Skinął głową w kierunku szafki nocnej. – Chce panienka pomocy przy ubraniu? Mogę zawołać służącą.

– Nie, dziękuję. Muszę się tylko trochę przespać.

– Dobrze, memsahib. Proszę nacisnąć dzwonek po pomoc, rozumie? – Wskazał przycisk na ścianie obok łóżka.

– Tak. Dziękuję.

Wreszcie drzwi się zamknęły. Cecily myślała, że rozpłacze się z ulgi, gdy pokonała kilka kroków dzielące ją od wielkiego łoża i padła na miękki materac. Powinna się, oczywiście, rozebrać. Jej ubranie było całe zakurzone po podróży. Ale…

Oczy się jej zamknęły i usnęła w lekkim powiewie od wiatraka pod sufitem.

*

– Kochanie, czas się obudzić. Nie zaśniesz w nocy, jeśli teraz nie wstaniesz. Poza tym za godzinę przychodzi trochę przyjaciół, by cię poznać.

Głos matki chrzestnej przebijał się przez sny Cecily.

– Kazałam Muracie przygotować ci kąpiel. Proszę, odrobina szampana dla orzeźwienia.

– Mmm… Która to godzina? – zamruczała Cecily. Jej głos był schrypnięty, próbowała przełknąć ślinę. Kompletnie zaschło jej w ustach, gardło bolało.

– Siedemnasta, skarbie. Spałaś jak kamień sześć godzin.

I mogłabym tak przespać kolejnych sześć tygodni, pomyślała Cecily, unosząc głowę z poduszki i patrząc nieprzytomnym wzrokiem na matkę chrzestną.

Kiki tymczasem wyglądała świeżo jak poranek. Ciemne włosy miała ściągnięte w kok. Idealny makijaż. Długa zielona jedwabna suknia podkreślała blask kolczyków ze szmaragdami i brylantami i pasującego do nich naszyjnika. Krótko mówiąc, wyglądała przepięknie, a nie jak ktoś, kto ma za sobą długą podróż z innego kontynentu – samolotem, statkiem i samochodem. Cecily pomyślała, że jej też przydałoby się teraz trochę tego, co Kiki miała w swojej błyszczącej torebeczce, cokolwiek to było.

 

– Wypij, kochanie. Wierz mi, to najlepsze, żeby się dobudzić. – Kiki podała jej kieliszek, ale Cecily pokręciła głową, zastanawiając się, dlaczego jej starsi opiekunowie stale namawiają ją na alkohol.

– Nie mogę, Kiki, naprawdę.

– No to zostawię ci przy łóżku, na wypadek gdybyś jednak zmieniła zdanie. Wybrałam ci coś na dziś wieczór z twojego kufra i kazałam wyprasować Muracie. Wisi w twojej szafie, o tam.

Kiki wskazała na mebel w stylu orientalnym. Zakrzątnęła się po pokoju, otwierając okiennice.

– Tylko pospiesz się, kochanie, szykuj się, bo przegapisz swój pierwszy zachód słońca w Mundui. Ten widok zawsze podnosi mnie na duchu, żebym nie wiem jak była smutna.

Cecily patrzyła, jak Kiki przystaje i kilka sekund wygląda przez jedno z okien. Wyrwało się jej lekkie westchnienie, nim obróciła się i uśmiechnęła do chrzestnej córki.

– Tak się cieszę, że przyjechałaś, kochanie. Będziemy się cudownie bawić i podreperujemy to twoje złamane serce. Do zobaczenia na dole… nie później niż o szóstej.

Wyszła z pokoju, pozostawiając w powietrzu ślad tego swojego cudownego zapachu, równie niezwykłego i egzotycznego jak ona sama.

Teraz już w pełni obudzona Cecily zdała sobie sprawę, że straszliwie chce się jej pić. Ściągnęła korek z butelki i napiła się letniej wody, która miała trochę słonawy posmak. Rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Weszła młoda Murzynka o kręconych króciuteńkich włosach, które wyglądały, jakby obcięto je brzytwą blisko skóry. Była w prostej bawełnianej beżowej sukience, zwisającej luźno na szczupłej sylwetce. Mogła mieć jakieś trzynaście, czternaście lat… Prawie jeszcze dziecko, pomyślała Cecily.

– Bwana, kąpiel. – Dziewczynka wskazała drzwi za sobą i gestem zachęciła Cecily, by poszła za nią.

Cecily niechętnie wstała z łóżka i podążyła za służącą do pomieszczenia z dużą wanną i toaletą z ogromnym drewnianym siedziskiem przypominającym tron.

Muratha pokazała na kostkę mydła, flanelową myjkę i stertę starannie złożonych bawełnianych ręczników obok wanny.

– Dobrze, bwana?

– Dobrze, dziękuję.

Cecily skinęła głową i uśmiechnęła się do niej.

Nawet jeśli kiedykolwiek do tej pory „rozkoszowała się” kąpielą, to dopiero teraz poznała w pełni znaczenie tego określenia. Podróż zaczęła się w Southampton i zajęła prawie cztery dni. Wiele razy lądowali, by zatankować paliwo. Ostatni taki przystanek był w Kisumu przy Jeziorze Wiktorii, ale Cecily wtedy straciła już całkiem rachubę czasu i orientację w przestrzeni. Kulejąc, wysiadła z małego samolotu, a Kiki szybko zabrała ją do jakiegoś szałasu z blachy, gdzie ledwie zdążyły ochlapać się trochę wodą, nim znów trzeba było wsiadać do innego samolotu. Ten miał je zabrać w końcu do Nairobi. Jej ciało przez wszystkie te dni nie widziało mydła. Ani nie zaznało snu, podobnie zresztą jak spokoju ducha, od czasu kiedy opuściła Anglię…

Gdy się porządnie wymoczyła, przyjrzała się wodzie wokół siebie. Była mętna, a na obrzeżu zgromadziła się warstwa brudu. Miło byłoby wejść do innej wanny, żeby się z tego opłukać, ale nie miała czasu. Zresztą kto wie, ile litrów musiałyby przydźwigać czyjeś ręce, by taką napełnić. Nie widziała, żeby był tu jakiś kran.

Kiedy wróciła do pokoju, pocieszała się myślą, że jednak dom Kiki zdecydowanie nie przypomina lepianki, której się spodziewała. Z wielkimi oknami z kwadratowych szyb, wysokimi sufitami i drewnianą podłogą, przypominał Cecily stare kolonialne domy, które widziała w Bostonie. Sypialnia była pomalowana na biało. Na tle ścian wyraźnie odcinały się orientalne meble. Ciężkie łoże z drewnianą ramą stało pośrodku. Nad nim wisiało dziwne urządzenie z czegoś w rodzaju siatki. Cecily podeszła do jednego z okien i po raz pierwszy wyjrzała na otoczenie.

Z wrażenia dech jej zaparło, uniosła dłoń do ust. Żadne opowieści Kiki nie mogły przygotować jej na coś takiego. Słońce stało nisko na nadal błękitnym niebie, rzucając złotawą poświatę na dziwne drzewa o płaskich koronach. Porośnięte trawą zbocze przed domem opadało łagodnie ku brzegom ogromnego jeziora. W jego tafli odbijała się cała gama odcieni nieba, a pomiędzy gałęziami drzew przemykały kolorowe ptaki. Barwy wydawały się nieprawdopodobnie nasycone… jeszcze nigdy w życiu nie widziała czegoś podobnego.

– Och! – wyrwało się jej, bo ten widok przypominał biblijny raj, jak na pewno określiłaby to jedna z jej przyjaciółek z Vassar studiująca, oczywiście, teologię.

Po raz pierwszy, odkąd Cecily wyjechała z Anglii, jej tętno – które w trakcie całej kilkudniowej wyprawy ponad chmurami, nad lądem i morzem przyspieszało jak szalone, kiedy tylko przypominała sobie, co zrobiła z Juliusem – nareszcie zaczęło trochę zwalniać. Otworzyła okno i wychyliła się. Uderzyło ją ciepło. Wsłuchując się w głosy nieznanych ptaków i zwierząt, myślała, jak daleko są teraz Anglia i Ameryka. To zupełnie inny kraj, inny świat. Ogarnęło ją dziwne przeczucie, że to miejsce ukształtuje całe jej przyszłe życie.

– Bwana? – odezwał się nieśmiały głos zza pleców Cecily i wyrwał ją z tych rojeń.

– O… tak?

– Nie, nie, nie!

Muratha, młoda służąca, podeszła do niej.

– Nigdy, nigdy – powiedziała i szczelnie zamknęła okno. – Nie noc – dodała, kiwając palcem. – Mbu.

– Słucham?

Dziewczyna, poruszając palcami, zabzyczała, a potem wskazała na wiązkę siatki nad łóżkiem.

– O! Masz na myśli komary?

– Tak, tak, bwana. Bardzo złe. – Muratha przeciągnęła palcem po gardle i zrobiła minę konającej, po czym raz jeszcze sprawdziła okno, jakby komary mogły otworzyć zamek. – Nie noc. Rozumie?

– Tak, dobrze. – Cecily pokiwała zdecydowanie głową, przypominając sobie o chininie, leku przeciw malarii. Matka uparła się dodać go jej do apteczki, którą kazał na ten wyjazd skompletować ich rodzinny lekarz.

Patrzyła, jak dziewczyna podchodzi do szafy i wyjmuje jej suknię na wieczór.

– Pomóc?

– Nie, dziękuję.

– Hakuna matata, bwana – powiedziała Muratha i czmychnęła z pokoju.

*

– Kochchchanie! – powitała ją na tarasie Kiki, dokąd podprowadził ją Aleeki. – W samą porę.

Matka chrzestna wzięła Cecily pod ramię i poprowadziła aż na brzeg wody wśród dziwnych drzew o spłaszczonych koronach, które zdawały się rozrastać na boki, a nie w górę.

– Tak się cieszę, że jeszcze nikt nie przyjechał i możemy same nacieszyć się twoim pierwszym zachodem słońca. Czyż nie jest widowiskowy?

– Rzeczywiście – szepnęła dziewczyna, patrząc, jak słońce, zniżając się po długim dniu, zabarwia niebo pomarańczowymi smugami i czerwienią. Chór cykad brzmiał coraz mocniej, gorące powietrze aż wibrowało od tych dźwięków. Cecily przebiegł dreszcz, dostała gęsiej skórki pomimo upału. Gdy słońce wreszcie znikło za horyzontem, w fioletowym zmierzchu dziwne odgłosy zdawały się jeszcze bardziej intensywne.

– Nie bój się, kochanie, to tylko owady, ptaki i zwierzęta mówią sobie „dobranoc”. A przynajmniej tak sobie myślę. Póki nie słychać pomruków lwa na tarasie o trzeciej rano, wszystko jest dobrze! – Kiki zaśmiała się nerwowo. – Tylko żartuję. Do tej pory nigdy coś takiego się nie zdarzyło. I dobra wiadomość jest taka, że jak dotąd nikt nie został zjedzony. Kiedy dojdziesz do siebie po podróży, zabierzemy cię do buszu na safari.

Nagle uwagę Cecily zwróciły fale rozchodzące się po przed chwilą gładkiej tafli wody.

– Och, to tylko hipopotam wszedł sobie popływać przed nocą. – Kiki wzruszyła ramionami, zapalając kolejnego papierosa w długiej fifce z kości słoniowej. – Są paskudne i ogromne, nie mogę się nadziwić, że nie toną, ale są kochane. Póki się im nie przeszkadza, one też dają nam spokój. – Wypuściła powoli dym nosem. – To klucz do życia w Afryce. Musimy szanować to, co było tu dawniej. Zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

Nagle przy uchu Cecily zabzyczał komar. Odgoniła go dłonią, zastanawiając się, czy powinna go szanować.

– A nimi się nie martw – powiedziała Kiki, dostrzegając jej ruch. – Na pewno jakiś cię ukąsi i raczej nie umrzesz od tego na malarię, ale staniesz się tutejsza i odporna. A na ugryzienia wspaniale działa aloes. Szampana? – spytała, kiedy wróciły na taras, gdzie kilka osób ze służby, wszyscy w strojach z beżowej bawełny, przygotowywało na stole bar.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?