Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nastrojowa, pełna magii saga rodzinna

Sześć sióstr. Choć urodziły się na różnych kontynentach, wychowały się w bajecznej posiadłości Atlantis na prywatnym półwyspie Jeziora Genewskiego. Adopcyjny ojciec, nazywany przez nie Pa Saltem, nadał im imiona mitycznych Plejad.

Każda ułożyła sobie życie po swojemu i rzadko mają okazję spotkać się wszystkie razem. Do domu ściąga je niespodziewana śmierć ojca, który zostawił każdej list i wskazówki mogące im pomóc w odkryciu własnych korzeni. I w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, co się stało z siódmą siostrą.

– Elektra –

Elektra ma wszystko: jest słynną modelką, piękną i bogatą. A jednak traci kontrolę nad swoim życiem, zwłaszcza po śmierci Pa Salta, i sięga po alkohol i narkotyki. Kiedy stoi już na skraju załamania, otrzymuje list od kobiety, która twierdzi, że jest jej… babką.

Rok 1939. Cecily Huntley-Morgan opuszcza Nowy Jork i jedzie do Kenii, by leczyć złamane serce. Mieszka w pięknej posiadłości nad brzegami jeziora Naivasha, należącej do jej matki chrzestnej, Kiki, która wprowadza dziewczynę do osławionego dekadenckiego towarzystwa z Wesołej Doliny. Ale to pewien farmer utrzymujący bliskie kontakty z Masajami sprawia, że Cecily pozostaje w Afryce.

Urodzona kilkadziesiąt lat później Elektra, broniąc się przed poznaniem losów przodków, niemal straciła szansę na szczęśliwe zakończenie. Bo czasem, aby iść naprzód, najpierw trzeba się zagłębić w labirynt przeszłości.


Lucinda Riley

Urodziła się w Irlandii. We wczesnej młodości próbowała swoich sił jako aktorka, grała zarówno na deskach teatru, jak i w filmach, pracowała też w telewizji. Pierwszą powieść napisała w wieku 24 lat. Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 37 języków i sprzedane w ponad 20 milionach egzemplarzy na całym świecie. Wielokrotnie trafiały na listy bestsellerów „Sunday Timesa” i „New York Timesa”.

Autorka obecnie pracuje nad kolejnymi tomami z fantastycznie przyjętej serii Siedem Sióstr. Inspiracją do jej powstania były opowieści mitologiczne o siedmiu siostrach – Plejadach – zamienionych po śmierci w gwiazdy. Każda z bohaterek – adoptowanych sióstr – nosi imię jednej z nich.

Wszystkie dotychczas wydane książki z serii – Siedem Sióstr, Siostra Burzy, Siostra Cienia, Siostra Perły, Siostra Księżyca i Siostra Słońca – stały się światowymi bestsellerami. Prawa do serialu na ich podstawie zostały kupione niemal natychmiast przez hollywoodzką firmę producencką!

LUCINDARILEY.COM

Tej autorki

DOM ORCHIDEI

DZIEWCZYNA NA KLIFIE

TAJEMNICE ZAMKU

RÓŻA PÓŁNOCY

SEKRET LISTU

DRZEWO ANIOŁA

SEKRET HELENY

POKÓJ MOTYLI

Cykl SIEDEM SIÓSTR

SIEDEM SIÓSTR

SIOSTRA BURZY

SIOSTRA CIENIA

SIOSTRA PERŁY

SIOSTRA KSIĘŻYCA

SIOSTRA SŁOŃCA

Tytuł oryginału:

THE SUN SISTER (BOOK 6 OF THE SEVEN SISTERS SERIES)

Copyright © Lucinda Riley 2019

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Anna Esden-Tempska 2020

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcia na okładce: Gambarini Gianandrea/Shutterstock.com,

Hannes Thirion/Shutterstock.com, Simon Dannhauer/Shutterstock.com,

Thammanoon Khamchalee/Shutterstock.com, kohoff/Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-7985-453-0

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Dramatis personae

Elektra

1

2

3

4

5

6

7

8

Cecily

9

10

11

12

13

14

15

Elektra

16

17

18

19

20

21

22

23

Cecily

24

25

26

27

28

29

30

31

Elektra

32

33

34

Cecily

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

Elektra

47

Cecily

48

49

Elektra

50

51

52

53

Maja

54

Od autorki

Bibliografia

1 Okładka

2  O książce

 

3  Strona tytułowa

4  O autorce

5  Tej autorki

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Dedykacja

9  Motto

10  Dramatis personae

11  Elektra 1 2 3 4 5 6 7 8

12  Cecily 9 10 11 12 13 14 15

13  Elektra 16 17 18 19 20 21 22 23

14  Cecily 24 25 26 27 28 29 30 31

15  Elektra 32 33 34

16  Cecily 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46

17  Elektra 47

18  Cecily 48 49

19  Elektra 50 51 52 53

20  Maja 54

21  Od autorki

22  Bibliografia

Dla Elli Micheler

Niektóre kobiety boją się ognia.

Niektóre po prostu nim się stają…

R.H. Sin


Dramatis personae

ATLANTIS

Pa Salt – adopcyjny ojciec sióstr

Marina (mama) – opiekunka sióstr

Claudia – gospodyni w Atlantis

Georg Hoffman – prawnik Pa Salta

Christian – szyper

SIOSTRY D’APLIÈSE

Maja

Ally (Alkione)

Star (Asterope)

CeCe (Celaeno)

Tiggy (Tajgete)

Elektra

Merope (nieodnaleziona)

Elektra

Nowy Jork

Marzec 2008


1

– Nie pamiętam, gdzie byłam ani co robiłam, kiedy usłyszałam, że ojciec nie żyje.

– Dobrze. Chcesz o tym pomówić?

Patrzyłam na Theresę siedzącą w skórzanym fotelu z wysokim oparciem. Przypominała mi Susła z herbatki w Alicji w Krainie Czarów albo jednego z jego wkurzających przyjaciół. Często mrugała za swoimi okrągłymi okularami i wiecznie zaciskała usta. Spod tweedowej spódnicy sięgającej kolan widać było wspaniałe nogi. Miała też świetne włosy. Doszłam do wniosku, że nawet mogłaby być ładna, gdyby chciała, ale wiedziałam, że jej zależy tylko na tym, by sprawiać wrażenie inteligentnej.

– Elektro? Znów gdzieś mi odpływasz.

– Tak. Przepraszam.

– Myślałaś może o tym, co czułaś, kiedy dowiedziałaś się o śmierci ojca?

Nie mogłam wyjawić jej, o czym naprawdę myślałam, więc skwapliwie skinęłam głową.

– Tak.

– I?

– Nie potrafię sobie przypomnieć. Przykro mi.

– Wydaje się, że jego śmierć cię złości. Dlaczego?

– Nie, nie jestem zła… nie byłam. Właściwie nie pamiętam, naprawdę.

– Nie potrafisz przypomnieć sobie, co czułaś w tamtej chwili?

– Nie.

– No dobrze.

Patrzyłam, jak notuje coś w zeszycie, pewnie coś w stylu: Nie chce zmierzyć się z faktem śmierci ojca. To właśnie powiedział mi poprzedni psychoterapeuta, a ja przecież mierzyłam się z tą stratą na całego. Po latach doświadczeń z magikami od grzebania w cudzym życiu wiedziałam jednak, że lubią znajdować przyczyny tego, dlaczego jestem taka pokręcona, a potem czepiają się ich jak rzep psiego ogona i drążą, dopóki się z nimi nie zgodzę i nie zacznę pleść głupot, byle tylko ich zadowolić.

– A co czujesz do Mitcha?

To, co cisnęło mi się na usta w związku z moim byłym, spowodowałoby pewnie, że Theresa sięgnęłaby po komórkę i ostrzegła gliny, że ma tu jakąś wariatkę, która chce odstrzelić jaja jednemu z najsłynniejszych muzyków rockowych na świecie. Ograniczyłam się więc do słodkiego uśmiechu.

– Wszystko w porządku. Przebolałam to jakoś.

– Ostatnim razem byłaś na niego zła.

– Tak. Ale było, minęło. Naprawdę.

– No, to bardzo dobra wiadomość. A co z piciem? Kontrolujesz je już trochę bardziej?

– Tak – skłamałam. – Oj, słuchaj, muszę biec, mam spotkanie.

– Przecież jesteśmy dopiero w połowie sesji, Elektro…

– Wiem, szkoda, ale bywa, takie życie.

Wstałam i ruszyłam do drzwi.

– Może zdołam znaleźć dla ciebie okienko jeszcze w tym tygodniu? Wychodząc, spytaj Marcię.

– Dobrze, dzięki.

Szybko zamknęłam za sobą drzwi, minęłam recepcjonistkę Marcię i ruszyłam do windy. Pojawiła się niemal natychmiast i kiedy jechałam na dół, zamknęłam oczy i oparłam czoło o chłodne wyłożone marmurem wnętrze. Nie znosiłam ciasnych zamkniętych miejsc.

Jezu, pomyślałam, co ze mną? Jestem taka porąbana, że nawet terapeutce nie mogę powiedzieć prawdy!

Za bardzo wstyd ci, żeby to zrobić, dyskutowałam sama z sobą. A zresztą, jak byłaby w stanie to zrozumieć, nawet gdybyś jej powiedziała? Pewnie mieszka w eleganckim domu z elewacją z piaskowca, ma męża prawnika, dwójkę dzieci i lodówkę z zabawnymi magnesikami, którymi przyczepia ich rysunki. O, i jeszcze te słodkie do wyrzygu zdjęcia typu „mama i tata z pociechami, wszyscy w pasujących do siebie dżinsowych koszulkach”, dodałam w duchu, kiedy wsiadałam na tył czekającej na mnie limuzyny. Fotki rodzinne powiększone na maksa i powieszone w ramkach nad kanapą.

– Dokąd, proszę pani? – zapytał szofer.

– Do domu – warknęłam, złapałam butelkę wody i zamknęłam szczelnie minilodówkę, nim skusił mnie wybór alkoholi.

Potwornie bolała mnie głowa i nie pomagała żadna ilość tabletek. A minęła już piąta. Poprzedniego wieczoru jednak, o ile sobie przypominam, nieźle zabalowałam. Do Nowego Jorku przyjechał Maurice, mój nowy najlepszy przyjaciel projektant, i wpadł do mnie na parę drinków ze swoimi tutejszymi chłopakami, a ci zadzwonili po jeszcze kilku… Nie pamiętam, kiedy się położyłam. Po obudzeniu się rano z zaskoczeniem zobaczyłam obok siebie w łóżku obcego faceta. Ale przynajmniej był piękny i kiedy znów zapoznaliśmy się ze sobą nieco bliżej, spytałam, jak ma na imię. Fernando. Jeszcze parę miesięcy temu woził zamówienia z Walmartu w Philly, ale zauważył go ktoś z branży mody i poradził mu zgłosić się do jego przyjaciela w nowojorskiej agencji modeli. Fernando powiedział, że chętnie przeszedłby się ze mną jako asysta po czerwonym dywanie. Nie byłam naiwna, wiedziałam, o co mu chodzi. Zdjęcie ze mną mogło w jednej chwili wywindować takiego mistera Walmartu na szczyty. Pozbyłam się więc go najszybciej, jak to było możliwe.

I co by się znowu takiego stało, gdybyś powiedziała pani Suseł prawdę, Elektro? – rozmyślałam. Gdybyś przyznała, że poprzedniego wieczoru byłaś tak nawalona alkoholem i koką, że mogłabyś spać z samym Świętym Mikołajem i byś się nie zorientowała? I gdybyś wyjawiła jej, że nie możesz nawet pomyśleć o ojcu, nie dlatego, że umarł, ale dlatego, że wiesz, jak bardzo byłoby mu za ciebie wstyd… jak bardzo było mu wstyd…

Kiedy żył, nie mógł widzieć, co wyprawiam, ale odkąd umarł, stał się w pewien sposób wszechobecny – mógł być zeszłej nocy w mojej sypialni, a nawet może być teraz tutaj, w limuzynie…

Pękłam i sięgnęłam po buteleczkę wódki, po czym wlałam ją do gardła, starając się zapomnieć to rozczarowanie w twarzy ojca, kiedy go widziałam po raz ostatni. Odwiedził mnie w Nowym Jorku. Mówił, że ma mi coś do powiedzenia. Unikałam go aż do ostatniego wieczoru, który mógł wchodzić w rachubę. Niechętnie umówiłam się z nim na kolację. Zjawiłam się w Asiate, restauracji przy Central Parku, już nieźle narąbana wódką i dragami. Podczas posiłku siedziałam odrętwiała naprzeciw ojca, a kiedy tylko kierował rozmowę na niewygodne dla mnie tory, przepraszałam i prułam do toalety, żeby wciągnąć trochę koki.

Przy deserze Pa Salt skrzyżował ręce na piersi i przyjrzał mi się uważnie.

– Bardzo się o ciebie martwię, Elektro. Robisz wrażenie kompletnie nieobecnej.

– A ty nie rozumiesz, pod jaką presją żyję! – odcięłam się. – Ile to kosztuje być mną!

O zgrozo, tylko mgliście pamiętam, co działo się później, co powiedział, ale w końcu zerwałam się i wyszłam. I teraz nigdy już się nie dowiem, co takiego chciał mi przekazać…

– A co cię to obchodzi, Elektro? – zadałam sobie głośno pytanie, ocierając usta i wtykając pustą buteleczkę do kieszeni. Szofer był nowy, a mnie tylko tego było trzeba, żeby w jakiejś gazecie napisali, że wysuszyłam cały minibarek. – To nawet nie był twój prawdziwy ojciec.

Poza tym już nic na to nie mogłam poradzić. Pa Salt odszedł, tak jak wszyscy inni, których kochałam, i musiałam się z tym pogodzić. Nie potrzebowałam go, nie potrzebowałam nikogo…

– Jesteśmy na miejscu, proszę pani – odezwał się przez interkom szofer.

– Dzięki – rzuciłam, wyskoczyłam z limuzyny i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Starałam się nie zwracać na siebie uwagi. Inni celebryci mogą się gubić w tłumie, ale mnie, przy wzroście ponad metr osiemdziesiąt, trudno przeoczyć, nawet gdybym nie była sławna.

– Cześć, Elektro!

– Tommy! – Zmusiłam się do uśmiechu, wchodząc pod markizę przed wejściem do mojego budynku. – Jak się masz?

 

– Kiedy cię widzę, to zaraz lepiej. Miałaś przyjemny dzień?

– Tak, świetny, dziękuję. – Skinęłam głową i spojrzałam z góry, w sensie dosłownym, na swojego fana numer jeden. – Do zobaczenia jutro.

– Będę na pewno, Elektro. Wieczorem nigdzie się już nie wybierasz?

– Nie. Odsapnę spokojnie w domu. Do widzenia.

Pomachałam mu i weszłam do holu.

Przynajmniej on jeden mnie kocha, przyszło mi do głowy, gdy odbierałam pocztę od recepcjonistki, po czym ruszyłam do windy. Portier jechał ze mną, bo to była jego praca (zastanawiałam się, czy dać mu może do niesienia mój klucz, bo innego bagażu nie miałam), a ja myślałam o Tommym. Od kilku miesięcy niemal codziennie warował przed budynkiem. Najpierw przeraziło mnie to i kazałam w recepcji, żeby go pogonili. Tommy nie dał się przepędzić; oświadczył, że ma wszelkie prawo stać na chodniku, nikogo nie niepokoi, a jedyne, czego chce, to mnie chronić. Recepcjonistka namawiała mnie, żebym wezwała gliny i oskarżyła go o nękanie, ale pewnego ranka spytałam Tommy’ego, jak się nazywa, a potem wzięłam go pod lupę w internecie. Przez Facebooka dowiedziałam się, że to weteran wojenny, odznaczony za odwagę w Afganistanie. Miał żonę i córkę w Queens. Od tej pory już się go nie bałam, a raczej dzięki jego obecności czułam się bezpieczniej. Zawsze zachowywał się z szacunkiem, był uprzejmy, powiedziałam więc w recepcji, żeby dali mu spokój.

Portier wyszedł z windy i przepuścił mnie. Potem wykonaliśmy swego rodzaju taniec, by on znów znalazł się na przodzie, podprowadził mnie do mojego penthouse’u i otworzył mi drzwi swoim kluczem zbiorczym.

– Proszę, panno D’Aplièse. Życzę miłego dnia.

Skinął mi głową. W jego oczach było zero ciepła. Wiedziałam, że pracownicy obsługi budynku nie mogą się doczekać, kiedy ulotnię się stąd nieistniejącym kominem niczym dym. Większość apartamentów należała do rodzin ich obecnych mieszkańców od pokoleń. Tu się urodzili w czasach, kiedy dla kolorowej kobiety, takiej jak ja, szczytem marzeń byłoby zostanie u nich służącą. Oni byli właścicielami mieszkań, ja – przybłędą, choć bogatą. Wynajmowałam penthouse, bo starsza pani, która dawniej w nim mieszkała, umarła, a jej syn odnowił go i próbował sprzedać za astronomiczną sumę. Na skutek czegoś zwanego załamaniem rynku kredytów hipotecznych najwyraźniej mu się nie udało. Wobec tego wynajął mieszkanie temu, kto chciał najwięcej zapłacić, czyli mnie. Cena była równie szalona jak ten penthouse. Pełen dzieł sztuki współczesnej i wszystkich gadżetów elektronicznych, jakie można sobie tylko wyobrazić (nie wiedziałam, jak korzystać z większości), a widok z tarasu na Central Park był fantastyczny.

Gdybym potrzebowała czegoś, co by mi przypominało o tym, jaki sukces odniosłam, to mieszkanie świetnie się do tego nadawało. Ale przede wszystkim przypomina mi jedno, myślałam, padając na wygodną kanapę, na której mogłoby swobodnie spać z dwóch facetów słusznego wzrostu. Jak strasznie jestem samotna. Rozmiary apartamentu sprawiały, że nawet ja czułam się malutka i krucha… i… na tym górnym piętrze… potwornie odizolowana od świata.

Z głębi domu odezwała się komórka, wygrywając melodyjkę, która zrobiła z Mitcha gwiazdę światowego formatu. Próbowałam zmienić ten dzwonek, ale mi się nie udało. Jeśli CeCe ma dysleksję w pisaniu słów, to ja w elektronice, pomyślałam, wchodząc do sypialni po telefon. Z ulgą zauważyłam, że sprzątaczka zmieniła pościel na ogromnym łożu, i znów wyglądało tu jak w luksusowym hotelu. Lubiłam nową służącą, którą znalazła mi asystentka. Jak wszystkie inne przed nią, podpisała zobowiązanie, że nie będzie paplać mediom o którymkolwiek z moich paskudnych nawyków. Mimo to wolałam nie wyobrażać sobie, co ta… Lisbet? Tak ma na imię? Co mogła sobie pomyśleć, kiedy dziś rano weszła do mieszkania.

Siedząc na łóżku, odsłuchiwałam pocztę głosową. Pięć wiadomości było od mojej agentki. Prosiła, żebym oddzwoniła do niej jak najszybciej w związku z jutrzejszymi zdjęciami dla „Vanity Fair”. Ostatnia nagrała się Amy, nowa asystentka. Była u mnie dopiero od trzech miesięcy, ale lubiłam ją.

„Cześć, Elektro, tu Amy. Chciałam… no, chciałam powiedzieć, że bardzo miło mi było dla ciebie pracować, ale nie sądzę, żeby sprawdziło się to na dłuższą metę. Dziś złożyłam wymówienie na ręce twojej agentki. Życzę ci powodzenia i…”

– Cholera! – wrzasnęłam, wciskając USUŃ, i rzuciłam komórkę przed siebie. – Co ja jej takiego zrobiłam? – spytałam sufit, zastanawiając się, dlaczego takie nic, które na kolanach błagało, żebym dała jej szansę, rzuca mnie trzy miesiące później. – „Świat mody to moje marzenie, od kiedy byłam dzieckiem. Proszę. Będę dla pani pracować dzień i noc, pani życie będzie moim, przysięgam, nigdy pani nie zawiodę” – przedrzeźniałam jej jęczący brooklyński akcent, wybierając numer agentki. Były tylko trzy rzeczy, bez których nie mogłam się obejść: wódka, kokaina i asystentka. – Cześć, Susie, właśnie słyszałam, że Amy odchodzi.

– Tak, kiepska sprawa. A tak dobrze się zapowiadała. – Brytyjska wymowa Susie brzmiała trzeźwo i rzeczowo.

– Też miałam takie wrażenie. Wiesz, czemu odeszła?

Nastąpiła chwila ciszy, nim odpowiedziała:

– Nie. W każdym razie zawiadomię Rebekę i jestem pewna, że do końca tygodnia zorganizujemy ci kogoś nowego. Odebrałaś moje wiadomości?

– Tak.

– Nie spóźnij się jutro. Chcą fotografować o wschodzie słońca. O czwartej nad ranem przyjedzie po ciebie samochód, dobrze?

– Jasne.

– Słyszałam, że wczoraj wieczorem wyprawiłaś niezły bal.

– Fajnie było, tak.

– Ale dziś odpuść. Musisz być świeża na jutro. To zdjęcia na okładkę.

– Nie martw się. Położę się spać przed dziewiątą jak grzeczna dziewczynka.

– Dobrze. Przepraszam, mam Lagerfelda na drugiej linii. Rebeka da ci listę osób nadających się na asystentkę. Ciao.

– Ciao – powtórzyłam do słuchawki, kiedy Susie się rozłączyła.

Była jedyną osobą na świecie, która ośmielała się przerywać rozmowę przede mną. Najbardziej wpływowa agentka modelek i modeli w Nowym Jorku prowadziła największe sławy w branży. Wypatrzyła mnie, kiedy miałam szesnaście lat. Pracowałam w Paryżu jako kelnerka, bo wywalili mnie z trzeciej już szkoły. Powiedziałam Pa Saltowi, że nie ma sensu szukać nowej, bo z niej też mnie wyrzucą. Ku mojemu zaskoczeniu, nie protestował.

Pamiętam, jaka byłam zdumiona, że nie złości się bardziej. Przecież poniosłam kolejną porażkę. Wydawał się raczej rozczarowany, co trochę podcięło mi skrzydła.

– Myślałam, że może mogłabym trochę popodróżować… – zasugerowałam. – Uczyć się przez praktyczne doświadczenia.

– Też jestem zdania, że większość wiedzy potrzebnej do odniesienia w życiu sukcesu niekoniecznie zdobywa się w drodze akademickiej edukacji – powiedział. – Ale jesteś taka zdolna, myślałem, że będziesz uczyć się nieco dłużej. Czy to dla ciebie nie za wcześnie, by stanąć na własnych nogach? Świat jest wielki i można się w nim pogubić.

– Dam sobie radę, Pa – oświadczyłam stanowczo.

– Jestem tego pewien, ale jak zamierzasz zdobyć pieniądze na swoje podróże?

– Pójdę do pracy, oczywiście. – Wzruszyłam ramionami. – Myślałam, że najpierw pojechałabym do Paryża.

– Świetny wybór. – Skinął głową. – Niezwykłe miasto.

Obserwowałam go siedzącego za wielkim biurkiem w jego gabinecie i wydał mi się rozmarzony i smutny. Tak, zdecydowanie smutny.

– Może pójdźmy na kompromis? – zaproponował. – Chcesz rzucić szkołę, co rozumiem, ale martwi mnie, że moja najmłodsza córka rusza w świat w tak młodym wieku. Marina ma jakieś kontakty w Paryżu, jestem pewien, że pomoże ci znaleźć bezpieczne miejsce do mieszkania. Pojedź na wakacje, a potem się spotkamy i zdecydujemy, co dalej.

– Dobrze, umowa stoi – zgodziłam się, nadal zaskoczona, że nie walczy bardziej, żebym skończyła szkołę.

Podniosłam się i wyszłam. Byłam przekonana, że umywa ręce albo całkiem już spisał mnie na straty. W każdym razie Marina uruchomiła swoje kontakty i wylądowałam na uroczej mansardzie z widokiem na dachy Montmartre’u. Pokój był malutki i musiałam dzielić łazienkę z całą bandą nastolatków przyjeżdżających do Paryża uczyć się języka, ale był mój.

Pamiętam ten pierwszy cudowny smak wolności, który poczułam, kiedy znalazłam się tam w wieczór mojego przyjazdu i zdałam sobie sprawę, że nie ma nikogo, kto by mi mówił, co mam robić. Nie było nikogo, kto by dla mnie gotował, więc poszłam do knajpki naprzeciwko, usiadłam przy stoliku na zewnątrz i przeglądając kartę dań, zapaliłam papierosa. Poprosiłam o francuską zupę cebulową i kieliszek wina, a kelner nawet nie mrugnął, że palę czy zamawiam alkohol. Po trzech kieliszkach wina nabrałam dość pewności siebie, by pójść do menedżera i spytać, czy przypadkiem nie szukają kelnerki. Po dwudziestu minutach wracałam te kilkaset metrów do swojego pokoju już jako osoba zatrudniona. To była dla mnie jedna z najwspanialszych chwil, kiedy następnego dnia rano dumnie dzwoniłam do Pa Salta z automatu telefonicznego, który wisiał w korytarzu. Muszę przyznać, że ojciec wydawał się równie ucieszony jak wtedy, gdy moja siostra Maja dostała się na Sorbonę.

Cztery tygodnie później podawałam Susie, mojej obecnej agentce, croque monsieur, a potem to już wiadomo…

Dlaczego ja stale patrzę wstecz? – zadawałam sobie pytanie, biorąc komórkę, by wysłuchać reszty wiadomości. I dlaczego bez przerwy myślę o Pa Salcie?

– Mitch… Pa Salt… – zamruczałam, czekając na kolejne informacje z poczty głosowej. – Nie ma ich, Elektro, tak jak i od dziś nie ma Amy, a ty musisz jakoś żyć z tym dalej.

„Elektro, najdroższa! Jak się masz? Znów jestem w Nowym Jorku… Co robisz wieczorem? Masz ochotę na wspólne wypicie butelki szampana i odrobinę chow mein dans ton lit avec moi? Usycham z tęsknoty za tobą. Oddzwoń, jak tylko będziesz mogła”.

Choć byłam zdołowana, musiałam się uśmiechnąć. Zed Eszu był wielką zagadką w moim życiu. Potwornie bogaty, ustosunkowany i – choć niezbyt wysoki i całkiem nie w moim typie – niesamowity w łóżku. Spotykaliśmy się regularnie przez trzy lata. Potem, kiedy związałam się z Mitchem, to się urwało, ale wróciłam do tego kilka tygodni temu i niewątpliwie Zed dodał mi pewności siebie, której tak bardzo mi było trzeba.

Czy byliśmy w sobie zakochani? Zdecydowanie nie, w każdym razie z mojej strony na pewno nie była to miłość, ale obracaliśmy się w podobnych kręgach Nowego Jorku, a co najfajniejsze – kiedy byliśmy ze sobą sami, rozmawialiśmy po francusku. Podobnie jak na Mitchu, nie robiło na nim wrażenia, kim jestem, co w tych czasach było rzadkie i w pewien sposób przynosiło mi ulgę.

Gapiłam się na telefon, zastanawiając się, czy mam zignorować Zeda i zgodnie z poleceniem Susie wcześniej pójść spać, czy zadzwonić do niego i spędzić z nim miły wieczór. Wybór był prosty. Zadzwoniłam i powiedziałam, żeby wpadł. Kiedy na niego czekałam, wzięłam prysznic, a potem włożyłam ulubione jedwabne kimono, zaprojektowane specjalnie dla mnie przez nowe szybko zdobywające sobie markę japońskie atelier. Potem wypiłam chyba ze cztery litry wody, by zneutralizować alkohol czy inne okropne rzeczy, na które mogę się skusić, kiedy przyjdzie Zed.

Domofon piknął i powiadomiono mnie, że mój gość już jest. Kazałam im go przysłać na górę. Stanął przed drzwiami z ogromnym bukietem moich ulubionych białych róż i obiecaną butelką szampana Cristal.

– Bonsoir, ma belle Elektra – powiedział swoim dziwnie akcentowanym francuskim, odłożył kwiaty i szampana, po czym pocałował mnie w oba policzki. – Comment tu vas?

– W porządku – rzuciłam, popatrując z ochotą na szampana. – Mam otworzyć?

– To chyba zadanie dla mnie. Mogę najpierw zdjąć marynarkę?

– Pewnie.

– Ale zanim to zrobię… – Sięgnął do kieszeni i podał mi aksamitne pudełeczko. – Zobaczyłem coś takiego i pomyślałem o tobie.

– Dziękuję – powiedziałam.

Usiadłam na kanapie i podciągnęłam irytująco długie nogi pod siebie. Niczym podekscytowane dziecko patrzyłam na pudełeczko w swojej dłoni. Zed często kupował mi prezenty. O ironio, biorąc pod uwagę jego niezmierne bogactwo, nie były specjalnie wystrzałowe, ale zawsze dobrze przemyślane i interesujące. Uniosłam wieczko i zobaczyłam wciśnięty w poduszeczkę pierścionek. Kamyk był owalny, o maślanożółtej barwie.

– To bursztyn – powiedział Zed, obserwując, jak przyglądam się mu w świetle z żyrandola.

– Na który palec mam go włożyć? – spytałam, żeby się z nim trochę podroczyć, i podniosłam na niego wzrok.

– Jak wolisz, ma chère, ale gdybym chciał uczynić cię swoją żoną, chyba postarałbym się trochę bardziej. Na pewno wiesz, że twoja grecka imienniczka kojarzy się z bursztynem.

– Naprawdę? Nie, nie miałam pojęcia. – Patrzyłam, jak podważa korek szampana. – Czemu?

– Greckie słowo na bursztyn to electron, a legenda mówi, że w tym kamieniu zostały uwięzione promienie słońca. Pewien grecki filozof zauważył, że jeśli pociera się o siebie dwa kawałki bursztynu, z tarcia tworzy się energia… Nie mogłabyś mieć bardziej odpowiedniego imienia.

Z uśmiechem postawił przede mną kieliszek szampana.

– Twierdzisz, że powoduję tarcie? – spytałam, odpowiadając na jego uśmiech. – Pytanie, czy dorosłam do swojego imienia, czy też to ono we mnie wrosło? Santé.

– Santé.

Stuknęliśmy się kieliszkami. Usiadł obok mnie.

– Mmm…

– Zastanawiasz się, czy przyniosłem drugi prezent?

– No tak.

– To zajrzyj pod poduszeczkę w pudełku.

Zrobiłam to i oczywiście pod cienką warstwą aksamitu, na którym leżał pierścionek, był mały plastikowy pakiecik.

– Dziękuję, Zed. – Rozerwałam paczuszkę i zanurzyłam w nią palec, jak dziecko dobierające się do miodu, po czym wmasowałam sobie trochę w dziąsła.

– Dobre, co? – zapytał, kiedy wysypywałam odrobinę na stolik.

Korzystając z krótkiej słomki znajdującej się w paczuszce, wciągałam proszek do nosa.

– Aha, bardzo. Chcesz trochę?

– Wiesz, że nie. Ale powiedz, jak się masz?

– O… dobrze.

– Jakoś nie zabrzmiało to pewnie, Elektro. I robisz wrażenie zmęczonej.

– Było dużo pracy – odparłam, łykając szampana. – W zeszłym tygodniu miałam sesję na Fidżi, a w przyszłym lecę do Paryża.

– Może powinnaś trochę zwolnić. Zrobić sobie przerwę.

– I to mówi facet, który twierdzi, że spędza więcej nocy w swoim prywatnym odrzutowcu niż we własnym łóżku!

– To może oboje powinniśmy zwolnić. Dałabyś się skusić na tydzień na moim jachcie? Jest zacumowany przy wyspie Saint Lucia. Za kilka miesięcy każę go na lato odprowadzić na Morze Śródziemne.

– Chciałabym. – Westchnęłam ciężko. – Ale do czerwca kalendarz mam pełen.

– No to w czerwcu. Moglibyśmy pożeglować wokół greckich wysp.

– Może… – Wzruszyłam ramionami, nie biorąc poważnie jego propozycji.

Często snuł jakieś plany, kiedy byliśmy razem, ale nigdy nic z tego nie wychodziło, a co więcej, wcale tego nie chciałam. Zed był świetny na jedną noc, fizyczne spełnienie, lecz na dłuższą metę zaczynał mnie wkurzać swoją skrupulatnością i niewiarygodną wprost butą.

Domofon znów piknął. Zed wstał, by odebrać.

– Przyślijcie natychmiast, dziękuję – powiedział.

Dolał nam szampana.

– Dostaniemy chińszczyznę i zaręczam ci, że to będzie najlepsze chow mein, jakie w życiu jadłaś. – Uśmiechnął się. – A jak tam twoje siostry?

– Nie wiem. Ostatnio byłam zbyt zajęta, żeby do nich dzwonić. Ally urodziła dziecko, ma synka. Nazwała go Bear… słodkie imię. Pomyśleć, że mam się zobaczyć z nimi wszystkimi w czerwcu, w Atlantis. Popłyniemy łodzią Pa Salta na greckie wyspy, by złożyć na falach wieniec. Tam, gdzie jak sądzi Ally, odbył się jego pochówek. Twój ojciec został znaleziony na plaży niedaleko stamtąd, prawda?

– Tak, ale jak ty, nie chcę myśleć o śmierci ojca. To mnie dołuje – uciął ostro Zed. – Myślę tylko o przyszłości.

– No tak… Ale co za przypadek!

Odezwał się dzwonek i Zed poszedł otworzyć drzwi.

– Elektro, chodź – powiedział, niosąc dwa pudełka do kuchni. – Pomóż mi z tym.