Siostra Burzy

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Burzy
Siostra Burzy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,30  56,24 
Siostra Burzy
Audio
Siostra Burzy
Audiobook
Czyta Aleksandra Zawadzka, Anna Kerth, Joanna Derengowska
38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

– Cześć, Ally.

Ze zdziwieniem wlepiłam wzrok w Theo. Wokół mnie kłębił się tłum ludzi z całego świata, jak to na Heathrow.

– Co tu robisz?

– Co za pytanie?! Nie cieszysz się, że mnie widzisz? – Przez chwilę udawał, że jest obrażony, ale potem objął mnie czule na środku hali przylotów i mocno pocałował.

– Oczywiście, że się cieszę! – Roześmiałam się, kiedy musieliśmy zaczerpnąć powietrza. Pomyślałam, że często udaje mu się mnie zaskoczyć. – Ale sądziłam, że jesteś zajęty na Tygrysicy. No, chodź. – Wyswobodziłam się z jego uścisku. – Tarasujemy ludziom drogę.

Wyprowadził mnie z terminalu na postój taksówek.

– Wskakuj – powiedział i wydał kierowcy instrukcje.

– Chyba nie jedziemy taksówką aż do promu na wyspę Wight? – zapytałam, gdy ruszyliśmy. – To dość daleko.

– Oczywiście, że nie. Ale kiedy tam już będziemy, musimy w pełni skupić się na szkoleniu, więc pomyślałem, że miło będzie razem spędzić noc, zanim znowu zostanę twoim kapitanem, a ty będziesz tylko Al. – Mocno mnie przytulił. – Stęskniłem się za tobą, kochanie.

– Ja też. – W lusterku wstecznym zobaczyłam, że taksówkarz krzywo się uśmiecha.

Ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu i wielkiej radości, taksówka stanęła przed hotelem Claridge’s, w którym Theo zarezerwował dla nas pokój. Spędziliśmy cudowne popołudnie i wieczór, nadrabiając stracony czas. Zanim wyłączyłam w nocy światło, popatrzyłam, jak śpi obok mnie, i nie mogłam się oderwać od tego widoku. Byłam całkowicie przekonana, że moje miejsce jest przy nim, gdziekolwiek by się znalazł.

*

– Zanim pojedziemy pociągiem do Southampton, musimy kogoś odwiedzić – powiedział Theo, kiedy następnego dnia jedliśmy w łóżku śniadanie.

– Kogo?

– Moją mamę. Mówiłem ci, że mieszka w Londynie. Bardzo chce cię poznać. Wezmę prysznic, a ty będziesz, niestety, też musiała ruszyć swój śliczny tyłeczek z łóżka.

Przejęta tym, że poznam kobietę, która – jak wszystko na to wskazywało – zostanie moją teściową, wstałam i zaczęłam przeszukiwać swoje rzeczy. Nie wzięłam ze sobą nic bardziej eleganckiego niż dżinsy, sportowe buty i bluzy spakowane na wieczory poza łodzią. Na co dzień będę od stóp do głów ubrana w ciuchy z goreteksu, które co prawda świetnie chronią przed złą pogodą, ale są zdecydowanie mało seksowne.

Poszłam do łazienki, żeby w torbie z przyborami toaletowymi poszukać kosmetyków do makijażu – od wielkiego dzwonu używałam tuszu do rzęs i szminki – ale stwierdziłam, że pewnie zostawiłam je w Atlantis.

– Nie mam nawet czym się umalować – poskarżyłam się Theo.

– Ally, przecież kocham cię taką, jaka jesteś – powiedział, wychodząc z zaparowanej kabiny prysznicowej. – Nie znoszę kobiet, które za mocno się malują. A teraz weź szybciutko prysznic. Trochę nam się śpieszy.

Czterdzieści minut później przebyliśmy uliczny labirynt dzielnicy, która – jak poinformował mnie Theo – nazywa się Chelsea, i taksówka stanęła przed ładnym białym domem. Do drzwi frontowych prowadziły trzy marmurowe schodki, a po ich obu stronach stały kamienne donice z bujnie rozrośniętymi pachnącymi gardeniami.

– Jesteśmy! – Theo wbiegł po schodkach, wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi. – Mamo?! – zawołał, kiedy weszliśmy do wąskiego przedpokoju. Poszłam za nim do przestronnej kuchni, którą zdominowały rustykalny dębowy stół i ogromny walijski kredens pełen kolorowych naczyń.

– Jestem na dworze, kochanie! – dobiegł zza otwartych przeszklonych drzwi dźwięczny kobiecy głos.

Wyszliśmy na kamienny taras i zobaczyliśmy szczupłą kobietę o ciemno blond włosach związanych w krótki kucyk. Pracowała w małym otoczonym murem ogródku pełnym kwiatów.

– Mama dorastała na angielskiej prowincji, więc teraz usiłuje ją odtworzyć w centrum Londynu – szepnął do mnie, patrząc na nią z miłością.

Kobieta podniosła wzrok i przywitała nas pięknym uśmiechem.

– Część, kochanie. Cześć, Ally.

Kiedy do mnie podeszła, zauważyłam, że jej chabrowe oczy przeszywają mnie z taką samą przenikliwością jak oczy jej syna. Wydała mi się bardzo piękna – z rysami delikatnymi jak u lalki i typowo angielską, nieskazitelną, jasną cerą.

– Mam wrażenie, że znam cię już od dawna, tyle o tobie słyszałam – powiedziała i serdecznie ucałowała mnie w oba policzki.

– Część, mamo. – Theo uścisnął matkę. – Ładnie wyglądasz.

– Naprawdę? Dzisiaj rano liczyłam sobie w lustrze siwe włosy. – Westchnęła teatralnie. – Niestety, wszyscy się starzejemy. Co wam przynieść do picia?

– Może kawę… – Theo spojrzał na mnie pytająco.

– Chętnie – rzuciłam. – A tak w ogóle, to jak twoja mama ma na imię? – szepnęłam do niego, kiedy wchodziliśmy za gospodynią do domu. – Chyba nie jestem jeszcze na etapie mówienia do niej „mamo”.

– Ojej, przepraszam. Ma na imię Celia. – Theo uścisnął moją dłoń. – Wszystko w porządku?

– Tak, oczywiście.

Przy kawie Celia rozpytywała o mnie, a kiedy powiedziałam jej o śmierci Pa Salta, serdecznie mnie pocieszała.

– Dziecko chyba nigdy nie jest w stanie w pełni pogodzić się ze stratą rodzica, zwłaszcza córka, która kocha ojca. Pamiętam, że po śmierci mojego byłam kompletnie załamana. Można najwyżej mieć nadzieję, że kiedyś człowiek będzie w stanie to zaakceptować. A w twoim przypadku, Ally, to jest jeszcze bardzo świeże. Mam nadzieję, że mój syn za bardzo cię nie zamęcza – dodała, mierząc wzrokiem Theo.

– Ależ skąd. Szczerze mówiąc, znacznie bardziej męczące jest bezczynne użalanie się nad sobą. Lepiej czymś się zająć.

– Tak naprawdę bardzo mi ulży, gdy skończą się te regaty. Może kiedy będziecie mieli własne dzieci, zrozumiecie, jak bardzo się denerwuję podczas każdych zawodów, w których Theo bierze udział.

– Mamo, już dwa razy startowałem w Fastnecie i wiem, co robię – zaprotestował Theo.

– On naprawdę jest wspaniałym kapitanem, Celio – wtrąciłam się. – Załoga wszystko dla niego zrobi.

– Na pewno. Jestem z niego bardzo dumna, ale czasem żałuję, że nie wybrał zawodu księgowego, maklera giełdowego albo jakiegoś innego, który nie byłby tak niebezpieczny.

– Przecież zwykle aż tak się nie denerwujesz, mamo. Tyle razy już mówiliśmy, że równie dobrze mógłbym jutro wpaść pod autobus. A poza tym, to ty nauczyłaś mnie żeglować. – Poufale szturchnął ją w bok.

– Przepraszam, już przestaję. Ale, jak już mówiłam, pewnie to starość sprawia, że do głowy przychodzą mi różne myśli. A właśnie… Odzywał się do ciebie ostatnio ojciec? – zapytała Celia z nutą goryczy w głosie.

Theo chwilę milczał.

– Tak – odparł w końcu. – Przysłał mi maila z wiadomością, że jest w swoim domu na Karaibach.

– Sam? – Uniosła pięknie zarysowaną brew.

– Nie mam pojęcia. I nawet mnie to nie obchodzi – odezwał się stanowczo Theo i żeby zmienić temat, zapytał matkę, czy w sierpniu wyjeżdża za granicę.

W milczeniu słuchałam, jak omawiają jej plany na tygodniową wycieczkę do południowej Francji i wyjazd na kilka dni do Włoch pod koniec miesiąca. Rozmawiali ze sobą tak swobodnie, że od razu było widać, jak bardzo się kochają.

Mniej więcej po godzinie Theo dopił resztę drugiej kawy i z niechęcią spojrzał na zegarek.

– Niestety, będziemy już musieli jechać, mamo.

– Naprawdę? Nie zostaniecie na mały lunch? Szybko zrobię jakąś sałatkę. To żaden problem.

– Nie możemy. O piątej mamy zebranie całej załogi na Tygrysicy i nie bardzo wypada, żeby kapitan się spóźnił. Chcemy zdążyć na pociąg o dwunastej trzydzieści ze stacji Waterloo. – Wstał. – Skoczę tylko do łazienki. Spotkajmy się w holu.

– Tak się cieszę, że cię poznałam, Ally – powiedziała Celia, kiedy Theo wyszedł z kuchni. – Nie będę udawać, że nie przejęłam się wiadomością o waszych zaręczynach. To mój jedynak, więc jest dla mnie wszystkim. Ale widzę, że świetnie do siebie pasujecie.

– Dziękuję, że tak mówisz. Jesteśmy bardzo szczęśliwi. – Uśmiechnęłam się.

Wstałyśmy od stołu. W drodze do wyjścia Celia chwyciła mnie za ramię.

– Opiekuj się nim, dobrze? Nigdy nie umiał zachować ostrożności w niebezpiecznych sytuacjach.

– Postaram się – obiecałam.

– No bo… – Chciała coś dopowiedzieć, ale obok nas pojawił się Theo.

– Trzymaj się, mamo. Zadzwonię do ciebie, ale nie martw się, jeżeli nie będę się odzywał podczas regat.

– Spróbuję. – Jej głos się załamał. – I będę ci kibicować na mecie w Plymouth.

Odeszłam w stronę drzwi frontowych, bo nie chciałam im przeszkadzać w pożegnaniu, ale nie uszło mojej uwagi, że tak długo go przytula, jakby nie mogła znieść, że odjeżdża. W końcu Theo delikatnie wyswobodził się z jej objęć, a kiedy wychodziliśmy z domu, Celia pomachała nam z wymuszonym uśmiechem.

W pociągu do Southampton Theo był roztargniony i niezwykle cichy.

– Nic ci nie jest? – zapytałam, widząc, jak w zamyśleniu wygląda przez okno.

– Martwię się o mamę. Była dzisiaj jakaś nieswoja. Zazwyczaj nie jest taka ponura i żegna mnie krótkim uściskiem i z promiennym uśmiechem na twarzy.

– Widać, że cię uwielbia.

– A ja ją. Zawdzięczam jej wszystko, co osiągnąłem. Zawsze wspierała mnie w żeglarstwie. Może naprawdę się starzeje. – Wzruszył ramionami. – No i oczywiście chyba nigdy nie będzie w stanie zaakceptować rozwodu z ojcem.

– Myślisz, że nadal go kocha?

– Prawie na pewno, co niekoniecznie znaczy, że go lubi. No bo to chyba niemożliwe. Kiedy dowiedziała się o jego romansach, była kompletnie załamana. Tak ją to biedną upokorzyło, że choć ze złamanym sercem, musiała kazać mu odejść.

– To straszne.

 

– Hm… W głębi serca tata też nadal ją uwielbia. Każde z nich jest nieszczęśliwe z powodu rozstania, ale granica między miłością a nienawiścią bywa niewielka. Być może da się to porównać do życia z alkoholikiem. W którymś momencie trzeba dokonać wyboru między utraceniem ukochanej osoby a własnym zdrowiem psychicznym. To drugie nie jest w stanie uratować nas przed nami samymi, choćby nie wiem jak nas kochało, prawda?

– Tak.

Theo nagle chwycił mnie za rękę.

– Nigdy nie pozwól, żeby coś podobnego stało się z nami.

– Nie pozwolę – odpowiedziałam z mocą.

*

Jak zawsze przed regatami, następne dziesięć dni były wykańczające, pełne nerwowego napięcia, zwłaszcza że te zawody miały opinię jednych z najtrudniejszych i najbardziej wymagających na świecie. Zgodnie z przepisami członkowie załogi musieli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy mieć za sobą w sumie trzysta mil przebytych na regatach. Pierwszego wieczoru Theo zebrał na Tygrysicy wszystkich dwudziestu członków załogi. Od razu zrozumiałam, że mam znacznie mniejsze doświadczenie niż większość z nich. Chociaż Theo był znany z tego, że promuje młodych, i dopuścił do wyścigu wszystkich członków załogi z regat po Cykladach, widać było, że nie ryzykuje, więc reszta zawodników stanowiła śmietankę międzynarodowego bractwa żeglarskiego.

Trasa regat była ciężka i niebezpieczna. Mieliśmy okrążyć południowe wybrzeże Anglii, potem przeprawić się przez Morze Celtyckie do wysepki Fastnet Rock na południe od Irlandii i pożeglować z powrotem na metę w Plymouth. Z historii regat wiedzieliśmy, że szanse wielu jachtów nieraz przekreślały silne zachodnie i południowo-zachodnie wiatry, zdradzieckie prądy i osławiona nieprzewidywalna pogoda.

Codziennie wstawaliśmy o świcie i wiele godzin spędzaliśmy na wodzie. W kółko powtarzaliśmy najważniejsze manewry i sprawdzaliśmy granice możliwości zarówno załogi, jak i wspaniałego, supernowoczesnego jachtu. Podczas niektórych treningów widziałam, że Theo się denerwuje, jeśli ktoś z załogi nie chce współpracować z zespołem, ale ani razu nie dał się wytrącić z równowagi. Co wieczór przy kolacji omawialiśmy strategię i taktykę każdego etapu regat i bez końca je cyzelowaliśmy. Theo zawsze miał ostatnie słowo.

Oprócz ćwiczeń żeglarskich mieliśmy kilka pogłębionych szkoleń z zasad postępowania w razie niebezpieczeństwa i konieczności ewakuacji z wykorzystaniem wyrafinowanego sprzętu ratowniczego, który mieliśmy na pokładzie. Każdy z nas został wyposażony w nadajnik EPIRB, który trzeba było przymocować do kamizelki ratunkowej. Nawet przy nierozwiniętych żaglach załoga niezmordowanie pracowała na jachcie. Pod bacznym okiem Theo pieczołowicie sprawdzaliśmy każdy szczegół: od kompletności wyposażenia, przez działanie wszystkich pomp i kołowrotów, po takielunek i zestaw ubrań żeglarskich. Do obowiązków Theo jako kapitana należało między innymi przydzielanie koi i ustalanie porządku wacht.

Był natchnionym przywódcą, więc w wieczór przed rozpoczęciem zawodów, dwunastego sierpnia, kiedy nadszedł czas na zagrzewającą do boju mowę kapitana, wśród załogi panowało wysokie morale. Wszyscy co do jednego nagrodzili go owacją na stojąco.

Byliśmy świetnie przygotowani, ale łyżką dziegciu w beczce miodu okazała się katastrofalna prognoza pogody.

– Muszę teraz iść na odprawę dla kapitanów w Royal Ocean Racing Club, kochanie – powiedział mi Theo i cmoknął mnie w biegu. Reszta załogi już się rozchodziła. – Idź do hotelu i weź długą, gorącą kąpiel, bo przez jakiś czas nie będziesz miała takiej możliwości.

Posłuchałam go. Starałam się nacieszyć luksusem gorącej wody. Niestety, kiedy później spojrzałam przez okno, zobaczyłam, że rozszalał się wiatr. Z rykiem miotał siedemdziesięcioma jachtami, które stały na kotwicach w porcie i wokół wyspy. Poczułam gwałtowny ucisk w żołądku, bo wyglądało to bardzo źle. Theo wrócił do pokoju z ponurą miną.

– Co słychać? – zapytałam.

– Niestety, nic dobrego. Sama widzisz, że prognozy pogody są paskudne. Zastanawiają się nawet, czy nie będą musieli przełożyć jutrzejszego startu na później. Meteorolodzy ostrzegają przed silnym sztormem. Szczerze mówiąc, Ally, gorzej już być nie może.

Wyglądał na potwornie przygnębionego, więc podeszłam do niego i pomasowałam mu barki.

– Pamiętaj, Theo, że to tylko zawody.

– Wiem, ale zwycięstwo w tak prestiżowych regatach byłoby ukoronowaniem mojej dotychczasowej kariery. Mam trzydzieści pięć lat, Ally. Nie mogę tego robić wiecznie. Do diabła! Dlaczego musi tak być akurat w tym roku?

– Zobaczymy, co przyniesie jutro. Synoptycy często się mylą.

– Zobacz, co się dzieje za oknem. – Wskazał pociemniałe niebo. – Zresztą masz rację, nic na to nie poradzę. Jutro o ósmej zadzwonią do wszystkich kapitanów i dadzą nam znać, czy zdecydowali się opóźnić start. No, teraz moja kolej na gorącą kąpiel. Lepiej wcześnie iść spać.

– Naleję ci wody do wanny.

– Dzięki. I wiesz co, Ally?

– Tak?

Uśmiechnął się do mnie.

– Kocham cię.

*

Tak jak Theo się obawiał, początek regat odłożono – po raz pierwszy w ich osiemdziesięciotrzyletniej historii. Załoga siedziała z nosem na kwintę przy lunchu w Royal London Yacht Club. Każdy patrzył w okno z nadzieją na cud. Następnego dnia rano znowu miała zapaść decyzja co do startu. Po lunchu powlekliśmy się z Theo do hotelu w porcie.

– W końcu się wypogodzi – uspokajałam go. – Jak zawsze.

– Sprawdziłem wszystkie możliwe strony internetowe, nie mówiąc już o tym, że osobiście skontaktowałem się z centrum meteorologicznym. Wszystko wskazuje na to, że na kilka następnych dni szykuje się potężny niż. Nawet jeśli uda nam się wystartować, będzie bardzo trudno ukończyć te regaty. Ale przynajmniej – nagle szeroko się do mnie uśmiechnął – mamy czas na jeszcze jedną kąpiel.

Tej niedzieli zjedliśmy kolację w hotelowej restauracji. Oboje byliśmy spięci i niespokojni. Theo pozwolił sobie nawet na kieliszek wina, choć zazwyczaj nie tykał alkoholu przed regatami. Wróciliśmy do pokoju nieco spokojniejsi. W nocy kochał się ze mną szczególnie namiętnie, a potem mocno mnie przytulił. Tuż przed zaśnięciem usłyszałam, jak mówi:

– Ally?

– Tak?

– Jeśli wszystko dobrze pójdzie, jutro wystartujemy. Będzie ciężko. Chcę ci tylko przypomnieć, co mi obiecałaś na wyspie Gdzieś. Jeśli każę ci zejść z łodzi, masz mnie posłuchać jako swego kapitana.

– Theo, ale…

– Mówię poważnie, Ally. Wpuszczę cię jutro na pokład tylko pod warunkiem, że przyrzekniesz mi posłuszeństwo.

– W takim razie, dobrze. – Wzruszyłam ramionami. – Jesteś moim kapitanem. Muszę cię słuchać.

– I zanim znów do tego wrócisz, nie chodzi mi o to, że jesteś kobietą albo że nie mam zaufania do twoich umiejętności, ale o to, że cię kocham.

– Wiem.

– To dobrze. Śpij spokojnie, skarbie.

*

Następnego dnia z samego rana dowiedzieliśmy się, że regaty Fastnet się rozpoczną – pełne dwadzieścia pięć godzin po zaplanowanym terminie. Theo skontaktował się z załogą i natychmiast wyruszył na jacht. Widziałam, że jest już skupiony i silny.

Godzinę później dołączyłam do niego i wraz z resztą załogi znalazłam się na pokładzie Tygrysicy. Nawet w porcie wiatr niebezpiecznie miotał jachtami, a fale waliły w burty.

– Chryste, i pomyśleć, że mogłem teraz być kapitanem na luksusowym jachcie czarterowym i pływać po Karaibach – mruknął Rob, kiedy usłyszeliśmy wystrzał sygnalizujący początek regat i w napięciu czekaliśmy na swoją kolej, by opuścić port. Theo zebrał nas wszystkich na pokładzie, żeby zrobić zdjęcie na szczęście.

Kiedy w końcu przestał chronić nas port i wypłynęliśmy na pełne morze, nawet najbardziej doświadczeni żeglarze spośród nas nieco zzielenieli. W ciągu kilku sekund każdy z nas był przemoczony przez rozszalałe morze. Wicher przekształcił jego powierzchnię w nieujarzmione masy spienionej wody.

Przez następne burzliwe osiem godzin wiatr ciągle przybierał na sile, Theo był jednak spokojny i rzadko tracił równowagę. Niewzruszenie trwał za sterem, prawie bez przerwy wydając rozkazy, aby trzymać się kursu i zachować prędkość. Na zmianę to refowaliśmy żagle, to znów zwiększaliśmy ich powierzchnię i wciąż rozmawialiśmy o nieprzewidywalnej pogodzie. Wielokrotnie zaskakiwały nas zrywające się pozornie znikąd porywy szkwału dochodzące do czterdziestu węzłów. Cały czas zmagaliśmy się z zacinającym z ukosa silnym deszczem.

Pierwszego dnia zostałam jako jedna z dwóch osób oddelegowana do pracy w kambuzie. Chcieliśmy zagrzać zupę, ale zawiodła nawet kuchenka na kardanie, na której garnki miały podobno stać prosto. Nic dziwnego, bo łódź gwałtownie przechylała się na boki. Zupa porozbryzgiwała się na wszystkie strony i nas poparzyła. W końcu zdecydowaliśmy się na odgrzanie porcjowanych racji w mikrofalówce. Koledzy z załogi jedli na zmianę. Dygotali w swoich przemoczonych ubraniach, ale byli zbyt zmęczeni, aby zdjąć je do jedzenia. Patrzyli na mnie z wielką wdzięcznością, więc przypomniałam sobie, że podczas regat takie czynności jak przygotowywanie posiłków są równie ważne jak to, co dzieje się na pokładzie.

Theo był w ostatniej zmianie do jedzenia. Łapczywie pochłaniając swoją porcję, powiedział mi, że kilka jachtów już zdecydowało się schronić w pobliskich portach na południowym wybrzeżu Anglii.

– Kiedy opuścimy kanał i wypłyniemy na Morze Celtyckie, będzie jeszcze gorzej. Zwłaszcza w nocy – dodał, spoglądając na zegarek. Była prawie ósma wieczorem i robiło się już ciemno.

– A co na to reszta załogi? – zapytałam.

– Chcą płynąć dalej. Moim zdaniem, Tygrysica to wytrzyma.

W tej chwili oboje spadliśmy z ławek, bo jacht gwałtownie przechyliło na sterburtę. Zawyłam z bólu, ponieważ brzeg stolika mocno wbił mi się w brzuch. Tymczasem człowiek, który – jak szczerze wierzyłam – potrafi chodzić po wodzie, czyli Theo, z trudem gramolił się, by wstać z podłogi.

– Dobra, dosyć tego – rzucił, patrząc, jak zwijam się z bólu. – Sama mówiłaś: to tylko zawody. Zawijamy do portu.

Zanim byłam w stanie cokolwiek powiedzieć, przeskakiwał po dwa schodki, by wyjść na pokład.

Godzinę później Theo wprowadził nas do portu Weymouth. Mimo ubrań ochronnych ostatniej generacji wszyscy byliśmy przemoczeni do suchej nitki i kompletnie wyczerpani. Kiedy staliśmy już na kotwicy, zwinęliśmy żagle i sprawdziliśmy, czy są jakieś szkody, Theo zwołał wszystkich do głównej kajuty. Gdy przycupnęliśmy gdzie się dało w naszych pomarańczowych strojach, wyglądaliśmy jak półżywe homary w sieci rybackiej.

– Jest zbyt niebezpiecznie, żeby płynąć dalej. Nie chcę ryzykować waszego życia. Dobra wiadomość jest jednak taka, że prawie wszystkie pozostałe jachty też gdzieś się schroniły, więc być może będziemy jeszcze mieli jakąś szansę na zwycięstwo. Ally i Mick ugotują makaron, a tymczasem pozostali mogą wziąć prysznic, w ustalonej kolejności. Ruszamy ze wschodem słońca. Niech ktoś nastawi wodę na herbatę, to się rozgrzejemy. Rano będziemy musieli być w szczytowej formie.

Razem z Mickiem dowlekliśmy się do kambuza. Wrzuciliśmy makaron do wielkiego garnka i odgrzewaliśmy gotowy sos. Mick zrobił dla nas po kubku herbaty. Piłam ją z wdzięcznością, wyobrażając sobie, że ciepły płyn dociera aż do moich przemarzniętych palców u nóg.

– Chętnie chlapnąłbym sobie coś mocniejszego. – Mick się uśmiechnął. – Teraz rozumiesz już, dlaczego w dawnych czasach marynarze żyli rumem.

– Hej, Al, jesteś następna do prysznica! – zawołał Rob.

– E tam, mogę iść później.

– Wielkie dzięki – ucieszył się. – Pójdę za ciebie.

Moje wątpliwe zdolności kulinarne jeszcze nigdy dotąd nie zostały tak docenione jak tego wieczoru.

Kiedy zjedliśmy i pozmywaliśmy plastikowe miski, rozeszliśmy się, żeby póki się da, trochę się przespać. Łódź nie została zaprojektowana tak, by dwadzieścia osób spało na niej w tym samym czasie, więc kładliśmy się w lekkich śpiworach gdzie popadnie – na ławkach albo na podłodze.

Gdy stałam pod prysznicem, zastanawiałam się, czy po lodowatej wodzie – bo na koniec została tylko taka – poczuję się lepiej, czy gorzej. Kiedy wyszłam, zobaczyłam, że czeka na mnie Theo.

– Ally, muszę z tobą porozmawiać. – Wziął mnie za rękę i wyciągnął z prawie ciemnej, pełnej śpiących ciał kajuty do maleńkiego pomieszczenia zapchanego sprzętem nawigacyjnym, które nazywał swoim „biurem”. – Wierzysz, że cię kocham? – zaczął.

– Oczywiście.

– A wierzysz, że moim zdaniem znakomicie sprawdzasz się jako żeglarz?

 

– Nie wiem… – Lekko uśmiechnęłam się z niedowierzaniem. – Dlaczego pytasz?

– Ponieważ nie bierzesz dłużej udziału w tych regatach. Za kilka minut przypłynie po ciebie szalupa. Zarezerwowałem ci pokój ze śniadaniem w pensjonacie blisko portu. Przepraszam… Ale po prostu nie mogę…

– Czego nie możesz?

– Ryzykować. Prognoza jest przerażająca. Rozmawiałem z kilkoma kapitanami, którzy chcą się wycofać. Moim zdaniem Tygrysica da radę płynąć dalej, ale ty nie możesz na niej być. Rozumiesz?

– Nie. Dlaczego ja? Dlaczego nie ktoś inny? – zaprotestowałam.

– Proszę cię, kochanie. Przecież wiesz. A poza tym… – Zamilkł na chwilę. – Jeśli chcesz wiedzieć prawdę, to dużo trudniej jest mi się skupić na robocie, kiedy jesteś na pokładzie.

Patrzyłam na niego w osłupieniu.

– Proszę, pozwól mi zostać, Theo – błagałam.

– Nie tym razem. Nie, kochanie. Przed nami jeszcze mnóstwo wspólnych wyzwań. Wiele z nich nie będzie rozgrywało się na wodzie. Nie możemy ryzykować.

– Ale dlaczego ty płyniesz dalej, skoro martwisz się o moje bezpieczeństwo? Jeśli inne jachty się wycofują, to i my tak zróbmy. – W miarę jak docierało do mnie, co się dzieje, coraz bardziej narastała we mnie złość.

– Ponieważ te regaty są moim przeznaczeniem. Nie mogę nikogo zawieść. A teraz lepiej się pakuj. Lada chwila po ciebie przypłyną.

– A ja nie sprawiam nikomu zawodu? Na przykład tobie? – Chciałam na niego nakrzyczeć, ale wiedziałam, że tuż obok śpią koledzy z załogi. – Przecież mam cię chronić!

– Na pewno sprawisz mi zawód, jeśli będziesz się ze mną kłóciła – odfuknął. – Zbieraj swoje rzeczy. I to już. To rozkaz kapitana. Proszę o posłuszeństwo.

– Tak jest, kapitanie – szepnęłam potulnie.

Musiałam zaakceptować porażkę. Ale kiedy ruszyłam po plecak, byłam – z najróżniejszych zawiłych powodów – po prostu wściekła na Theo. Wdrapałam się na pokład i zobaczyłam światła zbliżającej się od strony portu szalupy. Poszłam w stronę rufy, aby spuścić w dół drabinkę.

Miałam szczery zamiar odpłynąć bez słowa pożegnania. Złapałam faleń, który rzucił mi szyper szalupy, i przywiązałam go do knagi na pokładzie. Weszłam już na drabinkę, żeby zejść na dół, kiedy twarz oświetliła mi od góry latarka.

– Zatrzymasz się w pensjonacie Warwick – usłyszałam głos Theo.

– Dobrze – odpowiedziałam lakonicznie i rzuciłam plecak na rozchybotaną szalupę. Zrobiłam następny krok w dół, ale wtedy chwyciła mnie za ramię mocna dłoń i pociągnęła z powrotem.

– Ally, na miłość boską. Kocham cię. Kocham… – wyszeptał i mocno mnie przytulił, tak że palce u nóg oderwały mi się od najwyższego szczebla drabinki. – Nigdy o tym nie zapomnij, dobrze?

Mimo złości serce mi zmiękło.

– Dobrze – powiedziałam. Wzięłam od niego latarkę i oświetliłam mu twarz, tak by wyryć ją sobie w pamięci. – Uważaj na siebie, kochanie – szepnęłam, a on niechętnie wypuścił mnie z ramion. Zeszłam po drabince w dół i kiedy wskoczyłam do szalupy, Theo oswobodził faleń.

Tej nocy nie mogłam zasnąć, chociaż byłam wyczerpana najcięższym dniem w całej mojej karierze żeglarskiej. W dodatku po przeszukaniu plecaka stwierdziłam, że w pośpiechu zostawiłam na jachcie komórkę. Wściekałam się na swoją głupotę, bo nie miałam bezpośredniej łączności z Theo. W zdenerwowaniu chodziłam po pokoju miotana między oburzeniem, że tak bezceremonialnie wysadził mnie na brzeg, a przeraźliwym strachem podsycanym widokiem pędzących za oknem chmur, ulewą szalejącą w porcie na dole i niesłabnącymi odgłosami targanego wichrem takielunku. Wiedziałam, jak ważne są te regaty dla Theo, ale bałam się, że pragnienie zwycięstwa przyćmi jego rozsądek i wiedzę żeglarską. Nagle zobaczyłam, czym naprawdę jest morze: ryczącą, niemożliwą do opanowania bestią, której niesamowita siła potrafi zrobić z ludzi bezbronne, unoszone na wodzie łupinki.

Wreszcie zaczął wstawać ponury świt. Zobaczyłam, że Tygrysica rusza z portu Weymouth i płynie, by znów zmierzyć się z otwartym morzem.

Zacisnęłam palce na zaręczynowym naszyjniku, bo nic więcej nie mogłam zrobić.

– Do widzenia, kochanie – szepnęłam, przyglądając się Tygrysicy, aż została z niej tylko kropeczka podrzucana na okrutnych falach.

Następne kilka godzin spędziłam w niebycie. W końcu stwierdziłam, że bez sensu samotnie cierpię w Weymouth, więc spakowałam plecak i pociągiem, a potem promem dotarłam do Cowes. Tam przynajmniej będę blisko Centrum Dowodzenia Fastnet i z pierwszej ręki dowiem się, co słychać, zamiast zdawać się na internet. Każda łódź miała na pokładzie GPS, choć przy złej pogodzie nie bardzo można było na nim polegać.

Trzy i pół godziny później wynajęłam pokój w tym samym hotelu, w którym podczas treningu mieszkałam z Theo. Od razu poszłam do prestiżowego klubu Royal Yacht Squadron, żeby czegoś się dowiedzieć. Z ciężkim sercem zobaczyłam bezczynnie skupionych przy stolikach smutnych zawodników, którzy razem z nami zaczynali regaty.

Zauważyłam Pascala Lemaire’a, Francuza, z którym byłam kiedyś w załodze, więc podeszłam do niego.

– Cześć, Al – odezwał się zdziwiony. – Nie wiedziałem, że Tygrysica się wycofała.

– Bo się nie wycofała, przynajmniej o ile mi wiadomo. Wczoraj kapitan kazał mi wysiadać na brzeg. Uznał, że jest zbyt niebezpiecznie.

– I miał rację. Dziesiątki jachtów oficjalnie wycofano, a wiele czeka w porcie, aż uspokoi się pogoda. Nasz kapitan postanowił się wycofać. Dla takich małych jachtów jak nasz morze podczas takiego sztormu jest piekłem. Tylko parę razy widziałem podobną pogodę. Ale załoga Tygrysicy powinna sobie poradzić. W końcu twój chłopak dowodzi trzydziestometrowym jachtem najnowszej generacji – pocieszył mnie, kiedy w moich oczach zobaczył cierpienie. – Masz ochotę się napić? Właśnie gremialnie topimy tutaj smutki.

Przyjęłam zaproszenie i dołączyłam do grupy. Nieuchronnie zaczęliśmy porównywać obecną pogodę do tej, jaka panowała na zawodach w roku 1979. Fale przewróciły wtedy sto dwanaście jachtów, a życie straciło osiemnaście osób, w tym trzech ratowników. Przesiedziałam tam pół godziny, ale tak się denerwowałam o Tygrysicę i Theo, że przeprosiłam wszystkich, ubrałam się ciepło i wyszłam na deszcz, żeby dowiedzieć się czegoś w Centrum Zarządzania Regatami Fastnet mieszczącym się w pobliskim Royal Ocean Racing Club. Gdy tam dotarłam, zapytałam, czy wiedzą coś o Tygrysicy.

– Tak. Jest teraz kilka mil za Bishop Rock. Dobrze im idzie – powiedział mi operator po sprawdzeniu ekranu. – Jest czwarta, ale jeśli kolejne jachty dalej będą się wycofywać w tym tempie, ma szanse na wygraną walkowerem. – Westchnął ciężko.

Pocieszyłam się, że przynajmniej na razie wygląda na to, że Theo jest bezpieczny, więc wróciłam do Royal Yacht Squadron, zjadłam kanapkę i przyglądałam się, jak przybywa coraz więcej wyczerpanych, przemokniętych członków załóg.

Słyszałam, jak mówią, że wiatr znowu się wzmógł. Byłam jednak zbyt rozkojarzona, żeby z nimi rozmawiać, więc wróciłam do hotelu i – choć z przerwami – w końcu udało mi się kilka godzin przespać. Wreszcie się poddałam i o piątej rano wstałam. Kiedy weszłam do Centrum Zarządzania, właśnie przebijał się szary świt. W sali zapadła cisza.

– Co słychać?

Zobaczyłam, że operatorzy wymieniają między sobą nerwowe spojrzenia.

– Coś się stało? – Serce podskoczyło mi do gardła. – Co z Tygrysicą?

Znowu niema wymiana spojrzeń.

– Około wpół do czwartej odebraliśmy wołanie o pomoc. Mieli człowieka za burtą. Natychmiast wysłano helikopter morskiej służby ratowniczej. Czekamy na wiadomość.

– Wiecie, kto im wypadł? Co się stało?

– Przepraszam, ale na razie nic dokładnie nie wiemy. Idź, zrób sobie herbatę. Damy ci znać, jak będzie coś wiadomo.

Kiwnęłam głową i z całej siły starałam się opanować ogarniającą mnie histerię. Tygrysica była jednostką najnowszej generacji. Miała na pokładzie znakomity sprzęt komunikacyjny. Wiedziałam, że mnie okłamali. A jeśli tak, mogło to znaczyć tylko jedno.

Serce biło mi tak szybko, że czułam się, jakbym za chwilę miała zemdleć. Schroniłam się w damskiej toalecie, opadłam na sedes i z trudem łapałam powietrze. Może jednak się mylę, może nie wolno im nic mówić, dopóki nie mają pewności, co się stało. Ale ja w głębi duszy już wiedziałam.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?