Siostra Burzy

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Burzy
Siostra Burzy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,30  56,24 
Siostra Burzy
Audio
Siostra Burzy
Audiobook
Czyta Aleksandra Zawadzka, Anna Kerth, Joanna Derengowska
38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tak naprawdę to pomyślałam, że powinnam wrócić do domu – powiedziałam. – Pobyć z mamą i z Mają.

– Zrozumiem cię, jeśli postanowisz tak zrobić. Chociaż jako egoista, wolałbym, żebyś popłynęła ze mną. Dla obojga z nas ten rok zapowiada się na zwariowany.

– Chciałabym z tobą popłynąć, ale najpierw muszę zadzwonić do mamy i upewnić się, że w domu jest wszystko dobrze, a potem zobaczymy.

– W takim razie zadzwoń, a ja wezmę prysznic. – Theo pocałował mnie w czubek głowy, a potem wyskoczył z łóżka i poszedł do łazienki.

Mama uspokoiła mnie, że w Atlantis wszystko jest w porządku, i powiedziała, że nie ma najmniejszej potrzeby, żebym przyjeżdżała.

– Zrób sobie wakacje, chérie. Maja postanowiła na trochę wyjechać, więc i tak jej tu nie ma.

– Naprawdę? A to dopiero! A ty? Nie czujesz się samotna? Obiecuję, że tym razem cały czas będę miała włączoną komórkę, więc gdyby cokolwiek się działo, dzwoń.

– Czuję się dobrze i nic mi nie będzie, chérie – odpowiedziała ze stoickim spokojem. – Najgorsze już się, niestety, wydarzyło.

Skończyłam rozmowę i nagle ogarnął mnie smutek, jak zawsze, kiedy pozwalałam sobie na to, by doganiała mnie myśl, że taty już nie ma. Ale Marina miała rację. Najgorsze już się wydarzyło. Jak nigdy przedtem żałowałam, że nie wyznaję religii, która ma określone rytuały, pozwalające radzić sobie z bezmiarem rozpaczy po śmierci bliskich. Choć dotąd uważałam religie za przeżytek, teraz rozumiałam, że pomagają ludziom przetrwać najtrudniejsze chwile.

Następnego dnia rano wyrejestrowaliśmy się z Theo z hotelu i pieszo poszliśmy do portu.

Na pokładzie Hanse’a wznieśliśmy toast z jej właścicielem dla uczczenia zwycięstwa. Był zachwycony i już omawiał z Theo plany na następne regaty. Potem, idąc wzdłuż portowego nabrzeża, dotarliśmy do Neptuna. Przed wypłynięciem Theo zaprogramował kurs na autopilocie, ale zdecydowanie odmówił zdradzenia mi, dokąd płyniemy. Kiedy wyprowadzał jacht z portu Vouliagmeni na otwarte morze, ja zajęłam się uzupełnieniem zapasów piwa, wody i wina w lodówkach. Płynęliśmy po spokojnej, niebieskawozielonej wodzie, lecz choć z całej siły starałam się skupić na pięknie krajobrazu, nie mogłam uciec od wspomnień i emocji, jakich doświadczyłam w czasie poprzedniego rejsu Neptunem. Przy okazji uzmysłowiłam sobie, jak Theo jest podobny do Pa Salta. Obaj uwielbiali tajemnice i obaj zdecydowanie lubili rządzić.

Właśnie się zastanawiałam, czy nie zakochałam się w kimś, kto ma mi zastąpić ojca, kiedy poczułam, że Neptun zwalnia, i usłyszałam szczęk opuszczanej kotwicy. Gdy Theo pojawił się obok mnie na pokładzie, postanowiłam nie dzielić się z nim swoimi ostatnimi przemyśleniami. Przy jego skłonnościach do psychoanalizy nie opędziłabym się od rozważań na ten temat.

Przy piwie i sałatce z fetą ze świeżymi oliwkami, którą kupiłam na straganie w porcie, nareszcie opowiedziałam Theo o sferze armilarnej, wygrawerowanych na niej cytatach i współrzędnych, a także o liście, zostawionym przez Pa Salta.

– Wygląda na to, że był dobrze przygotowany – skomentował, gdy skończyłam. – Musiał to wszystko nieźle zaplanować.

– O, tak. Właśnie takim był człowiekiem. Zawsze miał wszystko perfekcyjnie zorganizowane.

– Rozumiem go. Ja też spisałem testament i przygotowałem instrukcje dotyczące mojego pogrzebu. – Powiedział dokładnie to, o czym przed chwilą myślałam.

– Co ty mówisz?! – Wzdrygnęłam się.

– Przepraszam cię, Ally, ale ludzie morza muszą się liczyć z niebezpieczeństwem. Nigdy nic nie wiadomo.

– W każdym razie jestem pewna, że tata bardzo by cię polubił. – Spojrzałam na zegarek, żeby jak najszybciej zmienić temat. – Nie powinniśmy płynąć dalej do naszego tajemniczego celu?

– Tak, za chwilę, bo chcę, żebyśmy dobili o odpowiedniej porze. – Theo uśmiechnął się zagadkowo. – Masz ochotę popływać?

Trzy godziny później wiedziałam, dlaczego chciał zaczekać. Przed nami rozciągał się niezwykły widok. Zachodzące słońce zalało głęboką pomarańczową łuną niebo nad maleńką wysepką i odbijało się od rozrzuconych wzdłuż wybrzeża białych domków.

– Prawda, że jest przepięknie? – szepnął. Trzymając jedną rękę na sterze, a drugą obejmując mnie w talii, wprowadził Neptuna do maleńkiego portu.

– Tak – odparłam, podziwiając, jak promienie słoneczne przenikają chmury. Przypominało to pęknięte żółtko, które powoli roztapia się w pianie z białka. – Mój tata zawsze mówił, że zachody słońca w Grecji są najpiękniejsze na świecie.

– I w tym także bym się z nim zgodził. – Theo delikatnie pocałował mnie w szyję.

Przypomniałam sobie swoje wcześniejsze przemyślenia i postanowiłam na czas trwania wakacji przestać wspominać, co Pa Salt lubił, a czego nie lubił.

– Powiesz mi już, gdzie jesteśmy? – zapytałam, kiedy znaleźliśmy się w porcie i śniady chłopak podbiegł, by złapać linę, którą mu rzuciłam, i przywiązać jacht do pomostu.

– Czy to ważne? Dowiesz się w odpowiednim czasie. Na razie możemy to miejsce nazwać „Gdzieś”.

Sądziłam, że będziemy musieli wnosić plecaki po stromym zboczu, więc zdziwiłam się, kiedy Theo kazał mi je zostawić. Zamknął kajutę na klucz i zeszliśmy z jachtu. Zapłacił młodemu człowiekowi parę euro za pomoc, po czym wziął mnie za rękę i poprowadził wzdłuż nabrzeża do rzędu motorowerów. Poszperał w kieszeni, żeby znaleźć klucz, i chwilę walczył z solidną kłódką, która spinała całą masę splątanych ze sobą ciężkich łańcuchów zabezpieczających jeden z motorowerów.

– Grecy to wspaniali ludzie, ale ich gospodarka kuleje, więc lepiej być przezornym – wyjaśnił. – Wolałbym uniknąć tego, że przypływam tutaj i widzę, że brakuje obu kół. Wsiadaj.

Chwilę się wahałam, zanim to zrobiłam.

Nienawidziłam motorowerów. Kiedyś posłuchałam Pa Salta i między liceum a studiami wybrałam się z dwiema koleżankami, Marielle i Hélène, w podróż po świecie. Zaczęłyśmy od Dalekiego Wschodu, zwiedziłyśmy Tajlandię, Kambodżę i Wietnam i wracając do Europy, gdzie załatwiłam sobie na lato pracę kelnerki na wyspie Kythnos, jechałyśmy przez Turcję na wypożyczonych motorowerach. W drodze z lotniska w Bodrum do Kalkanu Marielle źle oceniła niebezpieczny zakręt serpentyny i rozbiła się.

Nigdy nie zapomnę, jak znalazłam jej wyglądające na nieżywe ciało w karłowatych krzakach na zboczu góry, a potem stałam pośrodku drogi, rozpaczliwie czekając, aż nadjedzie ktoś, kto nam pomoże.

Na drodze nikt się nie pojawiał, więc w końcu wyjęłam telefon i zadzwoniłam do jedynej osoby, która mogła nam pomóc. Wyjaśniłam Pa Saltowi, co się stało i gdzie, a on kazał mi się nie martwić; powiedział, że pomoc już jest w drodze. W straszliwych nerwach czekałyśmy jeszcze pół godziny, aż wylądował koło nas helikopter z pilotem i ratownikiem medycznym. Zabrali nas wszystkie do szpitala w Dalamanie. Marielle przeżyła, choć miała roztrzaskaną miednicę i trzy złamane żebra. Po uderzeniu w głowę do dzisiaj ma poważne migreny.

Od czasu wypadku Marielle nawet nie zbliżyłam się do motoroweru, więc tego wieczoru, kiedy usiadłam z tyłu za Theo, żołądek zacisnął mi się z przerażenia.

– Gotowa? – zapytał.

– Już bardziej gotowa nie będę – mruknęłam i objęłam go w talii tak mocno, jakby moje ręce były imadłem. Wyruszyliśmy pod górę wąskimi dróżkami wyspy Gdzieś. Pomyślałam, że gdyby Theo okazał się macho, który chce na dziewczynie zrobić wrażenie jazdą na łeb na szyję, kazałabym mu stanąć i zeskoczyłabym z motoroweru. Jechał w miarę ostrożnie, mimo to mocno zaciskałam powieki. W końcu, kiedy miałam wrażenie, że jedziemy już całą wieczność, chociaż tak naprawdę minęło pewnie z piętnaście minut, poczułam, że Theo hamuje, motorower przechyla się na jedną stronę, a on bezpiecznie staje na twardym podłożu i wyłącza silnik.

– Już jesteśmy.

– To dobrze.

Otworzyłam oczy. Tak mi ulżyło, że aż zakręciło mi się w głowie. Skupiłam się już tylko na tym, żeby zejść z motoroweru.

– Czy nie jest tu pięknie? – odezwał się Theo. – Już widoki po drodze zapierają dech w piersiach, ale tutaj jest najpiękniej.

Całą drogę miałam zamknięte oczy, więc nic nie mogłam na ten temat powiedzieć. Wziął mnie za rękę i poprowadził przez ostrą suchą trawę. W dole zobaczyłam stare drzewa oliwne porozrzucane po zboczu stromo opadającym do morza. Kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam.

– Dokąd idziemy? – zapytałam, kiedy prowadził mnie przez gaj oliwny. Nie widziałam przed nami żadnego budynku oprócz starej szopy, prawdopodobnie przeznaczonej dla kóz.

– Tam. – Wskazał na szopę i zwrócił się do mnie: – Nie ma to jak w domu. Wspaniale tu, prawda?

– Tak… no…

– Ally, jesteś strasznie blada. Dobrze się czujesz?

– Tak – zapewniłam go, kiedy w końcu dotarliśmy do szopy. Zastanawiałam się, któremu z nas brakuje piątej klepki. Skoro tak wygląda jego „dom”, to nawet jeśli będę musiała po ciemku iść pieszo na dół, na pewno to zrobię. Za nic w świecie nie zostanę tu na noc.

– Wiem, że na razie wygląda jak buda, ale kupiłem to niedawno. Chciałem, żebyś pierwsza zobaczyła moje włości, zwłaszcza o zachodzie słońca. Trzeba tu włożyć mnóstwo pracy, a greckie przepisy budowlane są bardzo surowe – powiedział, otwierając obłupane drewniane drzwi.

W środku panował półmrok, a przez ogromną dziurę w dachu zobaczyłam pierwsze gwiazdy. W powietrzu unosił się silny zapach kóz, co sprawiło, że mój i tak już zmaltretowany żołądek zaczął jeszcze bardziej protestować.

– Co ty na to? – dopytywał się Theo.

– Tak jak mówisz, widok jest przepiękny. – Stałam obok niego i słuchałam, jak opowiada, że zatrudnił architekta. Tutaj będzie kuchnia, tu ogromny salon, a za nim taras z widokiem na morze.

 

W pewnej chwili nie mogłam już wytrzymać zapachu kóz; nogi miałam jak z waty. Kręcąc głową, wyszłam na zewnątrz. Z trudem przebiegłam kawałek po nierównej suchej ziemi, dotarłam za róg szopy i zgięta wpół, zaczęłam wymiotować.

– Ally… co ci jest? Znowu jesteś chora?

Theo natychmiast znalazł się przy mnie i mocno mnie podtrzymał, a ja żałośnie kręciłam głową.

– Nic takiego. Już dobrze. Tylko… tylko…

Usiadłam na trawie i rozbeczałam się jak mała dziewczynka. Opowiedziałam mu o wypadku na motorowerze, o tym, jak strasznie tęsknię za tatą i jak mi przykro, że znowu widzi mnie w tak kiepskiej formie.

– To ty mi wybacz – odparł. – To moja wina. Jesteś wyczerpana po regatach, przeżywasz traumę z powodu śmierci ojca… Tak świetnie udaje ci się grać twardzielkę, że nie przyszło mi do głowy, że powinienem się bardziej o ciebie zatroszczyć. I to ja, który szczycę się tym, że potrafię każdego rozszyfrować. Zadzwonię do znajomego i poproszę, żeby przyjechał tu samochodem i nas stąd zabrał.

Byłam zbyt zmęczona, żeby z nim się spierać. Usiadłam na trawie i patrzyłam, jak dzwoni z komórki. Słońce właśnie pogrążało się na krańcu morza. W miarę jak się uspokajałam, coraz bardziej zgadzałam się z Theo. Widok naprawdę był zachwycający.

Dziesięć minut później spokojnie jechałam z góry starym volvem prowadzonym przez równie starego człowieka. Theo przedstawił mi go jako Kreona. W połowie drogi w dół samochód skręcił w prawo i pojechał zakurzoną wyboistą drogą, która sprawiała wrażenie prowadzącej donikąd. Kiedy jednak dotarliśmy do jej końca, zobaczyłam gościnne światła przepięknego domu przycupniętego na krawędzi klifu.

– Czuj się jak u siebie, kochanie – powiedział Theo, wprowadzając mnie do przestronnego holu.

Po chwili pojawiła się ciemnooka kobieta w średnim wieku, serdecznie go objęła i powiedziała coś po grecku.

– Irene jest naszą gospodynią – wyjaśnił. – Pokaże ci twój pokój i naleje wody do wanny. Ja zjadę z Kreonem do portu i przywieziemy rzeczy, które zostawiliśmy na łodzi.

Okazało się, że wanna jest na tarasie, który podobnie jak resztę domu wykuto w nierównej, poszarpanej skale opadającej stromo do spienionego morza. Z rozkoszą siedziałam w bąbelkach pachnącej wody, a kiedy się rozgościłam w ślicznej przestronnej sypialni, poszłam obejrzeć dom. Ze stylowo umeblowanego salonu wychodziło się na ogromny główny taras, z którego rozciągał się zapierający dech w piersiach widok. Na tarasie był basen – tak wielki, że nie pogardziłby nim zawodnik klasy olimpijskiej. Przyszło mi do głowy, że ten wspaniały dom można porównać z Atlantis, tyle że był jakby zawieszony w powietrzu.

Opatuliłam się w miękki bawełniany szlafrok, który znalazłam na swoim łóżku, i usiadłam na wygodnie wyściełanym krześle na tarasie. Irene przyniosła butelkę białego wina w kubełku z lodem i dwa kieliszki.

Powoli piłam wino i wpatrywałam się w rozgwieżdżoną ciemność. Po kilku dniach żeglowania rozkoszowałam się otaczającym mnie luksusem. Przestałam się obawiać, że kiedy zabiorę Theo do Atlantis, nie będzie się tam czuł swobodnie. Zdarzało się, że gdy zapraszałam koleżanki z internatu do domu albo na Tytana, czuły się tak onieśmielone naszym stylem życia, że nie miały odwagi się odezwać. A potem, w szkole, czułam w nich coś, co brałam za wrogość, i nasza przyjaźń na tym cierpiała.

Na szczęście z Theo takie problemy mi nie grożą. Jego rodzina najwyraźniej jest równie zamożna jak moja. Uznałam za ironię to, że i tak oboje spędzamy co najmniej trzy czwarte życia na twardych kojach w dusznych kajutach i uważamy się za szczęściarzy, jeśli z jedynego prysznica w ciasnej łazience ciurka chociaż cienka strużka wody – nieważne, czy ciepłej, czy zimnej.

W pewnej chwili poczułam na ramieniu dłoń Theo, a po chwili pocałunek na policzku.

– Część, skarbie. Już ci lepiej?

– Znacznie lepiej. Dziękuję. Nie ma to jak ciepła kąpiel po kilkudniowych regatach.

– Owszem. – Nalał sobie kieliszek wina i usiadł naprzeciwko mnie. – Ja też za chwilę się wykąpię. Przepraszam cię. Wiem, że kiedy coś mnie porwie, całkiem się w tym zatracam. Ale tak bardzo chciałem ci pokazać swój nowy dom.

– Przecież nic się nie stało. Na pewno będzie cudowny, kiedy go wybudujesz.

– Nie tak wspaniały jak ten, ale przynajmniej będzie mój. A czasami – wzruszył ramionami – tylko to się liczy. Prawda?

– Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałam o własnym domu. Tyle czasu spędzam na morzu, że kupowanie domu nie bardzo ma sens, skoro mogę po prostu jechać do Atlantis. A poza tym, my, żeglarze, tak mało zarabiamy, że na niewiele mnie stać.

– Dlatego kupiłem tę szopę, w której kiedyś trzymano kozy. Z drugiej strony, oboje zawsze mieliśmy zaplecze finansowe i nie musieliśmy się martwić, jeśli coś nam nie szło. Chociaż osobiście wolałbym głodować, niż żebrać u ojca. Przywileje mają swoją cenę, nie sądzisz?

– Pewnie tak, ale wątpię, żeby ktokolwiek się nad nami litował.

– Nie chodzi mi o to, że należy nam się współczucie. Tylko że dzisiejszy materialistyczny świat jest strasznie skupiony na pieniądzach, a moim zdaniem pieniądze nie wszystko rozwiązują. Popatrz na przykład na mojego ojca. Skonstruował układ scalony do komputerów, dzięki któremu w wieku trzydziestu pięciu lat, czyli mając tyle lat co ja teraz, został multimilionerem. Kiedy byłem dzieckiem, uwielbiał mi opowiadać, jak w moim wieku było mu ciężko i jak bardzo powinienem doceniać to, co mam. Oczywiście nie miałem takich doświadczeń jak on, ponieważ dorastałem w bogactwie. Życie jakby zatoczyło pełne koło: on nie miał nic, i to go zmotywowało, a ja teoretycznie miałem wszystko, ale wpędził mnie w poczucie winy, że to mam. I właśnie dlatego usiłuję radzić sobie bez jego pomocy, ciągle jestem bez kasy i mam poczucie, że go zawiodłem. A ty? Masz podobne doświadczenia?

– Nie, choć na pewno tata nauczył nas cenić pieniądze. Zawsze mówił, że urodziłyśmy się, aby być sobą, i jedyne, co możemy zrobić, to na miarę swoich sił starać się jak najbardziej się rozwijać. Zawsze uważałam, że jest ze mnie dumny, zwłaszcza jeśli chodzi o żeglarstwo. Niewątpliwie w pewnym stopniu dlatego, że była to nasza wspólna pasja. Ale w liście napisał mi coś dziwnego. Dał mi do zrozumienia, że zarzuciłam karierę muzyka i zostałam profesjonalną żeglarką, ponieważ chciałam go uszczęśliwić.

– To prawda?

– Raczej nie. Uwielbiałam i jedno, i drugie, ale dostałam ciekawe oferty żeglarskie i po prostu z nich skorzystałam. Życie czasem tak się po prostu układa, nie uważasz?

– Tak – zgodził się Theo i na chwilę się zamyślił. – Wiesz, odziedziczyłem coś po każdym z rodziców. Po ojcu smykałkę do techniki, po matce fascynację żeglarstwem.

– Ja zostałam adoptowana, więc nie mam pojęcia, co dostałam w genach. Moje wychowanie polegało na nauce, a nie na pielęgnowaniu tradycji rodzinnych.

– Hm… Nie sądzisz, że byłoby ciekawe odkryć, czy geny miały udział w twoim rozwoju? Może kiedyś powinnaś skorzystać ze wskazówek ojca i dowiedzieć się, skąd pochodzisz. Można by z tego zrobić świetne studium antropologiczne.

– Pewnie tak – przyznałam, tłumiąc ziewnięcie. – Teraz jednak jestem zbyt zmęczona, żeby o tym myśleć. A ty pachniesz kozami. Najwyższy czas, żebyś się wykąpał.

– Masz rację. Po drodze powiem Irene, żeby podała kolację. Wrócę za jakieś dziesięć minut. – Pocałował mnie w nos i zniknął z tarasu.

8

Z czasem żarliwa namiętność, typowa dla początków związków, powoli się uspokoiła. Kilka leniwych dni na wyspie Gdzieś dało nam czas, by lepiej się poznać. Wyznałam mu rzeczy, których jeszcze nigdy nikomu nie wyjawiłam. Komuś innemu mogły się one wydawać nieważne, ale dla mnie były bardzo istotne. Theo zawsze słuchał mnie w skupieniu, a jego zielone oczy wpatrywały się we mnie z charakterystyczną dla niego intensywnością. Przy nim czułam się bardziej kochana niż kiedykolwiek przedtem. Interesował się zwłaszcza Pa Saltem i moimi siostrami, czyli naszym życiem w „luksusowym sierocińcu”, jak nazywał Atlantis.

Pewnego dusznego poranka, kiedy powietrze stało i oboje stwierdziliśmy, że na pewno będzie burza, przyszedł do mnie na taras. Odpoczywałam akurat na leżance w cieniu.

– Gdzie byłeś? – zapytałam.

– Niestety, musiałem wziąć udział w strasznie nudnej telekonferencji ze sponsorem w Fastnecie, kierownikiem grupy i właścicielem Tygrysicy – odparł, siadając przy mnie. – Oni zajmowali się dzieleniem włosa na czworo, a ja w tym czasie sobie gryzmoliłem.

– Co gryzmoliłeś?

– Układałaś kiedyś anagramy ze swojego imienia? Na przykład pisałaś je od tyłu? Bo ja właśnie to robiłem. Wyszło mi coś niedorzecznego – dodał z uśmiechem. – Oeht.

– Oczywiście, że to robiłam. Moje też wygląda głupio: Ylla.

– A robiłaś to kiedyś ze swoim nazwiskiem?

– Nie. – Zaczęłam się zastanawiać, do czego zmierza.

– Uwielbiam zabawy ze słowami, więc kiedy się nudziłem w czasie tej cholernej konferencji, bawiłem się twoim nazwiskiem.

– No i?

– Hm… wiem, że uważasz mnie za pedanta, który ma fisia na punkcie tajemnic, ale trochę znam mitologię grecką… no bo przecież studiowałem literaturę klasyczną w Oksfordzie, a poza tym w dzieciństwie spędzałem tu każde lato. Mogę ci pokazać, co odkryłem?

– Proszę.

Podał mi kartkę z gryzmołami.

– Widzisz, w co układa się D’Aplièse?

– Pleiades – odczytałam słowo pod moim nazwiskiem. Theo wyczarował je z D’Aplièse.

– Tak. Coś ci to mówi?

– Brzmi znajomo – przyznałam.

– To Plejady, grecka nazwa gwiazdozbioru Siedmiu Sióstr.

– Słucham? – Wlepiłam w niego wzrok, irracjonalnie czując, że muszę się bronić.

– Czy to nie zbyt duży zbieg okoliczności, że ty i twoje siostry macie imiona po siedmiu… a raczej sześciu słynnych gwiazdach, a wasze nazwisko jest anagramem greckiego słowa Pleiades? Twój ojciec też się tak nazywał?

Poczułam, że mam rozpalone policzki. Z całej siły usiłowałam sobie przypomnieć, czy ktokolwiek nazywał Pa Salta „D’Aplièse”. Nasi pracownicy w domu i załoga Tytana zwracali się do niego „proszę pana”, oprócz Mariny, która, tak jak my, mówiła na niego Pa Salt albo „wasz ojciec”. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek widziałam jakieś nazwisko na przesyłkach pocztowych do taty, ale pamiętałam tylko oficjalnie wyglądające listy i paczki z nazwami jego rozlicznych firm.

– Pewnie tak – odpowiedziałam w końcu.

– Przepraszam cię, Ally. – Theo widział, że poczułam się nieswojo. – Chciałem się tylko dowiedzieć, czy wymyślił to nazwisko dla córek, czy sam też tak się nazywał. Wielu ludzi dokonuje oficjalnej zmiany nazwiska. Tak naprawdę bardzo ładnie się nazywasz: Alkione Pleiades. A jeśli chodzi o samo Pa Salt, to…

– Przestań, Theo!

– Przepraszam, ale mnie to zafascynowało. Jestem przekonany, że twój ojciec był znacznie bardziej zagadkowym człowiekiem, niż wam się wydawało.

Przeprosiłam go i weszłam do domu. Czułam się zmieszana, że to wszystko dostrzegł – choć bawił się przecież tylko literami – a ja i moje siostry nigdy nie zwróciłyśmy na to uwagi. Chyba że one znały tę tajemnicę, ale nigdy nie rozmawiałyśmy na ten temat.

Kiedy wróciłam na taras, Theo już zrozumiał, że nie chcę o tym mówić, i nie wracał do swoich odkryć. Przy lunchu opowiedział mi więcej o swoich rodzicach i ich rozwodzie, któremu towarzyszyło wiele niesnasek. W czasie wakacji ciągle przenoszono go od matki w Anglii do ojca w Stanach. Jak to on, dogłębnie zanalizował sytuację i opowiedział mi o niej tak, jakby mówił nie o sobie. Czułam w nim jednak napięcie i podświadomą złość. Odniosłam wrażenie, że z powodu poczucia lojalności wobec matki patrzy na ojca niezbyt obiektywnie. Na razie nie czułam się jednak na tyle pewna, żeby mu to powiedzieć, choć uważałam, że z czasem powinnam to zrobić.

Jego odkrycie związane z moim imieniem i nazwiskiem tak wytrąciło mnie z równowagi, że w nocy nie mogłam zasnąć. Jeśli nasze nazwisko było anagramem wymyślonym przez tatę z powodu jego obsesji na punkcie gwiazd i mitu o Siedmiu Siostrach, to kim właściwie jesteśmy?

A co ważniejsze, kim był on?

Musiałam jednak zmierzyć się ze straszliwą prawdą, że już nigdy tego się nie dowiem.

*

Następnego dnia pożyczyłam od Theo laptop i sprawdziłam w internecie Siedem Sióstr, czyli Plejady. Chociaż tata opowiadał nam o gwiazdach – zwłaszcza Mai, która spędziła z nim mnóstwo czasu w kopule obserwatorium na dachu Atlantis – mnie nigdy to specjalnie nie interesowało. Informacje, które przekazał mi w trakcie naszych wypraw żeglarskich, miały głównie znaczenie praktyczne. Pokazywał mi, jak posługiwać się gwiazdami w nawigacji morskiej. Opowiedział mi też, że Plejady od tysięcy lat były znane jako przewodniczki marynarzy. W końcu wyłączyłam komputer i pomyślałam, że powód, dla którego tata nazwał nas imionami Siedmiu Sióstr, jest kolejną tajemnicą. A zgłębianie jej jeszcze bardziej wytrąci mnie z równowagi.

 

Przy lunchu wyjaśniłam to Theo, a on się ze mną zgodził.

– Naprawdę cię przepraszam, Ally. Nie powinienem o tym w ogóle wspominać. Ważna jest teraźniejszość i przyszłość. I nieistotne jest, kim był twój ojciec, dla mnie liczy się tylko to, że kiedy cię adoptował, spełnił dobry uczynek. I chociaż bardzo chciałbym ci powiedzieć, co jeszcze odkryłem…

– Theo!

– Okay, okay – rzucił. – Rozumiem, że to nie jest odpowiednia chwila.

Miał rację. Ale późnym popołudniem – być może zgodnie z jego zamierzeniem – wyjęłam ze swojego kalendarza list taty i ponownie go przeczytałam. Pomyślałam, że kiedyś może ruszę za śladem, który mi zostawił. A przynajmniej znajdę wspomnianą przez niego książkę, która stoi na półce w jego gabinecie w Atlantis.

*

Nasze wakacje dobiegały końca. Miałam wrażenie, że Theo stał się częścią mnie. Czasem sobie to powtarzałam i nie mogłam uwierzyć, że to moje słowa. A jednak, chociaż brzmiało to bardzo romantycznie, naprawdę czułam, że znalazłam pokrewną duszę. Był moim dopełnieniem.

Zrozumiałam, jak przerażająca może być ta nowa sytuacja, kiedy ze swoim niewzruszonym spokojem omawiał logistykę wyjazdu z wyspy Gdzieś – wtedy już wiedziałam, że naprawdę nazywa się Anafi – i powrotu do rzeczywistości.

– Po pierwsze, muszę odwiedzić mamę w Londynie. Potem odbiorę Tygrysicę z Southampton i pożegluję nią na wyspę Wight. Przynajmniej trochę ją wyczuję. A ty, kochanie?

– Ja też powinnam na trochę pojechać do domu – powiedziałam. – Mama niby świetnie się trzyma, ale skoro nie ma przy niej Mai i taty, powinnam trochę z nią pobyć.

– Sprawdzałem już loty w internecie. Może w weekend popłyniemy razem do Aten i polecisz stamtąd do Genewy. Znalazłem dla ciebie wolne miejsce w samolocie, który odlatuje w porze lunchu, mniej więcej o tej samej godzinie co mój do Londynu.

– Świetnie. Dziękuję – odpowiedziałam szorstko. Nagle poczułam się bezradna. Bałam się zostać bez niego i niepokoiłam się o przyszłość, nawet o to, czy w ogóle będzie dla nas jakaś przyszłość po pobycie na Gdzieś.

– Co się stało, Ally?

– Nic takiego. Za dużo dzisiaj byłam na słońcu. Muszę się położyć. – Wstałam i chciałam opuścić taras, ale Theo chwycił mnie za rękę i zatrzymał.

– Jeszcze nie skończyliśmy rozmowy, więc usiądź, proszę. – Stanowczo posadził mnie z powrotem na krześle i pocałował w usta. – Musimy omówić nasze dalsze plany. Na przykład regaty Fastnet. Dużo o nich tutaj myślałem i chciałbym ci coś zaproponować.

– Słucham. – Nawet dla mnie zabrzmiało to prowokująco. Nie miałam ochoty na poznawanie jego planów związanych z tymi regatami.

– Chciałbym, żebyś ćwiczyła z resztą załogi. Ale musisz mi obiecać, że jeśli już podczas zawodów uznam, że pogoda jest zbyt niebezpieczna, żebyś była na pokładzie, albo z jakiegoś innego powodu w którymś momencie postanowię, że powinnaś zostać na brzegu, to mnie posłuchasz.

Kiwnęłam głową, choć dużo mnie to kosztowało.

– Tak jest, kapitanie.

– Nie żartuj, Ally. Mówię poważnie. Już raz ci tłumaczyłem, że nie przeżyłbym, gdyby coś ci się stało.

– Czy taka decyzja nie powinna należeć do mnie?

– Nie. Jestem kapitanem, a w dodatku twoim facetem, więc to ja decyduję.

– Ale mnie nie wolno będzie cię zatrzymać, jeśli uznam, że jest zbyt niebezpiecznie?

– Oczywiście, że nie! – Zdenerwowany pokręcił głową. – To ja podejmuję decyzje. Na dobre i na złe.

– A jeśli będę wiedziała, że na złe?

– To mi powiesz, ja wysłucham twojego ostrzeżenia, a potem podejmę decyzję.

– Dlaczego ja nie mogę decydować? To niesprawiedliwe.

– Ally, to zaczyna zakrawać na absurd. W ten sposób do niczego nie dojdziemy, a poza tym jestem pewny, że nic takiego się nie zdarzy. Chcę ci tylko powiedzieć, że masz mnie słuchać.

– Dobrze – zgodziłam się niechętnie. Po raz pierwszy byliśmy bliscy czegoś, co można by nazwać kłótnią, a tak niewiele czasu zostało nam w tym wspaniałym miejscu. Szkoda mi było tracić te ostatnie chwile na zaognianie sytuacji.

– Przede wszystkim – oczy Theo złagodniały, wyciągnął rękę i pogłaskał mnie po policzku – nie zapominajmy, że po regatach Fastnet mamy przed sobą jeszcze całe życie. Te ostatnie kilka tygodni były najszczęśliwszym okresem w moim życiu. Ally… wiesz, że nie umiem rozmawiać o uczuciach, ale chciałbym, żebyśmy zawsze byli razem. Co o tym myślisz?

– Jestem za – mruknęłam. Trudno mi było w ciągu kilku sekund przejść od skrajnej irytacji do „bądźmy razem przez całe życie”. Mało brakowało, a spojrzałabym na papiery Theo, żeby zobaczyć, czy nie ma tam porządku naszej rozmowy z punktem: „Przedyskutować przyszłość z Ally”.

– Może uznasz, że jestem staroświecki, ale muszę ci to powiedzieć: wiem, że nigdy już nie spotkam kogoś takiego jak ty. Nie mamy już po dwadzieścia lat i oboje niejedno widzieliśmy, więc jestem pewny tego, co mówię. Byłbym zachwycony, gdybyś choćby jutro za mnie wyszła. Co ty na to?

Popatrzyłam na niego, usiłując zrozumieć, co do mnie mówi, ale nie było to łatwe.

– Czy to były oświadczyny w stylu Theo? – prychnęłam.

– No… tak… I co?

– Słyszę, co mówisz.

– I…?

– Szczerze mówiąc, Theo, trudno to uznać za scenę z Romea i Julii.

– Zgadzam się. Jak wiesz, w wielkich słowach jestem do niczego. Chciałbym mieć to już za sobą i po prostu… żyć. A żyć chciałbym z tobą… to znaczy chciałbym cię poślubić – poprawił się.

– Nie musimy brać ślubu.

– Niby tak, tylko że jest to sprzeczne z moim tradycyjnym wychowaniem. Chcę z tobą być przez resztę swojego życia, a więc muszę się oficjalnie oświadczyć. Chciałbym, żebyś była panią Falys-Kings i żebym mógł o tobie mówić ludziom „moja żona”.

– Może nie będę chciała przyjąć twojego nazwiska. W dzisiejszych czasach kobiety często tak robią – odparowałam.

– To prawda – przytaknął spokojnie. – Ale dużo prościej jest mieć to samo nazwisko, nie uważasz? Przydaje się do rachunków bankowych i łatwiej dogadać się przez telefon z elektrykami, hydraulikami i…

– Theo?

– Tak?

– Na miłość boską, może byś już przestał?! Twój zmysł praktyczny bywa wkurzający, więc zanim tak daleko zabrniesz w swojej analizie, że nie dopuścisz mnie do głosu, żebym mogła się zgodzić, powiem od razu, że ja też mogłabym wyjść za ciebie choćby jutro.

– Naprawdę?

– Oczywiście. – W jego oczach zauważyłam coś, co mogło być łzami. Pod pewnymi względami byłam do niego podobna, więc doszłam do wniosku, że nawet ludzie, którzy wydają się bardzo pewni siebie, tracą grunt pod nogami, kiedy słyszą, że ktoś, kogo kochają, odwzajemnia to uczucie.

Przysunęłam się do niego i mocno go uściskałam.

– Czyż to nie wspaniałe? – Uśmiechnął się i ukradkiem otarł łzy.

– Oświadczyny były beznadziejne, ale tak, to wspaniałe.

– Hm… może znowu wydam ci się staroświecki, ale zrzuć to na karb mojego wychowania. Bardzo chciałbym, żebyśmy jutro poszli na zakupy i wybrali coś, co będzie znaczyć, że jesteśmy po słowie.

– Chodzi ci o zaręczyny? – spytałam, śmiejąc się. – Mówisz, jakbyś wyszedł prosto z książki Jane Austen, ale będzie mi bardzo miło.

– Dziękuję. – Podniósł wzrok na gwiazdy, pokręcił głową i spojrzał na mnie. – Czy to nie cud?

– To znaczy co?

– Wszystko. Przez trzydzieści pięć lat żyłem na ziemi w samotności, a nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawiłaś się ty. I nagle zrozumiałem.

– Co takiego?

Znów pokręcił głową i lekko wzruszył ramionami.

– Miłość.

*

Następnego ranka, tak jak Theo prosił, pojechaliśmy do „stolicy” wyspy o nazwie Chora, która tak naprawdę była zaspaną wsią złożoną z pomalowanych na biało domków przycupniętych na wzgórzu w okolicy południowego brzegu. Pochodziliśmy trochę po staromodnych wąskich uliczkach i znaleźliśmy kilka sklepów, w których obok żywności i artykułów gospodarstwa domowego sprzedawano ręcznie robioną biżuterię, a także małe targowisko z kilkoma straganami oferującymi świecidełka. Nigdy nie przepadałam za biżuterią, więc trudno mi było się zdecydować. Po półgodzinnym przymierzaniu pierścionków zauważyłam, że Theo zaczyna się niecierpliwić.