Siostra Burzy

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Burzy
Siostra Burzy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,30  56,24 
Siostra Burzy
Audio
Siostra Burzy
Audiobook
Czyta Aleksandra Zawadzka, Anna Kerth, Joanna Derengowska
38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Rano obudziłam się na łóżku taty. Czułam się oszołomiona, ale oczyszczona. Nie pamiętałam nawet, kiedy zasnęłam, i nie miałam pojęcia, która jest godzina. Wstałam i podeszłam do okna, żeby wyjrzeć na dwór. Pomyślałam, że choć w sypialni taty brakuje luksusów, znakomicie nadrabia to widok, jaki roztacza się z okna. Był wspaniały dzień, słońce odbijało się od gładkiej tafli jeziora, które wydawało się ciągnąć w lewo i prawo w zamgloną nieskończoność. Patrząc przed siebie, widziałam bujną zieleń zbocza góry, która stromo wznosiła się po przeciwnej stronie jeziora. Na kilka sekund znów poczułam magię Atlantis.

Weszłam po schodach do swojego pokoju, wzięłam prysznic, a potem pomyślałam o Theo. Na pewno się martwi, bo nawet nie dałam mu jeszcze znać, że dojechałam na miejsce. Szybko się ubrałam, chwyciłam laptop i zbiegłam po schodach do kuchni po komórkę, po którą nie doszłam wieczorem. Theo przysłał kilka wiadomości. Kiedy je czytałam, robiło mi się ciepło na sercu.

Tylko się melduję. Moc uścisków.

Dobranoc, kochanie. Jestem myślami przy tobie.

Nie chcę ci przeszkadzać. Zadzwoń do mnie albo napisz SMS-a. Tęsknię za tobą. Całusy.

SMS-y były bezpretensjonalne i pełne miłości. Nie prosił mnie nawet o szybką odpowiedź. Uśmiechnęłam się i odpisałam mu. Przypomniałam sobie list taty, jego słowa o tym, że mogę być, z kim zechcę.

Teraz chciałam być z Theo.

Przy blacie kuchennym stała Claudia i mieszała w misce rzadkie ciasto. Na powitanie zaproponowała mi kawę. Z wdzięcznością ją przyjęłam.

– Zeszłam na dół pierwsza? – zapytałam.

– Nie. Star i CeCe już popłynęły motorówką do Genewy.

– Co?! – zdziwiłam się, pijąc mocny, ciemny płyn. – A reszta jeszcze nie wstała?

– Jeśli wstały, to ja ich nie widziałam – odpowiedziała spokojnie, cały czas ubijając ciasto mocnymi, pewnymi rękami.

Wzięłam sobie croissanta z długiego stołu bogato zastawionego do śniadania.

– Prawda, że to cudownie, że wszystkie zostaniemy w Atlantis? Bałam się, że zameczek zostanie sprzedany.

– Tak, to prawda. Tak jest dobrze dla wszystkich. Będziesz coś jeszcze chciała? – zapytała Claudia, nalewając ciasto do formy, którą postawiła obok kuchenki.

– Nie, dziękuję.

Skinęła głową, zdjęła fartuch i wyszła z kuchni.

Przez całe nasze dzieciństwo Claudia była równie nieodłączną częścią Atlantis jak mama albo Pa Salt. Jej niemiecki akcent sprawiał, że wydawała się surowa, ale wszystkie wiedziałyśmy, jakie ma miękkie serce. Zdałam sobie nagle sprawę, jak niewiele wiemy o jej pochodzeniu. W dzieciństwie, a nawet kiedy byłyśmy już dorosłe, nigdy o nic nie pytałyśmy. Jak wszystko w zaczarowanym świecie naszego dzieciństwa, Claudia po prostu była jego częścią.

Po jedzeniu zaczęłam się zastanawiać nad współrzędnymi na sferze armilarnej. Pomyślałam, że zawarte w nich tajemnice mogą kompletnie zburzyć wszystko, co o sobie wiemy. Ta myśl nieco mnie przeraziła, ale Pa Salt z pewnością miał powody, by przekazać nam te współrzędne, musiałam więc wierzyć w mądrość jego decyzji. Teraz od każdej z nas zależało, czy podąży śladem jego wskazówek, czy nie.

Wyjęłam z kredensu pióro i notes, a potem tylnymi drzwiami wyszłam z kuchni. W pierwszej chwili musiałam zmrużyć oczy przed porannym słońcem. Rozkoszowałam się chłodnym powietrzem. Było jeszcze na tyle wcześnie, że idąc po trawie, czułam na stopach świeżą rosę. Ogród spowijała cudowna cisza. Tylko od czasu do czasu w powietrzu unosił się śpiew ptaka, a w tle słychać było delikatne pluskanie wody o brzeg jeziora.

Tą samą drogą co wczoraj wieczorem obeszłam dom i skierowałam się do ulubionego ogrodu taty. Z podziwem ogarnęłam wzrokiem rozliczne gatunki róż, które właśnie rozchylały pąki i przesycały poranne powietrze silnym zapachem.

Złota kula pośrodku sfery armilarnej błyszczała w słońcu, które już rzucało ostre cienie na kulę. Rękawem starłam rosę z obręczy z moim imieniem i palcem obrysowałam grecki cytat, zastanawiając się, jak dawno temu tata to zaplanował.

Po chwili zabrałam się do pracy i dokładnie zapisałam współrzędne każdej z sióstr. Starałam się nie zgadywać, jakie oznaczają miejsca, zwłaszcza moje. Potem zauważyłam coś jeszcze. Znów policzyłam obręcze i palcami trafiłam na siódmą. Widniało na niej tylko jedno słowo: Merope.

– Nasza zaginiona siódma siostra – szepnęłam, zastanawiając się, dlaczego tata postanowił dodać jej imię, skoro jest już za późno, aby mógł ją znaleźć. Tyle tajemnic, pomyślałam, wracając do domu. I nie ma nikogo, kto by je wyjaśnił.

Kiedy, wyposażona we współrzędne, znalazłam się z powrotem w kuchni, odpaliłam laptop, zjadłam następnego croissanta i sfrustrowana czekałam na połączenie z siecią, ale internet najwyraźniej postanowił wziąć sobie urlop. Wreszcie włączyła się przeglądarka i mogłam przeszukać strony poświęcone współrzędnym. Po namyśle postanowiłam skorzystać z Google Earth i szukać według starszeństwa, siebie zostawiając na koniec. Wpisałam współrzędne Mai. Z napięciem przyglądałam się, jak wirujący globus skupił się na jednym miejscu, stopniowo powiększał obraz, aż pokazał konkretne miejsce.

– Wow – rzuciłam pod nosem zafascynowana. – To działa.

Przez godzinę ćwiczyłam cierpliwość, ponieważ sygnał to uciekał, to wracał, ale kiedy do kuchni wróciła Claudia, żeby przygotować lunch, rozszyfrowałam już wszystkie współrzędne, oprócz moich.

– Coś takiego! – jęknęłam, kiedy w końcu przeczytałam swoje dane.

– Słucham? – odezwała się Claudia.

– Nieważne – odparłam i czym prędzej zapisałam wszystko w notatniku.

– Będziesz jadła lunch, Ally?

– Tak, chętnie. Dziękuję – odpowiedziałam w roztargnieniu, zaintrygowana tym, że miejscem, które wskazały moje współrzędne, było muzeum sztuki. Nie miało to najmniejszego sensu, ale podobnie było ze współrzędnymi pozostałych dziewcząt.

Podniosłam wzrok, kiedy do kuchni weszła Tiggy i obdarowała mnie słodkim uśmiechem.

– Tylko my we dwie przyszłyśmy na lunch?

– Na to wygląda.

– I tak nam będzie bardzo miło. – Zwiewnym krokiem podeszła do stołu. Chociaż miała dziwne, uduchowione pomysły, to kiedy siadała naprzeciwko mnie, zazdrościłam jej wewnętrznego spokoju. Pochodził on z głębokiego przekonania, że – jak mawiała – w życiu chodzi o coś więcej niż o samo życie. Jej nieskazitelna cera i kasztanowe włosy miały w sobie świeżość szkockich gór, a łagodne brązowe oczy odzwierciedlały jej opanowanie.

– Jak się czujesz, Ally?

– Dobrze. A ty?

– Jakoś sobie daję radę, choć z trudem. No bo wiesz, czuję go przy sobie. Jakby… – westchnęła i przeczesała palcami błyszczące loki – jakby wcale nie odszedł.

– Niestety, już go nie ma, Tiggy.

– Tak, ale czy tylko dlatego, że kogoś nie widzimy, musi to koniecznie znaczyć, że go nie ma?

– Według mnie, tak – rzuciłam. Nie byłam pewna, czy jestem w nastroju do wysłuchiwania ezoterycznych wywodów Tiggy. Ze stratą taty byłam w stanie poradzić sobie tylko w jeden sposób: poprzez jak najszybsze zaakceptowanie jej.

Naszą rozmowę przerwała Claudia, która postawiła na stole sałatkę Cezara.

– Wystarczy na lunch dla wszystkich, ale żadna już nie przyjdzie, możecie zjeść ją na kolację.

– Dziękuję. A tak w ogóle – powiedziałam, nakładając sobie sałatkę – to spisałam wszystkie współrzędne i dowiedziałam się, jak ich szukać w Google Earth. Chcesz swoje, Tiggy?

– Może kiedyś. Ale nie teraz. W końcu… jakie to ma znaczenie?

– Szczerze mówiąc, też nie wiem.

– No bo niezależnie od tego, skąd jestem, to opiekowali się mną Pa Salt i mama. To oni wychowali mnie na taką, jaka jestem. Ale może jednak je wezmę i jeśli poczuję potrzebę poznania miejsca, z którego pochodzę, będę mogła to zrobić. Chociaż właściwie… – Tiggy westchnęła i zobaczyłam, że się waha – nie chcę wiedzieć, że nie pochodzę stąd. Moim ojcem jest Pa Salt i zawsze nim będzie.

– Rozumiem. A tak z czystej ciekawości, gdzie, twoim zdaniem, jest Pa Salt? – zapytałam, kiedy obie zaczęłyśmy jeść.

– Nie wiem, Ally, ale na pewno nie odszedł, co do tego nie mam wątpliwości.

– Jest w twoim świecie czy w moim?

– Co za różnica? Dla mnie żadna – wyjaśniła, zanim zdążyłam odpowiedzieć. – Jesteśmy tylko energią. Tak samo jak absolutnie wszystko, co nas otacza.

– Pewnie można to ująć i tak – odparłam i sama usłyszałam w swoim głosie cynizm. – Wiem, że ty w to wierzysz, Tiggy. Ale akurat teraz, kiedy niedawno pochowano ojca, takie myślenie mi nie odpowiada.

– Rozumiem. Ale życie toczy się dalej, i to nie tylko życie nas, ludzi, ale dla całej natury. Róża się rozwija, osiąga szczyt swego piękna, a potem umiera, a w jej miejsce na tym samym krzaku zakwita następna. – Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. – Czuję, że mimo tego, co stało się z tatą, z tobą dzieje się teraz coś dobrego.

– Naprawdę? – Popatrzyłam na nią podejrzliwie.

– Tak. – Wyciągnęła rękę w moją stronę. – Ciesz się tym, póki możesz. Bo jak wiesz, nic nie trwa wiecznie.

– Tak – przyznałam, bo trafiła w mój słaby punkt. Zmieniłam temat. – A ty, jak się czujesz?

– Hm… dobrze – odparła zupełnie tak, jakby chciała zapewnić o tym nie tyle mnie, co siebie. – Po prostu żyję.

– Nadal lubisz się zajmować jeleniami w rezerwacie?

– Uwielbiam swoją pracę. Świetnie się w niej czuję, chociaż nie mam ani chwili dla siebie, bo brakuje nam personelu. Co oznacza, że jak najszybciej muszę tam wracać. Sprawdziłam loty i po południu wylatuję. Elektra jedzie ze mną na lotnisko.

– Tak szybko?

– No, przecież nie mamy tu już nic do roboty. Jestem pewna, że tata wolałby, żebyśmy normalnie żyły, zamiast snuć się bez sensu i nad sobą użalać.

 

– Masz rację. – Po raz pierwszy oderwałam się myślami od swojej rozpaczy i wybiegłam w przyszłość. – Ja za kilka dni miałam wziąć udział w regatach po Cykladach.

– Więc zrób to – zachęciła mnie.

– Może i masz rację – bąknęłam.

– Muszę iść się pakować, a potem pożegnać się z Mają. Odczuje to najbardziej z nas wszystkich. Jest zrozpaczona.

– Wiem. Proszę, masz swoje współrzędne. – Podałam jej kartkę, na której je zapisałam.

– Dziękuję. – Tiggy wstała, ale przy kuchni zatrzymała się na chwilę i popatrzyła na mnie ciepło. – Gdybyś w najbliższych tygodniach mnie potrzebowała, to pamiętaj, że w razie czego zawsze jestem pod telefonem.

– Dzięki, Tiggy. Ty tak samo.

Pomogłam Claudii sprzątnąć naczynia, a potem wróciłam na górę do swojego pokoju, zastanawiając się, czy i ja nie powinnam wyjechać z Atlantis. Tiggy miała rację. Nic więcej nie mogłyśmy tu zrobić. Myśl o powrocie na jacht – nie wspominając już o ramionach Theo – skłoniła mnie do ponownego zejścia na dół z laptopem i sprawdzenia, czy w ciągu następnych dwudziestu czterech godzin są jakieś wolne miejsca w samolotach lecących do Aten. Kiedy weszłam do kuchni, zobaczyłam mamę, która w głębokim zamyśleniu stała przy oknie, odwrócona plecami. Usłyszała, jak wchodzę, i odwróciła się z uśmiechem, ale i tak zdążyłam zauważyć w jej oczach smutek.

– Dzień dobry, chérie. Jak się dzisiaj czujesz?

– Zastanawiam się, czy nie lecieć z powrotem do Aten, żeby wziąć udział w regatach po Cykladach, bo takie miałam plany. Ale martwię się, czy mogę tu zostawić ciebie i dziewczyny. Zwłaszcza Maję.

– Moim zdaniem te regaty to świetny pomysł, chérie. Ojciec na pewno by ci to doradził. Nie martw się o Maję. Ja z nią będę.

– Wiem. – Pomyślałam, że choć Marina nie jest naszą biologiczną mamą, trudno sobie wyobrazić troskliwszego i bardziej kochającego rodzica.

Wstałam, podeszłam do niej i mocno ją przytuliłam.

– Ale pamiętaj, że my też o tobie myślimy.

Weszłam na górę w poszukiwaniu Elektry, żeby przed wyjazdem dać jej współrzędne. Zapukałam do jej sypialni. Otworzyła mi, ale nie zaprosiła mnie do środka.

– Cześć, Ally. Nie mam czasu. Muszę się pakować.

– Przyniosłam ci tylko twoje współrzędne ze sfery armilarnej. Proszę.

– Nie chcę ich. Szczerze mówiąc, ojcu chyba odbiło. Jakby zza grobu wciągał nas w jakąś grę – burknęła ponuro.

– Chciał nam tylko przekazać, skąd pochodzimy, na wypadek gdyby nam się to przydało.

– To dlaczego nie zrobił tego tak jak większość normalnych ludzi? Mógł przecież spisać wszystkie fakty na kartce, zamiast zmuszać nas do jakichś genealogicznych ciuciubabek. Chryste, ależ on miał manię rządzenia!

– Proszę cię, Elektro! Pewnie nie chciał nam wszystkiego od razu wyjawiać, na wypadek gdybyśmy wolały tego nie wiedzieć. Zostawił nam dość informacji, żebyśmy mogły z nich skorzystać, jeśli zechcemy.

– Ja nie chcę – oświadczyła stanowczo.

– Dlaczego się na niego złościsz? – zapytałam łagodnie.

– Wcale się nie złoszczę… – Jej bursztynowe oczy błyszczały z bólu i frustracji. – No dobrze, złoszczę się. – Wzruszyła ramionami i pokręciła głową. – Nie potrafię tego wytłumaczyć.

– Ale i tak to weź. – Podałam jej kopertę. Z doświadczenia wiedziałam, że nie ma co jej dłużej wypytywać. – Nic nie musisz z tym robić.

– Dzięki, Ally. Przepraszam.

– Nie ma za co. Jesteś pewna, że nic ci nie jest?

– Tak, daję radę. Ale teraz muszę się już pakować. Pa, na razie – rzuciła i zamknęła mi drzwi przed nosem.

Odeszłam z przekonaniem, że skłamała.

*

Po południu Maja, Star, CeCe i ja poszłyśmy na pomost, żeby odprowadzić Elektrę i Tiggy. Maja dała im przetłumaczone cytaty.

– Ja i Star też chyba będziemy już wyjeżdżać – oznajmiła CeCe w drodze powrotnej do zameczku.

– Naprawdę? Nie możemy jeszcze trochę zostać? – jęknęła Star. Jak zwykle, w oczy rzucił mi się fizyczny kontrast między nimi. Star była wysoka i tak szczupła, że prawie na granicy wychudzenia, miała jasne włosy i śnieżnobiałą cerę, a CeCe była śniada i krępa.

– A po co? Taty nie ma, widziałyśmy się z prawnikiem, a przecież musimy jak najszybciej jechać do Londynu, żeby znaleźć mieszkanie.

– Masz rację – przyznała Star.

– Co będziesz robiła w Londynie, kiedy CeCe pójdzie na studia? – zapytałam.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziała Star, zerkając na CeCe.

– Przecież planowałaś zapisać się na kurs w Le Cordon Bleu – odpowiedziała za nią CeCe. – Znakomicie gotuje.

Kiedy odeszły szukać wieczornego lotu na Heathrow, wymieniłyśmy z Mają zaniepokojone spojrzenia.

– Nic nie mów – szepnęła Maja, kiedy już ich nie było. – Wiem, co myślisz.

Wróciłyśmy na taras, rozmawiając o trudnej relacji Star i CeCe. Zawsze były nierozłączne. Miałam tylko nadzieję, że kiedy CeCe skupi się na studiach, może trochę się od siebie uniezależnią.

Zauważyłam, że Maja jest bardzo blada, i przypomniałam sobie, że nie jadła lunchu. Kazałam jej usiąść na tarasie, poszłam do kuchni i poprosiłam Claudię, żeby przygotowała dla niej jakieś jedzenie. Claudia spojrzała na mnie ze zrozumieniem i wzięła się do robienia kanapek, a ja wróciłam do siostry.

– Maju, nie chcę być wścibska, ale czy otworzyłaś wczoraj swój list?

– Tak. A właściwie dzisiaj rano.

– Najwyraźniej cię zdenerwował.

– Najpierw tak, ale wszystko jest już dobrze. A ty?

Ton jej głosu nabrał ostrości, co znaczyło, że powinnam się wycofać.

– Tak, otworzyłam – odpowiedziałam. – Był piękny i rozpłakałam się, ale także podniósł mnie na duchu. Cały ranek szukałam w internecie współrzędnych. Teraz dokładnie wiem, skąd każda z nas pochodzi. A mówię ci, było parę niespodzianek – dodałam.

Claudia akurat przyniosła talerz z kanapkami i postawiła je na stole, po czym szybko się wycofała.

– Wiesz dokładnie, gdzie się urodziłyśmy? Gdzie ja się urodziłam? – zapytała Maja ostrożnie.

– Tak, a przynajmniej mam wskazówkę, gdzie tata nas znalazł – wyjaśniłam. – Chcesz się tego dowiedzieć, Maju? Chyba że wolisz sama to sprawdzić.

– Nie wiem.

– Jedno jest pewne. Tata dużo podróżował – rzuciłam wyświechtany rodzinny żarcik.

– Więc wiesz, skąd jesteś? – powtórzyła.

– Tak, ale na razie nic z tego nie rozumiem.

– A pozostałe dziewczyny? Powiedziałaś im, że wiesz, gdzie się urodziły?

– Nie, ale wyjaśniłam im, jak odnaleźć współrzędne na Google Earth. Tobie też to wytłumaczyć? Czy po prostu powiedzieć ci, gdzie tata cię znalazł?

– W tej chwili naprawdę jeszcze nie wiem. – Maja opuściła wzrok i przymknęła swoje piękne oczy.

– W każdym razie łatwo je wyszukać.

– Pewnie zrobię to, kiedy będę gotowa – rzuciła.

Zaproponowałam, że zapiszę jej instrukcję, ale wątpiłam, czy kiedykolwiek znajdzie w sobie odwagę, żeby z niej skorzystać.

– A udało ci się przetłumaczyć te greckie napisy, które są wyryte na sferze armilarnej? – zapytałam.

– Tak. Mam już wszystkie.

– Bardzo chciałabym się dowiedzieć, co tata wybrał dla mnie. Możesz mi to zdradzić?

– Dokładnie nie pamiętam, ale mogę iść do pawilonu i ci to zapisać.

– Wspólnie jesteśmy w stanie przekazać siostrom informacje, dzięki którym, jeśli zechcą, mogą zbadać swoją przeszłość.

– Tak, ale jest chyba za wcześnie, żeby którakolwiek z nas to zrobiła.

– Może i tak. – Westchnęłam i pomyślałam o Theo i najbliższych tygodniach swojego życia. – Niedługo zaczynają się regaty po Cykladach, więc muszę jak najszybciej wyjechać, żeby dołączyć do mojej załogi. Szczerze mówiąc, po tym, co zobaczyłam kilka dni temu, powrót do żeglarstwa będzie dla mnie trudny.

– Wyobrażam to sobie. Ale na pewno dasz sobie radę – pocieszyła mnie Maja.

– Mam nadzieję. Przyznam ci się do czegoś: po raz pierwszy w mojej żeglarskiej karierze boję się przed zawodami.

Ulżyło mi, kiedy powiedziałam to na głos. Na razie, kiedy tylko pomyślałam o Cykladach, miałam przed oczami obraz taty w trumnie na dnie morza.

– Od lat wszystko poświęcałaś żeglarstwu, więc nie możesz teraz się zrażać – powiedziała mi siostra. – Zrób to dla taty. Nie chciałby, żebyś straciła pewność siebie.

– Masz rację. Ale czy ty dasz tu sobie sama radę?

– Jasne. Nie martw się o mnie. Mam mamę i pracę. Będzie dobrze.

Pomogłam Mai dokończyć kanapki i kazałam jej obiecać, że będzie ze mną w kontakcie. Zapytałam, czy nie miałaby ochoty latem popłynąć ze mną w rejs jachtem, chociaż wiedziałam, że raczej tego nie zrobi.

Na tarasie pojawiła się CeCe.

– Udało nam się zarezerwować dwa miejsca w samolocie na Heathrow. Christian za godzinę zabiera nas na lotnisko.

– W takim razie sprawdzę, czy jest jakiś lot do Aten i pojadę z wami. Maju, nie zapomnij zapisać mi tego cytatu, dobrze? – poprosiłam i poszłam po laptop.

W ostatniej chwili znalazłam wolne miejsce w samolocie do Aten i szybko się spakowałam. Rozejrzałam się po sypialni, żeby sprawdzić, czy niczego nie zostawiłam. Przypadkiem natknęłam się wzrokiem na flet, który spokojnie leżał sobie w futerale na półce. Od dawna go nie otwierałam. Pod wpływem impulsu i słów ojca z listu zdjęłam go i postanowiłam wziąć ze sobą. Theo mówił, że chciałby posłuchać, jak gram, więc może trochę poćwiczę i coś mu zagram. Zeszłam na dół, żeby znaleźć mamę i pożegnać się z nią.

Mocno mnie przytuliła i serdecznie pocałowała w oba policzki.

– Uważaj na siebie, chérie, a kiedy tylko będziesz mogła, przyjedź mnie odwiedzić.

– Na pewno, mamo. Obiecuję – powiedziałam i po chwili szłam już z Mają w kierunku pomostu.

– Powodzenia w zawodach. – Podała mi kopertę z przetłumaczonym cytatem.

Uścisnęłam ją po raz ostatni i weszłam na pokład motorówki. CeCe i Star już na mnie czekały. Wszystkie machałyśmy Mai, gdy Christian odpływał od pomostu. Kiedy znaleźliśmy się na jeziorze, przypomniało mi się, że tata zawsze powtarzał, żebyśmy nie oglądały się na przeszłość. Wiedziałam jednak, że na pewno będę wspominała to, co było i już minęło.

Odeszłam od CeCe i Star, żeby usiąść na rufie. W garści nadal ściskałam kopertę. Uznałam, że najlepszym miejscem na przeczytanie cytatu taty jest Jezioro Genewskie, po którym tyle razy żeglowaliśmy we dwójkę. Otworzyłam kopertę i wyjęłam z niej kartkę.

W chwilach słabości znajdziesz swą największą siłę.

Widok Atlantis coraz bardziej się oddalał, zamek zniknął za drzewami, a ja błagałam, aby słowa taty dały mi siłę do dalszego życia.

7

Theo dał mi znać SMS-em, że wyjedzie po mnie na lotnisko w Atenach. Zobaczyłam go od razu po wyjściu z hali przylotów.

– Martwiłem się o ciebie, kochanie – powiedział, obejmując mnie. – Jak się czujesz? Na pewno jesteś załamana. Biedactwo. Schudłaś – dodał, przesuwając dłonią po moich żebrach.

– Nic mi nie jest – odpowiedziałam stanowczo. Z rozkoszą wdychałam jego cudowny zapach.

Wziął ode mnie plecak i wyszliśmy w upalną duchotę lipcowej ateńskiej nocy.

Złapaliśmy taksówkę i usiedliśmy na lepkich plastikowych siedzeniach; wewnątrz śmierdziało starym dymem z papierosów. Jechaliśmy do hotelu w porcie Faliro, gdzie miały się rozpocząć zawody po Cykladach.

– Mówię poważnie: jeśli nie masz siły, damy sobie radę bez ciebie – powiedział podczas jazdy.

– Nie wiem, czy uznać to za komplement, czy za obelgę – odparowałam.

– Zdecydowanie za komplement. Przecież należysz do załogi. Ale nie chcę, żebyś czuła się pod presją… bo cię kocham.

Kocham cię. Za każdym razem, kiedy mówił to z taką naturalnością, przeszywał mnie dreszcz. A teraz siedział tak blisko, trzymał mnie za rękę i nadal to powtarzał. Ja też go kochałam – za uczciwość, otwartość i prostolinijność. Na Neptunie, jeszcze zanim dowiedziałam się o śmierci Pa Salta, powiedział, że gdybym mu złamała serce, musiałby wstawić sobie nowe.

– Naprawdę chcę wziąć udział w tych regatach. Tata na pewno by mnie poparł. Chciałby, żebym wróciła na morze i do normalnego życia, zamiast siedzieć bezczynnie i rozczulać się nad sobą. I, oczywiście, chciałby, żebyśmy wygrali.

– Ally… – Theo uścisnął mi dłoń. – Obiecuję, że zrobimy to dla niego.

*

 

Następnego ranka na pokładzie Hanse’a widać było, że resztę członków załogi również rozgrzewa pragnienie zwycięstwa. Wzruszyło mnie, że podczas ostatnich treningów każdy usiłuje mi we wszystkim pomagać. Regaty po Cykladach zapowiadały się na znacznie mniej uciążliwe niż większość tych, w których dotąd uczestniczyłam. W sumie miały trwać osiem dni, ale z dwudziestogodzinnym postojem, a po dotarciu do każdej kolejnej wyspy był przewidziany dzień przerwy.

Theo zauważył, że przywiozłam ze sobą flet.

– Weź go na pokład. Będziesz nam grała serenady i zagrzewała nas do boju – zaproponował.

Pierwszego dnia, kiedy sunęliśmy po wodzie przy pięknym zachodzie słońca, podniosłam instrument do ust. Uśmiechnęłam się do Theo, a potem zagrałam improwizowaną wersję Fantazji na tematy Thomasa Tallisa, utworu rozsławionego przez epicki film Pan i władca: na krańcu świata. Kiedy wpływaliśmy do portu na Milos, Theo uśmiechał się do mnie zza steru, w milczeniu dając znać, że zrozumiał moją muzyczną aluzję.

Pierwszy etap zawodów zdecydowanie wygraliśmy. W drugim zdobyliśmy trzecie miejsce, a w trzecim drugie. W rezultacie walczyliśmy o zwycięstwo z załogą z Grecji. Przedostatnią noc zawodów spędziliśmy w porcie Finikas na Syros, idyllicznej greckiej wysepce, której mieszkańcy zgotowali w porcie przyjęcie dla wszystkich załóg. Po kolacji Theo zebrał nas wszystkich razem.

– Drodzy panowie i pani – powiedział – na pewno nie będziecie zadowoleni, że psuję wam zabawę, ale jako kapitan rozkazuję wszystkim położyć się wcześnie spać. Nasi konkurenci – kiwnął głową w stronę greckiej załogi, która na wpół pijana trzymała się za ramiona i szalała w tańcu Zorby do akompaniamentu buzuki – świetnie się bawią. My natomiast dobrze się wyśpimy, a rano obudzimy się wypoczęci i gotowi ich zniszczyć. Okay?

Tu i ówdzie dał się słyszeć jęk niezadowolenia, ale wszyscy posłusznie wrócili do swoich kajut i poszli spać.

Na jachcie byliśmy wszyscy tak blisko siebie, że musieliśmy opracować z Theo plan, dzięki któremu mogliśmy trochę pobyć ze sobą, nie budząc niczyich podejrzeń. Jako jedyna kobieta miałam własną ciasną kajutę na dziobie łodzi. Theo spał na ławce w kambuzie, która w dzień służyła za miejsce do siedzenia.

Czekałam, aż usłyszę, że wszyscy skorzystali już z maleńkiej łazienki z umywalką i toaletą, i kiedy na łodzi zapadała cisza, po kryjomu wspinałam się po ciemku na górę, gdzie ciepła dłoń przyciągała mnie do siebie. Przez pięć minut nerwowo się do siebie tuliliśmy, jak małolaty, które boją się, że przyłapią ich rodzice. Potem, aby mieć alibi na wypadek, gdyby ktoś usłyszał, że chodzę po jachcie, otwierałam lodówkę turystyczną w kambuzie, brałam butelkę wody, wracałam do swojej kajuty i głośno zamykałam drzwi. Byliśmy przekonani, że świetnie się maskujemy i nikt z załogi nie ma najmniejszego pojęcia, co się między nami dzieje. Kiedy tej nocy Theo mnie przytulił, czułam w jego pocałunkach szczególnie gorącą namiętność.

– Jezu – jęknął. – Mam nadzieję, że po regatach nie będziemy co najmniej przez dwadzieścia cztery godziny wychodzili z łóżka i nadrobimy to, co musiałem wycierpieć przez ostatnie dni.

– Tak jest, kapitanie. Co tylko zechcesz. Ale chyba nie wypada, żeby kapitan tak wcześnie zapędzał do łóżka resztę załogi, skoro sam łamie własny rozkaz – szepnęłam mu do ucha i zabrałam jego dłoń z mojej piersi.

– Jak zwykle masz racje. Zniknij więc, nadobna Julio, z moich oczu, bo przysięgam, że nie zdołam dłużej powściągnąć swej chuci.

Z chichotem ostatni raz go pocałowałam i wyślizgnęłam się z jego objęć.

– Kocham cię. Śpij dobrze.

– Też cię kocham – odpowiedziałam bezgłośnie.

*

Taktyka Theo, by zaprowadzić dyscyplinę, znów się opłaciła. Cały ostatni – sobotni – etap regat płynęliśmy łeb w łeb z Grekami, ale to my jako pierwsi minęliśmy metę w porcie Vouliagmeni, czemu towarzyszył strzał kończący regaty; grecka załoga dotarła do celu ponad pięć minut za nami. Theo triumfalnie oznajmił, że naszych konkurentów ostatecznie pokonało ouzo. Podczas ceremonii zamknięcia regat załoga włożyła mi na głowę wieniec z liści laurowych. Błyskały flesze aparatów i wszystkich spryskano szampanem. Kiedy podano mi butelkę, żebym z niej łyknęła, unosząc ją, spojrzałam w niebo i cichutko powiedziałam Saltowi, że to dla niego.

– Tęsknię za tobą – dodałam.

Po uroczystej kolacji, zanim odeszliśmy od stołu, Theo wziął mnie za rękę i pociągnął w górę, żebym wstała.

– Po pierwsze, chcę wznieść toast na cześć Ally. Chyba wszyscy przyznamy, że mimo trudnych okoliczności zachowała się nadzwyczajnie.

Chłopcy zaczęli klaskać, a mnie zakręciły się w oczach łzy, bo widziałam, że robią to szczerze.

– Po drugie, chciałbym, żebyście się zastanowili, czy chcecie dołączyć do mojej załogi w sierpniowych regatach Fastnet. Będę kapitanem Tygrysicy, na jej dziewiczym rejsie. Może ktoś z was słyszał o tym jachcie, który niedawno został wodowany. Widziałem go i jestem pewny, że może doprowadzić nas do następnego zwycięstwa. Co wy na to?

Tygrysica? – rozochocił się Rob. – Ja płynę!

Reszta chłopaków dołączyła do niego z entuzjazmem.

– Ja też mogę? – zapytałam cichutko.

– Oczywiście, że tak. – Theo odwrócił się w moją stronę, objął mnie i pocałował w usta.

Znów rozległy się oklaski. Odsunęłam się od niego zaczerwieniona aż po cebulki włosów.

– A teraz ostatnia rzecz, jaką chciałem ogłosić. Ja i Ally jesteśmy parą. Więc jeśli komuś się to nie podoba, zapraszam na rozmowę.

Chłopcy zrobili znudzone miny.

– Nic nowego – rzucił Rob i westchnął.

– No właśnie, przecież już to wiemy – przytaknął mu Guy.

Oboje popatrzyliśmy na załogę z zaskoczeniem.

– Wiedzieliście? – spytał Theo.

– Wybacz, kapitanie, ale przecież przez kilka ostatnich dni razem mieszkaliśmy. Nikomu innemu nie była dana przyjemność dotykania tyłeczka Al, bo dostałby po łapach, nie mówiąc już o uściskach i całusach na dobranoc, więc niekoniecznie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić – wyjaśnił Rob. – Od dawna wszystko wiemy. Sorry.

– Ojej… – Theo nie był w stanie nic więcej wykrztusić, ale jeszcze mocniej mnie uścisnął.

– Wynajmijcie sobie pokój! – zawołał Guy, a reszta załogi zaczęła rzucać różne sprośne aluzje.

Theo jeszcze raz mnie pocałował. Myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię, i w tym momencie dotarło do mnie, że miłość naprawdę potrafi być ślepa.

Zgodnie z radami „wynajęliśmy sobie pokój” w hotelu w Vouliagmeni. Theo dotrzymał słowa i przez dwadzieścia cztery godziny byliśmy tam bardzo zajęci. Ale nie tylko się kochaliśmy, omawialiśmy też plany na Fastnet i na później.

– Więc jesteś wolna i możesz dołączyć do załogi Tygrysicy?

– W tym roku tak. Zwykle w sierpniu płynęliśmy z Pa Saltem i z siostrami na nasze doroczne wakacje na Tytanie… – Z trudem przełknęłam ślinę i mówiłam dalej: – We wrześniu, jeśli zostanę zakwalifikowana do drużyny Szwajcarii, rozpocznę trening do olimpiady w Pekinie.

– Ja jestem w amerykańskiej drużynie.

– Na pewno będziecie dla nas ostrą konkurencją, ale przecież nie mogę pozwolić, żebyście wygrali – zażartowałam.

– No, nie wiem, moja drogą, łatwo wam z nami nie pójdzie. – Theo próbował zrobić bardzo poważną minę, ale z marnym skutkiem. – A co masz zamiar robić przez najbliższe kilka dni? Ja wybieram się na zasłużone wakacje w moim rodzinnym letnim domu. Jest kilka godzin drogi jachtem stąd. A potem polecę na wyspę Wight, żeby przygotować się do Fastnetu. Pojedziesz ze mną?

– Na wakacje czy na przygotowania do Fastnetu?

– I tu, i tu. – Teraz na twarzy Theo naprawdę odmalowała się powaga. – Porozmawiajmy przez chwilę serio. Wiem, że jesteś doświadczoną żeglarką, ale Fastnet to zawody z całkiem innej bajki. W ostatnich, dwa lata temu, brałem udział jako członek załogi. Kiedy okrążaliśmy Fastnet Rock, mało brakowało, a stracilibyśmy jednego z naszych chłopaków, Matta… dosłownie zmiotło go z pokładu. Jest tam niebezpiecznie i – Theo głęboko westchnął – szczerze mówiąc, zaczynam się zastanawiać, czy to dobry pomysł, żebyś była w naszej załodze.

– Dlaczego? Bo jestem dziewczyną?

– Na miłość boską, Ally, przestań już z tym! Oczywiście, że nie dlatego. Bo cię kocham i nie potrafiłbym żyć, gdyby coś ci się stało. Może w najbliższych dniach jeszcze to przemyślmy, dobrze? Najlepiej przy drinku na tarasie z widokiem na morze. Jutro rano musimy iść do portu i oddać Hanse’a właścicielowi. Niedaleko przycumowałem Neptuna, więc będziemy mogli od razu odpłynąć. Co ty na to?