Pokój motyli

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

W biurze na zapleczu galerii odezwał się dzwoneczek, co oznaczało, że wszedł klient. Posy wstała od komputera i wyszła do części ekspozycyjnej.

– Mogę w czymś pomóc? – odezwała się szybko.

Lepiej od razu zaznaczyć, że ktoś tu jest i nie da się ot tak porwać jakiegoś obrazu i się z nim ulotnić.

– Owszem. Cześć, Posy.

Stanęła jak wryta, serce zaczęło jej walić. Zobaczyła go pośrodku galerii. Patrzył wprost na nią.

– Ale… – Podniosła dłoń do szyi, by zasłonić rumieniec, który na pewno wędrował już na policzki. – Jak mnie tu znalazłeś?

– Nie musiałem wynajmować w tym celu prywatnego detektywa – powiedział, robiąc kilka kroków w jej kierunku. – Pierwsza osoba, którą zagadnąłem, wiedziała dokładnie, gdzie pracujesz. Jesteś w Southwold dość sławna, na pewno wiesz o tym.

– Nie sądzę – odparła.

– W każdym razie trafiłem do ciebie.

– Tak. I czego chcesz?

– Po prostu… myślałem, że powinienem przywitać się jak należy po naszym dość dziwacznym spotkaniu na łodzi.

– Rozumiem. – Odwróciła wzrok.

Wolała patrzeć gdziekolwiek, byle nie na niego. Po dwudziestce był naprawdę piękny, ale teraz, parę lat starszy od niej, wydał się jej najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziała od tamtej pory. Nie chciała, żeby zmysłowa reakcja znów odebrała jej rozum.

– Ile to już lat? Prawie pięćdziesiąt, Posy?

– Pewnie coś koło tego.

– No tak – powiedział i przez dłuższą chwilę oboje milczeli. – Wyglądasz wciąż tak samo jak dawniej, nic się nie zmieniłaś.

– To nieprawda, Freddie! Jestem staruszką.

– A ja staruszkiem. – Wzruszył ramionami.

Znów zapadła niezręczna cisza. Posy nie miała zamiaru jej przerywać.

– Wiesz, zastanawiałem się, czy dałabyś się zaprosić któregoś dnia na lunch? Chciałbym ci wytłumaczyć…

– Niby co?

– Dlaczego wtedy… cię zostawiłem.

– Naprawdę, nie ma potrzeby. To prehistoria – ucięła stanowczo.

– I na pewno całkiem o mnie zapomniałaś, póki nie pojawiłem się nagle na tej łodzi, ale przynajmniej daj się zaprosić na lunch, żebyśmy opowiedzieli sobie, jak nam minęły te lata. Proszę, Posy, zgódź się. W zeszłym roku przeszedłem na emeryturę, jestem w Southwold dopiero od kilku miesięcy i niewiele osób tu znam.

– No dobrze, niech będzie – powiedziała, zanim zdążyła się pohamować.

A może po prostu chciała się go jak najszybciej pozbyć. Wiedziała, że na pewno nie wygląda najlepiej. Przygnała do galerii prosto po grabieniu liści w ogrodzie.

– Dziękuję. Masz jakiś ulubiony lokal?

– Twój wybór.

– No to w hotelu Swan. Wiem, że tam będzie dobrze. Innych restauracji nie znam. W czwartek dałabyś radę? To mój dzień wolny, wtedy nie pływam.

– W porządku.

– Pierwsza ci pasuje?

– Tak, idealna pora.

– Świetnie. A więc do zobaczenia w czwartek o pierwszej, Posy.

Freddie wyszedł, a Posy wycofała się na zaplecze i usiadła, starając się odzyskać równowagę.

Co ty wyprawiasz, stara głupia babo?! Zapomniałaś już, jak złamał ci serce?

Mimo że Freddie Lennox znów pojawił się w jej życiu niczym duch, i wcale nie było to zabawne, Posy się roześmiała.

Rety, to chyba jeszcze bardziej dziwaczne, niż kiedy przez pomyłkę wparował do twojej sypialni i zobaczył cię tam kompletnie nagusieńką!

*

Było jej wstyd, że tak się szykuje na lunch z Freddiem. Ale przecież nie widziała go prawie od pięćdziesięciu lat, a przede wszystkim wcale nie był tak odległym wspomnieniem, jak sądził. Ich związek i to brutalne jego zakończenie zostawiły trwały ślad w jej sercu. I w dużym stopniu zdeterminowały jej życie.

Kiedy przejrzała swoją szafę, uświadomiła sobie, że od lat nie kupiła nic nowego do ubrania. Może i dobrze, że to spotkanie ją zmobilizuje.

– Zapuściłaś się, Posy – zganiła się surowo. – Powinnaś przejść metamorfozę, jak w tych programach telewizyjnych.

Następnego dnia pojechała do Southwold. Poszła do fryzjera, żeby się podstrzyc i dodać koloru swoim posiwiałym przez ostatnie dziesięć lat włosom. A potem zajrzała do butiku, gdzie właśnie kończyła się wyprzedaż sezonowa.

Zmierzyła większość rzeczy w swoim rozmiarze. Z dumą stwierdziła, że nadal to była dwunastka. Jednak wszystko wydało jej się albo w złym guście, albo zbyt młodzieżowe.

– A może przymierzy pani te spodnie? Właśnie przyszły, więc niestety nie są w promocji.

Ekspedientka podała jej parę czarnych dżinsów.

– To pewnie dla nastolatek?

– Ma pani świetne nogi, pani Montague, czemu tego nie eksponować? I myślę, że do tych spodni pasowałaby ta szafirowa bluzka.

Posy wzięła jedno i drugie i poszła do przymierzalni. Pięć minut później stała przed lustrem, zaskoczona swoim odbiciem. Dżinsy rzeczywiście podkreślały długość nóg, nadal jędrnych dzięki jej pracy w ogrodzie. A bluzka nie tylko doskonale komponowała się z karnacją, ale też była dość luźna, by maskować denerwujące fałdki w pasie.

Przydałby się też nowy biustonosz, stwierdziła Posy, gdy rozbierając się, spojrzała na ten stary, bezkształtny i zszarzały, który miała na sobie.

Wreszcie wyszła ze sklepu z dwiema torbami. Kupiła dwie pary dżinsów, trzy bluzki, biustonosz i błyszczące czarne botki do kolan.

– Mam nadzieję, że nie przesadziłam i się nie wygłupię – mruknęła pod nosem, wracając do auta.

A potem pomyślała o Freddiem – w spodniach typu chinos, marynarce i zawadiackim kapeluszu – i uznała, że nie.

*

– Posy, wyglądasz bosko – powiedział Freddie następnego dnia, wstając od stolika, by ją powitać.

– Dziękuję. – Usiadła naprzeciw niego na krześle, które dla niej odsunął. – Ty też nieźle się prezentujesz.

– Pozwoliłem sobie zamówić nam butelkę chardonnay. Pamiętam, że dawniej zawsze wolałaś białe wino. Kiedy nie piliśmy ginu, oczywiście. – Uśmiechnął się.

– Tak, odrobina dobrze mi zrobi. – Skinęła głową.

Freddie napełnił jej kieliszek, a potem podniósł swój.

– Twoje zdrowie.

– I nawzajem. – Posy upiła łyczek.

– To dość dziwne, że po wszystkich tych latach zrządzeniem losu znów się spotykamy, prawda?

– No, w końcu oboje pochodzimy z Suffolk, jeśli pamiętasz, Freddie.

– Oczywiście, pamiętam. Od jak dawna znów tu mieszkasz?

– Już prawie trzydzieści cztery lata. Przywiozłam rodzinę i osiedliśmy tutaj.

– Gdzie?

– W domu mojego dzieciństwa, tuż pod Southwold.

– No tak. – Freddie pociągnął łyk wina. Posy patrzyła na niego, a on umilkł na chwilę, po czym spytał: – I było to dobre miejsce dla twoich bliskich? Nie kojarzyło się źle?

– Skąd taki pomysł? Jako dziecko uwielbiałam ten dom.

– Rzeczywiście…

– Coś nie tak?

Posy przypatrywała się tym jego aż nazbyt znajomym oczom. Zawsze miał taką minę, kiedy był jakiś problem.

– Nie, nie, moja kochana. Cieszę się, że sprowadziłaś się z powrotem i byłaś szczęśliwa.

– Jestem szczęśliwa – zaznaczyła z naciskiem. – Ciągle tam mieszkam.

– Naprawdę? To pięknie.

– Dziwisz się? Czemu?

– Właściwie… nie wiem. Chyba zawsze wyobrażałem sobie, jak niestrudzenie podróżujesz po świecie, tropiąc rzadkie gatunki flory i fauny. – Freddie podał jej menu. – Zamówimy?

Kiedy zaczął studiować kartę, Posy obserwowała go ukradkiem znad swojej, zastanawiając się, co takiego w jej powrocie do Domu Admirała tak go zdziwiło.

– Ja wezmę rybę dnia. A ty? – spytał.

– Ja to samo. Dziękuję.

Freddie poprosił kelnerkę i złożył zamówienie. Posy wypiła kolejny łyk wina.

– No to opowiedz mi o sobie, Freddie. Co porabiałeś przez te lata?

– Moje życie było całkiem zwyczajne, mówiąc szczerze. Jak może pamiętasz, zrozumiałem, że moje marzenia o wielkiej sławie są nierealne, i poszedłem na studia adwokackie. Zostałem adwokatem, a po trzydziestce ożeniłem się z notariuszką i dobrze nam się żyło razem. Niestety, dwa lata temu zmarła, niedługo po tym, jak kupiliśmy w Southwold dom. Zamierzaliśmy osiąść tu po przejściu na emeryturę, spędzić złotą jesień życia na luzie, pływając na wycieczki, podróżując.

– Przykro mi, Freddie. Długo byłeś żonaty. To musi być straszny szok zostać samemu po tylu latach.

– To prawda, zwłaszcza że z Elspeth nie mieliśmy dzieci. Wiesz, ona ich nie chciała. Za bardzo pochłaniała ją walka ze szklanym sufitem, który próbowała roztrzaskać na kawałki. Jak wspominam tamte czasy, to chyba nigdy nie widziałem jej „na luzie”. Była zdecydowana i ambitna, więc może to i lepiej, że umarła jako osoba ciągle w pełni czynna. Jak wiesz, zawsze podobały mi się silne kobiety.

Posy puściła tę uwagę mimo uszu.

– No i gdzie masz ten dom?

– W głębi małej uliczki w centrum. Wolałbym większy ogród i widok na morze, ale z wiekiem człowiek powinien myśleć bardziej praktycznie i mieć wszędzie blisko, choćby do lekarza. To stara suszarnia chmielu z dobudówką, w której mieszkali pierwsi właściciele. Już prawie skończyłem remontować to wszystko. Z czasem zamierzam część wynajmować – zakończył, kiedy podano im rybę. – Muszę powiedzieć, że to wygląda wspaniale.

Jedząc, Posy nie mogła się powstrzymać, by nie zerkać ukradkiem na Freddiego i nie zastanawiać się nad tym ich spotkaniem. Nic a nic nie zmienił się od czasów, kiedy był studentem prawa o artystycznej duszy, którego niegdyś pokochała… Rozczuliło ją, że siedzą tu razem po tylu latach.

– A co z tobą, Posy? – Freddie uśmiechnął się zza stołu, gdy kelnerka zabrała talerze. – Mówiłaś, że masz męża i dzieci…

– To nie tak! No, w każdym razie nie mam męża. Jonny umarł ponad trzydzieści lat temu. Od tamtej pory jestem wdową.

– Bardzo mi przykro… Pewnie twoje dzieci były wtedy jeszcze bardzo małe? Musiało ci być ciężko.

– Tak, ale w końcu trzeba sobie jakoś radzić. Właściwie mam wiele pięknych wspomnień z tamtych czasów. Stanowiliśmy zgrany zespół. Nas troje przeciw światu. Dzięki dzieciom nie oszalałam i wzięłam się w garść.

 

– Dziwię się, że nie wyszłaś ponownie za mąż, Posy. Taka kobieta jak ty…

– Jakoś nikt mnie nie docenił.

– Ale na pewno miałaś adoratorów?

– Przez te lata kilku się trafiło, owszem. No dobrze, masz chęć na deser, czy przejdziemy od razu do kawy?

Przy kawie Posy dalej opowiadała o swoim życiu.

– Szczerze mówiąc, to ogród mnie uratował. Obserwowanie, jak rośnie i kwitnie, musi przypominać to, co czułeś po wygranej sprawie w sądzie.

– Myślę, że ogród daje nieco więcej radości. Ty tworzyłaś coś z niczego.

– Może chciałbyś odwiedzić mnie w Domu Admirała? Mogłabym cię oprowadzić.

Freddie nie odpowiedział. Skinął na kelnerkę i poprosił o rachunek.

– Oczywiście, ja płacę. Wspaniale było porozmawiać po latach, ale muszę już iść. Mam umówionego elektryka o trzeciej. Zakłada mi oświetlenie. Powinnaś wpaść kiedyś i zobaczyć mój dom.

Patrzyła, jak wkłada banknoty pod rachunek i wstaje.

– Wybacz, że tak się spieszę. Straciłem rachubę czasu. Do widzenia, Posy.

– Do widzenia.

Kiedy zniknął, westchnęła głęboko, nim dolała sobie resztkę wina. Była kompletnie zdezorientowana, zszokowana tym jego nagłym wyjściem. W końcu to on jej szukał i nalegał na lunch. Zastanawiała się, co takiego powiedziała czy zrobiła, że nagle zerwał się i uciekł.

– No, może rzeczywiście stracił rachubę czasu – mruknęła, wstając.

Jednak czuła się trochę głupio, idąc ulicą w jasnych promieniach wrześniowego słońca. W ostatnich dniach sporo czasu poświęciła rozważaniom, czy jeśli on będzie chciał się z nią znowu spotkać, zdoła mu wybaczyć, że wtedy porzucił ją tak nagle i bez skrupułów. Nadal bardzo pociągał ją fizycznie. I dziś świetnie się bawiła w jego towarzystwie.

Och, Posy, czy ty kiedyś dorośniesz i skończysz z tymi mrzonkami?

Jadąc do domu – bardzo ostrożnie, bo w końcu wypiła dwie lampki wina – przypomniała sobie nagle, że przecież Freddie zaproponował ten lunch, by wytłumaczyć, dlaczego ją opuścił. A jednak nie napomknął o tym ani słowa.

– Ci mężczyźni – szepnęła, ściągając z siebie w domu nową bluzkę i dżinsy.

Włożyła stare bawełniane spodnie, dużo bardziej w jej stylu, i nadjedzony przez mole pulower i poszła do ogrodu.

Rozdział 7

– Bardzo dziękuję, że odebrałaś dzieci – powiedziała Amy z wdzięcznością, gdy Marie Simmonds otworzyła drzwi. – Ich opiekunkę dopadł ten wredny wirus, naprawdę nie wiem, jak bym sobie poradziła.

– Żaden problem. Masz czas na filiżankę herbaty? – spytała Marie. – Dzieciaki dostały już kolację. Oglądają w salonie telewizję.

Amy spojrzała na zegarek.

– Chętnie się napiję, pod warunkiem że to nie kłopot.

– Jasne. Wchodź.

Amy poszła za Marie wąskim korytarzem do małej, praktycznej i nieskazitelnie czystej kuchni. Mimo że domek był w nowym osiedlu – identyczny jak pięćdziesiąt innych, czego Amy specjalnie nie lubiła – poczuła ukłucie zazdrości. Było tu ciepło i wszędzie panował idealny porządek w odróżnieniu od tego, co ona miała w swoim obecnym lokum.

– Wiesz, kiedy tylko będziesz potrzebowała, zawsze z przyjemnością wezmę do nas twoje dzieci na godzinkę czy dłużej. W agencji nieruchomości pracuję do trzeciej. O wpół do czwartej jestem pod szkołą. Josh i Jake świetnie się ze sobą dogadują – dodała.

– To bardzo miło z twojej strony, naprawdę – powiedziała Amy. – Ale auto mam już naprawione i teraz powinno być łatwiej.

– Mleko? Cukier?

– Jedno i drugie, poproszę.

– Kolejny chudzielec, jak Evie. – Marie westchnęła, nalewając sobie kawę.

– Czy córka Evie pojechała już do szkoły? – spytała Amy.

– Tak. Jest tam od dwóch tygodni. Tyle było gadania i dąsów, a teraz bardzo jej się tam podoba. Najwyraźniej to twoja teściowa, Posy, zdołała przekonać Clemmie. Niewątpliwie… bardzo interesująca z niej dama.

– O tak – przyznała Amy. – Niebywale silny charakter. Kiedy tylko jestem zdołowana, myślę o niej, o tym, jakie ciężkie miała życie, i mówię sobie, że trzeba wziąć się w garść. A jak się czuje Evie po wyjeździe córki?

– Oczywiście strasznie za nią tęskni. Nic dziwnego, że doskwiera jej samotność, kiedy tłucze się sama po tym wielkim pustym domu.

– Posy zawsze bardzo ją lubiła – wtrąciła Amy.

– No tak – przyznała Marie – bardzo się zżyły, pracując w sklepie Nicka.

– Dziwne. Evie wydawała się okropnie skrępowana przy Posy, kiedy spotkałyśmy się na festiwalu literackim. Posy zastanawia się, czym mogła ją urazić.

– Naprawdę nie wiem. – Marie wzruszyła ramionami. – Evie jest strasznie skryta, zawsze taka była. Sądzisz, że Posy rzeczywiście sprzeda Dom Admirała?

– Trudno mi uwierzyć, że w ogóle bierze to pod uwagę. Należał do rodziny od setek lat. Ale obawiam się, że jej nie stać na jego remont.

– Może zapisze go w spadku synom. Stałabyś się wtedy współwłaścicielką – zauważyła Marie. – Na pewno tobie, Samowi i dzieciom byłoby tam trochę wygodniej niż w waszym obecnym domu.

– Posy wiele razy proponowała, żebyśmy u niej zamieszkali, ale Sam zawsze odmawiał. – Amy zjeżyła się, urażona. – W każdym razie mam nadzieję, że to dla nas tymczasowa sytuacja. Sam pracuje nad pewnym większym przedsięwzięciem na rynku nieruchomości.

– Słyszałam. – Marie skinęła głową.

– Naprawdę? – Amy spojrzała na nią zaskoczona. – Jak to?

– Nic w tym nadzwyczajnego. Jestem agentem nieruchomości, a Sam wpadł kilka razy do naszego biura, szukając czegoś do kupienia. To, za czym się rozgląda, świadczy, że ma co nieco do wydania. Musi go wspierać ktoś bardzo majętny.

Marie najwyraźniej lubiła wtykać nos w nie swoje sprawy, co zaczynało już drażnić Amy.

– Niestety, nic o tym nie wiem. Nie mieszam się w sprawy zawodowe Sama. – Dopiła herbatę i spojrzała na zegarek. – Czas na mnie.

– Oczywiście. – Marie łypnęła okiem na Amy, kiedy ta wstawała. – A tak przy okazji. Niedawno widziałam twojego przyjaciela.

– Tak? Kogo?

– Sebastiana Giraulta. Zajrzał do naszego biura i pytał o coś do wynajęcia na zimę. Najwyraźniej pisze kolejną książkę i chciałby znaleźć sobie w Southwold jakieś lokum, gdzie mógłby się zaszyć na kilka miesięcy i mieć ciszę i spokój.

– Nie powiedziałabym, że to mój przyjaciel, Marie. Tak naprawdę wręcz przeciwnie.

– Wiesz, co mam na myśli. – Marie mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Po tamtym spotkaniu autorskim wydawał się tobą bardzo zainteresowany. A jest taaaki przystojny!

– Tak sądzisz? – Amy ruszyła do salonu. – No dobrze, dzieci, idziemy.

*

Jadąc te pięć kilometrów do domu, Amy czuła niepokój po rozmowie z Marie. Po spotkaniu z nią, Posy i Evie w sobotę, parę tygodni temu, Marie zaczęła zagadywać do Amy na boisku pod szkołą i wyraźnie chciała się zaprzyjaźnić. Bez wątpienia uratowała ją dzisiaj, proponując rano, że zabierze Jake’a i Sarę do siebie, nim Amy po nich przyjedzie. Ale to, że mówiła z nią, jakby się znały od lat, było trochę krępujące. Marie musiała być plotkarą, lubiła ciągnąć ludzi za język i choć pewnie nie miała złych intencji, Amy czuła się niezręcznie, bo nade wszystko ceniła dyskrecję.

– Pewnie już całe Southwold gada, że mam romans z Sebastianem Giraultem – mruknęła, parkując przed domem.

Sama jak zwykle nie było. Amy wykąpała dzieci, przeczytała im bajkę na dobranoc i utuliła je do snu. Wyciągnęła z głębi torebki dwadzieścia funtów, żeby dołożyć je do pieniędzy odkładanych na czarną godzinę, które chowała w puszce na dnie szafy, żeby nie znalazł ich Sam. Potem usiadła przy piecyku, z książką Sebastiana Giraulta, czekając na męża. Miała nadzieję, że nie wróci zbyt pijany. Kiedy zaczęła czytać, musiała przyznać, mimo oporów wobec autora jako człowieka, że to świetna, wzruszająca powieść. Na pewno ktoś, kto pisze z takim smutkiem i zrozumieniem o ludzkich emocjach, nie może być całkiem zły?

Spojrzała na płomienie. To, co powiedziała dziś Marie, to jakaś głupota. Dlaczego tak wybitny człowiek jak Sebastian Girault miałby interesować się przeciętną, pracującą na pół etatu recepcjonistką, matką dwójki dzieci?

Usłyszała kroki na ścieżce przed domem i zatrzasnęła książkę. Jak zwykle, kiedy Sam wracał z pubu, serce zaczęło jej walić. Frontowe drzwi otworzyły się z impetem i do pokoju wszedł Sam.

– Cześć, kochanie. – Nachylił się, by ją pocałować, i poczuła w jego oddechu znajomy odór piwa. – Widzę, że odzyskaliśmy samochód, dzięki Bogu.

– Rzeczywiście – szepnęła. – Niestety, kosztowało to ponad trzysta funtów.

– Chryste. Skąd wzięłaś na to pieniądze?

– Na szczęście właśnie wpłynęła na moje konto pensja. Zapłaciłam kartą, ale musiałam zrobić debet, więc resztę miesiąca musimy jakoś przeżyć na zupie i pieczonych ziemniakach.

Czekała nerwowo na jego reakcję, ale Sam opadł tylko na kanapę i westchnął.

– O Boże, kochanie, przykro mi, ale jak się powiedzie, wszystko to będzie już niedługo za nami.

– To dobrze. – Poczuła ulgę, że Sam patrzy na sytuację pogodnie i z optymizmem. – Jesteś głodny?

– Zjadłem zapiekankę i frytki w drodze do domu.

– No tak. Wybacz, Sam, ale chyba przez następne tygodnie musisz zrezygnować z takich przekąsek, bo nie damy rady finansowo.

– Chcesz powiedzieć, że po dniu ciężkiej pracy człowiek nie może sobie pozwolić na torebkę frytek?

– Mówię tylko, że mocno przekroczyliśmy stan konta i musimy przede wszystkim zadbać o dzieci, póki nie wyjdziemy z długów. Sarze trzeba koniecznie kupić nowe buty, a Jake’owi kurtkę i…

– Przestań wpędzać mnie w poczucie winy!

– Wcale tego nie robię. Po prostu takie są fakty. W tym miesiącu na nic nie mamy pieniędzy, naprawdę.

– Wiesz co… – Sam pokręcił głową i oczy mu pociemniały – stajesz się taką żoną, przez którą mężczyźnie aż nie chce się wracać do domu. – Podniósł się i ruszył w jej stronę.

– Przepraszam, naprawdę… Wyjdę na chwilę. Muszę odetchnąć świeżym powietrzem.

Wstała, złapała kurtkę, podskoczyła do drzwi i wypadła na zewnątrz, zanim zdołał ją zatrzymać.

– Świetnie – rzucił kpiąco. – Jak zwykle uciekasz od kłótni, zamiast z miejsca wszystko wyjaśnić. Miss Ofiarności, Idealna Mamuśka i Żona, Miss…

Amy reszty już nie słyszała. Szła szybko w kierunku miasta, oczy piekły ją od łez. Nauczyła się, że wyjście z domu to najlepsza strategia, kiedy Sam jest pijany. Przy odrobinie szczęścia, jeśli pospaceruje dość długo, on do jej powrotu zaśnie już na kanapie. A jej świeże morskie powietrze pomoże zebrać myśli. Wieczór był pogodny. Amy maszerowała nabrzeżem, aż trafiła na ławkę. Usiadła i zapatrzyła się w ciemność, wsłuchana w fale uderzające o piasek.

Ogrom oceanu zawsze sprawiał, że czuła się nieważna. To pomagało spojrzeć na wszystkie problemy z większym dystansem. Oddychała głęboko do rytmu fal, próbując się uspokoić. Za oceanem były miliony ludzi, których życie zrujnowały wojna, bieda i głód. Codziennie gdzieś umierały dzieci, chore, bezdomne, osierocone, okaleczone…

Amy starała się skupić na tym, co dobre. Nawet jeśli nie było jej lekko, a Sam bywał trudny, to miała dwójkę zdrowych dzieci, dach nad głową, jedzenie…

– Pamiętaj, jesteś tylko jedną z miliardów mrówek wędrujących po ziemi, walczących o przetrwanie – powiedziała w powietrze.

– Bardzo poetyckie stwierdzenie. I bardzo trafne – usłyszała za sobą czyjś głos.

Zerwała się z ławki i odwróciła, instynktownie unosząc w obronnym geście ręce. Patrzyła na wysoką postać w długim płaszczu i filcowym kapeluszu naciągniętym na oczy dla ochrony przed wiatrem. Od razu poznała, kto to.

– Przepraszam, że cię przestraszyłem. Chyba już się znamy.

– Tak. Co ty tu robisz?

– Mógłbym ci zadać to samo pytanie. A jeśli chodzi o mnie, wyszedłem na wieczorny spacer, zanim zamknę się na kolejne osiem godzin w hotelowym pokoju.

– Widziałam, że wyprowadziłeś się od nas.

– Tak. Wolę mieszkać gdzieś, gdzie mogę liczyć na ciepłą wodę i nie muszę doprowadzać recepcjonistek do łez.

– Ach, tak. – Amy usiadła z powrotem na ławce.

– Jak przypuszczam jesteś tu, bo chcesz pobyć trochę sama?

– Tak – rzuciła krótko.

– Rozumiem, ale zanim pójdę w swoją stronę, muszę się upewnić, że to nie moje ostre słowa sprzed paru tygodni wprawiły cię w ten ponury nastrój.

– Jasne, że nie. Naprawdę, nie moglibyśmy po prostu zapomnieć o tej sprawie?

– W porządku. Jeszcze jedno pytanie. Miałaś okazję przeczytać moją książkę?

– Kawałek.

– I?

– Jest świetna – powiedziała szczerze.

– Miło mi.

– Jesteś pisarzem. Wiadomo, cieszysz się, że komuś podoba się twoja książka.

– A szczególnie jeśli tobie. No dobrze. Już sobie idę. Zostawię cię z twoim oceanem.

 

– Dzięki. – Amy spojrzała na niego i nagle poczuła wyrzuty sumienia, że tak go potraktowała. – Słuchaj, przepraszam, nie chciałam być niegrzeczna. Po prostu jestem trochę zdołowana.

– Nie przepraszaj. Wierz mi, znam to i niekiedy jeszcze mnie dopada. Z gorzkiego doświadczenia powiem ci tylko, że zwykle to mija i po jakimś czasie jest lepiej, jeśli człowiek stara się myśleć pozytywnie.

– Od lat próbuję, z marnym skutkiem.

– To może powinnaś zastanowić się nad tym głębiej, znaleźć prawdziwą przyczynę, dlaczego czujesz się nieszczęśliwa, i coś z tym zrobić.

– Mówisz, jakbyś cytował poradnik.

– Tak. Przeszedłem kursy, terapię, dostałem koszulkę na zakończenie. Coś o tym wiem.

– Wybacz, że tak mówię, ale dla mnie to tylko cholerne użalanie się nad sobą. Jak człowiek ma dwójkę dzieci, pracuje i stale brak mu pieniędzy, to po prostu musi sobie z tym radzić.

– Należysz więc do brygady „trzeba wziąć się w garść”, tak?

– Zdecydowanie – potwierdziła z całą mocą.

– I dlatego siedzisz sama na ławce w ciemności i rozpadasz się na kawałki?

– Wcale się nie rozpadam. Musiałam tylko… odetchnąć świeżym powietrzem.

– Oczywiście. W każdym razie i tak zająłem ci już za dużo czasu. Do zobaczenia.

– Tak, do zobaczenia.

Kątem oka obserwowała, jak Sebastian Girault rusza dalej. Obiektywnie rzecz biorąc, rozumiała, dlaczego kobiety w rodzaju Marie tak się nim zachwycają. Rzeczywiście był niezwykle przystojny.

Idąc do domu, czuła się spokojniejsza. To jej los, jej życie, i musi zrobić wszystko, żeby było dobrze. A jednak nie potrafiła zapomnieć słów Sebastiana, że powinna znaleźć prawdziwą przyczynę swojego smutku i zająć się tym.

Przystanęła na kilka minut przed domem. Bała się wejść do środka. Z ciężkim sercem, niechętnie, dopuściła do siebie myśl, w czym może tkwić problem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?