Dziewczyna z Neapolu

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna z Neapolu
Dziewczyna z Neapolu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,80  66,24 
Dziewczyna z Neapolu
Audio
Dziewczyna z Neapolu
Audiobook
Czyta Katarzyna Traczyńska
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

– A teraz, drogie panie, proponuję, żebyśmy się zabrali do pracy.

Paolo de Vito uśmiechnął się lodowato i potoczył wzrokiem po twarzach ośmiu nienagannie ubranych kobiet, które siedziały z nim przy stole w Il Savini. Na razie pili aperitif. Podejrzewał, że koszt lunchu dla nich dziewięciorga to równowartość semestralnego stypendium w jego szkole. Nie lubił comiesięcznych spotkań z Przyjaciółkami Opery Mediolańskiej, ale członkinie tego komitetu były żonami najbogatszych mężczyzn w mieście. Bez ich stałego wsparcia zarówno La Scala, jak i szkoła ledwie wiązałyby koniec z końcem.

– Wiesz, Paolo, dostałam niezwykle miły list od pewnego młodzieńca, który pyta, czy moglibyśmy zorganizować koncert, aby wesprzeć La Chiesa Della Beata Vergine Maria – odezwała się Sonia Moretti.

– Coś takiego! Myślałem, że naszym celem jest zbieranie funduszy dla opery, a nie dla kościoła.

– Naturalnie, ale to szczególny przypadek. Podobno znajduje się tam rzadki fresk, który zniszczeje, jeśli wkrótce czegoś się z nim nie zrobi. Kościół jest bardzo blisko szkoły i La Scali, więc właściwie mógłby służyć jako dom modlitwy dla naszych artystów. Poza tym uczniowie mieliby okazję wystąpić przed publicznością, a jednocześnie zadziałać w dobrej sprawie. List napisał Luca Menici. Wydaje mi się, że jego siostra uczy się u nas.

– Rosanna? To jedna z naszych najzdolniejszych uczennic. Oczywiście podobnie jak pani siostrzenica, Abigail – dorzucił czym prędzej.

– Pomyślałam, że taki koncert moglibyśmy zaplanować na Wielkanoc. Urządzilibyśmy go przy świecach. Poprosiłoby się kilku śpiewaków z opery, żeby wystąpili razem ze studentami – ciągnęła Sonia. – Już zajrzałam do tego kościoła i rzeczywiście, to doskonałe miejsce na koncert. Panie z naszego komitetu ułożyłyby fantastyczną listę gości. W cenie biletu byłby drobny poczęstunek.

– Ile osób zmieści się w kościele? – spytał Paolo.

– Signor Menici twierdzi, że około dwustu. Jak zapatrujecie się na ten pomysł, moje panie?

Nastąpiło zgodne potakiwanie idealnie ufryzowanych głów.

Nagle wychyliła się do przodu Donatella Bianchi.

– Myślę, że operę doskonale reprezentowaliby Anna Dupré i signor Rossini. O ile wiem, signor Rossini jest człowiekiem głęboko wierzącym, więc na pewno zechce nam pomóc.

Paolo przyjął jej pomysł ze zdziwieniem.

– No cóż… Ułożę program, a potem zastanowimy się, kogo z opery zaprosić do udziału w koncercie. Zgadzam się, że uczniowie dużo by skorzystali, gdyby dać im okazję wystąpienia obok zawodowych artystów.

– A zatem, skoro podjęliśmy już decyzję, czas zamówić lunch. O trzeciej mam ważne spotkanie, więc o wpół do trzeciej muszę wyjść. – Donatella podniosła rękę i natychmiast pojawił się przy niej kelner. – Poproszę carpaccio di tonno.

*

– A więc zaśpiewasz na naszym skromnym koncercie? – Palce Donatelli wędrowały po nagich plecach Roberta.

Dwa dni temu wrócił z Paryża i kolejne popołudnie spędzali w jego mieszkaniu.

– Koncert w sypiącym się kościele? Wątpię, żeby pomogło mi to w karierze. – Roberto odwrócił głowę i spojrzał na Donatellę.

– Ale może zrobisz to dla mnie? – Sięgnęła dłonią pod kołdrę, by popieścić wnętrze jego uda.

– Ja…

– Proszę… – Jej dłoń powędrowała wyżej.

– Poddaję się. – Roberto jęknął i przekręcił się na brzuch, pokrywając jej twarz pocałunkami.

Już po wszystkim Donatella poszła wziąć prysznic, a on leżał, zaspokojony, z zamkniętymi oczami, i rozmyślał o tym, że to najdziwniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek poznał.

Ich relacja była oparta wyłącznie na seksie, i to najlepszym, jakiego kiedykolwiek doświadczył. Donatella nie prosiła go o nic więcej oprócz jego ciała. Nie szeptała mu do ucha o miłości, nie dzwoniła o drugiej nad ranem. Nie miewała ataków wściekłości, jeśli nie mówił jej tego, co chciała usłyszeć. Ostatnio zaczął się zastanawiać, czy to właśnie nie jest idealny dla niego związek.

Donatella wyszła spod prysznica owinięta w ręcznik. Ciemne włosy upięła na czubku głowy. Z daleka wyglądała na trzydziestkę, ale wiedział, że ma czterdzieści pięć lat.

– Więc zaśpiewasz dla nas w kościele? Paolo na pewno to doceni.

– Tak! Już powiedziałem, że się zgadzam.

Zdjęła ręcznik i zaczęła się ubierać.

– A jakie role masz w tym sezonie?

Na twarzy Roberta pojawiło się napięcie.

– Nie chce mi się o tym mówić. Jak zwykle Paolo obiecał mi więcej, niż dostałem, więc to mój ostatni sezon w La Scali. Jesienią kończy mi się kontrakt i już go nie odnowię. Zdecydowałem się przyjąć jedną z wielu zagranicznych propozycji, jakie otrzymuję. – Westchnął ciężko. – Paolo mnie nie lubi. Koniec kropka. Dopóki jest szefem, nie ma mowy, żebym się wybił w La Scali.

Caro – odezwała się łagodnie Donatella. – Rozumiem, co mówisz, ale kto wie? Masz wielki talent. Jestem pewna, że Paolo chce się tylko upewnić, czy jesteś już gotów do wielkich ról, zanim ci je powierzy. – Stanęła przed lustrem, żeby doprowadzić do porządku włosy. – Przyjedziesz w czwartek do palazzo? Giovanni znowu wyjeżdża do Londynu.

– Przyjadę.

Kilka minut później Donatella otworzyła frontowe drzwi kamienicy, w której mieszkał Roberto, i ostrożnie wyjrzała na ulicę, gdzie zapadał już zmrok. Potem szybkim krokiem podeszła do swego mercedesa i usiadła na miękkim skórzanym fotelu.

Zamknęła oczy i westchnęła z zadowoleniem. Oczywiście miała wcześniej wielu kochanków, przeważnie młodszych od siebie. Roberto był jednak inny. Przez ostatnie dwa miesiące zdarzało jej się naprawdę za nim tęsknić. Kiedy był w Paryżu, liczyła dni do jego powrotu. Nieco ją to zaniepokoiło, bo poprzednich kochanków z łatwością się pozbywała. Świadczyli tylko usługę, podobnie jak jej służba. Sama się dziwiła, że jego powrót z Paryża sprawił jej aż taką radość. A tymczasem właśnie oświadczył, że chce na stałe wyjechać za granicę.

Włączyła silnik mercedesa i ruszyła przez korki w stronę Como. Po drodze zdecydowała, że użyje wszystkich dostępnych jej środków, aby tutaj pozostał.

Roberto Rossini zasłużył na to, by być wielką gwiazdą. Pomoże mu, i to nie tylko z powodu jego talentu, ale też dlatego – Donatella nagle z niedowierzaniem to sobie uświadomiła – że chyba się w nim zakochuje.

Jednego była pewna: koniecznie musi go zatrzymać w Mediolanie.

*

– Wspaniała wiadomość, Rosanno! – Luca podał siostrze list nad stołem. – To od ciotki Abi, signory Moretti. Pisze, że komitet zgodził się zorganizować koncert w kościele Beata Vergine Maria.

Rosanna szybko przeczytała list.

– Bardzo się cieszę.

– Muszę powiadomić don Edoarda. Będzie zachwycony.

– Jasne. Ale signora Moretti pisze, że koncert odbędzie się w Wielkanoc. A my przecież chcieliśmy jechać do taty i do Carlotty.

– Możemy wybrać się do domu dzień po koncercie. Tata na pewno nas zrozumie. To dla mnie takie ważne. Signora Moretti napisała, że wystąpi dwoje śpiewaków z opery. – Luce oczy błyszczały z przejęcia. – Proponuje, żebyśmy brali po pięćdziesiąt tysięcy lirów za bilet. Gdyby przyszło ze stu gości, prawie by wystarczyło na renowację fresku. Ale wcześniej czeka nas mnóstwo pracy. Musimy załatwić dodatkowe krzesła, udekorować kościół kwiatami, przygotować poczęstunek…

Rosanna przyglądała się, z jakim zapałem Luca o tym wszystkim mówi.

– A właściwie dlaczego kościół Beata Vergine Maria jest dla ciebie taki ważny? Nigdy nie widziałam cię bardziej szczęśliwego.

Luca patrzył na nią, szukając odpowiednich słów. I stwierdził, że nie umie wyrazić tego, co czuje.

– Trudno mi to wyjaśnić, Rosanno. Jest dla mnie czymś niezwykłym, i tyle… Widzę, że już skończyłaś jeść śniadanie, więc odprowadzę cię na zajęcia, a potem pobiegnę do don Edoarda, żeby przekazać mu dobrą wiadomość.

*

Kiedy Rosanna wchodziła do szkoły, Luca pomachał jej na pożegnanie i skierował się do kościoła.

Don Edoardo akurat kogoś spowiadał, więc Luca usiadł w ławce, żeby zaczekać, aż ksiądz wyjdzie z konfesjonału, a parafianin opuści kościół.

– Znakomita wiadomość – powiedział i podał księdzu list od Soni Moretti. – Zarobimy dużo pieniędzy.

– Tak. – Staruszek pokiwał głową, zadowolony, że widzi radość na twarzy tego młodzieńca, którego już zdążył bardzo polubić. – Twoja Madonna ogromnie się ucieszy.

– Mam nadzieję. – Luca spojrzał na ołtarz i nagle ramiona mu opadły, a uśmiech zniknął z jego twarzy. – Chociaż organizując ten koncert, troszeczkę pomagam, czasem ogarnia mnie straszne zniechęcenie.

– Wiem, jak to jest. Doskonale cię rozumiem. – Don Edoardo pocieszająco położył mu dłoń na ramieniu.

– Muszę cierpliwie czekać. Pewnie Bóg w ten sposób wystawia mnie na próbę.

– Pomódlmy się razem o błogosławieństwo dla tego kościoła i dla naszych wysiłków, aby go odrestaurować.

Dwie głowy – jedna siwa, a druga ciemnowłosa – skłoniły się w modlitwie. Następnie don Edoardo zrobił kawę i zabrali się do planowania koncertu.

– Potrzebujemy dużo więcej krzeseł, don Edoardo. Z tyłu, przy kropielnicy, zmieści się ich jeszcze ze dwadzieścia – stwierdził Luca.

– Jakieś krzesła leżą schowane w krypcie, ale są stare i brudne. Obejrzyj je, a jeśli się nie nadają, poprosimy szkołę, żeby nam coś pożyczyła na tę okazję. – Don Edoardo podał Luce duży klucz. – Na dole nie ma prądu. Weź lampę naftową, która wisi na haczyku przy drzwiach. Na półeczce obok są zapałki. – Zerknął na zegarek. – Muszę już iść. Obiecałem odwiedzić pogrążoną w żałobie matkę.

Po wyjściu księdza Luca usiadł przed figurą Madonny na ołtarzu. Od tamtego cudownego dnia, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, już się do niego nie odezwała, ale wszędzie wokół czuł jej kojącą obecność. W końcu wstał, podszedł do drzwi krypty i przekręcił klucz w zamku. Zgodnie ze wskazówką don Edoarda, zdjął z haczyka lampę naftową i ją zapalił, a potem ostrożnie ruszył na dół po skrzypiących schodach. Lampa rzucała chwiejny blask. Na ostatnim schodku Luca zatrzymał się i poświecił nią dokoła.

 

Krypta była niewielka i zawalona wszelkiego rodzaju rupieciami. Wszystko pokrywała warstwa kurzu i misternie utkanych pajęczyn, których od dawna nikt nie sprzątał. Ostrożnie przebijał się przez tę graciarnię. W myślach postanowił, że jego następnym zadaniem będzie zrobienie tutaj porządku. Odnalazł stertę drewnianych krzeseł, o których wspomniał don Edoardo, ale kiedy zaczął je oglądać, okazało się, że każde nie ma nogi albo oparcia. Odwrócił się i ukląkł, by podnieść zbutwiały modlitewnik, leżący na stosie jakichś śmieci. Jednak ledwie go otworzył, kartki rozpadły mu się w rękach.

Nagle lampa zgasła i krypta pogrążyła się w całkowitej ciemności. Pogrzebał w kieszeni, odnalazł zapalniczkę i zapalił knot, ale ten prawie natychmiast znowu zgasł. Luca usiłował po omacku dotrzeć do wyjścia, bo stwierdził, że lepiej przynieść tu latarkę, ale nagle się potknął. Uderzył się w kostkę i z hukiem upadł na ziemię, krzycząc z bólu.

Leżał w ciemności i czekał, aż ból trochę ustąpi. Coś przemknęło mu po ręce, więc ją natychmiast cofnął. Z całej siły starając się opanować, wygrzebał z kieszeni zapalniczkę i jakoś zdołał w końcu zapalić lampę. Zobaczył, że zaczepił nogą o róg obitej skórą skrzyni, którą częściowo zakrywały nadjedzone przez mole szaty liturgiczne. Odstawił lampę i przesunął ubiory na bok – w wilgotnym powietrzu uniosły się przy tym takie kłęby kurzu, że się rozkaszlał. Ostrożnie podniósł ciężkie wieko skrzyni.

Jej wnętrze było wyścielone fioletowym aksamitem. Z wahaniem sięgnął do środka i natrafił na jakiś duży, ciężki przedmiot. Z trudem wydobył go z kufra, poświecił lampą i zobaczył, że jest to bogato rzeźbiony kielich mszalny. Wyjął chusteczkę do nosa, napluł, aby ją zwilżyć, i w jednym miejscu potarł nią metal, który tak rozbłysnął, że niewątpliwie musiało to być srebro. Coraz bardziej zaintrygowany, ostrożnie postawił kielich na podłodze i zaczął dalej sprawdzać zawartość skrzyni.

Najpierw znalazł modlitewnik o pożółkłych, delikatnych kartkach, który jednak pozostał cały, bo ochroniła go przed wilgocią gruba skóra skrzyni. Potem znowu natknął się na kłąb szat liturgicznych. Kiedy je wyjął, poczuł, że jest w nie zawinięte coś twardego. W tej chwili światło lampy naftowej zamigotało ostrzegawczo. Nie chciał znowu znaleźć się w ciemnościach, więc podniósł z podłogi kielich i modlitewnik, a zwinięte szaty wsunął pod pachę. Trzymając lampę zawieszoną na jednym palcu, jakoś dotarł do schodów.

W zakrystii powoli rozłożył szaty na podłodze. W środku była zniszczona skórzana sakiewka, nie większa od jego dłoni. Ostrożnie wyjął jej zawartość. Okazało się, że jest to malutki rysunek na płótnie, w prostej drewnianej ramce. Natychmiast rozpoznał przedstawioną na nim twarz.

Artyście udało się uchwycić całą grację, łagodność i głębię duszy. Właśnie tak Luca wyobrażał sobie Madonnę, kiedy modlił się, zamykając oczy. Rysunek, wykonany delikatnymi, cienkimi liniami w brązie i czerwieni, był prosty, lecz tak doskonały, że Luca nie mógł oderwać od niego wzroku.

Przyglądał mu się bardzo długo. Dzięki temu, że obrazek był tak dobrze osłonięty przed światłem i wilgocią, prawie wcale nie naruszył go ząb czasu. Delikatnie, starając się jak najmniej dotykać płótna, Luca odwinął jego rogi, aby poszukać czegoś, co mogłoby wskazać jego twórcę.

Być może to, co odkrył, nie miało wartości, ale i tak poczuł, że po plecach przechodzą mu dreszcze. Kiedy wróci don Edoardo, pokaże mu to wszystko. Ciekawe, czy stary ksiądz wie o istnieniu tych przedmiotów. Tymczasem… Luca z nabożeństwem włożył rysunek z powrotem do sakiewki. Kielich, modlitewnik i obrazek schował do tabernakulum i zamknął je na klucz.

11

– Wykonawcy będą stali wokół ołtarza?

– Tak.

– A fortepian można postawić tutaj?

– Jak najbardziej.

Luca patrzył, jak kobieta kręci się po kościele.

– Winem może będziemy częstowali przy chrzcielnicy? Jak ksiądz myśli?

– Świetny pomysł, signora Bianchi – odpowiedział don Edoardo, ukradkiem rzucając Luce rozpaczliwe spojrzenie.

– No to dobrze. Wszystko mamy chyba pod kontrolą. Bilety doskonale się sprzedają. Myślę, że kościół będzie pełny. – Donatella podeszła do ołtarza. Z niesmakiem popatrzyła na obrus ołtarzowy, którego dni świetności wyraźnie minęły. – Macie coś lepszego na nasz wieczór? Ta szmatka wygląda raczej… nędznie.

– Nie. Ale przecież właśnie dlatego organizujemy recital. Chcemy zebrać fundusze na nowe obrusy ołtarzowe i na odnowienie kościoła – przypomniał jej cierpliwie don Edoardo.

– No tak. Udekorujemy kościół świecami, a po obu stronach figury Madonny ustawimy kompozycje kwiatowe.

– Dobrze. – Don Edoardo znowu przytaknął, patrząc, jak Donatella bierze z ołtarza kielich mszalny, pięknie wypolerowany przez Lucę.

– Co za finezyjna robota. Wydaje się bardzo stary. – Obracała go w dłoniach, uważnie mu się przyglądając.

– Kilka tygodni temu Luca znalazł go w krypcie. Chcę go oddać do wyceny… wie pani, żeby go ubezpieczyć… ale dotąd byłem zajęty innymi sprawami.

– Rozumiem. – Donatella odstawiła kielich i zerknęła na starego księdza. – Mój mąż jest marszandem. Zajmuje się dziełami sztuki, ale ma znajomych, którzy potrafiliby wycenić rzemiosło. Poprosić go, aby się tym zajął?

– Byłbym bardzo zobowiązany – odrzekł don Edoardo. – Mówi pani, że mąż jest marszandem?

– No tak.

– To przynieś ten rysunek, Luca.

Luca skierował się do zakrystii.

– Signor Menici znalazł jeszcze obrazek – wyjaśnił don Edoardo. – Może nie ma żadnej wartości, ale czy mąż mógłby spojrzeć i na niego?

– Oczywiście. – Donatella kiwnęła głową.

Wkrótce Luca wrócił ze szkicem i ostrożnie podał go Donatelli.

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w płótno.

– Cóż za niezwykły obraz Madonny! – wykrzyknęła z podziwem. – Mówi ksiądz, że był na dole w krypcie tego kościoła?

– Tak, w starym kufrze. Z zapisków w modlitewniku, który też tam leżał, niezbicie wynika, że właścicielem wszystkich znalezionych rzeczy był don Dino Cinquetti. Przeszukaliśmy stare księgi i okazało się, że w szesnastym wieku pełnił tu funkcję il parroco, proboszcza.

– To znaczy, że rysunek może mieć kilkaset lat? A jest prawie niezniszczony – zauważyła Donatella.

– Zapewne dlatego, że go dobrze zabezpieczono. Od trzystu lat prawdopodobnie nie był wyjmowany na światło dzienne.

– Obiecuję, że będę go strzegła jak oka w głowie. Czy mogę prosić o zawinięcie kielicha?

Don Edoardo wyraźnie się zaniepokoił.

– A czy mąż nie mógłby obejrzeć tych rzeczy u nas w kościele?

– Jest bardzo zajęty. Wrócił do domu tylko na kilka dni, a potem leci do Stanów Zjednoczonych. Ma ksiądz moje słowo, że i kielich, i rysunek będą absolutnie bezpieczne, a w ten sposób najszybciej dokonamy wyceny. Zabiorę je prosto do domu. Mamy tam, rzecz jasna, doskonały system ochrony. Chyba ksiądz mi ufa? – spytała Donatella.

– Oczywiście, signora – mruknął z zakłopotaniem staruszek.

*

Giovanni Bianchi wlepił wzrok w oba przedmioty, które miał przed sobą na stole.

– Mówisz, że skąd to masz?

– Z La Chiesa Della Beata Vergine Maria. Podobno znaleziono je wśród rzeczy należących do dawno zmarłego księdza. Wszystko wskazuje na to, że żył w szesnastym wieku – wyjaśniła Donatella. – Pomyślałam, że kielich może mieć jakąś wartość.

– Tak, na pewno, ale to – Giovanni wskazał rysunek – wręcz zapiera dech w piersiach. Mówisz, że pochodzi z szesnastego wieku?

– Tak powiedział mi ksiądz.

Giovanni wyjął z kieszeni marynarki szkło powiększające i dokładnie przyjrzał się rysunkowi. Kiedy podniósł wzrok na żonę, Donatella dostrzegła w jego oczach błysk podekscytowania.

– Czy ta twarz wydaje ci się znajoma?

– Oczywiście. To Madonna – odburknęła pogardliwie.

– Skąd wiesz? – drążył Giovanni.

– Przecież znam obrazy i ryciny z jej wizerunkiem.

– No właśnie. A pamiętasz, kto namalował te najsłynniejsze?

– No… – Wzruszyła ramionami. – Oczywiście Leonardo da Vinci.

– Masz rację. Poczekaj chwilę. – Giovanni wyszedł z salonu, a po kilku minutach wrócił z katalogiem londyńskiej National Gallery. Zaczął go kartkować, aż znalazł to, czego szukał. – Spójrz. – Położył katalog na stole, obok rysunku. – Dokładnie przypatrz się tej twarzy. Widzisz podobieństwo?

Donatella przyjrzała się uważnie.

– Tak, ale przecież niemożliwe, żeby…

– Muszę to bardzo dokładnie zbadać, ale instynkt mi mówi, że albo mamy do czynienia z genialnym fałszerstwem, albo odkryliśmy zaginiony szkic Leonarda.

– Chciałeś powiedzieć, że to ksiądz i ten młody człowiek go odkryli – poprawiła go Donatella.

– Oczywiście – natychmiast zreflektował się Giovanni. – Muszę zabrać obrazek do Nowego Jorku i pokazać znajomemu. Jest ekspertem od badania autentyczności dzieł starych mistrzów. I potrafi zachować dyskrecję. Naturalnie za procent od zysku – dodał przebiegle.

– Ale najpierw don Edoardo musi się na to zgodzić – zaznaczyła jego żona.

– Na razie ksiądz nie musi o niczym wiedzieć. Napomknij mu, że oddaliśmy kielich i rysunek do wyceny, a za tydzień uzyskamy odpowiedź. I wiesz co?

– Tak, caro?

– Nie mów o tym nikomu, dopóki nie dowiemy się, jaka jest prawda.

– Oczywiście. – Donatella zauważyła chciwość w oczach męża. – Dobrze.

*

Dziesięć dni później Donatella odwiedziła don Edoarda w Beata Vergine Maria.

– Mam dobrą wiadomość. – Uśmiechnęła się. – A właściwie znakomitą. – Usiadła w kościelnej ławce.

– Pani mąż uważa, że kielich może być coś wart?

– Tak. Na aukcji można by za niego dostać z pięćdziesiąt tysięcy dolarów. To około trzydziestu milionów lirów.

– Trzydzieści milionów lirów! – Don Edoardo był oszołomiony. – Nawet nie marzyłem o takiej sumie.

– Mąż pyta, co ma robić. Czy ksiądz chce, żeby wystawić go na aukcji? Jeśli tak, on może to załatwić.

– Nie brałem pod uwagę sprzedaży. Muszę porozmawiać z biskupem. Nie wiem, co postanowi. – Don Edoardo westchnął. – Może Kościół zechce zachować kielich. Decyzja w tej sprawie nie należy do mnie.

– Don Edoardo, proszę usiąść tu przy mnie. – Donatella poklepała miejsce na ławie obok siebie. Ksiądz z wahaniem usiadł. – Proszę wybaczyć mi bezceremonialność, ale czego ten piękny kościół najbardziej teraz potrzebuje?

– Oczywiście pieniędzy, żeby mógł odzyskać swą dawną świetność. – W tego typu rozmowach don Edoardo czuł się dość niezręcznie.

– No właśnie. A czy ksiądz już komuś powiedział o swoim znalezisku?

– Nie. Uznałem, że to nie jest konieczne, dopóki nie stwierdzimy, czy te rzeczy mają jakąś wartość.

– Jasne. – Donatella pokiwała głową. – Szczerze wątpię, żeby ksiądz zobaczył coś z dochodu ze sprzedaży kielicha, jeśli biskup się o nim dowie i podejmie decyzję, by go spieniężyć.

– Chyba ma pani rację – przyznał don Edoardo, wyraźnie skrępowany.

– Ale wymyśliliśmy z mężem dobre rozwiązanie. Mąż gotów jest zapłacić księdzu sumę, za którą jego zdaniem kielich poszedłby na aukcji. Jak wspomniałam, to trzydzieści milionów lirów. Sprzeda kielich prywatnemu kolekcjonerowi, a ksiądz uzyska fundusze na renowację kościoła. Nikt nie musi o tym wszystkim wiedzieć.

Don Edoardo wytrzeszczył na nią oczy.

– Ależ, signora Bianchi! Przecież biskup się zdziwi, że nagle mam tak dużą sumę pieniędzy.

– Oczywiście. Wtedy ksiądz powie jemu i każdemu, kto by o to pytał, że signor Bianchi był tak wstrząśnięty stanem świątyni, kiedy przyjechał z żoną na koncert, który ona pomogła zorganizować, że postanowili przekazać pokaźną ofiarę na kościół.

– Rozumiem.

– Don Edoardo, wiem, że ksiądz nie chce zrobić nic nieuczciwego. Oboje z mężem postąpimy tak, jak ksiądz uzna za stosowne. Uważam jednak, że skoro kielich został odnaleziony właśnie tutaj, a ta piękna świątynia ma tak duże potrzeby, to być może Bóg chce, aby dochód ze sprzedaży tego cennego naczynia posłużył wyłącznie na jej renowację?

 

– Może ma pani słuszność, signora Bianchi. Ale skąd pewność, że nikt się o tym nie dowie?

Na czole don Edoarda pojawiły się krople potu. Donatella zauważyła to i już wiedziała, że udało jej się chwycić ofiarę w swoje szpony. Teraz należało ją tylko dobić.

– Ma pan na to moje słowo. Kielich można prywatnie sprzedać za granicą. Mąż zna wielu bogatych kolekcjonerów, którzy pragną zachować anonimowość. Proszę tylko pomyśleć, ile prac ku Bożej chwale można by wykonać za taką sumę.

– Muszę się zastanowić. – Don Edoardo westchnął głęboko. – Poproszę Boga o przewodnictwo.

– Oczywiście. – Donatella wyjęła z torebki wizytówkę. – Proszę do mnie zadzwonić, kiedy ksiądz podejmie decyzję.

– Dobrze. Dziękuję pani za pomoc, signora Bianchi.

– To naprawdę drobiazg. – Wstała, zbierając się do wyjścia. – Och, prawie zapomniałam o rysunku – dodała od niechcenia. – Mąż uważa, że nie ma wielkiej wartości. Jest co prawda ładny, ale Madonnę przedstawiało już tylu najwybitniejszych artystów świata, że jego zdaniem nie uda się za ten maleńki szkic dostać tyle co za kielich.

– Tak właśnie przypuszczaliśmy. – Ksiądz z szacunkiem skłonił głowę.

– Niemniej jednak – ciągnęła Donatella, zapinając guziki perfekcyjnie uszytego płaszcza – bardzo się do niego przywiązałam, więc chciałabym go kupić dla siebie. Co by ksiądz powiedział na trzy miliony lirów?

Don Edoardo spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– To bardzo hojna oferta. Jest pani niezwykle miła, ale muszę się zastanowić. Odezwę się, kiedy tylko podejmę decyzję.

– Będę czekała na telefon od księdza. Do widzenia. – Donatella z gracją skinęła głową i wymaszerowała z kościoła.

– Do widzenia, signora Bianchi – mruknął don Edoardo w stronę jej znikających pleców.

*

Dwa dni później Donatella podała mężowi, który właśnie wszedł do salonu, kieliszek szampana.

– Zgodził się?

– Tak. Zadzwonił dziś po południu.

– Cudownie się spisałaś, cara – pochwalił ją Giovanni. – A teraz muszę zadzwonić do Nowego Jorku i przekazać klientowi dobrą wiadomość. Oczywiście będziesz z tego miała coś dla siebie. Co tylko zechcesz.

Spojrzała przeciągle na męża, a kąciki jej czerwonych ust uniosły się w uśmiechu.

– Na pewno coś wymyślę, Giovanni.