Dziewczyna z Neapolu

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna z Neapolu
Dziewczyna z Neapolu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,80  66,24 
Dziewczyna z Neapolu
Audio
Dziewczyna z Neapolu
Audiobook
Czyta Katarzyna Traczyńska
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

– Dobrze wyglądam?

– Wyglądasz przepięknie, Rosanno, jak zawsze.

– Tylko tak mówisz, Luca.

– Posłuchaj mnie, piccolina, przecież to twój pierwszy dzień w szkole muzycznej, a nie konkurs piękności. Szybciej, bo się spóźnimy. – Luca wyciągnął do niej ręce.

Rosanna mocno chwyciła go za dłonie.

– Strasznie się denerwuję.

– Wiem, ale na pewno dasz sobie radę. A teraz musimy już iść.

Przekręcił klucz w drzwiach ich mieszkanka na piątym piętrze i ruszyli po schodach na dół.

– Podoba mi się nasz nowy dom, ale mam nadzieję, że niedługo zreperują windę. Wczoraj wieczorem naliczyłam siedemdziesiąt pięć schodów. – Zachichotała.

– To dobra gimnastyka, a poza tym warto się tak wysoko wspinać, bo dzięki temu mamy piękny widok na Mediolan.

Luca wiedział, jakie ich spotkało szczęście, że znaleźli mieszkanie w samym centrum. Podejrzewał, że zawdzięczali to kontaktom Paola.

Zeszli na sam dół i pchnął drzwi wyjściowe. Kiedy znaleźli się na szerokim chodniku Corso di Porta Romana, niemal zderzyli się z falą przechodniów zmierzających pośpiesznie w obu kierunkach. Luca wyjął kartkę, na której zapisał wskazówki Paola, jak dostać się stąd do szkoły.

– Moglibyśmy jechać tramwajem, ale o tej porze jest straszny ścisk. – Zauważył mijający ich tramwaj, tak zatłoczony, że pasażerowie wychylali się przez okna. Dwaj młodzieńcy puścili się za nim pędem i śmiało wskoczyli na tylną platformę, aby na niej podjechać. – Signor de Vito mówił, że dojście stąd na piechotę zajmie nam tylko piętnaście minut. Warto sprawdzić, czy się nie mylił. – Luca musiał podnieść głos, żeby się przebić przez otaczający ich zgiełk.

– Muszę się co chwila szczypać, by uwierzyć, że to się dzieje naprawdę – powiedziała Rosanna, chłonąc atmosferę ruchliwej ulicy. Mijali pełne ludzi kawiarnie i sklepy, w których właśnie podnoszono żaluzje i otwierano drzwi dla klientów. – Co masz zamiar robić, kiedy ja będę w szkole?

– Zabawię się w turystę – odparł Luca. – Jest tu mnóstwo starych kościołów i zacznę od nich. Zaledwie kilka przecznic stąd jest katedra, Duomo di Milano. No i muszę znaleźć jakiś kościół blisko naszego mieszkania, bo obiecałem tacie, że co niedzielę będziemy chodzić na mszę.

Tak jak mówił Paolo, mniej więcej po piętnastu minutach znaleźli się przy Via Santa Marta.

– Patrz, twoja szkoła.

Rosanna przystanęła na rogu i zwróciła się do brata:

– Nie musisz mnie codziennie odprowadzać, Luca. Chcę, żebyś miał też własne życie.

– Wiem. I tak będzie. Ale najważniejsza dla mnie jesteś ty.

Przeszli razem przez ulicę i na chwilę przystanęli, spoglądając na wejście do szkoły. Mijało ich wiele młodych kobiet i mężczyzn, którzy wlewali się przez drzwi prowadzące na słynne korytarze najlepszej uczelni muzycznej we Włoszech.

– No to już. – Luca uśmiechnął się do siostry. – Teraz się pożegnamy, a o piątej przyjdę tu po ciebie.

Rosanna kurczowo chwyciła go za rękę.

– Boję się, Luca.

– Zobaczysz, że będzie dobrze. I pamiętaj, to było nasze marzenie. – Ucałował ją w oba policzki. – Powodzenia, piccolina.

– Dziękuję.

*

Trzy godziny później Luca siedział w kawiarence i pisał kartkę do ojca, jedząc crostini i popijając piwo. Godzinę spędził w wielkiej katedrze Duomo, a potem przeszedł przez pasaż handlowy Galleria Vittorio Emanuele, podziwiając niezwykłe sklepy, a także ceny sprzedawanych tam towarów. Przemierzywszy cały pasaż, znalazł się na Piazza della Scala, gdzie stał przez dłuższą chwilę, zachwycony legendarną fasadą słynnej na cały świat opery, w której miał nadzieję usłyszeć kiedyś śpiew siostry.

Wieczorem zaplanował uroczystą kolację dla nich dwojga. Zerknął na zegarek i zdał sobie sprawę, że zanim pójdzie po Rosannę, ma jeszcze dużo do zrobienia. Skończył jeść, zapłacił rachunek i ruszył w stronę ich mieszkania. Po drodze zobaczył mały supermarket. Na wystawie wisiały pęta suszonych kiełbas i stały drewniane skrzynki ze świeżymi warzywami. Wszedł do środka i kupił produkty potrzebne do przygotowania kolacji oraz butelkę chianti. Po wyjściu na ruchliwą ulicę poczuł się zdezorientowany. Skręcił w prawo i znalazł się na Via Agnello. Stwierdził, że się zgubił, i już miał wracać tą samą drogą, kiedy zauważył wystającą zza domów iglicę kościoła.

Postanowił obejrzeć go z bliska, więc skierował się ku wieży. Wąską alejką doszedł do jakiegoś placyku. Przeciął go i znalazł się przed drewnianymi, łukowato sklepionymi drzwiami kościoła. Kiedy wahał się, czy wejść do środka, po lewej stronie zauważył niewielką tablicę. Z trudem odcyfrował widniejący na niej wytarty stary napis.

– „La Chiesa Della Beata Vergine Maria. Kościół Najświętszej Marii Panny” – przeczytał na głos.

Spojrzał na zegarek. Rosannę musi odebrać za dwie godziny. To dość czasu, aby mógł zaspokoić swoją nieodpartą chęć zajrzenia do środka. Wszedł do kruchty. Nad drzwiami wewnętrznymi zobaczył zniszczony, wyblakły fresk, przedstawiający Matkę Boską z Dzieciątkiem Jezus w ramionach. Przez kilka sekund patrzył na malowidło, po czym ruszył dalej. Wewnątrz nie było nikogo. Wyszedł z pełnego słońca, więc przez dłuższy czas musiał przyzwyczajać oczy do panującego tu mroku.

Spojrzał na wysokie łukowate sklepienie – było usiane pęknięciami. Po lewej stronie cherubin podtrzymujący jedną z kolumn miał tylko pół skrzydła i wyszczerbiony nos, a z ławek na przodzie całkiem wytarł się lakier. A jednak… choć kościół wyglądał na opuszczony i zaniedbany, Luca czuł jego piękno i ciepło.

Kiedy szedł główną nawą, odgłos jego kroków odbijał się echem. Chociaż było tu pusto, nie miał wrażenia, że jest sam. Nagle zakręciło mu się w głowie i poczuł się słabo, więc usiadł w jednej z przednich ławek, stawiając torby z jedzeniem na podłodze.

Wbił wzrok w figurę Matki Boskiej, stojącą pośrodku ołtarza. Niebieska farba schodziła z jej płaszcza, a usta straciły pierwotną czerwień. Luca zamknął oczy, przeżegnał się i zaczął się modlić.

Kiedy otworzył oczy, przez witrażowe okna wpadła smuga światła słonecznego, które otoczyło figurę Marii. Światło nabrało mocy i nagle w jego centrum zobaczył rozmazaną sylwetkę. Miała rozpostarte ramiona. I przemówiła do niego.

Zamrugał, a wtedy postać zniknęła, zostawiając po sobie tylko blask słoneczny.

Luca bardzo długo siedział jak skamieniały. Kiedy wreszcie się poruszył, czuł, że ciało ma tak lekkie, jakby nic nie ważyło. Wstał i wolno podszedł do ołtarza. Ukląkł na jedno kolano, a po policzkach popłynęły mu łzy radości. Niepewność, co ma dalej robić, zastąpiło poczucie celu; pustkę zastąpiła miłość.

Nie wiedział, ile minęło czasu do chwili, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Podskoczył, a kiedy się odwrócił, spojrzał prosto w mądre brązowe oczy. Stary ksiądz uśmiechnął się do niego i Luca instynktownie pojął, że był on świadkiem jego przeżyć i je zrozumiał.

– Jestem don Edoardo, proboszcz, il parroco, kościoła Beata Vergine Maria. Jeśli zechcesz ze mną porozmawiać, zastaniesz mnie tu codziennie przed południem, między wpół do dziewiątej a dwunastą.

Grazie, don Edoardo. Chciałbym… chciałbym się wyspowiadać.

Ksiądz skinął głową, a Luca wstał, wciąż czując się jak w stanie nieważkości, i ruszył za don Edoardem do konfesjonału.

Kiedy piętnaście minut później wyszedł z kościoła, wiedział, że jego życie na zawsze się zmieniło.

*

Przepełniona radością Rosanna rzuciła się w ramiona Luki.

– I jak było?

– Cudownie! Przerażająco, ale cudownie! Jest tutaj mnóstwo pięknych głosów, Luca! Jak ja mogę z nimi konkurować? Niektóre dziewczęta wydają się takie dojrzałe, chociaż mają tyle lat co ja. A jak są ubrane! Część z nich musi być bardzo bogata… A mój nauczyciel śpiewu, profesor Poli, okazał się strasznie surowy, no i… – Rosanna urwała i popatrzyła na brata z niepokojem. – Nic ci nie jest?

– Nie. Jeszcze nigdy tak dobrze się nie czułem. Dlaczego pytasz?

– No bo… hm, wyglądasz jakoś inaczej. Chyba trochę pobladłeś.

– Ależ naprawdę, piccolina, przysięgam, że czuję się… – przez chwilę szukał właściwego określenia – jak w niebie! – Roześmiał się i wziął siostrę pod ramię, by przeprowadzić ją przez ruchliwą ulicę, i tak szli aż do samego domu.

Kiedy wdrapali się na swoje piętro, oboje byli lekko zdyszani. Otwierając drzwi, Luca zauważył, że obłazi z nich farba, i pomyślał, że musi się tym zająć.

– Idź wziąć prysznic, zanim zabraknie ciepłej wody, Rosanno – poradził siostrze. – Dzisiaj chcę przygotować dla nas uroczystą kolację.

Rosanna z zachwytem dostrzegła zmiany w ich małym salonie. Od rana zniknęły ostatnie ślady po tym, jak się rozpakowywali. Na wytartej sofie w rogu leżała kolorowa narzuta, dzięki czemu wnętrze wyglądało teraz przytulniej. Rozklekotany stół pod oknem przykrywała różowa serweta z frędzlami, a na blacie stał wazon w biało-niebieskie paski, ze świeżymi kwiatami, i obok dwie świece na spodeczkach.

– Ale się napracowałeś! Dziękuję! – zawołała.

Mimo odrapanych ścian i brudnych okien, których Luca nie zdążył jeszcze umyć, pokój wydawał się wesoły i swojski.

– To niezwykły wieczór. Dla nas obojga – odpowiedział z niewielkiej kuchenki, z której już rozchodził się zapach świeżego czosnku i ziół.

– Tak, Luca – potwierdziła Rosanna. – Uwinę się szybko i zaraz ci pomogę.

Wzięła z sypialni ręcznik i torbę z rzeczami do mycia, wyszła na mroczny korytarz i skierowała się do wspólnej łazienki.

Po kolacji – zjedli risotto z grzybami i sałatę, którą Rosanna uznała za wyśmienitą – usiedli przy winie i patrzyli na zmierzch otulający dachy Mediolanu.

 

Rosanna ziewnęła, po czym uśmiechnęła się do brata.

– Jestem strasznie zmęczona.

– Powinnaś iść spać. To pewnie z emocji.

– Tak. Wiesz, po śmierci mamy myślałam, że już nigdy nie będę taka szczęśliwa – odezwała się w zadumie.

Luca spojrzał na nią i pokiwał głową.

– Ja też, Rosanno. Ja też.

*

Brama z kutego żelaza bezszelestnie się rozsunęła i Roberto wolno wjechał swoim fiatem na prowadzącą do pałacu aleję między szpalerem drzew. Objął wzrokiem wielką fontannę w ozdobnym basenie i zatrzymał samochód.

Chociaż często przejeżdżał przez Como, a dwa razy był tutaj na pikniku nad jeziorem, do tej pory widział tylko kominy rezydencji otoczonych zielenią i ukrytych za barykadą żywopłotów.

Teraz zobaczył okazałe palazzo, którego imponująca biała fasada wznosiła się wysoko nad ziemią. Słońce odbijało się od rzędów kształtnych okien, a każde z nich miało balkon z misternie kutego żelaza. Nad drzwiami wejściowymi widniało okrągłe okno witrażowe zwieńczone elegancką kopułą.

Roberto wysiadł i zatrzasnął drzwi fiata. Powoli ruszył po schodach do ogromnych drzwi wejściowych, między kolumnami ze słynnego kamienia z Angery. Nie zauważył dzwonka, a pukanie nie wydało mu się odpowiednim sposobem, by oznajmić swoje przybycie. Zastanawiał się właśnie, czy poszukać innego wejścia, kiedy drzwi się otworzyły.

– Tak się cieszę, że mogłeś przyjść, caro.

Donatella była tylko w cieniutkim szlafroczku. Miała mokre włosy i nieumalowaną twarz. Wyglądała fantastycznie.

– Brałam prysznic po kąpieli w basenie. Jesteś trochę wcześniej.

– No… przepraszam… tak – wymamrotał Roberto, z całych sił starając się odwrócić wzrok od jej ponętnie bujnego biustu, ledwie zakrytego szlafroczkiem.

– Chodź za mną.

Roberto wszedł do środka. Przemierzyli marmurowy hol, a następnie weszli na górę po okazałych schodach. Donatella pchnęła jakieś drzwi i wpuściła go do ogromnej, wysokiej sypialni.

– Rozgość się, a ja pójdę się ubrać. – Wskazała mu sofę pod oknem i zniknęła w innym pokoju.

Wyjrzał na idealnie zadbany ogród, rozciągający się daleko, aż nad brzeg jeziora Como. Po kilku minutach usiadł na wygodnej sofie i westchnął cicho. Najwyraźniej Donatella Bianchi i jej mąż byli potwornie bogaci.

– Jak tam, caro, wszystko dobrze? – Weszła do pokoju, ubrana w obcisłe białe dżinsy i czarną bluzkę, która podkreślała jej dwa największe atuty.

– Tak… dziękuję.

Usiadła obok niego i podwinęła pod siebie długie nogi.

– To dobrze. Cieszę się, że przyszedłeś. Szampana? – Sięgnęła po butelkę, stojącą na niskim stoliku w kubełku z lodem, i nie czekając na odpowiedź, nalała musującego płynu do dwóch szampanek.

– Dziękuję – powiedział Roberto, kiedy podała mu kieliszek.

– Za ciebie i twoją przyszłość – wzniosła toast.

Po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co powiedzieć. Pił szampana, usiłując odzyskać równowagę.

– Masz piękny dom – wykrztusił w końcu, czując się jak głupek.

– Miło mi, że ci się podoba. Jest w rodzinie mojego męża od stu pięćdziesięciu lat. Ale – Donatella westchnęła – czasem czuję się tak, jakbym mieszkała w muzeum. Musimy zatrudniać dwadzieścia osób, żeby zadbać o palazzo i ogrody. – Wysunęła spod siebie długą nogę i powolutku zaczęła przybliżać stopę do uda Roberta.

– Masz dzieci? – spytał, usiłując podtrzymać rozmowę.

– Nie, macierzyństwo to nie moja bajka. Zresztą… jakoś nie udało nam się z mężem począć dziecka.

– A gdzie jest twój mąż? – spytał nerwowo Roberto, podczas gdy jej palce u nogi zmierzały do jego krocza.

Westchnęła i zrobiła nadąsaną minę.

– W Ameryce. Znów zostawił mnie samą.

– Często wyjeżdża za granicę?

– Ciągle. Jest marszandem. Przeważnie siedzi w Nowym Jorku albo w Londynie. Całymi tygodniami jestem tu sama. – Opuściła brodę i rzuciła mu spod rzęs przeciągłe, niedwuznaczne spojrzenie.

– Nie możesz z nim jeździć?

– Oczywiście, że mogę, ale zjechałam już cały świat i tyle widziałam, że teraz wolę zostawać w domu. Nudzę się w obcych miejscach, kiedy mąż zajmuje się interesami. I nawet ja miewam dosyć zakupów. Lepiej powiedz mi coś o sobie, Robercie Rossini.

– Niewiele mam do powiedzenia. – Wzruszył ramionami.

– Ani trochę ci nie wierzę. Masz dziewczynę?

– Teraz nie.

– Jesteś zbyt skromny. Na pewno szaleją za tobą tabuny kobiet. – Z widoczną wprawą Donatella wstała z sofy i objęła nogami jego kolana. – Bo przecież masz taki piękny, mocny głos i tyle innych… przymiotów. – Jedną dłonią rozpinała mu już guziki koszuli. – Miałeś dużo kochanek?

– Ja… – Zaskoczony jej śmiałością, Roberto z trudem dobierał słowa. – Kilka – jęknął, coraz bardziej podniecony.

– Starsze też?

Usta Donatelli przesunęły się w górę po jego szyi. Pocałowała go, a tymczasem jej dłoń znalazła swój cel.

– Nie… ja…

– W takim razie będę pierwsza – wymruczała triumfalnie.

Roberto do reszty stracił panowanie nad sobą i zatopił palce w jej gęstych włosach, a Donatella przylgnęła wargami do jego ust.

*

Trzy godziny później oboje znowu stali przy drzwiach frontowych palazzo.

Donatella z uśmiechem otworzyła drzwi.

– Poranek był niezwykle… przyjemny. Wpadniesz jutro o siódmej wieczorem?

– Tak.

– Dobrze. Następnym razem porozmawiamy o twojej przyszłości. Ciao, Roberto.

Do samochodu szedł na miękkich nogach. Ze zdziwieniem pokręcił głową.

Cóż za ironia: on, Roberto Rossini, doświadczony kochanek i światowiec, właśnie najzwyczajniej dał się uwieść.

9
Mediolan, styczeń 1973

Rosanna otworzyła drzwi mieszkania.

– Cześć, Luca! Wróciłam.

– Jestem w kuchni, piccolina! – zawołał.

– Nie masz nic przeciwko temu, że na kolację przyprowadziłam koleżankę ze szkoły? – Rosanna weszła do kuchni. Jej brązowe oczy błyszczały z radości, a policzki miała zaczerwienione po spacerze na mrozie. – Powiedziałam jej, że i tak zawsze gotujesz na sześć osób.

– Miło, że przyszła. – Luca się uśmiechnął.

– Abi, to mój brat, Luca Menici.

– Cześć, Luca. – Dziewczyna nieśmiało odwzajemniła uśmiech. – Nazywam się Abigail Holmes. Cieszę się, że mogę cię poznać. I proszę, bądźmy po imieniu. – Mówiła po włosku bardzo dobrze, z lekkim tylko angielskim akcentem.

– Cześć… Abi. – Luca nie wiadomo dlaczego się zaczerwienił.

Patrzył na Abi, czując, że szybciej bije mu serce. Była prześliczną blondynką o dużych niebieskich oczach, regularnych rysach i typowej dla Angielek delikatnej brzoskwiniowej cerze.

– Pomóc ci przy kolacji? – spytała Rosanna.

Luca z trudem oderwał wzrok od jej koleżanki.

– Nie trzeba. Sos jest gotowy, a makaron będzie za dwie, trzy minuty. Rozgośćcie się w salonie.

Abi wyszła za Rosanną z kuchni. Usiadła na sofie i cichutko zagwizdała.

– Przystojny ten twój brat. Ma cudowne oczy.

– Naprawdę?

– Tak. Co cię tak dziwi? – Abi zachichotała. – Ma dziewczynę?

– Nie. I nigdy nie miał.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Jakoś nie interesuje się kobietami.

Luca wniósł do salonu wielką miskę spaghetti.

– Signoriny raczą zająć miejsca przy stole…

Grazie, signor. – Abi, z błyskiem w oczach, usiadła obok Rosanny.

Luca nałożył na talerze makaron, Rosanna nalała wina i wszyscy troje zabrali się do jedzenia.

– Masz szczęście, Rosanno. – Abi smętnie westchnęła.

– Dlaczego?

– Bo trafiło ci się takie przytulne mieszkanko i brat, który świetnie gotuje, a co najważniejsze, jesteś wolna i możesz sobie chodzić, gdzie i kiedy chcesz.

– Abi mieszka u swojej cioci – wyjaśniła Rosanna Luce. – Twoja ciocia jest bardzo zasadnicza, prawda, Abi?

– Tak. Traktuje mnie, jakbym miała dziesięć lat. To Angielka i zachowuje się, jakby wszyscy Włosi chcieli mnie uwieść, chociaż sama ma męża Włocha. – Abi z rozdrażnieniem przewróciła oczami. – Pewnie po prostu czuje się za mnie odpowiedzialna. Kiedy dostałam się na studia, rodzice zgodzili się na nie tylko pod warunkiem, że zamieszkam u cioci.

– Podoba ci się Mediolan? – spytał Luca.

– Bardzo. Jest taki kolorowy i pełen życia, zwłaszcza w porównaniu z naszą szarą Anglią. Ale dość już o mnie. A ty, co robisz, kiedy Rosanna jest w szkole? Pracujesz?

– Nie, ja…

– Luca całymi dniami siedzi w rozpadającym się kościele za rogiem – przerwała mu Rosanna. – To jego drugi dom.

– Tak? – Abi ze zdziwieniem uniosła brwi.

– Ech, Rosanno, źle to przedstawiasz – zbeształ siostrę Luca. – Beata Vergine Maria to cudowny piętnastowieczny kościół, ale dosłownie cały się sypie. Poznałem proboszcza, don Edoarda, i pomagam mu zebrać fundusze na renowację kościoła, by przywrócić mu dawną świetność. Niestety – dodał – nie jest to łatwe.

– To znaczy, że… pewnie wierzysz w Boga i te sprawy? – spytała Abi.

– Oczywiście. A Beata Vergine Maria jest niezwykłym miejscem. Don Edoardo opowiadał mi, że zdarzały się tam cuda i ludziom ukazywała się sama Matka Boska. Mam trochę czasu, więc staram się mu pomóc. – Luca wzruszył ramionami. – Trzeba działać, bo jeszcze trochę, a te stare mury i zabytkowy fresk w kruchcie nie dadzą się już odratować.

– A gdyby urządzić tam koncert operowy? – spytała nagle Abi.

– Co konkretnie masz na myśli?

– Ciocia Sonia jest przewodniczącą komitetu o nazwie Przyjaciółki Opery Mediolańskiej. Moim zdaniem, gdybyś do niej ładnie napisał, zgodziłaby się poprosić Paola de Vita, żeby pozwolił kilku śpiewakom z La Scali i paru studentom z naszej szkoły wziąć udział w koncercie charytatywnym na rzecz kościoła.

– Świetny pomysł! – Luca rozpromienił się w uśmiechu. – Prawda, Rosanno?

– Tak. Zwłaszcza że kościół jest blisko La Scali. W najgorszym razie nam odmówią, prawda?

– No to dam ci adres cioci, a ty do niej napisz. Na następnym zebraniu przedstawi ten pomysł komitetowi.

– Jasne. Wspaniale, Abi, dziękuję ci! – powiedział z wdzięcznością Luca.

– A więc sprawa załatwiona. – Abi zwróciła się do Rosanny: – Może zaśpiewałybyśmy razem Duet kwiatów z Lakmé? Ćwiczymy tę arię w szkole. – Uśmiechnęła się do Luki. – Oczywiście mój głos nie umywa się do głosu twojej siostry, ale nikt u nas jej nie dorównuje.

– Proszę cię, Abi, przesadzasz.

– Ani trochę. Wiesz równie dobrze jak ja, że Paolo mdleje z zachwytu, kiedy śpiewasz. Przychodzi na nasze zajęcia tylko po to, żeby cię słuchać. Jestem pewna, że po szkole od razu zostaniesz solistką w La Scali, podczas gdy reszta z nas będzie musiała przebijać się przez chór. Nie zapomnij o mnie, kiedy będziesz już słynną diwą, dobrze? – zażartowała Abi.

– Na pewno nie zapomnę – zapewniła ją ze śmiechem Rosanna.

– No i sam widzisz. – Abi puściła oko do brata koleżanki. – Nawet nie wie, jaka będzie sławna!

– Ojej, zabrakło mi papierosów – powiedział nagle Luca. – Przepraszam, skoczę do sklepiku na rogu. – Wstał od stołu. – Pogadajcie sobie, a ja zaraz wrócę.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Abi zwróciła się do Rosanny:

– Wiesz, chyba mogłabym nieźle zadurzyć się w twoim bracie. Jest taki dobry i wrażliwy, a w dodatku niesamowicie przystojny. Ale z tego, co zauważyłam, tacy mężczyźni zwykle okazują się gejami. Czy Luca nie jest gejem? Bo mówiłaś, że jeszcze nigdy nie miał dziewczyny.

– Abi!

Rosannę zaskoczyła bezpośredniość koleżanki. Jej też przyszło to do głowy, ale nigdy nie wypowiedziała tego na głos.

– Nie bądź taka przerażona, Rosanno – rzuciła przepraszającym tonem Abi. – Pomyślałam tylko, że jeśli jest gejem, to nie ma sensu, żebym marnowała na niego czas.

Czerwieniąc się, Rosanna szybko zmieniła temat, a Abi zrozumiała aluzję. Przez chwilę rozmawiały o planie zajęć na następny dzień, aż wreszcie wrócił Luca. Jednak teraz Rosanna uważniej przyglądała się, jak on i Abi miło gawędzą przy kawie, patrzyła na ich mowę ciała i wzajemne spojrzenia.

O wpół do jedenastej Abi niechętnie wstała.

– Bardzo wam dziękuję za kolację. Niestety, muszę już iść, bo inaczej ciocia Sonia zacznie się o mnie martwić. Kiedy będę mogła obejrzeć twój kościół, Luca? Tyle mi o nim mówiłeś, że chciałabym zobaczyć, jak wygląda.

 

– Może w niedzielę rano? Oboje z Rosanną chodzimy na mszę o dziewiątej.

– Dobrze. Nawet moja ciocia nie może się sprzeciwić, żebym poszła do kościoła! Przyjdę tu o ósmej trzydzieści i pójdziemy razem. Ciao, Rosanno. Ciao, Luca.

Luca wstał i pocałował ją w oba policzki.

– Do widzenia, Abi. Dziękuję ci za twój wspaniały pomysł. Do zobaczenia w niedzielę.

Rosanna odprowadziła koleżankę do drzwi, po czym wróciła i znów usiadła przy stole.

– Polubiłeś ją? – zapytała brata.

– Bardzo. Będzie dla ciebie doskonałą koleżanką. Ma dobre serce.

– I jest śliczna, prawda? Wiele bym dała za jej jasne włosy. Wszyscy chłopcy z naszego roku się w niej kochają. – Rosanna próbowała wybadać grunt, pamiętając swoją rozmowę z Abi.

– Wcale im się nie dziwię. Teraz posprzątam po kolacji, a ty powinnaś iść spać, piccolina.

– Nie jestem zmęczona. Pomogę ci zmywać.

– Dobrze.

Luca zręcznie zebrał talerze ze stołu i zaniósł je do kuchni. Rosanna wzięła kieliszki po winie.

– Ty zmywaj, a ja będę wycierać – zaproponowała.

Brat i siostra pracowali w przyjaznym milczeniu. Wreszcie Rosanna zapytała:

– Czy byłeś kiedyś zakochany, Luca?

– Chyba nie. A dlaczego pytasz?

– Bez powodu. Abi powiedziała, że jesteś bardzo przystojny.

– Naprawdę?

– Tak. No bo jesteś, Luca. To znaczy na pewno podobasz się dziewczynom.

– O co ci właściwie chodzi? – Luca zmarszczył brwi.

– No wiesz, tata cię prosił, żebyś się mną opiekował, ale przecież jestem już dorosła. Nie boję się zostać w mieszkaniu sama. Gdybyś kiedyś chciał wyjść wieczorem, to się nie krępuj.

– Zgoda. – Luca pokiwał głową. – Ale dobrze mi z tobą, piccolina.

– I jesteś szczęśliwy?

– Nawet bardzo.

– Bo nie chciałabym, żebyś ze względu na mnie rezygnował z własnego życia.

– Rosanno, nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy jak przez te pięć miesięcy w Mediolanie. I znalazłem coś, co jest dla mnie bardzo ważne.

– Co takiego?

Roześmiał się; bawiło go to, że siostra tak uparcie drąży.

– Zawsze zadawałaś zbyt dużo pytań. Na razie powiem tylko tyle: wreszcie wiem, jak będzie wyglądała moja przyszłość. Resztę zdradzę ci w odpowiednim czasie. Przecież muszę mieć jakieś tajemnice.

– Oczywiście. Chcę tylko, żebyś był szczęśliwy.

– Przysięgam, że jestem. A teraz idź już spać. Zrobiło się późno.

Rosanna objęła brata.

– Pamiętaj, że bardzo cię kocham.

– A ja ciebie. – Pocałował ją w czoło. – No, już cię tu nie ma.

Kiedy Rosanna zamknęła drzwi do sypialni, Luca poszedł do swojego pokoju i zapalił dwie małe świeczki przed figurką Madonny, ustawioną na prowizorycznym ołtarzyku. Ukląkł i zaczął się modlić. Po raz pierwszy od chwili, gdy podjął decyzję, poczuł, że jego determinacja słabnie. Błagał Boga, by go poprowadził, by wytłumaczył mu, dlaczego młoda Angielka wzbudziła w nim tak żywe uczucia.

Być może, pomyślał, kiedy dziesięć minut później wstał z klęczek, to po prostu próba. Ale próba, która go nie złamie.