Dziewczyna na klifie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aurora

Tak oto za­czy­na się moja opo­wieść. Przed­sta­wi­łam nie­któ­re po­sta­cie. W tym oczy­wi­ście mnie. Jak zwy­kle je­stem w cen­trum uwa­gi. Kie­dy pa­trzę w prze­szłość, wi­dzę, jaka by­łam nad wiek roz­wi­nię­ta. A tak­że po przej­ściachza co do­ro­śli wie­le wy­ba­cza­ją.

Nie będę psu­ła nar­ra­cji, zdra­dza­jąc zbyt wie­le ta­jem­nic na te­mat mo­ich noc­nych wę­dró­wek. Ale tro­chę o nich na­pi­sa­łam, żeby do­dać fa­bu­le ko­lo­ry­tu, zwłasz­cza zaś mo­jej po­sta­ci. Poza tym w dru­gim ak­cie Śpią­cej kró­lew­ny księż­nicz­ka Au­ro­ra we wła­snej oso­bie z po­mo­cą Wróż­ki Bzu uno­si kur­ty­nę mię­dzy snem a rze­czy­wi­sto­ścią.

Kto wie, czy praw­da to, czy też ułu­da?

Lecz ja mó­wi­łam już, że wie­rzę w cuda.

Stwier­dzi­łam tak­że, że moje imię po­cho­dzi nie tyl­ko od księż­nicz­ki z baj­ki, lecz jest to tak­że mi­stycz­ne zja­wi­sko świetl­ne, któ­rym nocą roz­bły­sku­ją nie­bio­sa. Po­do­ba mi się by­cie gwiaz­dą, któ­ra wiecz­nie świe­ci na nie­bie, ale cie­szę się, że na dru­gie nie dano mi Bo­re­alis.

Te­raz cof­nie­my się w cza­sie i mu­szę zro­bić wszyst­ko, by spraw­niej po­słu­żyć się w tym celu pió­rem. Do tej pory pi­sa­łam o oso­bach, któ­re żyją, od­dy­cha­ją i któ­re zna­łam. Są to:

Gra­nia, po­grą­żo­na w ża­ło­bie po utra­co­nym dziec­ku i cał­kiem za­gu­bio­na w do­my­słach na te­mat uko­cha­ne­go męż­czy­zny. Te­raz ro­zu­miem, jaka była bez­bron­na. Ła­twa zdo­bycz dla dziec­ka, któ­re po­trze­bo­wa­ło mat­ki, i przy­stoj­ne­go ojca, któ­ry sza­mo­tał się, żeby so­bie po­ra­dzić.

Ka­th­le­en, zroz­pa­czo­na z po­wo­du wie­dzy o sta­rych dzie­jach, lecz bez­rad­na, kie­dy chce ochro­nić cór­kę.

I Matt, dro­gi Matt, zdez­o­rien­to­wa­ny i bez­sil­ny, ska­za­ny na mi­ło­sier­dzie dziw­ne­go ga­tun­ku lu­dzi, bez któ­rychlecz i z któ­ry­mimęż­czyź­ni nie mogą so­bie po­ra­dzić.

Ko­biet.

Na na­stęp­nych stu stro­nach po­zna­my wie­le ko­biet. Po­zna­my do­brych męż­czyzn, a tak­że złychcałą ple­ja­dę po­sta­ci, tak aby wy­star­czy­ło na peł­ną ob­sa­dę baj­ki. Cza­sy były wte­dy ciem­niej­sze, ży­cie ludz­kie nie mia­ło wiel­kiej war­to­ści, a więk­szość z nas wal­czy­ła tyl­ko o prze­trwa­nie.

Chcia­ła­bym móc po­wie­dzieć, że zmą­drze­li­śmy po tej lek­cji.

Ale lu­dzie rzad­ko kie­dy przy­glą­da­ją się prze­szło­ści, póki nie po­peł­nią tych sa­mych błę­dów. Tyl­ko że wte­dy ich zda­nie już się nie li­czy, bo uwa­ża się ich za zbyt sta­rych, aby mo­gli zro­zu­mieć mło­dych. I dla­te­go rasa ludz­ka nadal bę­dzie nie­do­sko­na­ła, ale i ma­gicz­na, jak my.

A te­raz wra­ca­my do tego sa­me­go kli­fu nad za­to­ką Dun­wor­ley, gdzie moja opo­wieść się za­czę­ła.

9

Za­chod­nia część hrab­stwa Cork, Ir­lan­dia, sier­pień 1914

– Przy­szła moja kar­ta mo­bi­li­za­cyj­na. Ju­tro mam je­chać do ko­szar Wel­ling­to­na w Lon­dy­nie.

Mary wła­śnie roz­ko­szo­wa­ła się rzad­kim tu błę­ki­tem mo­rza, gdyż go­rą­cy sierp­nio­wy dzień zmie­nił za­zwy­czaj po­sęp­ne bar­wy za­to­ki Dun­wor­ley w pocz­tów­kę z Ri­wie­ry Fran­cu­skiej. Te­raz sta­nę­ła jak wry­ta i wy­rwa­ła dłoń z uści­sku Se­ana.

– Co ta­kie­go?! – za­wo­ła­ła.

– Mary, ko­cha­nie, wie­dzia­łaś rów­nie do­brze jak ja, że tak bę­dzie. Je­stem re­zer­wi­stą Irish Gu­ards, więc te­raz, kie­dy wy­bu­chła woj­na z Niem­ca­mi, mu­szę wspo­móc alian­tów.

Mary twar­do wbi­ła wzrok w na­rze­czo­ne­go. Za­sta­na­wia­ła się, czy cza­sem nie do­stał uda­ru od słoń­ca.

– Ale za mie­siąc mamy się po­brać! Zbu­do­wa­li­śmy pół domu! Nie mo­żesz ot tak za­brać się i wy­je­chać.

Sean spoj­rzał na nią z wy­so­ka i uśmiech­nął się. W ła­god­nych oczach wi­dać było, że ro­zu­mie, dla­cze­go jest w szo­ku. Cho­ciaż był w re­zer­wie, mo­bi­li­za­cja i jego oczy­wi­ście zszo­ko­wa­ła. Ale my­śli to jed­no, a fak­ty – coś zu­peł­nie in­ne­go. Wy­pro­sto­wał ręce, żeby przy­cią­gnąć Mary do sie­bie. Miał metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, a ona metr pięć­dzie­siąt pięć, więc mu­siał się przy tym moc­no schy­lić – lecz Mary ode­pchnę­ła go.

– No wiesz, Mary, mu­szę je­chać wal­czyć za nasz kraj.

– Se­anie Ryan! – Mary po­ło­ży­ła ręce na bio­drach. – Nie za swój kraj bę­dziesz wal­czył! Za Bry­ta­nię, któ­ra nasz kraj gnę­bi już od trzy­stu lat.

– Ale, Mary, na­wet pan Red­mond na­ma­wia nas, żeby wal­czyć wspól­nie z Bry­tyj­czy­ka­mi. Prze­cież wiesz, że par­la­ment prze­gło­su­je usta­wę, któ­ra da nam tu, w Ir­lan­dii, nie­pod­le­głość. Zro­bi­li nam przy­słu­gę, a my mu­si­my się od­wdzię­czyć.

– Przy­słu­gę! Że po­zwa­la­ją tym, do któ­rych ta zie­mia na­le­ży, de­cy­do­wać, jak nią rzą­dzić? Eee tam – Mary na­gle usia­dła na po­bli­skiej ska­le – rze­czy­wi­ście, nie­zła mi przy­słu­ga. – Skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na i upar­cie wpa­try­wa­ła się przed sie­bie w za­to­kę.

– Jesz­cze tro­chę, a za­pi­szesz się do Par­tii Na­cjo­na­li­stycz­nej, co?

Sean ro­zu­miał, że musi na ko­goś zwa­lić winę za to, że wła­śnie ruj­nu­je jej ży­cie.

– Zro­bię wszyst­ko, byle tyl­ko mój chłop był przy mnie, gdzie jest jego miej­sce.

Ukuc­nął przy niej na zie­mi, a kie­dy zgiął dłu­gie nogi, się­ga­ły mu pra­wie do uszu. Chciał ją wziąć za rękę, ale od­trą­ci­ła go.

– Pro­szę, Mary. Tyl­ko od­kła­da­my pla­ny. Ni­cze­go nie od­wo­łu­je­my.

Mary da­lej wpa­try­wa­ła się w mo­rze i nie zwra­ca­ła na nie­go uwa­gi. W koń­cu wes­tchnę­ła.

– A ja my­śla­łam, że ta żoł­nier­ka to za­ba­wa dla chłop­ców, oka­zja, żeby po­ba­wić się pi­sto­le­ta­mi i po­czuć się waż­nia­kiem. Nig­dy nie są­dzi­łam, że to może być na se­rio. I że przez to cię stra­cę – do­da­ła ci­cho.

– Ko­cha­nie. – Sean znów wy­cią­gnął dłoń i tym ra­zem ją przy­ję­ła. – Nie mia­ło­by zna­cze­nia, czy je­stem re­zer­wi­stą, czy nie. John Red­mond chce, żeby wszy­scy chłop­cy z Ir­lan­dii się zgło­si­li. We­dług mnie róż­ni­ca jest tyl­ko taka, że ja przy­najm­niej je­stem wy­szko­lo­ny, a inni nie. Irish Gu­ards to sza­cow­na in­sty­tu­cja. Będę tam po­śród swo­ich, Mary, i damy szwa­bom na­ucz­kę, któ­rej nig­dy nie za­po­mną. Zresz­tą wkrót­ce wró­cę i do cie­bie, i do Ir­lan­dii. Nie martw się.

Zno­wu na­stą­pi­ła dłu­ga ci­sza, za­nim Mary była w sta­nie coś po­wie­dzieć, gdyż te­raz du­si­ła się od emo­cji.

– Ale, Sean, czy wró­cisz? Nie ma na to gwa­ran­cji, wiesz rów­nie do­brze jak ja.

Sean wstał i wy­pro­sto­wał się na całą swo­ją dłu­gość.

– Po­patrz na mnie, Mary. Je­stem stwo­rzo­ny do wal­ki. Twój przy­szły mąż nie jest ja­kimś cher­la­kiem, któ­re­go za­ła­twi paru Niem­ców. Mogę wal­czyć z trze­ma na­raz i nie da­dzą mi rady.

Kie­dy pod­nio­sła na nie­go wzrok, mia­ła łzy w oczach.

– Ale jed­na kula w ser­ce wy­star­czy dla du­że­go czy ma­łe­go.

– Nie myśl o ta­kich rze­czach, ko­cha­nie. Umiem o sie­bie za­dbać. Wró­cę do cie­bie, za­nim się obej­rzysz.

Mary zaj­rza­ła mu głę­bo­ko w oczy i zo­ba­czy­ła w nich ognik pod­nie­ce­nia. Ona po­tra­fi­ła my­śleć tyl­ko o tym, że może zgi­nąć w wal­ce, a on wy­obra­żał so­bie he­ro­icz­ne czy­ny. Zro­zu­mia­ła, że tego pra­gnie.

– Więc ju­tro je­dziesz do Lon­dy­nu?

– Tak. Nam, re­zer­wi­stom z Mun­ster, da­dzą trans­port z Cor­ku do Du­bli­na, a stam­tąd po­pły­nie­my stat­kiem do An­glii.

Mary ode­rwa­ła wzrok od ho­ry­zon­tu, za to wbi­ła go w gę­stą, szorst­ką tra­wę przy sto­pach.

– Kie­dy zno­wu cię zo­ba­czę?

– Tego nie mogę ci po­wie­dzieć, Mary – ci­cho od­po­wie­dział Sean. – Na pew­no da­dzą nam urlop, a wte­dy przy­ja­dę pro­sto do domu, do cie­bie. – Wziął jej dłoń w swo­je ręce. – Wiem, że to kiep­ski mo­ment, ale nic się nie da zro­bić.

– A jak twój tata po­ra­dzi so­bie bez cie­bie na far­mie? – płacz­li­wie za­py­ta­ła Mary.

– Ko­bie­ty zro­bią to, co za­wsze w ta­kich cza­sach, we­zmą na sie­bie pra­cę męż­czyzn. Prze­cież kie­dy tata wal­czył w woj­nie bur­skiej, mama świet­nie so­bie ra­dzi­ła.

– Mó­wi­łeś jej już o tym?

– Nie. Naj­pierw chcia­łem po­dzie­lić się tą wia­do­mo­ścią z tobą. Z nią będę miał na­stęp­ną prze­pra­wę i musi to być za­raz. Cóż ci mogę po­wie­dzieć, Mary? – Sean ob­jął ją i przy­tu­lił. – Po­bie­rze­my się, jak tyl­ko wró­cę. Pój­dziesz ze mną na far­mę, ko­cha­nie?

– Nie. – Mary po­krę­ci­ła gło­wą. – Chy­ba mu­szę tro­chę po­być sama. A ty idź, po­wiedz ma­mie.

Sean w mil­cze­niu ski­nął gło­wą, po­ca­ło­wał ją w czu­bek gło­wy i wy­pro­sto­wał się.

– Przyj­dę do cie­bie póź­niej, żeby się… po­że­gnać.

– Tak – szep­nę­ła do sie­bie, kie­dy Sean za­czął wol­no scho­dzić ze wzgó­rza. Cze­ka­ła, aż znik­nie jej z oczu, a po­tem po­ło­ży­ła gło­wę na dło­niach i roz­pła­ka­ła się. W środ­ku wście­ka­ła się na Boga, któ­re­mu tyle go­dzin spo­wia­da­ła się ze swo­ich grze­chów. Ale nie przy­cho­dzi­ła jej do gło­wy ani jed­na rzecz, przez któ­rą za­słu­ży­ła­by na coś tak strasz­ne­go.

W swo­im po­przed­nim ży­ciu – tym ist­nie­ją­cym jesz­cze dwa­dzie­ścia mi­nut temu, za­nim Sean po­wie­dział jej o po­bo­rze – za nie­ca­łe czte­ry ty­go­dnie mia­ła być pa­nią Se­ano­wą Ryan. Po raz pierw­szy w ży­ciu mia­ła mieć wła­sny dom, ro­dzi­nę i po­zy­cję wśród lu­dzi. A przede wszyst­kim męża, któ­re­mu nie prze­szka­dza­ło jej nie­zna­ne po­cho­dze­nie, ale po pro­stu ko­chał ją za to, jaka jest. W dniu ślu­bu jej prze­szłość sta­ła­by się nie­waż­na. Mia­ła zo­sta­wić pra­cę słu­żą­cej we dwo­rze Dun­wor­ley, gdzie szo­ro­wa­ła pod­ło­gi i była na każ­de za­wo­ła­nie ro­dzi­ny Li­sle’ów.

 

A do szo­ro­wa­nia mia­ła­by wła­sne pod­ło­gi.

Nie żeby mło­dy Se­ba­stian Li­sle, jej pra­co­daw­ca, oka­zał jej co­kol­wiek poza uprzej­mo­ścią, kie­dy u nie­go słu­ży­ła. Pra­wie czte­ry lata temu – mia­ła wów­czas czter­na­ście lat – przy­szedł do sióstr, któ­re pro­wa­dzi­ły sie­ro­ci­niec, w po­szu­ki­wa­niu dziew­czy­ny do pra­cy. Mary bła­ga­ła, żeby wziął ją pod uwa­gę. Mat­ka prze­ło­żo­na wca­le się nie pa­li­ła, by ją pu­ścić. Mary była by­stra, pra­co­wi­ta i po­ma­ga­ła in­nym osie­ro­co­nym dzie­ciom w na­uce czy­ta­nia i pi­sa­nia. Była chlu­bą klasz­to­ru i wie­dzia­ła, że mat­ka prze­ło­żo­na bar­dzo chcia­ła, żeby wstą­pi­ła do za­ko­nu i zo­sta­ła tam do koń­ca ży­cia.

Ale Mary tego nie chcia­ła. Mia­ła wie­le wąt­pli­wo­ści co do Boga, któ­ry po­zwa­la, aby jego trzo­da tak bar­dzo cier­pia­ła. Nie­mow­lę­ta bez ma­tek zo­sta­wio­ne na pro­gu klasz­to­ru, tyl­ko po to, żeby kil­ka mie­się­cy póź­niej bez mi­ło­ści i w bólu umrzeć w cza­sie epi­de­mii dy­fte­ry­tu lub odry. Uczo­no ją, że cier­pie­nie pro­wa­dzi do nie­ba i sa­me­go Boga, więc bar­dzo się sta­ra­ła uwie­rzyć w Jego do­broć. Ale jej zda­niem ży­cie po­świę­co­ne dla Nie­go, bez moż­li­wo­ści wy­je­cha­nia i zo­ba­cze­nia świa­ta, było nie dla niej.

Mat­ka prze­ło­żo­na z wdzię­kiem się pod­da­ła. Wie­dzia­ła, że Mary, bło­go­sła­wio­na in­te­li­gen­cją i by­strym, cie­ka­wym świa­ta ro­zu­mem, nie po­prze­sta­nie na ży­ciu, któ­re wy­bra­ła ona. Jed­nak nie chcia­ła, by we­szła w świat jako słu­żą­ca.

– My­śla­łam, że znaj­dzie­my ci po­sa­dę gu­wer­nant­ki – na­ma­wia­ła. – Masz na­tu­ral­ny ta­lent do ucze­nia dzie­ci. Mo­gła­bym po­szu­kać ci ta­kiej pra­cy… kie­dy skoń­czysz osiem­na­ście lat.

Dla czter­na­sto­let­niej Mary myśl, że mia­ła­by cze­kać jesz­cze czte­ry lata, aby roz­po­cząć ży­cie, była nie­wy­obra­żal­na.

– Mat­ko prze­ło­żo­na, pro­szę dać mi cho­ciaż szan­sę i przed­sta­wić mnie panu Li­sle’owi, kie­dy tu przy­je­dzie – bła­ga­ła.

Mat­ka prze­ło­żo­na w koń­cu się zgo­dzi­ła.

– Przed­sta­wię cię, a po­tem Bóg za­de­cy­du­je, czy po­je­dziesz.

Na szczę­ście dla Mary tak wła­śnie się sta­ło. Z sze­ścior­ga dziew­cząt, któ­re mat­ka prze­ło­żo­na przed­sta­wi­ła do pra­cy na sta­no­wi­sku po­mo­cy po­ko­jów­ki, Se­ba­stian Li­sle wy­brał ją.

Mary spa­ko­wa­ła swój skrom­ny do­by­tek i opu­ści­ła klasz­tor, na­wet się za sie­bie nie oglą­da­jąc.

Zgod­nie z su­ge­stia­mi mat­ki prze­ło­żo­nej sta­no­wi­sko, któ­re ob­ję­ła, było znacz­nie po­ni­żej jej moż­li­wo­ści, ale po la­tach w klasz­to­rze Mary nie bała się cięż­kiej pra­cy. Po­kój na stry­chu, któ­ry dzie­li­ła z jed­ną ze słu­żą­cych, wręcz ją za­chwy­cił, po­nie­waż całe ży­cie miesz­ka­ła w in­ter­na­cie w sali z je­de­na­ścior­giem dziew­cząt. Sta­ra­ła się, jak mo­gła, i pil­nie pra­co­wa­ła.

Nie trze­ba było wie­le cza­su, by mło­dy pa­nicz to za­uwa­żył.

Już po kil­ku mie­sią­cach awan­so­wa­ła na po­ko­jów­kę. Ob­słu­gu­jąc pana i jego go­ści, przy­glą­da­ła im się, słu­cha­ła, co mó­wią, i uczy­ła się. Li­sle’owie byli An­gli­ka­mi. Przy­je­cha­li do dwo­ru Dun­wor­ley przed dwu­stu laty, by pa­no­wać nad dzi­ki­mi Ir­land­czy­ka­mi, miesz­kań­ca­mi kra­ju, któ­ry An­gli­cy uzna­li za swój. Mary na­uczy­ła się ro­zu­mieć ich wiel­ko­pań­ski ak­cent, przy­zwy­cza­iła się do dziw­nych, sfor­ma­li­zo­wa­nych tra­dy­cji i nie­złom­ne­go prze­ko­na­nia o wła­snej wyż­szo­ści.

Nie­trud­no było uczest­ni­czyć w pro­wa­dze­niu ich domu. Se­ba­stian Li­sle, jej pan, miał lat osiem­na­ście i miesz­kał z mat­ką, Eve­lyn, któ­ra stra­ci­ła męża na woj­nie bur­skiej, a te­raz w za­rzą­dza­niu go­spo­dar­stwem zda­ła się na syna. Mary do­wie­dzia­ła się, że Eve­lyn Li­sle ma jesz­cze star­sze­go syna, Law­ren­ce’a. Ten, jak oj­ciec, pra­co­wał w dy­plo­ma­cji i był obec­nie za gra­ni­cą. Li­sle’owie mie­li po­nad­to re­zy­den­cję w Lon­dy­nie – im­po­nu­ją­cy bia­ły pa­łac, któ­ry Mary wi­dzia­ła kie­dyś na ob­ra­zie i któ­ry we­dług niej przy­po­mi­nał tort we­sel­ny.

Mary ma­rzy­ła o tym, że pew­ne­go dnia wy­je­dzie z Ir­lan­dii i zo­ba­czy świat. Tym­cza­sem jed­nak oszczę­dza­ła skrom­ne szy­lin­gi, któ­re jej pła­co­no, i cho­wa­ła je pod ma­te­rac.

A dwa lata póź­niej po­zna­ła Se­ana Ry­ana.

Och­mi­strzy­ni za­cho­ro­wa­ła na płu­ca i nie chcia­ła pod­czas ule­wy iść na far­mę w do­li­nie po jaj­ka i mle­ko, więc wy­sła­ła Mary.

Mary ze­szła z kli­fu i cała prze­mo­czo­na do­tar­ła na po­dwór­ko far­my Dun­wor­ley. Za­pu­ka­ła do drzwi i ocie­ka­jąc wodą, sta­nę­ła przed nimi i cze­ka­ła.

– Mogę ci w czymś po­móc, pa­nien­ko? – usły­sza­ła za sobą ni­ski głos. Od­wró­ci­ła się, spoj­rza­ła wy­żej i jesz­cze wy­żej, pro­sto w ła­god­ne zie­lo­ne oczy ja­kie­goś mło­dzień­ca. Był nie­zwy­kle wy­so­ki i bar­czy­sty. Po­my­śla­ła, że jest zbu­do­wa­ny w sam raz do upra­wia­nia zie­mi. Po­czu­ła, że taki męż­czy­zna na pew­no ochro­nił­by czło­wie­ka przed każ­dym kło­po­tem. W ob­ję­ciach jego sil­nych umię­śnio­nych ra­mion, żeby nie wiem co, moż­na się czuć bez­piecz­nie jak u Pana Boga za pie­cem.

Po tym spo­tka­niu Mary rzad­ko kie­dy spę­dza­ła po­po­łu­dnia na bez­ce­lo­wych wę­drów­kach po oko­licz­nych kli­fach. Sean przy­jeż­dżał po nią dwu­kół­ką i je­cha­li do wio­ski Ros­scar­ber­ry albo na her­ba­tę do Clo­na­kil­ty. A w po­god­ne dni po pro­stu cho­dzi­li ra­zem po po­bli­skiej pla­ży. Bez koń­ca roz­ma­wia­li o wszyst­kim i o ni­czym i na­wza­jem się od sie­bie uczy­li. Mary mia­ła wy­kształ­ce­nie z klasz­to­ru, a Sean wie­le wie­dział o zie­mi. Wy­mie­nia­li się opi­nia­mi o Ir­lan­dii i jej kon­flik­tach i oma­wia­li swo­je na­dzie­je i ma­rze­nia – mię­dzy in­ny­mi roz­ma­wia­li o tym, że wy­ja­dą z kra­ju i spró­bu­ją szczę­ścia w Ame­ry­ce. A cza­sa­mi naj­zwy­czaj­niej mil­cze­li.

Tego dnia, kie­dy Sean za­brał Mary do domu, żeby po­zna­ła jego ro­dzi­nę, nogi ugi­na­ły się pod nią, gdy pro­wa­dził ją do kuch­ni. Ale Brid­get, jego mama, i Mi­cha­el, jego oj­ciec, przy­ję­li ją cie­pło i ser­decz­nie. Z za­par­tym tchem słu­cha­li opo­wie­ści o ży­ciu w Wiel­kim Domu, a kie­dy oka­za­ło się, że po­tra­fi z pa­mię­ci re­cy­to­wać całe ustę­py z Bi­blii i na do­kład­kę zna ka­te­chizm po ła­ci­nie, na ich ogo­rza­łych twa­rzach po­ja­wił się po­dziw.

– Uda­ło ci się zna­leźć do­brą dziew­czy­nę – oznaj­mi­ła Brid­get. – Mam na­dzie­ję, że wkrót­ce zro­bisz z niej po­rząd­ną ko­bie­tę. Czas, abyś się oże­nił, synu.

Więc po pół­to­ra roku za­lo­tów Sean oświad­czył się i usta­li­li datę ślu­bu na rok póź­niej.

– Jest tak… – po­wie­dział kil­ka dni po oświad­czy­nach oj­ciec Se­ana, kie­dy wy­pił o szkla­necz­kę po­te­en, czy­li ir­landz­kie­go sa­mo­go­nu, za dużo. – Roz­ma­wia­li­śmy z mamą o przy­szło­ści. Nasz dom jest sta­ry, wil­got­ny i mały. Mu­si­my po­my­śleć o tym, żeby zbu­do­wać cał­kiem nowy dom. Mnie się zda­je, że świet­nie nada się na to plac za sto­do­łą. My z mamą je­ste­śmy za sta­rzy na prze­pro­wadz­kę, ale dla cie­bie, Mary i ma­lu­chów, któ­re przyj­dą na świat, a po­tem dla dzie­ci ich dzie­ci po­win­ni­śmy coś za­pla­no­wać. – Mi­cha­el po­ło­żył przed Se­anem od­ręcz­ny ry­su­nek. – Co my­ślisz o czymś ta­kim?

Sean prze­stu­dio­wał szkic – po­rząd­na, duża kuch­nia, sa­lon, ja­dal­nia, a z tyłu miej­sce na to­a­le­tę; taką w domu, bez wy­cho­dze­nia na dwór. Na gó­rze czte­ry sy­pial­nie i strych, na któ­rym moż­na by miesz­kać w mia­rę po­więk­sza­nia się ro­dzi­ny.

– Ale tato, skąd weź­mie­my pie­nią­dze, żeby to wszyst­ko zbu­do­wać? – spy­tał Sean.

– Nie martw się o to, synu. Mam tro­chę oszczęd­no­ści. I na pew­no nic nie za­pła­ci­my za ro­bo­ci­znę. – Mi­cha­el ude­rzył pię­ścią w stół. – Zbu­du­je­my go wła­sny­mi rę­ka­mi!

– Ale i tak – Sean wes­tchnął – tyle pie­nię­dzy i pra­cy, a dom nie bę­dzie na­le­żał do nas. Je­ste­śmy tyl­ko dzier­żaw­ca­mi, bo wszyst­ko na tej zie­mi na­le­ży do Li­sle’ów.

Mi­cha­el jesz­cze raz po­cią­gnął zdro­wy łyk po­te­en i przy­tak­nął.

– Wiem, synu. Tak jest na ra­zie. Ale my­ślę, że w cią­gu paru lat wie­le się w Ir­lan­dii zmie­ni. Na­cjo­na­li­ści z każ­dym dniem ro­sną w siłę i rząd bry­tyj­ski za­czy­na ich słu­chać. Są­dzę, że pew­ne­go dnia Ry­ano­wie będą tu sta­li na swo­jej wła­snej zie­mi. Mu­si­my my­śleć o przy­szło­ści, nie o tym, co było. Co ty na to, synu?

Kie­dy Sean opo­wie­dział Mary o pla­nach ojca, z ra­do­ści aż kla­snę­ła w dło­nie.

– Och, Sean, to­a­le­ta w domu! Nowy dom dla nas i dla na­szych dzie­ci. Szyb­ko da się go zbu­do­wać?

– Tak, ko­cha­nie. – Sean ski­nął gło­wą. – Chło­pa­ki z oko­li­cy mi po­mo­gą.

– A na­sze pla­ny? – Uśmiech znik­nął z twa­rzy Mary. – Na­sze ma­rze­nia, żeby po­znać świat, wsiąść na sta­tek do Ame­ry­ki?

– Wiem, wiem – po­wie­dział i po­ło­żył dłoń na jej dło­ni. – Pa­mię­taj­my o tym. Ale na­wet gdy­by­śmy wy­je­cha­li, Ry­anom po­trzeb­ny jest nowy, so­lid­ny dach nad gło­wą. Oboj­gu by­ło­by nam chy­ba lżej wy­jeż­dżać, gdy­by­śmy wie­dzie­li, że im go zo­sta­wia­my?

– My­śla­łam, że zde­cy­do­wa­li­śmy się już na wy­jazd?

– Tak, ko­cha­nie. Ale wszyst­ko w swo­im cza­sie.

Tak więc – po uzy­ska­niu po­zwo­le­nia na bu­do­wę no­we­go domu na far­mie od Se­ba­stia­na Li­sle’a, któ­ry, jak stwier­dził Mi­cha­el, nie ro­bił im prze­cież ła­ski, bo dzię­ki temu zie­mia na­bie­ra­ła więk­szej war­to­ści – w cią­gu ubie­głe­go roku po­sta­wi­li fun­da­men­ty i za­czę­li wzno­sić mury. Mary czę­sto prze­cho­dzi­ła obok domu i przy­glą­da­ła mu się z po­dzi­wem.

– Mój dom – szep­ta­ła do sie­bie z nie­do­wie­rza­niem.

Sean po­świę­cał pra­cy przy domu każ­dą wol­ną go­dzi­nę.

W mia­rę jak dom rósł, a po­ko­je, któ­re kie­dyś będą jej, na­bie­ra­ły kształ­tu, co­raz mniej mó­wi­li o Ame­ry­ce, za to co­raz wię­cej o me­blach, któ­re Sean zro­bi w swo­im warsz­ta­cie… I o tym, kogo za­pro­szą na obej­rze­nie swe­go wspa­nia­łe­go no­we­go domu, kie­dy już będą po ślu­bie.

Mary nie mia­ła wła­snej ro­dzi­ny, więc ad­op­to­wa­ła ro­dzi­nę Se­ana. Jego młod­szej sio­strze, Co­le­en, po­ma­ga­ła uczyć się pi­sać, a mat­ce piec chleb na so­dzie. Od ojca na­uczy­ła się, jak doić kro­wy. Oni od­wza­jem­nia­li jej hoj­ność i po­dzi­wia­li zdol­no­ści.

Choć nie byli ro­dzi­ną bo­ga­tą, czter­dzie­ści hek­ta­rów upra­wia­nej zie­mi da­wa­ło im sta­ły do­chód. Wie­le po­trzeb za­spo­ka­ja­li we wła­snym za­kre­sie – mie­li wła­sne mle­ko, jaja, mię­so z owiec i na do­kład­kę jesz­cze weł­nę na odzież. Mi­cha­el i Sean pra­co­wa­li od świ­tu do zmierz­chu, aby wy­ci­snąć z far­my, co się tyl­ko dało.

Z wy­ra­zu twa­rzy człon­ków oko­licz­nych ro­dzin Mary wi­dzia­ła, że zna­la­zła do­brą par­tię.

A te­raz, po­my­śla­ła Mary, z grub­sza wy­cie­ra­jąc oczy o szal, wszyst­ko zo­sta­nie jej ode­bra­ne. Do­brze, że Sean jest prze­ko­na­ny, że wró­ci do niej cały i zdro­wy, ale co, je­śli tak nie bę­dzie?

Wes­tchnę­ła. Po­win­na była wie­dzieć, że to wszyst­ko było za do­bre, aby mo­gło być praw­dzi­we. Już dała wy­mó­wie­nie w Wiel­kim Domu i w przy­szłym mie­sią­cu mia­ła odejść, żeby szy­ko­wać się do ślu­bu. Za­sta­na­wia­ła się, czy w no­wej sy­tu­acji mą­drze bę­dzie trzy­mać się tego pla­nu. Je­śli prze­nie­sie się pod dach Ry­anów, żeby cze­kać, aż Sean wró­ci z woj­ny, po­zba­wi się i nie­za­leż­no­ści, i wła­snych pie­nię­dzy. A je­śli Sean nie wró­ci, może skoń­czyć jako sta­ra pan­na pod da­chem na­rze­czo­ne­go, któ­ry po­legł w wal­ce.

Wsta­ła i od­wró­ci­ła się w stro­nę dwo­ru Dun­wor­ley. Cho­ciaż och­mi­strzy­ni, pani O’Flan­ne­ry, jej nie lu­bi­ła, do­ce­nia­ła cięż­ką pra­cę Mary, więc kie­dy ta wrę­cza­ła wy­po­wie­dze­nie, zo­ba­czy­ła żal w jej oczach. Se­ba­stian Li­sle i jego mat­ka tak­że ża­ło­wa­li jej odej­ścia.

Kie­dy wspi­na­ła się po kli­fie w stro­nę domu, była prze­ko­na­na, że uda jej się za­trzy­mać swą po­sa­dę. Przy­najm­niej do cza­su po­wro­tu Se­ana. Za­zgrzy­ta­ła zę­ba­mi, wcho­dząc do kuch­ni. Cho­ciaż bę­dzie mu­sia­ła prze­łknąć dumę i po­pro­sić, by po­zwo­li­li jej zo­stać, a po­tem ścier­pieć błysk za­do­wo­le­nia w oczach och­mi­strzy­ni, że jej się nie uda­ło, po­sta­no­wi­ła wy­brać mniej­sze zło.

 

Przez więk­szość ży­cia do ko­goś na­le­ża­ła, lecz w koń­cu uda­ło jej się uciec.

Nie chcia­ła na po­wrót wra­cać do wię­zie­nia.