Dziewczyna na klifie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Na­stęp­ne­go ran­ka Ale­xan­der z wy­cze­ki­wa­niem na twa­rzy wszedł do kuch­ni, kie­dy tyl­ko Gra­nia i Au­ro­ra po­ja­wi­ły się we dwo­rze.

– Zga­dzam się. Zaj­mę się Au­ro­rą. Przy­najm­niej przez ten mie­siąc.

– To cu­dow­nie, Gra­niu, dzię­ku­ję. Na­wet nie wiesz, ile to dla mnie zna­czy mieć świa­do­mość, że Au­ro­ra bę­dzie tu bez­piecz­na z kimś, kogo lubi. – Ale­xan­der zer­k­nął na cór­kę. – Za­do­wo­lo­na je­steś, Au­ro­ro?

Żad­ne z do­ro­słych nie po­trze­bo­wa­ło słow­ne­go po­twier­dze­nia. Dziew­czyn­ka szczę­ście mia­ła wy­pi­sa­ne na buzi.

– Och tak! – Po­de­szła, by uści­snąć ojca, a po­tem zro­bi­ła krok do Gra­ni i ją też uści­snę­ła. – Dzię­ku­ję, Gra­niu. Obie­cu­ję, że nie będę ci spra­wia­ła kło­po­tów.

– Je­stem pew­na, że nie. – Gra­nia uśmiech­nę­ła się.

– A może mia­ły­by­ście czas zaj­rzeć do któ­rejś ze sta­rych szkol­nych ksią­żek le­żą­cych na gó­rze, co? – Ale­xan­der pod­niósł brew i spoj­rzał w stro­nę Gra­ni. – Przy­je­cha­ła tu z taką licz­bą za­dań od ostat­niej gu­wer­nant­ki z Lon­dy­nu, że wy­star­czy­ło­by na mie­siąc, ale chy­ba ani razu nie otwo­rzy­ła książ­ki.

– Ale, tato. Uczy­łam się pla­sty­ki.

– Nie martw się. Do­pil­nu­ję, żeby Au­ro­ra tro­chę po­pra­co­wa­ła – szyb­ko wtrą­ci­ła Gra­nia.

– A py­ta­łaś tatę, czy mo­że­my je­chać au­to­bu­sem do Cor­ku?! – ocho­czo za­wo­ła­ła Au­ro­ra, od­wra­ca­jąc się do ojca. – Gra­nia musi ku­pić ma­te­ria­ły pla­stycz­ne i po­wie­dzia­ła, że mo­gła­bym z nią po­je­chać. Po­zwo­lisz mi, tato? Jesz­cze nig­dy nie je­cha­łam au­to­bu­sem.

– Nie wi­dzę w tym nic złe­go, je­śli Gra­nia zgo­dzi się, że­byś się z nią za­bra­ła.

– Oczy­wi­ście, że tak – od­par­ła Gra­nia.

– Może przy oka­zji kup wszyst­ko, co jest ci po­trzeb­ne do rzeź­by, o któ­rej wczo­raj roz­ma­wia­li­śmy – po­wie­dział Ale­xan­der.

– Do­brze. Je­śli je­steś pew­ny, że na­praw­dę chcesz, że­bym ją zro­bi­ła. Mo­gła­bym ci po­ka­zać moje pra­ce w in­ter­ne­cie.

– Praw­dę mó­wiąc, już cię tam rano wy­szu­ka­łem – rzekł. – Jak naj­bar­dziej chcę, że­byś za­czy­na­ła. Oczy­wi­ście mu­si­my po­roz­ma­wiać o za­pła­cie i za opie­kę, i za rzeź­bę. Po­my­śla­łem tak­że, że może znasz ko­goś we wsi, kto chciał­by przy­cho­dzić na kil­ka go­dzin dzien­nie, żeby za­jąć się do­mem? Nie uwa­żam tego za coś, co na­le­ża­ło­by do za­kre­su two­ich obo­wiąz­ków.

Gra­nia po­my­śla­ła o an­ty­pa­tii mat­ki do Li­sle’ów i stwier­dzi­ła, że inni mogą mieć po­dob­ne na­sta­wie­nie.

– Mogę po­py­tać – po­wie­dzia­ła nie­pew­nie. – Ale… Ale­xan­der pod­niósł dłoń, żeby jej prze­rwać.

– Wiem, że na­sza ro­dzi­na nie cie­szy się tu do­brą sła­wą. Jako oso­ba do­syć w niej nowa nig­dy nie do­tar­łem do przy­czy­ny tej sy­tu­acji, ale za­pew­niam cię, że to sta­re dzie­je.

– Ir­land­czy­cy mają do­brą pa­mięć – stwier­dzi­ła Gra­nia. – Ale zo­ba­czę, co się da zro­bić.

Au­ro­ra po­cią­gnę­ła ją za rę­kaw.

– Je­śli za­raz nie wyj­dzie­my, spóź­ni­my się na au­to­bus.

– Od­cho­dzi w po­łu­dnie. Zo­sta­ło nam dzie­sięć mi­nut.

– Toja wam już nie prze­szka­dzam, dziew­czę­ta. – Ale­xan­der ski­nął gło­wą. – Jesz­cze raz dzię­ku­ję, Gra­niu. Przed wy­jaz­dem spo­tka­my się, żeby wszyst­ko do­kład­nie omó­wić.

• • •

Gra­nia wró­ci­ła z wy­ciecz­ki au­to­bu­so­wej do mia­sta w to­wa­rzy­stwie roz­ra­do­wa­nej Au­ro­ry ob­ła­do­wa­na za­pa­sa­mi ma­te­ria­łów ar­ty­stycz­nych. Do domu we­szła aku­rat, kie­dy mat­ka po­da­wa­ła ko­la­cję.

– A gdzie­żeś to cały dzień by­wa­ła, pa­nien­ko, je­śli wol­no za­py­tać?

– W Cor­ku. – Gra­nia po­sta­wi­ła za­ku­py w ko­ry­ta­rzu i zdję­ła płaszcz. – Mu­sia­łam ku­pić ma­te­ria­ły.

– Sły­sza­łam, że mia­łaś ze sobą przy­ja­ciół­kę – po­wie­dzia­ła Ka­th­le­en, roz­kła­da­jąc do mi­se­czek du­szo­ną wo­ło­wi­nę.

– Tak, za­bra­łam Au­ro­rę. Nig­dy przed­tem nie je­cha­ła au­to­bu­sem i bar­dzo tym była pod­nie­co­na. Mogę ci po­móc, mamo?

Ka­th­le­en zi­gno­ro­wa­ła jej pro­po­zy­cję i po­sta­wi­ła mi­secz­ki na sto­le.

Gra­nia usia­dła i do­łą­czy­li do niej oj­ciec i brat, ale czu­ła się, jak­by to nie Au­ro­ra, a ona mia­ła osiem lat i przy­ła­pa­no ją na wa­ga­rach.

Po ko­la­cji, kie­dy Sha­ne wy­szedł do pubu, a oj­ciec za­in­sta­lo­wał się w fo­te­lu w są­sied­nim po­ko­ju, Gra­nia po­ma­ga­ła mat­ce sprzą­tać ta­le­rze.

– Na­sta­wię wodę i na­pi­je­my się ra­zem her­ba­ty – za­ry­zy­ko­wa­ła. – Mam ci coś do po­wie­dze­nia.

– Wra­casz do No­we­go Jor­ku, do tego do­bre­go chło­pa? – Na chwi­lę twarz Ka­th­le­en się roz­ja­śni­ła, ale Gra­nia po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie, mamo. Przy­kro mi, ale to chy­ba nig­dy nie na­stą­pi – po­wie­dzia­ła ze smut­kiem i po­sta­wi­ła czaj­nik na ku­chen­ce, żeby za­go­to­wać wodę.

– Wiesz, Gra­niu, nie poj­mu­ję, co się sta­ło. Wiem, ja­kie to okrop­ne, że stra­ci­łaś dziec­ko, ale…

– Dziec­ko to nie wszyst­ko, mamo. Pro­szę cię, nie chcę o tym mó­wić.

– Prze­cież wi­dać ja­sno jak słoń­ce, że co­kol­wiek Matt zro­bił, chce to na­pra­wić. Daj mu tyl­ko szan­sę, ko­cha­nie – na­ma­wia­ła ją Ka­th­le­en.

Gra­nia zro­bi­ła dwie fi­li­żan­ki her­ba­ty i przy­nio­sła je do sto­łu.

– Przy­się­gam, mamo. Gdy­by nasz zwią­zek dało się na­pra­wić, chcia­ła­bym, żeby tak się sta­ło. Ale jest za póź­no. A ty za­wsze mó­wi­łaś, że nie ma co pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem. Mu­szę na nowo uło­żyć so­bie ży­cie.

– Więc ja­kie to masz pla­ny?

– Wiem, że ci się to nie spodo­ba – Gra­nia wzię­ła łyk go­rą­cej her­ba­ty – ale oj­ciec Au­ro­ry musi na mie­siąc wy­je­chać i zgo­dzi­łam się w tym cza­sie opie­ko­wać małą w dwo­rze Dun­wor­ley.

– Świę­ta Ma­rio, Mat­ko Boża! – Ka­th­le­en pod­nio­sła ręce do po­licz­ków. – Robi się co­raz go­rzej.

– Pro­szę, mamo. Ale­xan­der dziś po­wie­dział mi, że co­kol­wiek się zda­rzy­ło, są to sta­re dzie­je. I nie ma naj­mniej­sze­go związ­ku z tą bied­ną dziew­czyn­ką. Ani ze mną – pod­kre­śli­ła tak spo­koj­nie, jak tyl­ko po­tra­fi­ła. – Ale­xan­der chce, że­bym pod­czas swo­je­go po­by­tu wy­rzeź­bi­ła Au­ro­rę. Za­pła­ci mi, a póki nie upo­rząd­ku­ję spraw z Mat­tem, będą mi po­trzeb­ne pie­nią­dze. Na­praw­dę. Zwłasz­cza że wca­le nie wiem, czy wró­cę do No­we­go Jor­ku.

Ka­th­le­en za­kry­ła twarz dłoń­mi i opar­ła na nich gło­wę.

– Je­ezu! Cał­kiem jak­by po­wta­rza­ła się ta sama hi­sto­ria. Ale masz ra­cję – pod­nio­sła wzrok na cór­kę – to nie ma nic wspól­ne­go z tobą.

– Wiesz, mamo, może gdy­bym wie­dzia­ła, co się w tej prze­szło­ści wy­da­rzy­ło, zro­zu­mia­ła­bym, o co cho­dzi. A sko­ro jest, jak jest, przyj­mę pro­po­zy­cję Ale­xan­dra. Dla­cze­go mia­ła­bym tego nie ro­bić?

– Dla­cze­go? – szep­nę­ła Ka­th­le­en. Z ca­łej siły sta­ra­ła się opa­no­wać. – Mnie się zda­je, że cała bie­da w tym, że obie dzia­ła­my po omac­ku. Ja nie mam po­ję­cia, co się sta­ło mię­dzy tobą a Mat­tem, a ty nie poj­mu­jesz, dla­cze­go się de­ner­wu­ję, kie­dy za­da­jesz się z Li­sle’ami. Mó­wisz, że ja­śnie pana nie bę­dzie, kie­dy bę­dziesz miesz­ka­ła we dwo­rze Dun­wor­ley?

– Nie. Musi wy­je­chać.

– A co są­dzisz o ojcu Au­ro­ry?

– Spra­wia wra­że­nie mi­łe­go czło­wie­ka. – Gra­nia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nie­zbyt do­brze go znam.

– My­ślę, że był… jest… do­brym czło­wie­kiem. Ale każ­dy, kto ma nie­szczę­ście za­dać się z tą ro­dzi­ną, jest przez nią jak­by ska­żo­ny. To i cie­bie do­ty­czy, Gra­niu. – Ka­th­le­en po­gro­zi­ła cór­ce pal­cem.

– Mamo, za nic w świe­cie nie chcę cię de­ner­wo­wać, ale póki się nie do­wiem…

– Masz ra­cję – prze­rwa­ła jej Ka­th­le­en. Uśmiech­nę­ła się sła­bo i ze smut­kiem po­kle­pa­ła cór­kę po dło­ni. – A ja my­śla­łam, że cho­ciaż ty od tego ucie­kłaś.

– To tyl­ko na mie­siąc, mamo – pod­kre­śli­ła Gra­nia. – Przy­najm­niej nie będę ci się plą­tać pod no­ga­mi.

– Na­praw­dę my­ślisz, że chcę się cie­bie po­zbyć? Po tym, jak nie wi­dzia­łam cię przez dzie­sięć lat? Lu­bię, kie­dy tu je­steś, i za­wsze tak bę­dzie.

– Dzię­ku­ję, mamo. Za­sta­na­wia­łam się, czy mo­gła­bym tu przy­pro­wa­dzić Au­ro­rę, że­byś ją po­zna­ła? – za­ry­zy­ko­wa­ła Gra­nia. – Je­stem pew­na, że od razu byś mnie zro­zu­mia­ła. Jest taką miłą dziew­czyn­ką…

– Nie prze­sa­dzaj, Gra­niu. Je­stem pew­na, że miłą, ale w tym domu nie ma żar­tów z emo­cja­mi. Naj­le­piej tak to zo­staw, przy­najm­niej na ra­zie.

– Ro­zu­miem. – Gra­nia ziew­nę­ła. – Prze­pra­szam, ale mało wczo­raj spa­łam. Idę się po­ło­żyć. – Wsta­ła i wy­płu­ka­ła swój ku­bek w zle­wie. Po­de­szła do mat­ki i po­ca­ło­wa­ła ją w czu­bek gło­wy. – Do­bra­noc, mamo. Śpij do­brze.

– Ty też, ko­cha­nie.

Kie­dy Ka­th­le­en usły­sza­ła, że na gó­rze za­mknę­ły się za Gra­nią drzwi, wsta­ła i we­szła do sa­lo­nu, żeby po­roz­ma­wiać z mę­żem.

– Mar­twię się o na­szą cór­kę. – Usia­dła w fo­te­lu na­prze­ciw­ko Joh­na. – Zgo­dzi­ła się prze­pro­wa­dzić na mie­siąc do dwo­ru Dun­wor­ley i za­jąć się dziec­kiem Li­sle’ów.

– Tak? – John od­wró­cił uwa­gę od te­le­wi­zo­ra, aby przyj­rzeć się zmar­twio­nej twa­rzy żony.

– Co mo­że­my zro­bić? – spy­ta­ła go Ka­th­le­en.

– Moim zda­niem nic. Jest do­ro­sła.

– John, nie wi­dzisz, co się dzie­je? Wiesz, jak Gra­nia za­wsze się za­my­ka, kie­dy ma kło­po­ty z emo­cja­mi. I aku­rat to robi. Wi­dać, jak bar­dzo w środ­ku cier­pi, ale się nie otwo­rzy.

 

– Już taka jest, Ka­th­le­en. Zu­peł­nie jak jej tata – spo­koj­nie stwier­dził John. – Każ­dy ra­dzi so­bie ze swo­imi kło­po­ta­mi in­a­czej, a ża­den spo­sób nie jest ani do­bry, ani zły.

– A czy to we­dle cie­bie nie dziw­ne, że ani jed­nej łzy nie uro­ni­ła po stra­cie dziec­ka?

– Już po­wie­dzia­łem, każ­dy ra­dzi so­bie in­a­czej. Zo­staw ją w spo­ko­ju.

– John. – Ka­th­le­en po­czu­ła, że tra­ci cier­pli­wość, bo mąż pod­cho­dzi ze swo­im zwy­kłym spo­ko­jem do cze­goś, co ona uwa­ża za nad­cią­ga­ją­cą ka­ta­stro­fę. – Na­sza cór­ka prze­le­wa na tę małą całe swo­je ma­cie­rzyń­skie uczu­cie. Au­ro­ra ma jej za­stą­pić dziec­ko, któ­re utra­ci­ła. Na do­kład­kę być może wi­dzi jej ojca jako na­stęp­cę Mat­ta. Kie­dy sku­pia na nich całą uwa­gę, nie musi my­śleć o wła­snym ży­ciu i o tym, żeby je upo­rząd­ko­wać.

– Oj, Ka­th­le­en – od­parł John, któ­ry wresz­cie za­re­ago­wał na roz­pacz żony. – Ro­zu­miem, że ta sy­tu­acja bar­dzo cię de­ner­wu­je i chcesz chro­nić na­szą cór­kę, ale nie wiem, co mo­gli­by­śmy zro­bić. A ty?

– Nie – od­rze­kła po dłu­giej chwi­li mil­cze­nia. Wie­dzia­ła, że żąda od­po­wie­dzi, któ­rej John nie może jej udzie­lić, ale i tak się na nie­go de­ner­wo­wa­ła. Wsta­ła. – Idę spać.

– Ja też za­raz przyj­dę – rzu­cił John w stro­nę ple­ców żony. Wes­tchnął. Kie­dy Ka­th­le­en de­ner­wo­wa­ła się o któ­reś ze swo­ich uko­cha­nych dzie­ci, nie­wie­le był w sta­nie zro­bić lub po­wie­dzieć, żeby ją uspo­ko­ić.

Trzy dni póź­niej brat pod­wiózł Gra­nię na wzgó­rze do dwo­ru Dun­wor­ley.

– Dzię­ki, Sha­ne – po­wie­dzia­ła, wy­cho­dząc z sa­mo­cho­du.

– Ża­den kło­pot. – Uśmiech­nął się. – Daj mi znać, gdy­byś po­trze­bo­wa­ła, żeby cię gdzieś pod­wieźć z tą małą. Dbaj o sie­bie.

Gra­nia wzię­ła tor­bę z ba­gaż­ni­ka i we­szła tyl­nym wej­ściem do kuch­ni. Na­gle w jej ra­mio­na ka­ta­pul­to­wał się kłę­bu­szek ener­gii.

– Je­steś! Cały ra­nek na cie­bie cze­ka­łam.

– Oczy­wi­ście, że je­stem. – Gra­nia uśmiech­nę­ła się. – Chy­ba nie my­śla­łaś, że nie przyj­dę, co?

Au­ro­ra ścią­gnę­ła usta.

– Cza­sa­mi do­ro­śli mó­wią, że coś zro­bią, a po­tem nic z tego nie wy­ni­ka.

– Ja nie je­stem jed­ną z tych do­ro­słych – po­cie­szy­ła ją Gra­nia.

– To do­brze. Tata po­wie­dział, że jak przy­je­dziesz, mam cię za­pro­wa­dzić do two­je­go po­ko­ju. Bę­dziesz miesz­kać koło mnie, żeby nie było ci smut­no. Chodź. – Wzię­ła Gra­nię za rękę, wy­cią­gnę­ła ją z kuch­ni, po­pro­wa­dzi­ła przez hol, a po­tem na górę po scho­dach. Na pół­pię­trze we­szły do ład­nej sy­pial­ni, gdzie sta­ło łóż­ko z ku­te­go że­la­za z bia­łą na­rzu­tą. Ścia­ny były ró­żo­we, a na oknach wi­sia­ły ko­ta­ry w kwiat­ki. Za nimi roz­ta­czał się osza­ła­mia­ją­cy wi­dok na przy­lą­dek.

– Ró­żo­wy to mój ulu­bio­ny ko­lor – po­wie­dzia­ła Au­ro­ra, ska­cząc na wiel­kim łóż­ku. – Twój też?

– Ja uwiel­biam ró­żo­wy i nie­bie­ski, i li­lio­wy, i… – Gra­nia rów­nież we­szła na łóż­ko i za­czę­ła ła­sko­tać małą – żół­ty, i czer­wo­ny, i po­ma­rań­czo­wy, i zie­lo­ny…

Au­ro­ra chi­cho­ta­ła z za­do­wo­le­nia. W ta­kiej sy­tu­acji za­stał je Ale­xan­der, kie­dy za­pu­kał do drzwi i wszedł do po­ko­ju.

– Do­bre so­bie! Co za ra­ban!

– Prze­pra­szam, tato. – Au­ro­ra na­tych­miast usia­dła pro­sto. – Mam na­dzie­ję, że ci nie prze­szka­dza­ły­śmy.

– Nie, ko­cha­nie. – Uśmiech­nął się, co we­dług Gra­ni bar­dziej wy­glą­da­ło na gry­mas. Był bla­dy jak śmierć. – Je­śli Au­ro­ra uwol­ni cię na pół go­dzi­ny ze swo­ich uści­sków, Gra­niu, po­roz­ma­wia­my o kil­ku rze­czach, za­nim wy­ja­dę – za­pro­po­no­wał Ale­xan­der.

– Tak. – Gra­nia wy­gra­mo­li­ła się z łóż­ka i od­wró­ci­ła do Au­ro­ry. – Po­szu­kaj ksią­żek do szko­ły, o któ­rych mó­wił tata.

Dziew­czyn­ka po­słusz­nie ski­nę­ła gło­wą i po­szła do swo­jej sy­pial­ni obok, a Gra­nia i Ale­xan­der ze­szli na dół. Za­pro­wa­dził ją do ma­łej bi­blio­te­ki, w któ­rej było biur­ko i kom­pu­ter.

– Pro­szę, usiądź, Gra­niu.

Kie­dy usia­dła, Ale­xan­der po­dał jej za­pi­sa­ną na ma­szy­nie kart­kę.

– Tu jest li­sta wszyst­kich mo­ich kon­tak­tów. Do­da­łem jesz­cze na­zwi­sko mo­je­go praw­ni­ka, Han­sa. Je­śli nie mo­gła­byś się ze mną skon­tak­to­wać, naj­le­piej po­roz­ma­wiać z nim. Wie, że mo­żesz za­dzwo­nić.

– Mogę wie­dzieć, do­kąd je­dziesz?

– Do Sta­nów, a po­tem może do Szwaj­ca­rii… – Ale­xan­der wzru­szył ra­mio­na­mi. – Prze­pra­szam, ale nie mogę ci dać do­kład­niej­szych in­for­ma­cji. Do­da­łem tak­że na­zwi­ska hy­drau­li­ka i elek­try­ka, w ra­zie gdy­by coś się dzia­ło z do­mem. Ogrze­wa­nie i woda usta­wio­ne są na ze­ga­rze koło boj­le­ra w po­ko­ju go­spo­dar­czym, któ­ry jest tuż przy kuch­ni. Raz w ty­go­dniu przy­cho­dzi ogrod­nik i przy­no­si drew­no do ko­min­ków.

– Do­brze – po­wie­dzia­ła Gra­nia. – A ja chy­ba zna­la­złam tym­cza­so­wą sprzą­tacz­kę. To cór­ka sprze­daw­czy­ni z wiej­skie­go skle­pu. Wy­glą­da na miłą dziew­czy­nę.

– Do­brze. Dzię­ku­ję, Gra­niu. Tu­taj jest czek dla cie­bie na kwo­tę, któ­ra moim zda­niem po­kry­wa two­je wy­na­gro­dze­nie za ten mie­siąc i za­pła­tę za rzeź­bę. Do­ło­ży­łem jesz­cze tro­chę na wy­dat­ki, ta­kie jak je­dze­nie, a tak­że na­głe po­trze­by. Z tej kwo­ty, pro­szę, opłać sprzą­tacz­kę. Wszyst­ko jest wy­szcze­gól­nio­ne na kart­ce. Gdy­byś z ja­kie­goś po­wo­du po­trze­bo­wa­ła wię­cej, skon­tak­tuj się z moim praw­ni­kiem.

Gra­nia zer­k­nę­ła na czek. Był wy­sta­wio­ny na dwa­na­ście ty­się­cy euro.

– Ależ to o wie­le za dużo. Ja…

– Wiem, że two­je rzeź­by sprze­da­ją się za mi­ni­mum dzie­sięć ty­się­cy do­la­rów.

– Tak, ale za­zwy­czaj za­nim klient za­pła­ci peł­ną kwo­tę, chce zo­ba­czyć ukoń­czo­ną pra­cę.

– Ja nie mu­szę tak ro­bić – po­wie­dział Ale­xan­der. – Do­syć o pie­nią­dzach. Gdy­by nie ty, nie mógł­bym wy­je­chać.

– To dla mnie na­praw­dę przy­jem­ność – któ­ryś już raz po­wtó­rzy­ła Gra­nia. – Bar­dzo lu­bię Au­ro­rę.

– Wiesz, że ona to od­wza­jem­nia. Nie wi­dzia­łem, żeby cór­ka w ten spo­sób za­re­ago­wa­ła na ko­go­kol­wiek od śmier­ci mat­ki.

Uwa­żam, że to – Ale­xan­der wes­tchnął – wzru­sza­ją­ce.

W jego oczach znów po­ja­wił się nie­od­łącz­ny smu­tek, tak że Gra­nia z tru­dem po­wstrzy­ma­ła się przed wy­cią­gnię­ciem ręki, aby go po­cie­szyć.

– Obie­cu­ję, że za­opie­ku­ję się nią dla cie­bie – po­wie­dzia­ła ci­cho.

– Na pew­no. Ale mu­szę cię ostrzec… trud­no mi to ująć… Au­ro­ra cza­sa­mi mówi o mat­ce tak, jak­by nadal była tu, w tym domu. – Ale­xan­der po­krę­cił gło­wą. – Obo­je wie­my, że to fan­ta­zja osie­ro­co­ne­go dziec­ka. Za­pew­niam cię, że nie ma tu du­chów, ale je­śli Au­ro­ra po­cie­sza się tą my­ślą, nie wi­dzę w tym nic złe­go.

– To praw­da – po chwi­li zgo­dzi­ła się Gra­nia.

– No, to chy­ba wszyst­ko. Wy­jeż­dżam mniej wię­cej za go­dzi­nę. Jadę tak­sów­ką na lot­ni­sko w Cor­ku. Mo­żesz oczy­wi­ście do­wol­nie ko­rzy­stać z mo­je­go sa­mo­cho­du. Klu­czy­ki wi­szą na wie­sza­ku w spi­żar­ni.

– Dzię­ku­ję. – Gra­nia wsta­ła. – Pój­dę zo­ba­czyć, co robi Au­ro­ra, i spró­bu­ję ją na­mó­wić, żeby wsa­dzi­ła nos w książ­ki.

– Będę dzwo­nił naj­czę­ściej, jak będę mógł – ski­nął gło­wą – ale pro­szę, nie martw się, je­śli przez ja­kiś czas się nie ode­zwę. I Au­ro­ra też niech się nie mar­twi. À pro­pos – wska­zał lewą gór­ną szu­fla­dę swe­go biur­ka – gdy­by przy­pad­kiem coś się ze mną sta­ło, wszyst­kie pa­pie­ry, któ­re mogą być po­trzeb­ne, po­win­ny być tu­taj. Mój praw­nik po­wie ci, gdzie jest klucz.

Gra­nia na­gle za­drża­ła na wi­dok twa­rzy Ale­xan­dra.

– Miej­my na­dzie­ję, że nie będę mu­sia­ła wy­ko­ny­wać tego te­le­fo­nu. Do zo­ba­cze­nia za mie­siąc. Bez­piecz­nej po­dró­ży.

– Dzię­ku­ję.

Od­wró­ci­ła się, żeby iść do drzwi.

– Gra­niu?

– Tak?

Ale­xan­der na­gle sze­ro­ko się do niej uśmiech­nął.

– Po po­wro­cie je­stem ci win­ny obiad. Ura­to­wa­łaś mi ży­cie. Do­słow­nie.

Gra­nia ski­nę­ła gło­wą i ci­chut­ko wy­śli­zgnę­ła się z po­ko­ju.

• • •

Gra­nia i Au­ro­ra sie­dzia­ły na krze­słach przy oknie w sy­pial­ni dziew­czyn­ki i przy­glą­da­ły się, jak tak­sów­ka Ale­xan­dra ser­pen­ty­na­mi zjeż­dża ze wzgó­rza. Gra­nia in­stynk­tow­nie ob­ję­ła Au­ro­rę, ale dziew­czyn­ka spra­wia­ła wra­że­nie spo­koj­nej. Pod­nio­sła wzrok na Gra­nię.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. Nie je­stem smut­na. Przy­zwy­cza­iłam się, że cią­gle musi gdzieś wy­jeż­dżać do pra­cy. A tym ra­zem jest le­piej, bo mam cie­bie. – Au­ro­ra uklęk­nę­ła i za­rzu­ci­ła ra­mio­na na szy­ję Gra­ni. – Gra­niu?

– Tak?

– My­ślisz, że mo­gły­by­śmy iść do sa­lo­nu, roz­pa­lić ogień i upiec na nim pian­ki, jak to ro­bią w książ­ce Enid Bly­ton, któ­rą wła­śnie prze­czy­ta­łam?

– My­ślę, że to zna­ko­mi­ty po­mysł. Pod wa­run­kiem że kie­dy będę ro­bić ko­la­cję, ty po­roz­wią­zu­jesz w kuch­ni za­da­nia z aryt­me­ty­ki. Umo­wa? – Wy­cią­gnę­ła rękę.

Au­ro­ra chwy­ci­ła ją i po­wie­dzia­ła:

– Umo­wa.

• • •

Wie­czo­rem, gdy tyl­ko za­pa­ko­wa­ła Au­ro­rę do łóż­ka – mała tak się do niej przy­mi­la­ła, że po­czy­ta­ła jej znacz­nie dłu­żej, niż się pier­wot­nie umó­wi­ły – Gra­nia wró­ci­ła na dół i we­szła do sa­lo­nu. Uklęk­nę­ła przy ogniu, do­ło­ży­ła drew­na, żeby go pod­sy­cić, i wsłu­cha­ła się w ci­szę, któ­ra ogar­nę­ła dom, roz­my­śla­jąc nad tym, co też naj­lep­sze­go zro­bi­ła. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że jej zgo­da na po­byt tu­taj była wy­ni­kiem spon­ta­nicz­nej re­ak­cji na szok wy­wo­ła­ny tam­tej nocy gło­sem Char­ley, i to w jej lof­cie. Ale czy za­my­ka­nie się tu na mie­siąc sam na sam z małą dziew­czyn­ką, któ­rą le­d­wie zna, jest roz­sąd­ne?

Chcia­ła, żeby Matt za­dzwo­nił do ro­dzi­ców i żeby mat­ka mu po­wie­dzia­ła, że już jej tam nie ma. Mia­ła wiel­ką po­trze­bę, żeby wie­dział, że nie znisz­czy jej przez to, co jej zro­bił, i że ona już ukła­da so­bie nowe ży­cie…

Z pew­nym wy­sił­kiem twarz Mat­ta w wy­obraź­ni za­stą­pi­ła twa­rzą Ale­xan­dra. Czy tyl­ko wy­my­śli­ła so­bie jego minę, kie­dy za­pro­po­no­wał jej obiad po po­wro­cie? Czy też jest w tej chwi­li tak prze­wraż­li­wio­na, że z ca­łej siły chwy­ta się kil­ku słów, któ­re zo­sta­ły być może wy­po­wie­dzia­ne z uprzej­mo­ści i bez żad­nych pod­tek­stów? Gra­nia wes­tchnę­ła i zro­zu­mia­ła, że nie­za­leż­nie od in­ten­cji Ale­xan­dra ma co naj­mniej mie­siąc, żeby się nad tym za­sta­na­wiać.

Wy­łą­czy­ła świa­tła na dole i ru­szy­ła po scho­dach do swo­jej sy­pial­ni. W ła­zien­ce przy­le­ga­ją­cej do jej po­ko­ju dłu­go mo­czy­ła się w głę­bo­kiej wan­nie, któ­rej nogi były w kształ­cie łap z pa­zu­ra­mi, a po­tem wło­ży­ła pi­ża­mę, wdra­pa­ła się do wiel­kie­go, wy­god­ne­go łóż­ka i umo­ści­ła się na po­dusz­kach. Po kil­ku ty­go­dniach spa­nia na wą­skim łóż­ku z roz­ko­szą się prze­cią­gnę­ła.

Ju­tro, po­my­śla­ła, wy­łą­cza­jąc świa­tło, za­cznę ro­bić Au­ro­rze szki­ce. Przyj­rzę się, jaki wy­raz naj­czę­ściej przyj­mu­ją jej oczy…

Uło­ży­ła się do snu i swo­je oczy po pro­stu za­mknę­ła.

• • •

Ka­th­le­en sie­dzia­ła przy ku­chen­nym sto­le z kub­kiem her­ba­ty. Z po­ko­ju obok usły­sza­ła, że wła­śnie skoń­czy­ły się wia­do­mo­ści o dzie­sią­tej. Po wy­słu­cha­niu pro­gno­zy po­go­dy John zwy­kle wy­łą­czał te­le­wi­zor i świa­tło i szedł do kuch­ni na­lać so­bie szklan­kę wody, któ­rą za­bie­rał na górę do sy­pial­ni.

Wsta­ła i po­szła w kie­run­ku tyl­nych drzwi. Otwo­rzy­ła je i po­pa­trzy­ła w lewo – w domu na wzgó­rzu świa­tła się nie świe­ci­ły. Gra­nia pew­nie po­szła już spać. Ka­th­le­en za­mknę­ła za sobą drzwi i lek­ko za­drża­ła, kie­dy je ry­glo­wa­ła i prze­krę­ca­ła klucz w zam­ku, my­śląc o tym, jak bar­dzo nie­po­koi ją obec­ne miej­sce po­by­tu cór­ki. Gdy we­szła do kuch­ni, John stał przy zle­wie i na­le­wał z kra­nu wodę do szklan­ki.

– Idę spać, ko­cha­nie. Ty też? – Spoj­rzał na żonę i uśmiech­nął się do niej ła­god­nie.

Ka­th­le­en po­tar­ła twarz dłoń­mi.

– Oj, John, nie mogę so­bie zna­leźć miej­sca.

John po­sta­wił szklan­kę z wodą na ocie­ka­czu, pod­szedł do żony i ją przy­tu­lił.

– Co się sta­ło? Nie­po­dob­ne do cie­bie tak się de­ner­wo­wać. Le­piej po­wiedz mi, o co cho­dzi.

– O Gra­nię… jest w tym okrop­nym domu, cał­kiem sama. Wiem, za­raz po­wiesz, że je­stem nie­mą­dra, ale – pod­nio­sła wzrok na męża – wiesz, co my­ślę o tej ro­dzi­nie i ile nam zro­bi­ła złe­go.

 

– Wiem. – John de­li­kat­nie za­tknął żo­nie za ucho si­wie­ją­cy ko­smyk wło­sów. – Ale to prze­szłość. Gra­nia i to dziec­ko są no­wym po­ko­le­niem.

– Po­wie­dzieć jej? – Ka­th­le­en ocza­mi bła­ga­ła go o od­po­wiedź.

John wes­tchnął.

– Nie je­stem pew­ny, czy to zły, czy do­bry po­mysł. Ale mil­cze­nie naj­wy­raź­niej nie daje ci spo­ko­ju. Je­śli dzię­ki temu le­piej się po­czu­jesz, po­win­naś z nią po­roz­ma­wiać. To i tak nie bę­dzie mia­ło wpły­wu na bieg wy­da­rzeń. Wiesz rów­nie do­brze jak ja, że na­stęp­ne po­ko­le­nie nie od­po­wia­da za grze­chy oj­ców.

Ka­th­le­en po­ło­ży­ła gło­wę na sze­ro­kiej pier­si męża.

– Wiem, John, wiem. Ale to, co oni zro­bi­li na­szej ro­dzi­nie…

– Po­krę­ci­ła gło­wą. – Pra­wie nas znisz­czy­li, John, wiesz, że tak było. – Gdy pod­nio­sła wzrok, mia­ła w oczach strach. – Ob­ser­wo­wa­łam twarz Gra­ni, kie­dy mó­wi­ła o ojcu Au­ro­ry. Dwa po­ko­le­nia zruj­no­wa­ne przez ich ro­dzi­nę, a te­raz na wła­sne oczy wi­dzę, jak to się po­wta­rza.

– Ej, ko­cha­na, na­sza Gra­nia jest sil­niej­sza – uspo­ko­ił ją John. – Wiesz do­sko­na­le, że na­szej cór­ki nie da się na­mó­wić na coś, cze­go nie chce.

– A co, je­śli go ze­chce?

– Wte­dy nic na to nie po­ra­dzisz. Gra­nia jest do­ro­słą ko­bie­tą, a nie dziec­kiem. Ale chy­ba prze­sa­dzasz. On tam na­wet z nimi nie miesz­ka. Gra­nia opie­ku­je się jego cór­ką na czas jego wy­jaz­du. Nic nie wska­zu­je na to, żeby…

Ka­th­le­en od­su­nę­ła się od Joh­na i z roz­pa­czy za­ła­ma­ła ręce.

– Nie masz ra­cji! Wi­dzia­łam to w jej oczach, czu­je coś do nie­go. A Matt? Może po­win­nam do nie­go za­dzwo­nić, po­wie­dzieć, żeby przy­je­chał… Ona nie wie, nie ro­zu­mie.

– Uspo­kój się, Ka­th­le­en – po­pro­sił John. – Nie mo­żesz wtrą­cać się do spraw na­szej cór­ki. Cze­goś nam nie mówi o Mat­cie i nie mo­że­my na­ci­skać, póki sama się nie otwo­rzy. Ale może ty le­piej się po­czu­jesz, je­śli opo­wiesz jej o prze­szło­ści. To nie za­szko­dzi, a Gra­nia ła­twiej zro­zu­mie, dla­cze­go tak prze­ży­wasz, że tam jest.

Ka­th­le­en spoj­rza­ła na nie­go.

– Tak uwa­żasz?

– Tak. I sama po­dej­mie de­cy­zję. A ja te­raz de­cy­du­ję, że naj­wyż­szy czas, że­by­śmy szli spać. I do­pó­ki je­stem jej oj­cem, przy­się­gam, że na­szej cór­ce nie sta­nie się żad­na krzyw­da.

Ka­th­le­en uspo­ko­iła się i sła­bo uśmiech­nę­ła do męża.

– Dzię­ku­ję, ko­cha­nie. Wiem, że tak bę­dzie.

• • •

Gra­nię obu­dzi­ło gło­śne ude­rze­nie. Usia­dła na łóż­ku i się­gnę­ła do włącz­ni­ka świa­tła. Po­my­śla­ła, że może ha­łas jej się przy­śnił. Spraw­dzi­ła go­dzi­nę na ze­ga­rze koło łóż­ka i zo­ba­czy­ła, że jest kil­ka mi­nut po trze­ciej. Te­raz pa­no­wa­ła cał­ko­wi­ta ci­sza, więc wy­łą­czy­ła świa­tła i sta­ra­ła się z po­wro­tem za­snąć.

De­li­kat­ne trzesz­cze­nie de­sek pod­ło­gi na ko­ry­ta­rzu spra­wi­ło, że znów usia­dła. Uważ­nie na­słu­chi­wa­ła i usły­sza­ła kro­ki, a po­tem od­głos otwie­ra­nych gdzieś drzwi. Wy­gra­mo­li­ła się z łóż­ka, ostroż­nie uchy­li­ła drzwi swo­je­go po­ko­ju i wy­tę­ży­ła wzrok. Na koń­cu ko­ry­ta­rza zo­ba­czy­ła de­li­kat­ną smu­gę świa­tła. Po­szła w tym kie­run­ku, sły­sząc, jak te­raz de­ski trzesz­czą pod jej sto­pa­mi. Do­tar­ła do ja­kichś drzwi, pchnę­ła je i zo­ba­czy­ła, że sy­pial­nia ską­pa­na jest w księ­ży­co­wym świe­tle, któ­re wpa­da przez oszklo­ne, otwar­te na oścież drzwi pro­wa­dzą­ce na bal­kon z ba­lu­stra­dą. W po­ko­ju było lo­do­wa­to. Z ser­cem wa­lą­cym w pier­siach jak młot wy­szła na bal­kon.

Uj­rza­ła Au­ro­rę, któ­ra w świe­tle księ­ży­ca wy­glą­da­ła jak duch. Ra­mio­na wy­cią­gnę­ła w stro­nę mo­rza, tak jak wte­dy, kie­dy Gra­nia wi­dzia­ła ją po raz pierw­szy.

– Au­ro­ro – szep­nę­ła prze­ra­żo­na tym, że ba­lu­stra­da, któ­ra po­win­na chro­nić małą przed upad­kiem z wy­so­ko­ści przy­najm­niej sze­ściu me­trów, się­ga jej za­le­d­wie ud. – Au­ro­ro – po­wtó­rzy­ła spo­koj­nie, ale znów nie wy­wo­ła­ło to żad­nej re­ak­cji. In­stynk­tow­nie wy­cią­gnę­ła rękę i chwy­ci­ła ją za ra­mię, jed­nak dziec­ko nadal nie re­ago­wa­ło. – Wejdź, ko­cha­nie. Pro­szę. Na śmierć się tu prze­zię­bisz. – Czu­ła, jak lo­do­wa­te jest cia­ło dziew­czyn­ki pod cien­ką noc­ną ko­szu­lą.

Na­gle Au­ro­ra wska­za­ła dło­nią mo­rze.

– Jest tam, o tam… Wi­dzisz ją?

Gra­nia wzro­kiem po­dą­ży­ła za pal­ca­mi Au­ro­ry na skraj kli­fu i aż jej za­par­ło dech. Do­kład­nie tam, gdzie po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła małą, sta­ła syl­wet­ka i cie­niem od­bi­ja­ła się na tle po­świa­ty księ­ży­ca… Gra­nia moc­no prze­łknę­ła śli­nę, za­mknę­ła oczy i znów je otwo­rzy­ła. Spoj­rza­ła tam jesz­cze raz i nic nie zo­ba­czy­ła. Ogar­nię­ta pa­ni­ką po­cią­gnę­ła Au­ro­rę za ra­mię.

– Au­ro­ro, wejdź. Na­tych­miast!

W od­po­wie­dzi dziew­czyn­ka od­wró­ci­ła się do niej. Twarz mia­ła bia­łą jak księ­ży­co­we świa­tło. Pod­nio­sła wzrok, uśmiech­nę­ła się bez sło­wa do Gra­ni i po­zwo­li­ła się za­pro­wa­dzić ko­ry­ta­rzem do swo­jej sy­pial­ni. Gra­nia opa­tu­li­ła ją i przy­kry­ła do­dat­ko­wym ko­cem, aby ją roz­grzać. Au­ro­ra nic nie po­wie­dzia­ła, tyl­ko prze­krę­ci­ła się na dru­gi bok i za­mknę­ła oczy. Gra­nia sie­dzia­ła przy niej, aż usły­sza­ła, że dziec­ko od­dy­cha mia­ro­wo i na pew­no śpi. Po­tem, sama drżąc z zim­na i stra­chu, wy­szła na pal­cach i wró­ci­ła do swo­jej sy­pial­ni.

Kie­dy się po­ło­ży­ła, w pa­mię­ci wy­raź­nie mia­ła syl­wet­kę po­sta­ci na kli­fie.

Ale prze­cież… z pew­no­ścią… ją so­bie wy­obra­zi­ła? Nig­dy nie mia­ła skłon­no­ści do stra­chu przed nie­zna­nym. Śmia­ła się z mat­ki, gdy ta opo­wia­da­ła o świe­cie du­chów, w któ­ry wie­rzy­ła, i uwa­ża­ła, że to wy­twór zbyt buj­nej wy­obraź­ni. Jed­nak tej nocy… dzi­siaj… tam na kli­fie…

Gra­nia wes­tchnę­ła. Za­cho­wu­je się ab­sur­dal­nie.

Za­mknę­ła oczy i usi­ło­wa­ła za­snąć.