Dom orchidei

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13

Rankiem Elsie z radością powitała majowe słońce przeświecające przez cienkie bawełniane zasłony. To była ponura zima z nadciągającymi od strony morza wilgotnymi mgłami, które unosiły się nad ziemią aż do zmroku, i przenikliwym chłodem. Powrót „na dół” do codziennych obowiązków sprawił, że ostatnio Elsie była przygnębiona. W Wharton Park nie odbywały się żadne przyjęcia, tak więc nie miała się kim opiekować. Jej zarobki znowu wynosiły jednego funta, przez co rodzina miała w tygodniu prawie pół kilograma masła mniej.

Dom był cichy, ponieważ jaśnie pan większość czasu spędzał w Londynie na spotkaniach poświęconych nadciągającej wojnie. Pani tymczasem dochodziła do siebie po licznych chorobach, zwłaszcza po wyjątkowo ciężkiej grypie, kiedy to cały dom drżał o jej życie. Jaśnie pani przypominała delikatny kwiat; kiedy nie czuła się dobrze, w całej posiadłości panowała nerwowa atmosfera.

Elsie niezdarnie wygramoliła się z łóżka, wzbudzając niezadowolenie leżącej obok młodszej siostry, i rozsunęła zasłony. Tym razem siostra Elsie jęknęła przeciągle, ostentacyjnie odwróciła się na drugi bok i nakryła głowę poduszką.

Elsie spojrzała na słońce i uświadomiła sobie, że jest dopiero po piątej. Do rozpoczęcia pracy została jeszcze godzina, chciała jednak przygotować na później najlepsze ubrania. Tego dnia kończyła pracę wcześniej i po południu Bill zabierał ją do Regal w Cromer. Planowali obejrzeć Goodbye Mr Chips z Robertem Donatem i umówili się o wpół do drugiej w czworakach, gdzie Bill przygotował dla niej jakąś niespodziankę.

Elsie zastanawiała się, czy chodzi o pierścionek. Właśnie ukończyła osiemnaście lat i spotykała się z Billem od przeszło roku. Najwyższy czas, pomyślała. Zwłaszcza że Bill zaciągnął się do ochotniczej służby obrony kraju i dwa wieczory w tygodniu spędzał w Dereham, gdzie używając mioteł i łopat, szkolił się do walki. A co jeśli zostanie powołany i wysłany za granicę? Elsie straciła dwóch wujów w bitwie nad Sommą i dobrze wiedziała, co to znaczy wojna.

Gdyby to od niej zależało, poślubiłaby go tak szybko, jak to możliwe. Ślub raz na zawsze zakończyłby ich kłótnie o to, czy Bill nie posuwa się za daleko, kiedy tuli ją i całuje. Elsie nie należała do „tych” dziewcząt i Bill wiedział, że z innymi rzeczami będą musieli zaczekać aż do ślubu.

Elsie zdążyła obejrzeć dom, który za kilka lat Bill odziedziczy po swoich rodzicach. Był nieco odsunięty od czworaków, miał własny ogródek i był dwukrotnie większy od chaty, w której mieszkała jej ośmioosobowa rodzina i w której zawsze panował tłok.

Wiedziała, że mama z chęcią wyda ją za mąż, pod warunkiem że Elsie wciąż będzie oddawała rodzinie część zarobionych pieniędzy. Nie martwiło jej to, bo Bill zarabiał dwukrotnie więcej od niej. Poza tym jaśnie pani miała do niego wyjątkową słabość; Bill potrafił sprawić, że wszystkie jej kwiaty rosły i kwitły. Za każdym razem, gdy odwiedzała szklarnię, by obejrzeć wyhodowaną przez niego nową odmianę, wsuwała mu do ręki szylinga albo dwa. Przez lata z szylingów tych uzbierała się niezła sumka, którą Bill ukrył pod podłogą swojej sypialni.

Kiedy się pobiorą, będą mogli urządzić przyjęcie w domu ludowym. Elsie chciała, żeby to było najlepsze wesele, jakie widziano w czworakach.

Kiedy dotarło do niej, że śniąc na jawie, marnuje cenny czas, wyjęła z szuflady kapelusz, spódnicę i bluzkę, i powiesiła je na krześle. Sama uszyła spódnicę z ciężkiego granatowego obrusa, który gospodyni, pani Combe, wyrzuciła na śmieci. Zgodnie z panującą modą spódnica ledwie zakrywała kolana, ciasno opinała talię i opadała fałdami na biodra. Zdaniem Elsie jej widok powinien zachęcić Billa do zrobienia tej „właściwej” rzeczy.

Chwilę później włożyła fartuszek, zbiegła po schodach i przywitała się z matką, która stojąc przy piecu, gotowała owsiankę.

– Chcesz trochę? – spytała.

Elsie pokręciła głową.

– Wrócę na lunch, ale pamiętaj, że później wychodzę. – Zanim matka zdążyła poprosić, by zajęła się młodszym rodzeństwem albo załatwiła coś w Cromer, Elsie była już przy drzwiach. – Pa, mamo! – Pomachała radośnie i zniknęła za drzwiami.

Idąc przez sad, zerknęła w stronę szklarni, żeby sprawdzić, czy Bill przyszedł już do pracy – lubiła patrzeć na niego, gdy jej nie widział – i zobaczyła, jak w skupieniu pochyla się nad swymi kwiatami. Zerkając na niego, uśmiechnęła się. Wciąż nie mogła uwierzyć, że spotkała na swej drodze kogoś tak przystojnego i mądrego.

Rodzice powtarzali jej, że ma zbyt wygórowane oczekiwania. Nie o to jednak chodziło. Zarówno ona, jak i Bill byli młodzi, zdrowi i ciężko pracowali. Nic dziwnego, że Elsie chciała wykorzystać wszystkie nadarzające się okazje. Cieszyła się, że sprzyja im szczęście. Mieli dach nad głową i dobrą pracę, podczas gdy inni przymierali głodem na ulicach miast. Widziała to wszystko w kronice filmowej. Pomyślała, że kiedy się pobiorą i na świat przyjdą dzieci, zawsze będzie wdzięczna Wharton Park za stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, jakie jej dawał.

Poza tym – jak wszyscy w majątku – uwielbiała jaśnie panią. Elsie wiedziała, że lady Crawford różni się od innych wielkich dam. Jej rządy nie opierały się na strachu, na co skarżyły się służące z innych domów… Nie. Lady Crawford była dobra i wyrozumiała. Toteż rzadko zdarzało się, by któryś z jej pracowników zawiódł ją lub nie sprostał jej oczekiwaniom. Wydawała polecenia łagodnym, cichym głosem, przez co wszyscy mieli wrażenie, że wyświadczają jej przysługę. Jeśli jednak coś poszło nie tak, lady Crawford wyrażała swe niezadowolenie, delikatnie unosząc brwi lub wydymając wargi. To wystarczyło, by winowajca czuł się podle przez kilka kolejnych dni. Jaśnie pani dbała o swoich pracowników. Elsie pamiętała pewną sytuację, gdy będąc małą dziewczynką, siedziała przy kuchennym stole, podczas gdy mama pomagała piec ciasta na przyjęcie, które co roku odbywało się w ogrodach Wharton Park. Elsie uczyła się pisać, kiedy jaśnie pani weszła do kuchni. Jej wzrok prześlizgnął się po rzędach słodkich babeczek i biszkoptów, a chwilę później spoczął na Elsie.

– To mała Elsie, n’est-ce pas? – spytała, podchodząc do stołu.

Elsie pokiwała główką, choć nie rozumiała zabawnych słów, których niekiedy używała lady Crawford.

– Tak, jaśnie pani.

– Co robisz? – Kobieta spojrzała na zapisane w zeszycie niezgrabne słowa.

– Przepisuję, jaśnie pani, ale nie rozumiem niektórych słów – wyznała szczerze dziewczynka.

– Ach, ten angielski! Jest taki skomplikowany. Pozwól, że zobaczę… – Mówiąc to, usiadła przy stole obok Elsie i przez dwadzieścia minut pomagała jej.

Wśród służby krążyły plotki, że gdy jaśnie pani po urodzeniu panicza Harry’ego podupadła na zdrowiu, lekarze orzekli, że nie powinna mieć więcej dzieci, mimo że bardzo tego pragnęła. Elsie obawiała się, że umrze, jeśli okaże się, że ona i Bill nie będą mogli mieć gromadki zdrowych dzieci. Jej zdaniem duże rodziny nadawały sens istnieniu.

Zatrzymała się, by spojrzeć na Wharton Park. W wysokich oknach odbijały się promienie słońca. Elsie kochała ten dom, jego trwałość i poczucie bezpieczeństwa, które zdawało się emanować z grubych ścian. Wiedziała, że inne rzeczy ulegną zmianie, jednak Wharton Park tkwi w tym miejscu od prawie trzystu lat i z całą pewnością będzie stał przez kolejne trzysta.

Wchodząc przeznaczonym dla służby bocznym wejściem, Elsie zdjęła buty, zamieniła je na kapcie i weszła do kuchni.

– Chociaż raz przyszłaś trochę wcześniej – skomentowała pani Combe, która siedząc przy stole, przeglądała menu. – Woda się gotuje. Usiądź, wypij filiżankę herbaty i idź do jadalni wyczyścić srebra. Jaśnie pani chce cię widzieć o dziesiątej. Myślę, że chodzi o bal, który odbędzie się w przyszłym miesiącu na cześć siostrzenicy jaśnie pani, panny Penelope.

Elsie poczuła dreszcz podniecenia.

– Bal? – spytała. – Nic nie słyszałam o żadnym balu.

– Bo i niby po co miałabyś słyszeć? – parsknęła pani Combe. – Czyżby jaśnie pani potrzebowała twojego pozwolenia, zanim coś zaplanuje?

Elsie wiedziała, że gospodyni się z nią drażni. Była pracowita i pani Combe nie miała powodów do narzekania. Poza tym były prawie rodziną; matka Elsie i pani Combe były dalekimi krewnymi.

– Czy to będzie duży bal? – spytała. – Ilu będzie gości?

– Chodzi o debiut towarzyski panienki Penelope, więc jestem pewna, że jaśnie pani dołoży wszelkich starań, żeby wszystko było tak, jak należy. Zwłaszcza że sama nie ma córki. Pod koniec tygodnia będę znała więcej szczegółów, ale zapamiętaj moje słowa, młoda damo, czerwiec zapowiada się w Wharton Park na pracowity miesiąc, co mnie bardzo cieszy – dodała z zadowoleniem. – Przyda się tu trochę radości i muzyki.

– To znaczy, że zjadą się debiutantki z całego Londynu? – spytała Elsie.

Pani Combe pokiwała głową.

– Zatrzymają się w domach na terenie całego hrabstwa, ale wierz mi, że Wharton Park będzie pękał w szwach.

Uradowana Elsie splotła dłonie, oczy jej lśniły.

– Och, pani Combe, wyobraża to sobie pani? Wszystkie te piękne dziewczęta, tu, w tym domu! Kiedy w ubiegłym miesiącu ja i Bill pojechaliśmy do Cromer, widziałam w kronice filmowej ich prezentację w pałacu.

– No już, nie ekscytuj się tak, młoda damo. Masz do zrobienia mnóstwo rzeczy, a ponieważ nie zaparzyłaś herbaty, rozumiem, że nie masz na nią ochoty. Idź więc na górę do jadalni i wypoleruj srebra. I upewnij się, że wyglądasz, jak należy, zanim o dziesiątej spotkasz się z panią.

– Tak, pani Combe – odparła posłusznie Elsie.

*

Równo o dziesiątej Elsie pojawiła się przed drzwiami biblioteki. Kiedy zapukała, usłyszała ciche entrez i weszła do pokoju.

– Proszę, Elsie – Adrienne wskazała wolne krzesło – usiądź. A zatem – uśmiechnęła się – słyszałam od pani Combe, że masz talent do układania włosów.

 

Elsie poczuła, że się rumieni.

– Ależ nie, jaśnie pani, niezupełnie. Podobają mi się współczesne fryzury i lubię się na nich wzorować.

– C’est parfait! – Adrienne splotła dłonie. – Z pewnością słyszałaś o balu, który organizuję w przyszłym miesiącu na cześć bratanicy mojego męża?

– Tak, jaśnie pani, słyszałam. – Elsie pokiwała głową.

– Do Wharton Park przyjedzie wiele młodych dam, obytych w świecie dziewcząt, przyzwyczajonych do Londynu, gdzie wszystko jest na wyciągnięcie ręki, łącznie z fryzjerami. Niektóre z nich przyjadą z własnymi pokojówkami, inne nie. Czy w ten wyjątkowy wieczór zgodzisz się pełnić rolę fryzjerki?

Elsie była do głębi poruszona.

– Tak jak jaśnie pani powiedziała, te młode damy są przyzwyczajone do tego, co najlepsze. Ja jestem tylko amatorką. Ale zrobię, co w mojej mocy.

– Voilà! W takim razie postanowione. Poinformuję wszystkich, że zatrudniamy młodą damę, która przed balem uczesze nasze debiutantki.

– Tak, jaśnie pani. Dziękuję. Postaram się pani nie zawieść.

– Wiem, Elsie. – Adrienne się uśmiechnęła. Wstała i powoli podeszła do okna. Chwilę później westchnęła. – Pragnę, żeby to przyjęcie było naprawdę wyjątkowe. – Po tych słowa odwróciła się do Elsie. – Jeśli wybuchnie wojna, długo nie będziemy mieli okazji do zabawy. Możesz już iść. – Skinęła głową.

– Dziękuję, jaśnie pani.

Adrienne odprowadziła ją wzrokiem. Elsie była dobrą dziewczyną i Adrienne bardzo ją lubiła. Pochwalała również jej związek z Billem, synem ogrodnika. Zastanawiała się też, czy któreś z nich ma świadomość gromadzących się nad ich głowami ciemnych chmur. Christopher mówił, że niebawem rozpocznie się wojna. Poparcie dla Hitlera i jego władza rosło z dnia na dzień. Wszystko było już tylko kwestią czasu, a później…

Adrienne straciła brata w pierwszej wojnie światowej. Miała szczęście, że jej mąż przeżył. Tym razem mogła utracić syna. Ta straszna myśl nie dawała jej spokoju. Przekonała się na własnej skórze, że ranga i przywileje nic nie znaczą na polu bitwy, gdzie ważą się losy ludzkiego życia. Zarówno jej syn, jak i chłopak ogrodnika Bill prędzej czy później trafią na front. Wówczas wszystko będzie w rękach Boga.

Ona sama nie mogła nic zrobić.

Brytyjczycy nie okazywali emocji. Adrienne robiła wszystko, by wziąć z nich przykład, jednak poniosła sromotną klęskę. Była Francuzką i uczono ją, że lepiej okazywać emocje, niż tłumić je w sobie. Choć może w tych ciężkich czasach rzeczywiście lepiej było zdystansować się od własnych uczuć?! Chęć chronienia własnego dziecka była przytłaczająca. Wiedziała, że Harry nie jest typem żołnierza i że zmuszono go, by prowadził życie, które nie pasowało do jego osobowości i umiejętności. A teraz mógł przez to zginąć.

Adrienne zganiła się w duchu, wiedząc, że musi wyrzucić z głowy rzewne myśli, zanim strawią ją niczym ogień. Harry nie może wiedzieć, że jego matka się boi. Musi postarać się, by debiut Penelope był wydarzeniem sezonu. Postanowiła przespacerować się po parku, pójść do szklarni i porozmawiać z Jackiem i Billem o kompozycjach kwiatowych, które zaplanowała na tę szczególną okazję.

14

Po powrocie do Londynu Olivia przyjęła zaproszenie na debiutancki bal Penelope Crawford ze znacznie mniejszym entuzjazmem, niż zrobiłaby to jakiś czas temu. Na początku bezustannie myślała o Harrym Crawfordzie, jednak ostatnio, w miarę jak sezon trwał w najlepsze, Olivia dała się porwać bujnemu życiu towarzyskiemu, które Venetia i inne dziewczęta nazywały żartobliwie „cyrkiem”.

W końcu wzięła zaproszenie i z piekącymi zapuchniętymi oczami powlokła się do jadalni, by zjeść śniadanie w towarzystwie babki. Lady Vare siedziała przy stole, na głowie miała turban cache-misère, popijała poranną herbatę i czytała „The Telegraph”. Sądząc po jej minie, była wyraźnie niezadowolona.

– Olivio – zaczęła – rozumiem, że twój kalendarzyk jest mocno napięty, ale nie jest to powód, byś się spóźniała na posiłki. Za moich czasów najdrobniejsze spóźnienie oznaczało, że będę chodziła głodna aż do lunchu.

– Wybacz, babciu – bąknęła Olivia, kiedy służąca postawiła przed nią jajka na bekonie. – Wczoraj wieczorem byłam na potańcówce u Hendersonów, a później poszliśmy na późną kolację do Quaglino.

Olivia spojrzała na talerz z jedzeniem, żałując, że poprzedniej nocy dała się namówić na gin z wermutem. Czuła się, jakby ktoś wbijał jej w skronie miniaturowe gwoździe, i pospiesznie odwróciła wzrok od ściętych jaj i stygnącego bekonu.

– Była trzecia nad ranem, kiedy usłyszałam, jak wracasz – zauważyła surowo lady Vare. – Mam nadzieję, Olivio, że pamiętasz, co powiedziałam ci na początku sezonu, i wystrzegasz się niewłaściwego towarzystwa.

– Oczywiście, babciu – skłamała gładko Olivia. – Jestem pewna, że spodobaliby ci się ludzie, z którymi spędziłam wczorajszy wieczór. Był tam John Cavendish i markiz Hartington ze swym młodszym bratem Andrew. – Wiedziała, że to zrobi wrażenie na lady Vare. W końcu John Cavendish był dziedzicem majątku Devonshire, w tym także Chatsworth House. Nie dodała jednak, że byli tak hałaśliwi, iż kierownik sali wyprosił ich z hotelu. Nie powiedziała też, że opuścili restaurację, chichocząc niczym banda niesfornych uczniaków, i skończyli zabawę w czyimś domu w Mayfair.

– A czy zauważyłaś, by któryś z tych młodych mężczyzn szczególnie się tobą interesował? – spytała lady Vare.

W istocie dookoła kręciło się całe mnóstwo młodych mężczyzn, których jej babka określiłaby mianem „odpowiednich”. Wszyscy chcieli tańczyć z Olivią, zapraszali ją, by jadała w ich towarzystwie i bywała z nimi w klubie, do którego szli po skończonych tańcach. A jednak, jak słusznie zauważyła lady Vare, wszystko wyglądało teraz nieco inaczej. Wśród jej nowych znajomych było wielu mężczyzn, jednak Olivia traktowała ich jak przyjaciół, a nie kandydatów na męża. W obliczu nadciągającej wojny wielu z nich miało świadomość, że już niebawem w ich życiu dokonają się diametralne zmiany. Nic więc dziwnego, że cieszyli się każdym dniem, jakby był ostatnim w ich życiu.

Niestety nie była to odpowiedź, jakiej mogłaby udzielić babce.

– Owszem, jest kilku młodych mężczyzn, którzy wydają się… zainteresowani – odparła Olivia, odsuwając talerz z nietkniętym jedzeniem. Służąca natychmiast sprzątnęła ze stołu i postawiła przed nią filiżankę upragnionej kawy.

– Mogę zapytać kto taki?

– Och – rzuciła Olivia beztrosko. – Na przykład Angus MacGeorge, niesamowicie zabawny, a do tego właściciel połowy Szkocji, a także Richard Ingatestone, którego ojciec jest kimś ważnym w marynarce wojennej, i…

– Cóż, Olivio – wtrąciła lady Vare – byłoby miło, gdybyś zaprosiła któregoś z nich na herbatę, tak bym mogła go poznać.

– Zapytam, babciu, ale tak wiele się dzieje, że ludzie dosłownie planują wszystko z wielotygodniowym wyprzedzeniem. – Po tych słowach machnęła zaproszeniem. – W przyszłym miesiącu w Wharton Park odbywa się bal na cześć Penelope Crawford. Zostałam zaproszona, mogę też zatrzymać się w posiadłości.

– Zawsze uważałam wiejskie bale za niezwykle nudne. Jesteś pewna, że warto zawracać sobie głowę czymś takim, Olivio? W końcu Penelope Crawford wypożycza na tę okazję dom swego stryja – skomentowała lady Vare. – Jej własna rodzina nie ma grosza przy duszy. Charles, jej ojciec, zginął w okopie podczas pierwszej wojny światowej. Wątpię, żeby taki bal przyciągnął wiele osób.

Olivia upiła łyk kawy.

– Prawdę mówiąc, babciu, byłam w Wharton Park tuż po Bożym Narodzeniu. Pojechałam tam z rodzicami i polubiłam to miejsce. Mogę zatem przyjąć zaproszenie?

– Pod warunkiem że nie koliduje z żadnymi wydarzeniami w mieście i że wcześniej pokażesz mi listę gości. – Lady Vare wstała od stołu, wsparła się na lasce i spojrzała na wnuczkę. – Zostaniesz w domu na lunch? – spytała.

– Niestety nie. Jestem już umówiona w Berkeley. Po drodze muszę jeszcze odebrać sukienkę, którą podarłam w ubiegłym tygodniu. Powinna być gotowa dziś po południu, a chciałam włożyć ją dzisiaj wieczorem.

Starsza pani pokiwała głową.

– W takim razie spotkamy się jutro rano przy śniadaniu – rzuciła, wychodząc z jadalni. – Tym razem postaraj się nie spóźnić.

– Tak, babciu, oczywiście – zawołała za nią Olivia. Odetchnęła z ulgą, ukryła twarz w dłoniach i pomasowała skronie, próbując złagodzić ból głowy.

Początkowo myślała, że nieobecność matki, która przeprowadziłaby ją przez sezon towarzyski, odbije się niekorzystnie na jej debiucie. Jednak fakt, że lady Vare była za stara i zbyt zmęczona, by być dla niej przyzwoitką, okazał się absolutnym błogosławieństwem. Oznaczał bowiem, że mogła robić, co tylko chciała, i przebywać, z kim chciała. Choć towarzystwo, w którym się obracała, zostałoby uznane przez starszą panią za nieodpowiednie, Olivia bawiła się jak nigdy.

Venetia wzięła ją pod swoje skrzydła. Dziewczęta zaprzyjaźniły się i Venetia przedstawiła Olivię co ciekawszym debiutantkom. Mimo swej reputacji dziewczęta i młodzi mężczyźni, których znała, byli kulturalni, inteligentni i interesowali się polityką. Większość z nich – podobnie jak ona – debiutowała w towarzystwie, ponieważ nie miała wyboru. Zamiast jednak dyskutować o tym, jaką suknię włożyć na kolejny bal, dziewczęta wolały myśleć o tym, co chciałyby robić w życiu. Niekoniecznie miały na myśli małżeństwo i dzieci; wolały raczej studiować na uniwersytecie albo jeśli wybuchnie wojna, brać w niej czynny udział.

Ulubionym miejscem Olivii w Londynie była miejska rezydencja Venetii przy Chester Square. W domu tym pełno było niezwykłych ludzi wywodzących się z inteligenckiej cyganerii, do której należeli rodzice Venetii.

Ferdinand Burroughs, ojciec dziewczyny, był znanym malarzem awangardowym. Matka Venetii Christina, „lady” z urodzenia, pochodząca z jednego z najznamienitszych brytyjskich rodów, zakochała się w nim bez pamięci i poślubiła w atmosferze skandalu. Christina Burroughs była matką, o jakiej Olivia mogła tylko pomarzyć: miała sięgające pasa kruczoczarne włosy – które najpewniej farbowała – wyzywający makijaż i paliła papierosy przez lufkę z jadeitu.

Venetia powiedziała Olivii, że kiedy matka oznajmiła rodzinie, iż zamierza poślubić biednego młodego artystę, rodzice nie zezwolili na ślub. Tak więc Christina uciekła do Londynu, żeby być z Ferdinandem, i przez wiele lat żyli bez grosza przy duszy, aż w końcu Ferdinand zaczął sprzedawać swoje obrazy. Miejska rezydencja przy Chester Square została ofiarowana Christinie przez jej stryjeczną babkę, jedyną osobę w rodzinie, której los dziewczyny nie był obojętny. Tak więc w końcu młoda para znalazła dach nad głową. Nie mieli jednak pieniędzy, by go urządzić, i tak zasłony przegniły, a skromne meble kupione w sklepie dla biedoty potrzebowały – podobnie jak cały dom – solidnego czyszczenia.

– Teraz tatko jest strasznie bogaty. Ludzie kupują jego obrazy za grube pieniądze i rodzice mogliby pozwolić sobie dosłownie na wszystko – stwierdziła Venetia. – Ale lubią dom taki, jaki jest. Ja zresztą też – dodała po chwili.

Venetia postanowiła zadebiutować w towarzystwie, by zdenerwować rodzinę matki, która uważała, że córka pospolitego malarza nie może zostać przedstawiona na królewskim dworze.

– A ponieważ ja zostałam przedstawiona, nie mogę tego zabronić mojej córce – wyznała, chichocząc Christina, gdy pewnego dnia siedziały przed potańcówką, popijając martini. – Letty, moja siostra, jest tym faktem przerażona. Jej córka, okropna Deborah, również debiutuje w tym roku. Do końca życia nie zapomnę wyrazu twarzy Letty, kiedy zobaczyła mnie na balu królowej Charlotte. Prawie zemdlała ze strachu. – Christina śmiejąc się, zmierzwiła pieszczotliwie włosy Venetii. – Jakby tego było mało, moja córeczka jest prawdziwą pięknością, podczas gdy córka Letty ma pryszcze, nadwagę i jest głupia.

Olivia często odnosiła wrażenie, że to Venetia jest matką Christine, a nie odwrotnie. Być może fakt, iż wywodziła się z tak ekscentrycznego środowiska, zmusił ją, by była mądrzejsza i bardziej dojrzała niż dziewczęta w jej wieku. Venetia stanowiła intrygującą mieszankę bohemy i zdrowego rozsądku i za to Olivia ją uwielbiała.

Często mówiła o znakomitościach takich jak Virginia Woolf, która w towarzystwie swej kochanki Vity Sackville-West często wpadała na herbatkę, kiedy Venetia była małą dziewczynką. Świadomość, że Burroughsowie mieli kontakty z grupą Bloomsbury4, fascynowała Olivię. I choć ich spotkania należały już do przeszłości, w domu Burroughsów wciąż panowały radykalne poglądy, a Venetię interesowała walka o prawa kobiet i równouprawnienie. Otwarcie deklarowała, że nawet jeśli wyjdzie za mąż, nigdy nie przyjmie nazwiska męża.

Dla Olivii sezon towarzyski łączył w sobie wszystko co najlepsze z obu światów: doskonałą zabawę w gronie nowych przyjaciół o podobnych poglądach. Jej dociekliwy umysł otworzył się na świat i – jak na ironię – na myśl o końcu sezonu ogarniał ją niepokój, autentyczny lęk przed podjęciem pewnych decyzji dotyczących przyszłości.

 

Powrót do domu rodziców w Surrey i oczekiwanie, aż pojawi się odpowiedni kandydat na męża, nie wchodziły w rachubę. W dniu dwudziestych pierwszych urodzin zacznie otrzymywać skromną sumę pieniędzy, jednak przez najbliższe dwa i pół roku wciąż była finansowo zależna od rodziców.

Chyba że znajdzie jakąś pracę…

Olivia wstała od stołu i poszła na górę do swoich pokoi. Musiała się ubrać, skoro miała jechać na lunch do domu Venetii.

Ferdinand Burroughs, ojciec Venetii, zaledwie dzień wcześniej wrócił do domu z Niemiec, gdzie robił szkice do serii obrazów mających pokazać rosnącą w siłę potęgę Trzeciej Rzeszy. Olivia nie mogła się doczekać, aż osobiście pozna słynnego artystę. Liczyła też, że dowie się od niego, czy rzeczywiście naziści stanowią realną groźbę. Włożywszy kapelusz i rękawiczki, chwyciła torebkę i wyruszyła do Chester Square.

W drzwiach przywitała ją Venetia. Jej blada twarz i ściągnięte brwi świadczyły o tym, że dziewczyna jest zaniepokojona.

– Co się stało? – spytała Olivia, idąc za nią do kuchni, która latem służyła Burroughsom za pokój dzienny z wyjściem na uroczy, ogrodzony murem ogród na tyłach domu.

– Ginu? – spytała Venetia.

Olivia zerknęła na zegarek: była dopiero jedenasta trzydzieści. Pokręciła głową.

– Dziękuję, kochana. Nie po wczorajszej nocy.

– Zwykle nie piję o tej porze, ale tatko wrócił wczoraj do domu potwornie zdenerwowany. – Venetia nalała sobie szklaneczkę ginu i pociągnęła solidny łyk. – Głównie rozmawiał z Mup, ale słyszałam, jak mówił, że w Niemczech dzieją się straszne rzeczy, o których nie pisze się w tutejszych gazetach. To przerażające! – Jej oczy zaszkliły się od łez. – Tatko widział na własne oczy, jak grupa młodych nazistów podpaliła synagogę w Monachium. Och, Olivio, wygląda na to, że Herr Hitler chce zetrzeć wszystkich Żydów z powierzchni ziemi!

– To nie może być prawda. – Olivia podeszła do Venetii i otoczyła ją ramieniem.

– Ale to jest prawda! Wszystko to dzieje się naprawdę! – szlochała Venetia, tuląc się do niej. – Mup jest z tatkiem na górze. On wygląda na… załamanego. Groziło mu niebezpieczeństwo, a my nie miałyśmy o niczym pojęcia!

– Przynajmniej wrócił do domu cały i zdrowy.

– Dzięki Bogu – jęknęła Venetia, ocierając oczy. – Tych rzeczy, które widział, nie byłby w stanie namalować. Były okrutne i pełne nienawiści. Wiedziałaś, że w Niemczech Aryjczycy i Żydzi nie mogą się kochać, a ich związki są niezgodne z prawem?! Że w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy spłonęły doszczętnie tysiące synagog? Żydzi nie mogą mieć radia, a ich dzieci nie mają prawa chodzić do szkół, w których uczą się aryjskie dzieci.

Olivia była zbyt zszokowana, by cokolwiek powiedzieć. W końcu odezwała się jednak:

– Ale dlaczego świat o tym nie wie?

Venetia pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia. Tatko też nie wie. Powiedział, że zrobi, co w jego mocy, żeby dowiedzieli się o tym jego wpływowi przyjaciele ze świata polityki. – Chwyciła Olivię za ramię. – Staramy się o tym nie myśleć, ale to dzieje się naprawdę i wkrótce dojdzie do wojny. Najbardziej przeraża mnie to, że nikt nie wie, jak to się wszystko skończy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?