Dom orchidei

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Następnego dnia rano Olivia zjadła śniadanie sama w pustej jadalni. Jak się okazało, mężczyźni wczesnym rankiem wyszli na polowanie, a jej matka podobnie jak Adrienne postanowiła zjeść śniadanie w swoim pokoju. Nieco później, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, poszła do biblioteki. W Poona książki były niezwykle rzadkim luksusowym towarem. Tym bardziej zaskoczył ją widok regałów, które ciągnęły się od podłogi aż po sufit.

Przeglądając tytuły, sięgnęła po książkę Virginii Woolf Do latarni morskiej i usiadła w wygodnym skórzanym fotelu przy kominku, by oddać się lekturze.

Jej uwagę przykuły jednak dobiegające z oddali dźwięki muzyki. Ktoś grał na fortepianie i – jeśli się nie myliła – był to Wielki Polonez Chopina. Zaintrygowana wstała z fotela i wyszła z biblioteki, podążając za muzyką, która zaprowadziła ją przed drzwi salonu.

Nie ruszając się z miejsca, słuchała cudownej interpretacji jednego ze swoich ulubionych utworów. W pewnej chwili zamknęła oczy i dała się porwać dźwiękom fortepianu dobiegającym z drugiego końca pokoju. Kiedy przebrzmiała ostatnia nuta, otworzyła oczy i wychyliła się zza wypełnionej kwiatami wysokiej chińskiej wazy, która przesłaniała jej widok na pianistę.

Zaskoczona wstrzymała oddech, gdy rozpoznała Harry’ego. Czuła się niczym intruz, kiedy patrzyła, jak siedzi przy instrumencie z dłońmi na kolanach i wygląda przez okno na park. W końcu podniósł się z westchnieniem i ją zobaczył.

– Jejku, panna Drew-Norris! Nie wiedziałam, że mam publiczność.

Zmieszany podszedł do niej z rękami w kieszeniach.

– Byłam w bibliotece, kiedy usłyszałam muzykę i… – wzruszyła ramionami – poszłam za jej dźwiękiem.

– Lubisz muzykę klasyczną?

– Boże, tak. Zwłaszcza gdy ktoś potrafi tak grać. Jesteś naprawdę świetny – dodała, czując, że się czerwieni. – Gdzie się uczyłeś?

– Kiedy byłem młodszy, miałem nauczyciela. Później uczyłem się w szkole. Ale… z moją grą na fortepianie jest tak jak z twoim uniwersytetem. Nie mam na co liczyć. A szkoda – dodał posępnie.

– Rzeczywiście, szkoda – przyznała. – Nie znam się, ale grasz tak dobrze jak pianiści, których nagrań słuchałam, kiedy jeszcze mieszkałam w Indiach.

– To miłe z twojej strony, że tak mówisz. – Odwrócił się i spojrzał przez okno. – Może wybrałabyś się ze mną na spacer? – spytał po chwili. – Wygląda na to, że słońce w końcu przedarło się przez chmury.

– Miałam pójść na spacer z twoją matką, ale jeszcze jej dzisiaj nie widziałam.

– Tak, wiem. I wątpię, czy w ogóle ją zobaczysz. Pewnie ma migrenę i leży w łóżku. Często cierpi z powodu bólu głowy, zwłaszcza po przyjęciach, które trwają do późna w nocy. Może więc weźmiesz coś ciepłego i spotkamy się na tarasie za pięć minut?

Olivia pobiegła na górę po jedyny płaszcz, który zabrała ze sobą do Wharton Park – znacznie bardziej odpowiedni do miasta niż do wiejskich wędrówek.

Harry, tak jak obiecał, czekał na nią na tarasie. Palił papierosa oparty o balustradę prowadzącą do ogrodów. Kiedy podeszła do niego nieśmiało, wskazał jedno z drzew.

– Widzisz? Tam, pod drzewem. Przebiśniegi. Znak, że przyroda budzi się do życia. – Machnął ręką w kierunku schodów. – Idziemy?

Zeszli szerokimi schodami wprost do ogrodu.

– Jak podoba ci się nasz miniaturowy Wersal? – Mówiąc to, wskazał otaczający ich idealnie zadbany i zaplanowany ogród. Wypielęgnowane, przystrzyżone żywopłoty wyznaczały jego granice, a pośrodku stała wytworna fontanna zwieńczona figurką małego chłopca. – Matka pragnęła jakiegoś francuskiego akcentu. Moim zdaniem doskonale się spisała. Powinnaś przyjechać tu latem, kiedy wszystko kwitnie. Prawdziwa feeria kolorów.

– Wyobrażam sobie – westchnęła Olivia, kiedy szli w kierunku fontanny.

– Lada chwila zakwitnie mimoza – rzucił Harry, wskazując krzewy ukryte bezpiecznie pod tarasem. – Kwitnie zawsze między styczniem a marcem i roztacza wokół domu niebiański zapach. Nasz ogrodnik wątpił, czy przyjmie się w takich warunkach; mimoza lubi umiarkowany klimat południowej Francji, ale matka dopięła swego i oto mamy mimozę w Wharton Park.

– Najwyraźniej ma dobrą rękę do roślin. Projekt ogrodu jest wręcz niesamowity. – Olivia jeszcze raz rozejrzała się dookoła i poszła za Harrym jedną z wielu wąskich ścieżek odchodzących od fontanny.

– Twoja mama powiedziała, że ma w ogrodzie coś, co przypomni mi o Indiach. – Olivia postanowiła przerwać dość długą krępującą ciszę.

– Ach, na pewno miała na myśli szklarnię. Nasz ogrodnik Jack, któremu lepiej szło pielęgnowanie rzepy niż egzotycznych kwiatów, przez ostatnie kilka lat próbował wyhodować kwiaty z cebulek, które matka otrzymuje z Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew. Jeśli chcesz możemy je obejrzeć.

– Chętnie – rzuciła z przejęciem Olivia.

– To kawałek drogi, ale pójdziemy żwawym krokiem. Chociaż dzień jest słoneczny, powietrze wciąż jest chłodne i rześkie. A więc dziś wieczorem wracasz z rodzicami do domu? – spytał.

– Nie, niezupełnie. Najpierw jedziemy do Londynu, żeby omówić z babcią mój debiut w towarzystwie. Babcia chce mieć w nim swój udział, a ponieważ mamy przez długi czas nie było w kraju, udzieli mi kilku cennych wskazówek na temat protokołu.

– Może nie będzie tak źle, jak się obawiasz, panno Drew-Norris…

– Proszę, mów do mnie Olivio – upierała się.

– Olivio – poprawił Harry. – Kilka lat temu uczestniczyłem w kilku balach i muszę przyznać, że było dość przyjemnie.

– Mam nadzieję, choć nie powiem, że cieszy mnie wyjazd do Londynu. Atmosfera tam jest strasznie napięta; zupełnie jakby wszyscy czekali, aż stanie się coś strasznego. – Podniosła wzrok ciekawa jego reakcji i zobaczyła, że potakująco kiwa głową. – Na pewno czytałeś o bezrobociu i niepokojach na ulicach?

– Oczywiście – potwierdził. – Przyszło nam żyć w niespokojnych czasach. Jeśli mam być szczery, odetchnę z ulgą, kiedy w końcu dowiemy się, na czym stoimy.

– Nigdy nie wiadomo, co się nam przytrafi. Może opóźni się mój debiut towarzyski – zachichotała Olivia. – Przecież nikt nie będzie się bawił, jeśli wybuchnie wojna, prawda?

– O zgrozo! – rzucił przyjaźnie Harry, zapalając papierosa. Poczęstował też Olivię, jednak dziewczyna odmówiła. – Z pewnością nawet wojna nie zepsuje sezonu towarzyskiego!

Uśmiechnęli się w cichym porozumieniu.

– Jeśli rzeczywiście wybuchnie wojna, z pewnością nie będę siedziała w domu, popijając herbatkę – oznajmiła stanowczo Olivia. – Zaangażuję się w coś. Nie wiem jeszcze w co, ale rodzice nie mogą zabronić mi walczyć w obronie kraju. Prawda?

– I o to chodzi, Olivio! A teraz podejdź tu. – Mówiąc to, otworzył pomalowane na niebiesko drewniane drzwi do ogrodu warzywnego. Minęli nieskazitelnie równe rzędy kapusty, marchwi, ziemniaków i rzepy, aż doszli do przycupniętej w rogu ogrodu szklarni schowanej za murem z czerwonej cegły. Harry otworzył drzwi i oboje weszli do środka.

Ostra woń kwiatów i panujący w szklarni upał sprawiły, że Olivia poczuła się jak w Indiach. Wdychała działające na wyobraźnię zapachy i spoglądała na rozpościerający się przed nią dywan kolorów.

– Och, Harry! – pisnęła podekscytowana, wchodząc między rzędy kwiatów. – Tu jest jak w niebie!

Jej oczy zaszkliły się od łez. Pochyliła się, by musnąć palcami delikatne żółte płatki i powąchać je.

– To uroczyn czerwony. Taki sam rósł w Poona za oknem mojej sypialni. Każdej nocy wdychałam jego zapach. – Po raz kolejny wetknęła nos między płatki. – Nie miałam pojęcia, że można je tu hodować.

Harry’ego poruszyła jej emocjonalna reakcja. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak musiała się czuć, kiedy przypłynęła do Anglii po latach życia w kraju, w którym taka przyroda była na porządku dziennym.

– W takim razie musisz wziąć go ze sobą, prawda, Jack? – Harry odwrócił się do ogrodnika, mężczyzny w średnim wieku, którego ogorzała twarz świadczyła o latach pracy na powietrzu.

– Ależ oczywiście, paniczu Harry – odparł z uśmiechem ogrodnik. – Mamy tu tego znacznie więcej; w końcu nauczyłem się pielęgnować uroczyn. Świetna robota – mruknął pod nosem. – Proszę się nie spieszyć, panienko. Miło, że jest ktoś, komu się podobają.

Olivia zaczęła wędrówkę między rzędami kwiatów. Od czasu do czasu pochylała się, wąchała kwiaty i muskała palcami aksamitne płatki.

– To niesamowite, co udało ci się osiągnąć, Jack – zauważyła. – Te kwiaty nie lubią angielskiego klimatu równie mocno jak ja.

– Hoduję je od piętnastu lat i choć nie jestem botanikiem, wiem, co lubią, a czego nie. A mój syn Bill… – Jack wskazał wysokiego, przystojnego młodego mężczyznę, który stał nieco dalej i podlewał rośliny – …ma dobrą rękę do roślin. Prawda, Bill?

Chłopak odwrócił się i pokiwał głową.

– Wolę kwiaty od kapusty – rzucił z uśmiechem. – Najbardziej lubię, kiedy dostajemy nowe cebulki i nie mamy pojęcia, co z nich wyrośnie.

– Wiem, że sobie poradzi, paniczu Harry. Ma naturalny talent – rzucił Jack. – Pod warunkiem że nie wezmą go do wojska. Podobno rekrutują chłopców z ochotniczych służb ochrony kraju. – Jack zerknął na Harry’ego. – To prawda? – spytał wyraźnie zaniepokojony.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł dyplomatycznie Harry. – Myślę, że nikt z nas do końca nie wie, co się wydarzy.

Jack spojrzał na Olivię.

– Przynajmniej szklarnia będzie bezpieczna, panienko. Nawet jeśli wybuchnie wojna. Ostatnim razem szkop trafił mnie w nogę, więc nikomu się już nie przydam.

– Cóż, Jack, Bill… – Harry uprzejmie skinął głową. – Odwalacie tu kawał dobrej roboty. Naprawdę, świetnie wam idzie.

– Proszę powiedzieć jaśnie pani, żeby przyszła tu, kiedy tylko znajdzie czas. Jedna z cebulek, które od niej dostałem, właśnie zakwitła i chciałbym, żeby zobaczyła kwiaty. – Jack musnął palcami czapkę. – Miłego dnia, paniczu Harry. Panienko – ukłonił się Olivii. – Proszę się opiekować uroczynem.

 

– Dziękuję, będę – odparła Olivia. – To bardzo miłe z pana strony, że podarował mi go pan.

– Świetna robota – rzucił Jack, kiedy oboje z Harrym wychodzili ze szklarni.

– Jesteś kochany, że mnie tam zabrałeś, Harry – zachwycała się Olivia. – Od razu poczułam się lepiej.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł uprzejmie Harry. – To dość wyjątkowe miejsce, prawda?

Szli w milczeniu przez ogród warzywny w kierunku domu. Harry zapalił kolejnego papierosa, zaciągnął się kilka razy i zgasił go pod butem.

– Myślę… – zaczął – …że jeśli wybuchnie wojna, ucierpi każda rodzina w tym majątku. Weźmy na przykład Billa, który zaleca się do Elsie, jednej z naszych pokojówek.

Olivia się uśmiechnęła.

– Poznałam Elsie. To miła młoda dziewczyna, która zasługuje na kogoś przystojnego.

– Nie będzie taki przystojny, kiedy szkopy odstrzelą mu połowę twarzy – mruknął Harry, gdy wchodzili po schodach na taras. Chwilę później spojrzał na Olivię. – Wybacz mój kiepski nastrój, ale zastanawiam się, co się stanie z majątkiem, jeśli powołają wszystkich młodych pracowników.

– Zajmą się nim kobiety – odparła z uśmiechem Olivia.

Słysząc to, również się uśmiechnął i skłonił głowę.

– Oto jesteśmy, panno Pankhurst3. Było mi niezwykle miło, że mogłem oprowadzić panią po naszych skromnych ogrodach. A teraz lepiej poszukam broni, zanim ktokolwiek zauważy, że mnie nie ma.

– Dlaczego nie wyszedłeś o świcie z resztą mężczyzn? – spytała.

– Powiedziałem, że muszę coś załatwić, ale jeśli mam być szczery, każda wymówka jest dobra. Nie przepadam za polowaniami. – Mówiąc to, wyciągnął rękę. – Możliwe, że nie spotkamy się przed twoim wyjazdem. Uważaj na siebie, Olivio, i wróć bezpiecznie do Londynu. Cieszę się niezmiernie, że mogłem cię poznać.

Uścisnęła jego dłoń i się uśmiechnęła.

– Ja również cieszę się, że cię poznałam.

Harry pokiwał głową, wetknął ręce w kieszenie i nie odwracając się, wszedł do domu.

12

Zostało uzgodnione między lady Vare, babką Olivii, a jej rodzicami, że na czas trwania sezonu towarzyskiego Olivia przeprowadzi się do Londynu. Dom w Surrey nie był właściwym miejscem dla debiutantki, jako że znajdował się zbyt daleko od londyńskiego blichtru i splendoru. Tak więc dwa tygodnie po wyjeździe z Wharton Park Olivia przybyła do domu babki w Cheyne Walk.

Dom zdawał się pochodzić z innej epoki: pełno w nim było wiktoriańskich mebli, ciężkich, tłoczonych zasłon, a ściany zdobiły wzorzyste tapety projektu Williama Morrisa. Wszystko to przytłaczało Olivię, która odetchnęła z ulgą, gdy dowiedziała się, że zamieszka wysoko, na czwartym piętrze, w niewielkim apartamencie, gdzie za dnia wpadało trochę światła. Rankiem rozsuwała zasłony, otwierała okna i spoglądała na Tamizę, by pozbyć się uczucia klaustrofobii.

Pierwszą rzeczą, jaką należało zrobić, by wejść do grona debiutantek, była rejestracja w St James’s Palace. Dziewczęta mogły zostać przedstawione na dworze tylko wówczas, gdy miały poręczenie dam, które same zostały przedstawione. Ponieważ matka Olivii, będąc panną, została wprowadzona do towarzystwa, mogła poręczyć za córkę. Jednak lady Vare nie chciała o tym słyszeć. Ostatecznie matka Olivii dała za wygraną i wróciła do Surrey, pozostawiając przygotowania do debiutu córki w rękach babki Olivii.

Między ciągnącymi się bez końca przymiarkami sukni Olivia była pozostawiona sama sobie, co oznaczało, że mogła się oddawać rozmyślaniom o Harrym Crawfordzie i pobycie w Wharton Park. Dwa dni, które spędziła w posiadłości, utworzyły w jej pamięci coś na wzór fatamorgany. Bezustannie wracała wspomnieniami do rozmów z Harrym, rozkoszując się myślą, że traktował ją jak równą sobie. Pobyt w Wharton Park w niczym nie przypominał jej życia w Londynie, gdzie traktowano ją jak lalkę, którą można przebierać w rozmaite stroje. Wiedziała jednak, że wraz z rozpoczęciem sezonu jej kalendarzyk się zapełni, a ona sama będzie zmuszona brać udział w męczących balach, lunchach i kolacjach, dzięki którym wejdzie do towarzystwa i znajdzie odpowiedniego partnera.

Ta obfitość bogactwa i luksusu kontrastująca z bezrobociem, nędzą i niepokojami nie umknęła uwagi Olivii. Krążąc po Londynie w starym bentleyu lady Vare, spoglądała przez okno na żyjące na ulicach biedne istoty grzejące dłonie przy gasnących płomieniach; na mężczyzn stojących przed gmachem parlamentu z transparentami, na których prosili rząd, aby pomógł im nakarmić głodujące dzieci.

Jej pozycja sprawiała, że czuła się wyizolowana, jakby nie była częścią zmieniającego się ducha czasu. Została uwięziona wewnątrz starego świata, podczas gdy pragnęła należeć do nowego. Czasami przechadzała się po nabrzeżu, rzucając monety bezdomnym mężczyznom i kobietom, którzy kulili się z zimna pod mostami. Patrząc na nich, czuła się niezręcznie w swych ciepłych, kosztownych strojach.

*

Pewnego popołudnia, po powrocie od Lenare’a, który zrobił jej zdjęcia w tradycyjnej białej sukni, Olivia usłyszała pukanie do drzwi. Była to pokojówka jej babki.

– Jaśnie pani pyta, czy panienka będzie na tyle uprzejma, by zejść do salonu i wypić z nią herbatę.

Kiedy Olivia weszła do pokoju, lady Vare siedziała sztywno na stojącym przy kominku krześle z wysokim oparciem.

– Usiądź, proszę, Olivio. Ze względu na zbliżającą się prezentację chciałam z tobą porozmawiać o ludziach, których możesz poznać w tym sezonie. Dawniej dziewczęta nie musiały mieć się na baczności. Ale – lady Vare zmarszczyła z niesmakiem nos – niestety poprzeczka została obniżona i niektóre… jednostki nie nadają się na towarzystwo dla młodej damy z twojej sfery. Na przykład obcokrajowcy, choć przyznam, że rozmawiałam ostatnio z matką innej młodej debiutantki i dowiedziałam się, że są również dziewczęta, które określa się mianem „szybkich”. Olivio – pogroziła wnuczce palcem – trzymaj się od nich z daleka.

– Ale jak mam je rozpoznać? – Oczy Olivii były duże i niewinne.

– Używają szminki i palą papierosy – powiedziała babcia i sądząc po jej minie, można było przypuszczać, że lady Vare była przekonana, iż dziewczęta te nosiły w torebkach także noże. Olivia starała się nie roześmiać.

– Obiecuję, babciu, że będę się miała na baczności i zrobię wszystko, żebyś była ze mnie dumna.

Lady Vare uprzejmie skinęła głową.

– Jestem o tym przekonana, Olivio. A teraz, wybacz mi, mam do załatwienia pewne sprawy.

Kładąc się do łóżka, Olivia marzyła o tym, by kolejne trzy miesiące jak najszybciej minęły, tak by mogła zacząć żyć własnym życiem.

Tymczasem wieczór prezentacji przebiegł dość gładko i był przyjemniejszy, niż się spodziewała. Kiedy jechała promenadą w stronę pałacu Buckingham, przy drodze stały tłumy sympatyków, a u bram pałacu zgromadziły się setki ludzi. Obcy ludzie posyłali jej całusy i prosili szofera, by zapalił światła we wnętrzu samochodu, tak by mogli podziwiać debiutantkę i jej piękną suknię. Dziwiło ją, że nie potępiają jej ani nie okazują zazdrości.

Samochód, w którym jechała, podążał za sznurem innych pojazdów w kierunku wewnętrznego dziedzińca pałacu Buckingham. Jedyne, czego obawiała się Olivia, wchodząc po szerokich schodach i mijając pałacową służbę w upudrowanych perukach, to by nie pobrudzić swej białej sukni i rękawiczek z koźlęcej skórki. Mimo że uważała prezentację za niezbyt istotny moment swego życia, spotkanie z królem i królową napawało ją lękiem.

– Nie widzę w tym nic śmiesznego! – rzuciła piękna młoda kobieta z kruczoczarnymi włosami. Była chuda jak patyk i miała na ustach coś, co babka Olivii określiłaby mianem „niestosownej szminki”. – Który masz numer?

– Szesnasty.

– Wchodzę po tobie. Ale nudy! – Debiutantka numer siedemnaście przeciągała samogłoski i wyglądała na znudzoną. – To kompletnie niemodne.

Olivia chciała się z nią zgodzić, ale ponieważ za dwie minuty miała wejść do Sali Tronowej, zignorowała dziewczynę i spróbowała zebrać myśli oraz skupić się na tym, co ją czeka.

*

Nieco później wszyscy już byli bardziej rozluźnieni. Prezentacja Olivii przebiegła gładko. Nie potknęła się, nie upadła u stóp królewskiej pary ani nawet się nie zachwiała. Dziewczęta trajkotały i spieszyły na ucztę przygotowaną przez sieć restauracji Lyons. Patrząc na nie, Olivia miała wrażenie, że wszystkie się znają, dlatego stała nieco z boku, czując się niezręcznie i nie na miejscu.

– Rozchmurz się, już prawie po wszystkim – szepnął jej do ucha znajomy głos. – Spotkałyśmy się wcześniej. Jestem Venetia Burroughs. A ty?

Była to dziewczyna z numerem siedemnastym.

– Olivia Drew-Norris – odparła.

– Jejku! Ale chce mi się palić – jęknęła Venetia. – Jak myślisz, kiedy to się skończy? – Odrzuciła do tyłu długie czarne włosy, które w przeciwieństwie do włosów Olivii i większości innych dziewcząt nie były tapirowane.

– Nie mam pojęcia. Spojrzałabym na zegarek, gdyby nie to, że zdjęcie rękawiczek to prawdziwe utrapienie – przyznała Olivia.

Venetia uniosła brwi.

– Wielkie nieba, tak! – Rozejrzała się po pokoju i wskazała pozostałe dziewczyny. – Wyglądamy jak narzeczone Draculi.

Olivia zachichotała. Podejrzewała, że Venetia jest jedną z tych „szybkich” dziewcząt, przed którymi ostrzegała ją babka. A jednak była zaintrygowana.

– A niech to! I tak zapalę. – Venetia wyciągnęła z torebki papierosa i zapaliła go. – Rety, od razu lepiej – rzuciła, ostentacyjnie wypuszczając dym.

Olivia zauważyła, że głowy innych dziewcząt odwróciły się w ich stronę.

Venetia wzruszyła ramionami.

– I co mi zrobią? Aresztują? Wtrącą do Tower? Sam król pali jak lokomotywa. Chcesz? – Wyciągnęła papierośnicę w kierunku Olivii.

– Nie, dziękuję. Ja nie…

– Nie pochwalasz czy nie palisz? – spytała Venetia, przeciągając samogłoski. – Nie widziałam cię na żadnych tańcach, herbatkach ani na lunchach poprzedzających prezentację. Skąd jesteś?

– Z Indii – odparła Olivia.

– Naprawdę? Jakież to… egzotyczne. – Zmierzyła Olivię od stóp do głów. – Jesteś bardzo piękna, wiesz? Powinnaś złowić w tym sezonie wyjątkowo grubą rybę, jeśli ci na tym zależy. Na moje oko jesteś w pierwszej piątce.

– Nie wiem, czy tego właśnie chcę – rzuciła wyzywająco Olivia.

Venetia spojrzała na nią z szacunkiem.

– Poważnie? W takim razie co w ogóle tutaj robisz?

– Myślałam, że to samo co ty – odparła Olivia. – I to samo co przed nami nasze matki. Podtrzymuję tradycję.

– Rzeczywiście, chyba masz rację. – Venetia pokiwała głową. – Tyle że ja zamierzam bawić się znacznie lepiej niż moja matka. I podobnie jak tobie wcale nie spieszy mi się do ołtarza. Moje motto brzmi: „Skoro musisz przez to przechodzić, baw się tak dobrze, jak tylko potrafisz”. Co ty na to?

W tej samej chwili podeszła do nich piękna ciemnowłosa dziewczyna o błyszczących oczach. Suknia, którą miała na sobie, trąciła ekskluzywną paryską modą i wyróżniała się pośród kreacji szytych na zamówienie przez angielskich krawców.

– Skarbie – powiedział, obejmując Venetię. – Już nie mogę. Bądź tak kochana i pozwól mi się zaciągnąć.

– Dla ciebie wszystko, Kick. Może chcesz go dokończyć?

Olivia patrzyła, jak usta pięknej Amerykanki rozciągają się w uśmiechu.

– Dzięki. Posłuchaj, idziesz do Ritza? Część z nas wychodzi za dwadzieścia minut. Tatuś powiedział, że też później przyjdzie.

– Nie wiem, Kick, może – rzuciła Venetia od niechcenia. – Zobaczę, co się będzie działo.

– W porządku, słonko, zobaczymy się przy następnej okazji. – Kick uniosła brew, odwróciła się i zerknęła na Olivię. – A to kto? – spytała z powagą, której nie powstydziłaby się królewska para.

– Olivia Drew-Norris. I myślę… – szepnęła konspiracyjnie Venetia – że może być jedną z nas.

– Cudnie. – W jej amerykańskich ustach słowo zabrzmiało dziwnie obco. – Do zobaczenia, Olivio.

Chwilę później już jej nie było. Venetia odprowadziła ją wzrokiem. Pozostałe dziewczęta zrobiły to samo.

– Wiesz, kto to jest, prawda? – Venetia spojrzała na Olivię.

– Tak, poznaję ją z gazet – odparła Olivia. – To Kathleen Kennedy.

– Niekoronowana królowa sezonu, skarbie. Wszyscy ją uwielbiają.

– Wiem nawet dlaczego – westchnęła Olivia. – Jest niesamowicie piękna.

– I nowoczesna. Jest jak powiew świeżego powietrza, a jeśli cię polubi – Venetia ścisnęła ją za ramię – postara się, żeby ten sezon był dla ciebie świetną zabawą. Musisz przyjść i poznać Mup. Nazywam tak moją mamę. Nie pytaj dlaczego, to zbyt nudna historia, ale myślę, że ją polubisz. Przyjdziesz jutro na bal, który Tip Chandler organizuje w hotelu Savoy?

– Tak – potwierdziła Olivia.

– Będzie świetnie. Geraldo zagra ze swoją niesamowitą orkiestrą. Wtedy wszystko ustalimy. – Venetia puściła oko do dziewczyny, która pomachała do niej z drugiego końca pokoju. – Muszę lecieć, kochana. Chcę zrobić obchód. Do jutra!

 

Po powrocie do domu Olivia po raz pierwszy poczuła dreszcz podniecenia związany z nadchodzącym sezonem.