Dom orchidei

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Następnego dnia rano Julia zadzwoniła do Elsie. Starsza pani była zachwycona, jednak jej radość wpędziła Julię w jeszcze większe poczucie winy, że od tak dawna nie próbowała się z nią skontaktować. Ostatecznie umówiły się, że Julia przyjedzie do Southwold w przyszłą sobotę i zostanie na herbatce. Po skończonej rozmowie Julia ubrała się, zarzuciła na ramiona kurtkę i pojechała do Wharton Park. Zamierzała skorzystać z zaproszenia Kita i zobaczyć szklarnie; cieszyła ją perspektywa wyrwania się z pustego domu.

To, że od jakiegoś czasu drażniła ją panująca w domu głucha cisza, wzięła za dobrą monetę. Jeśli nie chciała oszaleć z nudów, musiała zacząć planować przyszłość.

Skręciła zaraz za wjazdem do Wharton Park, podziwiając czerwonolistne buki, które wyznaczały granice parku po obu stronach podjazdu, i wiekowy dąb, pod którym – jak głosiła legenda – Anna Boleyn pocałowała niegdyś króla Henryka VIII.

Pięćset metrów dalej po raz kolejny skręciła w prawo i wyjechała na wyboistą drogę prowadzącą na czworokątny dziedziniec i położone wokół niego budynki dla służby. Tuż za nimi znajdował się ogród warzywny i szklarnie. Zniecierpliwiona i podekscytowana, jak wówczas gdy była dzieckiem, uświadomiła sobie, jak ważne jest dla niej to, że szklarnie wciąż stoją na swoim miejscu.

Zaparkowała samochód na dziedzińcu i wyszła na chłodne rześkie powietrze. Zapamiętała to miejsce jako gwarne i pełne życia, a także rodziny, które tu mieszkały. Z radością zauważyła, że nie tylko cieplarnie są na swoim miejscu; stajnie również. Niegdyś bezustannie rozbrzmiewał tu tętent końskich kopyt, a hałaśliwe traktory omijały bawiące się na dziedzińcu dzieci, zrzucając przy drzwiach do stodoły ciężkie bele siana.

To był świat w świecie…

Który teraz wydawał się cichy i opuszczony.

Julia zostawiła samochód i ruszyła zarośniętą ścieżką w kierunku ogrodu warzywnego. Niebieskie drzwi wciąż tam były, choć niemal zniknęły pod gęstą siatką bluszczu. Otworzyła je z trudem i weszła do ogrodu.

Starannie pielęgnowane długie rzędy marchewek, groszku i pasternaków zniknęły. Ich miejsce zajęła plątanina chwastów i pokrzyw poprzeplatana dziwnymi żałosnymi główkami przerośniętej kapusty. Julia ruszyła w kierunku małego sadu na końcu warzywnika, który przesłaniał widok na szklarnie. Wiekowe jabłonie, grusze i śliwy pochylały ku ziemi sękate, powykręcane, nagie gałęzie. Ubiegłoroczne spady leżały na trawie, powoli zmieniając się w miękką ściółkę.

Idąc między drzewami, dostrzegła dachy szklarni, ledwie widoczne zza zarośli, które wystrzeliły po obu stronach szklanych budynków. Szła teraz ledwie widoczną ścieżką w stronę pierwszych drzwi. Tych jednak już nie było. Zamiast nich leżały u jej stóp smętne szczątki gnijącego drewna i potłuczonego szkła. Patrząc pod nogi, ominęła przeszkodę i weszła do szklarni. Było tu pusto, jeśli nie liczyć starych stołów na kozłach i wiszącego nad głową rzędu żelaznych haków, wciąż jeszcze przymocowanych do kratownicy. Betonową podłogę porastał mech i wszędobylskie chwasty.

Julia przeszła wolno na drugi koniec budynku. Tam, wciśnięty w kąt, stał taboret, na którym zawsze siedziała, a pod nim częściowo zardzewiałe stare radio dziadka Billa.

Przyklękła i wzięła je do rąk. Wiedziała, że nie nadaje się do naprawy, ale czuła, że musi je stąd zabrać. Przytuliła je do piersi niczym niemowlę i przez chwilę kręciła pokrętłami, jakby chciała przywrócić je do życia…

*

„Orchidee kochają muzykę, Julio. Może zastępuje im dźwięki przyrody, które słyszą w rodzinnych stronach”, powtarzał dziadek Bill, pokazując mi, jak zrosić delikatne płatki pistoletem natryskowym. „Lubią też ciepło i wilgoć, są do takich warunków przyzwyczajone”.

Wszyscy uważają szklarnie za niebywale duszne, kiedy silne promienie słońca wlewają się do środka, co w połączeniu z nieruchomym powietrzem sprawia, że temperatury są tu znacznie wyższe od notowanych w zwykły, wilgotny angielski dzień.

Uwielbiam tu przebywać, może dlatego, że nie lubię zbyt ciepło się ubierać. W szklarni czuję się jak w domu; zresztą dziadek Bill też chyba nie narzeka na panujący tu upał.

Poza tym dzięki wysokiej temperaturze powietrze jest tu przesycone wonią orchidei.

– To Dendrobium victoria regina, nazywana czasami Niebieskim Dendrobium. Ale jak widzisz, jest w kolorze lila – chichocze dziadek. – Prawdziwa niebieska orchidea nie została jeszcze odkryta. Ta rośnie na drzewach w południowo-wschodniej Azji. Wyobrażasz to sobie? Całe ogrody w powietrzu…

Dziadek Bill patrzy na mnie tym swoim „wzrokiem” – jak nazywam jego spojrzenie – i chociaż proszę go, żeby opowiedział więcej, nigdy tego nie robi.

– Zimą dendrobia lubią odpoczywać; ja nazywam to hibernacją. Nie nawożę ich wówczas i tylko zraszam niewielką ilością wody, żeby nie uschły.

– Dziadku, skąd wiesz, co one lubią? – spytałam go kiedyś. – Chodziłeś do Storczykowej Szkoły?

Pokręcił głową i się zaśmiał.

– Nie, Julio. Wiele się dowiedziałem od przyjaciela, który mieszkał na Dalekim Wschodzie i dorastał w otoczeniu orchidei. Reszty nauczyłem się metodą prób i błędów; przyglądałem się kwiatom, żeby zobaczyć, jak reagują na moje starania. Teraz wiem, czego się spodziewać, ponieważ na skrzynkach z kwiatami są ich nazwy, ale kiedy byłem chłopcem, nieoznakowane skrzynki przyjeżdżały z bardzo daleka i nie wiedzieliśmy, co to za gatunki, dopóki nie zakwitły. – Westchnął. – Było to dość ekscytujące, choć straciłem wówczas więcej roślin, niż wyhodowałem.

Wiem, że dziadek Bill słynie w świecie storczyków z tego, że hoduje coś, co nazywa się hybrydami. Są one niezwykłe, dlatego znani ogrodnicy przyjeżdżają do Wharton Park, żeby obejrzeć jego najnowsze okazy. Dziadek jest bardzo skromny i nie lubi o tym mówić; powtarza tylko, że jego praca polega na hodowaniu kwiatów, a nie chwaleniu się nimi. Babcia Elsie myśli inaczej. Czasami słyszę, jak mówi, że dziadek Bill zarabia dla Wharton Park naprawdę dużo pieniędzy dzięki ludziom, którzy przyjeżdżają, żeby zobaczyć jego szklarnie i kupić rośliny, i że powinien mieć z tego więcej korzyści.

Nie słucham jej, kiedy mówi te wszystkie rzeczy. Nie chcę, żeby cokolwiek zakłóciło spokój mojej wyjątkowej przystani. Kiedy mnie tu nie ma i kiedy jest mi smutno, wracam do niej myślami i znajduję pocieszenie.

*

Julia wróciła do ponurej rzeczywistości, do tego, co było i co bezpowrotnie utraciła. Dopiero po chwili dotarło do niej, że drży z zimna i nie chce dłużej przebywać w tym miejscu. Obróciła się na pięcie, wyszła ze szklarni i pospieszyła przez warzywnik w stronę samochodu. Siadając za kierownicą, zobaczyła Kita, który wyszedł zza jednej ze stajni, pomachał do niej i podszedł do samochodu.

– Cześć, Julio. Przypuszczam, że przyjechałaś zobaczyć smutny koniec jednej z niegdysiejszych chlub Wharton Park.

– Przestań. – Westchnęła. – Jestem taka przygnębiona. Szklarnie są puste. Nic w nich nie zostało. – Zrozpaczona pokręciła głową. – Gdzie podziały się wszystkie orchidee?

– Nie wiem. A szkoda. Mój ojciec nie mieszkał tu długo, a ciotka Crawford, nie wiedzieć czemu, wzdrygała się na samą myśl o storczykach. Pamiętasz dzień, kiedy przyniosłaś jej orchideę? Kiedy wyszłaś, oddała mi ją i powiedziała, że nie chce widzieć jej na oczy. – Mówiąc to, Kit uniósł brwi. – Nie pytaj dlaczego. Nie mam pojęcia. Może ucieszy cię fakt, że zaniosłem ją do swojej sypialni i wziąłem ze sobą, kiedy opuszczałem Wharton Park. Kwitła latami.

– Jakie to dziwne – szepnęła Julia. – I smutne.

– Też tak myślę – zgodził się Kit. – Bóg jeden wie, co jeszcze zniknęło z majątku oprócz orchidei. Im szybciej Wharton Park trafi w ręce nowego właściciela, tym lepiej. – Nagle pojaśniał. – Może masz ochotę obejrzeć stary dom twoich dziadków? Właśnie tam idę.

– Czemu nie – rzuciła Julia.

Chwilę później ruszyli w stronę chatki przycupniętej obok niewielkiego ogródka, tuż za dziedzińcem. Już z daleka Julia usłyszała odgłosy tłuczenia i wiercenia dochodzące zza ścian budynku.

– Mam nadzieję, że nie uznasz, iż został zniszczony, ale wierz mi, nie nadawał się do zamieszkania. A ponieważ pracownicy majątku wciąż jeszcze pracują dla mnie, pomyślałem, że mogą się na coś przydać.

– Co się z nimi stanie, kiedy pojawi się nowy właściciel? – spytała Julia.

– Większość z nich zostanie ponownie zatrudniona. Założę się, że mając konkretną pracę, będą bardziej zadowoleni niż w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Wejdziemy? Ostrzegam, że wiele się tu zmieniło.

Wchodząc do domu, Julia spodziewała się zobaczyć wąski ciemny korytarz i prowadzące na górę strome schody. Zamiast tego znalazła się w przestronnej pustej przestrzeni.

– Mam alergię na niskie sufity – rzucił przepraszająco Kit, mając na myśli swój wzrost. – W końcu mam sto dziewięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu. Dlatego się ich pozbyłem.

Sufity nie były jedynymi rzeczami, których się pozbył. Cały rozkład domu z wyraźnym podziałem na kuchnię, sypialnie i łazienkę zniknął bezpowrotnie. W miejscu sypialnianego sufitu pojawiły się cztery świeżo zamontowane świetliki. Jedyną pozostałością po dawnym wystroju był kominek, przy którym Julia grzała się, będąc małą dziewczynką.

– Jak… wiele się tu… zmieniło – wydusiła.

– Trzeba jeszcze wyremontować piętro. Wykorzystałem poddasze, żeby podnieść sufity, dzięki czemu pomieszczenia na dole będą wyższe. Zamierzam przerobić starą przybudówkę na kuchnię i łazienkę. Wiem, że to dość radykalne posunięcie, ale myślę, że się sprawdzi.

– Z pewnością wprowadziłeś ten dom w nowe tysiąclecie – bąknęła Julia. – Trudno uwierzyć, że to ta sama chatka.

Spojrzał na nią.

– Jesteś zła?

– Ależ nie.

Oboje jednak wiedzieli, że jest inaczej.

– Posłuchaj, Julio, może wpadniesz ze mną do domu na kanapkę? Czuję, że jestem ci to winien, w końcu zbezcześciłem twoje dziedzictwo.

 

– Nie jest to moje dziedzictwo – odparła. – Ale, tak, chętnie…

– Witaj, skarbie. Przepraszam za spóźnienie.

Nagle za ich plecami pojawiła się atrakcyjna kobieta o rudawobrązowych włosach. Ucałowała Kita w policzek i uśmiechnęła się do Julii.

– Julio, to jest Annie. Pomagała mi projektować dom i sporządziła plany, dzięki którym wyremontuję pozostałe budynki i będzie można je wynająć. Jak widzisz, sama też czeka na ostateczny efekt swojego planu. – Mówiąc to, wskazał okrągły brzuch Annie i otoczył ją ramieniem. – Już niedługo, prawda? – dodał czule.

– Tak, dzięki Bogu, zostały tylko cztery tygodnie. – Annie mrugnęła do Julii. Miała cudownie lśniące zielone oczy i mówiła z delikatnym amerykańskim akcentem. – Będę szczęśliwa, kiedy się w końcu wykluje. Masz dzieci? – spytała.

Oczy Julii zaszkliły się od łez, a ona sama nie odezwała się ani słowem. Co mogła odpowiedzieć?

– Julia to bardzo znana koncertująca pianistka. – Kit pospieszył jej z pomocą. – Spotkaliśmy się w Wharton Park przed wielu laty i byłem jedną z pierwszych osób, które miały okazję podziwiać jej talent. Prawda, Julio? – Spojrzał na nią współczująco.

Ta krótka chwila wytchnienia wystarczyła, by Julia opanowała emocje. Skinęła pospiesznie głową i odchrząknęła.

– Tak. Muszę już iść. Miło było cię poznać, Annie, i… powodzenia.

– Tobie również, Julio.

– Tak. Do widzenia, Kit. Do zobaczenia. – Po tych słowach odwróciła się i zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać, niemal pobiegła do samochodu.

8

Na kolejną sobotę synoptycy zapowiadali opady śniegu. Julia zignorowała jednak ostrzeżenia – rozpaczliwie chciała wyrwać się z domu i zaraz po lunchu wyruszyła do Southwold.

Włączyła radio, żeby przerwać ciszę, i natychmiast rozpoznała II Koncert Rachmaninowa. Zdenerwowana, wyłączyła odbiornik. Bez względu na zmianę, jaka dokonała się w jej życiu kilka dni temu, wciąż istniały rzeczy, z którymi nie była w stanie sobie poradzić. Niewinne pytanie Annie dotknęło ją do żywego. Po powrocie do domu przepłakała dwie godziny. Oto dlaczego tak długo pozostawała w ukryciu. Bała się swoich reakcji. Samotność wydawała się jej bardziej rozsądna niż wychodzenie na świat pełen obrazów, zapachów i ludzi, którzy choć pełni najlepszych intencji, bezwiednie przypominali jej o tragedii.

Aż do dziś była przekonana, że nie będzie w stanie się z tym uporać, że uwagi takie jak ta wczorajsza sprawią, iż załamie się i pęknie. Ale zmierzenie się z bólem było kolejnym krokiem na drodze do normalności. Potrzebowała czasu, żeby zapanować nad emocjami. Powoli uczyła się, jak oswoić się ze światem zewnętrznym i wspomnieniami, które budził. Jak wszystko inne był to żmudny długotrwały proces. Zresztą nie oczekiwała, że zmiany dokonają się z dnia na dzień.

Wjeżdżając na obrzeża Southwold, po raz kolejny przekonała się, że to, iż znalazła się tu, sto kilometrów od swojej mrocznej kryjówki, świadczy o istotnych zmianach, jakie dokonały się w jej życiu w ciągu ostatnich kilku dni. Wiedziała, że rozmowa z Elsie nie sprawi jej bólu, i miała nadzieję, że dzięki niej zapomni o teraźniejszości i choć na chwilę wróci do szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa. Wkraczała na „bezpieczne terytorium” i szczerze cieszyła się na to spotkanie.

Zerknęła na kartkę, na której zapisała poszczególne punkty trasy do Southwold. Podążała zgodnie ze wskazówkami i niebawem wjechała w obsadzoną drzewami ślepą uliczkę i zaparkowała przed niskim zadbanym bungalowem.

Chwyciła torbę z pamiętnikiem z Changi, podeszła do drzwi i nacisnęła dzwonek. Gdzieś w głębi domu rozległy się dźwięki tandetnej elektronicznej melodyjki, a chwilę później drzwi otworzyły się i stanęła w nich Elsie.

– Julia! – Elsie wyciągnęła ręce do wnuczki.

Jej obfite piersi pachniały perfumami Bluegrass i talkiem.

– Niech no na ciebie spojrzę. – Ujęła wnuczkę za ramiona, cofnęła się i wyraźnie zadowolona klasnęła w dłonie. – Proszę, proszę! Prawdziwa z ciebie piękność! – wykrzyknęła. – Jesteś podobna do matki, kiedy była w twoim wieku. No dalej, skarbie, chodź do środka.

Julia weszła za nią do domu. Bungalow był mały, ale wszystko tu było czyste, świeże i jasne. Elsie zaprowadziła ją do niewielkiego salonu umeblowanego różowym zestawem wypoczynkowym stojącym obok piecyka gazowego.

– A teraz zdejmij kurtkę, usiądź i ogrzej się przy ogniu, a ja zrobię coś ciepłego do picia. Kawa czy herbata?

– Chętnie napiję się herbaty, babciu – odparła Julia.

– Już się robi. Upiekłam też babeczki, które tak bardzo lubiłaś. – Mówiąc to, spojrzała na Julię. – Wyglądasz, jakbyś potrzebowała babcinej kuchni.

Julia się uśmiechnęła.

– Chyba masz rację – przyznała. – Przydałaby mi się.

Elsie zniknęła w kuchni i włączyła czajnik. Tymczasem Julia usiadła w fotelu i otoczyła się znajomym kokonem bezpieczeństwa, który jak zwykle utkała dla niej babcia.

– A więc – rzuciła staruszka, stawiając na małym stoliku tacę z babeczkami. – Co słychać u mojej słynnej wnuczki?

– W porządku, babciu. Cudownie jest cię zobaczyć. Przepraszam, że nie przyjechałam wcześniej. Ostatnio prawie nie ruszałam się z domu.

– Wiele przeszłaś, moje dziecko. Wiedziałam, że przyjedziesz, kiedy tylko będziesz gotowa. – Poklepała ją po ręce. – Wsypię ci do herbaty mnóstwo cukru. Wyglądasz jak dziadek, kiedy wrócił z wojny: był chudy jak szkielet. Proszę… – Podała Julii gorącą filiżankę i zaczęła nakładać na bułeczki grubą warstwę masła i dżemu. – To domowej roboty powidła śliwkowe – wyjaśniła. – Pamiętasz, jak je uwielbiałaś? Udało mi się wyhodować śliwę damaszkę na tym skrawku zieleni, który szumnie nazywają ogrodem. – Machnęła ręką w kierunku widocznego za oknem porośniętego trawą poletka. – I wyobraź sobie, że w tym roku obrodziła.

Julia spojrzała w jej błyszczące oczy. Bez względu na jej wyobrażenie o „starzejącej się Elsie”, pomyliła się. Może proces starzenia był znacznie mniej oczywisty, jeśli ktoś był „stary” wyłącznie w oczach młodych. Julia zatopiła zęby w bułeczce i rozkoszowała się znajomym smakiem.

Elsie patrzyła na nią z aprobatą.

– Ciągle jeszcze nie wyszłam z wprawy, prawda? Założę się, że to najlepsze bułeczki, jakie w życiu jadłaś. Lepsze nawet od tych francuskich przysmaków.

Julia zachichotała.

– Masz rację, babciu, nie wyszłaś z wprawy.

Zobaczyła, że Elsie marszczy czoło i wyraźnie zaniepokojona spogląda na czubek jej głowy.

– Widzę, panienko, że nie odżywiasz się jak należy. Twoje włosy straciły blask. – Sięgnęła przez stół, ujęła w dłoń pojedynczy kosmyk i potarła palcami końcówki włosów. – Suche jak pieprz. Musisz je podciąć i nałożyć mnóstwo odżywki. Ale przede wszystkim zacznij od odpowiedniej diety – rzuciła. – Zawsze powtarzam moim klientkom, że to, co wkładają do ust, ląduje w końcu na ich głowach.

Julia spojrzała na nią zaskoczona.

– Twoim klientkom? Chcesz powiedzieć, że jesteś fryzjerką?

– W rzeczy samej – potwierdziła radośnie Elsie. – W czwartki rano pracuję w domu starców. Jego mieszkańcy i tak niewiele mają na głowie – zachichotała. – Ale uwielbiam to. W końcu robię to, o czym zawsze marzyłam.

– Wciąż masz te wszystkie peruki? – spytała Julia.

– Nie. Teraz, kiedy mogę czesać prawdziwe włosy, już ich nie potrzebuję. – Spojrzała na nią. – Pewnie obie z Alicią miałyście mnie za dziwaczkę, która godzinami układa sztuczne włosy. Ale dla mnie to było lepsze niż nic. Tylko to chciałam robić. – Westchnęła. – I byłam w tym naprawdę dobra. Czesałam jaśnie panią i jej gości, którzy przyjeżdżali do Wharton Park. Zabawne, w jaki sposób toczą się ludzkie losy.

– Tak, babciu. A ty, jak się czujesz?

– Jak widzisz – Elsie spojrzała na swą pokaźną talię – wciąż lubię swoją kuchnię. Choć odkąd zostałam sama, próbuję z tym walczyć. Twoja cioteczna babka zmarła na początku ubiegłego roku, tak więc oprócz mnie nie ma tu nikogo.

– Było mi przykro, gdy się dowiedziałam. – Julia zjadła babeczkę i sięgnęła po kolejną.

– Przynajmniej nie cierpiała. Pewnej nocy położyła się spać i już się nie obudziła. Też bym tak chciała, gdybym mogła wybierać. – Elsie jak wielu ludzi w jej wieku podchodziła optymistycznie do śmierci. – Zostawiła mi ten bungalow, choć miała własne dzieci. Te nowoczesne budynki są znacznie lepsze od obskurnych wilgotnych chat, w których niegdyś mieszkałam. Zawsze ciepłe, z gorącą wodą na kąpiel i kibelkiem, w którym działa spłuczka.

– Tak, jest bardzo przytulny – przyznała Julia. – Czyli nie czujesz się samotna?

– Boże broń! Nie wiem, do czego się zabrać. Mam swoje fryzjerstwo, a w pozostałe dni chodzę na spotkania klubów towarzyskich albo odwiedzam znajomych. W Wharton żyliśmy jak pustelnicy, a przyjaciół mogliśmy wybierać jedynie spośród innych pracowników majątku. Tu mam całe miasteczko pełne emerytów!

– Cieszę się, że jesteś szczęśliwa, babciu – odparła Julia. – Z pewnością nie tęsknisz za życiem w Wharton Park.

Twarz Elsie spochmurniała.

– Cóż, skarbie, nie do końca jest to prawda, bo strasznie brakuje mi twojego dziadka. Ale nie, nie tęsknię do tamtego życia. Pamiętaj, że zaczęłam służbę w Wielkim Domu, mając zaledwie czternaście lat; wstawałam o piątej rano, a kładłam się spać przed północą, jeśli właściciele domu nie urządzili przyjęcia i nie zaprosili gości. Pracowałam tak przez ponad pięćdziesiąt lat. – Mówiąc to, pokręciła głową. – Nie, Julio, dobrze zrobiłam, przechodząc na emeryturę. Ale dość o mnie. Sama zresztą widzisz, że jestem cała, zdrowa i szczęśliwa. Co u twojego ojca i siostry?

– To co zawsze – odparła Julia. – Tata jak zwykle przepracowany. Niebawem wyrusza na kolejną wyprawę na drugi koniec świata. Alicia jest zajęta rodziną.

– Tak, założę się, że ma mnóstwo roboty; czasami przysyła mi zdjęcia. Ciągle powtarza, żebym wpadła z wizytą, ale nie chcę sprawiać kłopotu. Poza tym nie mam prawa jazdy i nie lubię pociągów. Może kiedyś, jeśli będą mieli czas, odwiedzą mnie tak jak ty dziś.

– Obiecuję, że spróbuję wpadać nieco częściej. Zwłaszcza że wróciłam do kraju – dodała Julia.

– Zostajesz tu? To znaczy, na dobre?

– Sama nie wiem. – Julia westchnęła. – Muszę podjąć pewne decyzje, ale aż do teraz nie chciałam tego robić.

– Tak, skarbie. – Elsie spojrzała na nią ze współczuciem. – To zrozumiałe, że nie chciałaś podejmować żadnych decyzji. Mówiłaś, że jest coś, o czym chciałaś ze mną porozmawiać.

– Tak – odparła Julia. – Nie wiem, czy wiesz, że Wharton Park ma zostać sprzedany.

Twarz Elsie pozostała niewzruszona.

– Tak, słyszałam – odparła po chwili.

– Kit Crawford, spadkobierca, postanowił zatrzymać czworaki i planuje zamieszkać w waszym starym domu.

Elsie odchyliła głowę i się roześmiała. Był to głęboki dźwięczny śmiech, który wypełniał całe jej ciało, sprawiając, że zaczęło drżeć. W końcu otarła oczy.

– Panicz Kit, choć może powinnam powiedzieć jego lordowska mość, wprowadza się do chaty starego ogrodnika? – Pokręciła głową. – Och, Julio, ty to potrafisz mnie rozśmieszyć.

– A jednak to prawda – upierała się Julia. – Musi wszystko sprzedać, bo majątek tonie w długach, a jego utrzymanie kosztuje mnóstwo pieniędzy. Poza tym to była urocza chatka – dodała ostrożnie.

– Możliwe, ale na samą myśl o lordzie Crawfordzie wprowadzającym się do naszego skromnego domu chce mi się śmiać. – Elsie wyciągnęła z rękawa chusteczkę i wydmuchała nos. – Wybacz, skarbie – dodała. – Mów dalej.

– Chodzi o to, że kiedy hydraulicy instalowali nowe rury, musieli zerwać podłogę. – Julia zanurzyła rękę w torbie i wyjęła pamiętnik. – I znaleźli to.

Spojrzenie Elsie mówiło, że rozpoznała skórzaną okładkę.

– To pamiętnik – dodała Julia, stwierdzając fakt.

– Tak – potwierdziła Elsie.

– Pisany w więzieniu Changi w Singapurze w czasie drugiej wojny światowej.

– Wiem, co to za pamiętnik, Julio. – Oczy Elsie zaszkliły się od łez.

– Och, babciu, tak mi przykro. Nie chciałam sprawiać ci przykrości. Nie musisz go czytać. Chciałam się tylko dowiedzieć, czy został napisany przez dziadka Billa. On tam był, prawda? Na Dalekim Wschodzie podczas drugiej wojny światowej? Pewne rzeczy, które słyszałam od niego w szklarni, będąc małą dziewczynką, świadczyły o tym, że tam był. Choć nigdy nie mówił gdzie i kiedy – dodała pospiesznie, widząc, że Elsie pobladła.

W końcu staruszka pokiwała głową.

– Tak, był tam – odparła powoli.

– W Changi?

Kolejne skinienie głowy.

– A więc to jego pamiętnik?

Minęła chwila, zanim Elsie się odezwała.

– Czytałaś go, Julio? – spytała.

– Nie. Ciągle mam zamiar, ale jakoś… – Westchnęła. – Pomyślałam, że ta lektura może być bolesna, a ja, choć wiem, że zabrzmi to samolubnie, dość mam na jakiś czas bolesnych przeżyć.

 

– Rozumiem. – Elsie pokiwała głową. Dźwignęła się z fotela i wolnym krokiem podeszła do okna. Na zewnątrz grube płatki śniegu leniwie przykrywały niewielki ogródek. Niebo pociemniało, choć dopiero minęła szesnasta. – Szybko się ściemnia – rzuciła staruszka, nie odwracając się od okna. – Zostaniesz na noc?

– Ja… – Julia wcale nie miała takiego zamiaru, ale spojrzała na śnieg, pomyślała o drodze powrotnej do domu, o ponurej, zimnej chacie i o tym, co czuje teraz Elsie.

– Tak, zostanę – odparła, kiwając głową.

Słysząc to, Elsie się odwróciła.

– To dobrze. Posłuchaj, Julio, pójdę teraz do kuchni i przygotuję kolację. Kiedy pracuję, mogę tak naprawdę zebrać myśli. A mam do przemyślenia kilka spraw – dodała pod nosem. – Może w tym czasie pooglądasz telewizję? – Mówiąc to, podała jej pilota i wyszła z pokoju.

*

Czterdzieści pięć minut później, po tym jak Julia obejrzała nieciekawy sobotni program rozrywkowy, poświęcając mu więcej uwagi, niż było to konieczne, Elsie wróciła do pokoju.

– Dochodzi osiemnasta. W sobotę o tej porze zawsze raczę się szklaneczką noilly prat. Dostałam też czerwone wino od przyjaciółki. Nie mam pojęcia, jak smakuje, ale może się napijesz?

– Czemu nie? – rzuciła Julia, zadowolona, że policzki Elsie nabrały trochę rumieńców.

– Wstawiłam do piekarnika zapiekankę z mielonego mięsa i ziemniaków. – Wręczyła Julii kieliszek i pociągnęła łyk noilly prat. – Zjemy ją później. Szykując kolację, miałam trochę czasu na przemyślenia i trochę się uspokoiłam.

– Przepraszam, babciu, naprawdę nie chciałam cię zdenerwować. Powinnam była wiedzieć, że to dla ciebie bolesne. – Julia wypiła łyk wina. – Ostatnimi czasy zbyt wiele myślałam o sobie; muszę pamiętać, że inni też mają uczucia.

Elsie poklepała ją po ręce.

– To oczywiste, że myślałaś o sobie. Najważniejsze, że najgorsze już za tobą. Nie zdenerwowałaś mnie. Po prostu widok tego – mówiąc to, wskazała pamiętnik – kompletnie mnie zaskoczył. Myślałam, że Bill go spalił. Tak jak mu kazałam. Powiedziałam, że pewnego dnia ktoś znajdzie ten pamiętnik i nie wyniknie z tego nic dobrego… – Spojrzała przed siebie niewidzącym wzrokiem.

Julia siedziała cierpliwie, czekając, aż znowu zacznie mówić.

– No cóż… – Elsie zebrała się w sobie. – Pewnie zastanawiasz się, o co w tym wszystkim chodzi. Prawda jest taka, że ktoś odnalazł pamiętnik i oddał go tobie. Mogłam cię okłamać i wierz mi, że biłam się z myślami, ale uznałam, że nie tędy droga. Już nie.

– Babciu, proszę cię, powiedz mi, o co chodzi. Jeśli to tajemnica, wiesz, że jej dochowam. Zawsze potrafiłam, nawet kiedy byłam małą dziewczynką.

Słysząc to, Elsie uśmiechnęła się i pogłaskała ją po policzku.

– Wiem, że potrafisz dochować sekretu, kochanie, i wiem, że nikomu nie powiesz. Sęk w tym, że to nie takie proste. To jedna z tych… rodzinnych tajemnic, które, jeśli zostaną wyjawione, skrzywdzą parę osób.

To jeszcze bardziej zaintrygowało Julię.

– Kto jeszcze może ucierpieć? – spytała. – Zostaliśmy tylko ja, tata i Alicia.

– Cóż – ciągnęła staruszka – czasami sekrety dotyczą więcej niż jednej rodziny. Poza tym – dodała – myślę, że najlepiej będzie, jeśli zaczniemy od początku i zobaczymy, dokąd zaprowadzi nas ta historia. Co ty na to?

Julia skinęła głową.

– Rób, co uważasz za stosowne, babciu. Z chęcią posłucham.

Elsie pokiwała głową.

– Ostrzegam cię. Przypomnienie sobie pewnych rzeczy może zająć trochę czasu, ale… Cóż, cała historia zaczyna się w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym, kiedy jako młoda dziewczyna zaczęłam pracę pokojówki w Wielkim Domu. Och… – Elsie klasnęła w dłonie. – Nie poznałabyś wówczas Wharton Park. To miejsce tętniło życiem, a w domu Crawfordów pełno było gości. W sezonie łowieckim niemal w każdy weekend odbywały się huczne przyjęcia. Pewnego razu do Wharton Park zjechali przyjaciele państwa z Londynu, a ja miałam opiekować się ich osiemnastoletnią córką Olivią Drew-Norris. Była moją pierwszą „panienką”. – Oczy Elsie rozbłysły. – Och, Julio, nigdy nie zapomnę chwili, kiedy tamtego dnia weszłam do magnoliowej sypialni i zobaczyłam ją po raz pierwszy…