Dom orchidei

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Znów mam jedenaście lat. Stoję w ogromnym pokoju, który tak naprawdę jest holem wejściowym, ale dla mnie wygląda jak katedra. Sklepienie wznosi się wysoko ponad moją głową, a kiedy spoglądam w górę, widzę chmury i nagie postaci pulchnych aniołków. Wpatruję się w nie jak urzeczona; nie zauważam nawet osoby, która obserwuje mnie ze schodów.

– Może w czymś pomóc, panienko?

Jestem tak zaskoczona, że prawie wypuszczam z rąk cenną doniczkę, a to przecież z jej powodu jestem tu, w tym cudownym miejscu. Dziadek posłał mnie, żebym wręczyła ją lady Crawford. Nie cieszy mnie to, ponieważ boję się jej. Kiedy widziałam ją z daleka, wydawała się stara, chuda i zła. Ale dziadek Bill nie chciał słuchać wymówek.

– Jest bardzo smutna, Julio. Może orchidea poprawi jej nastrój. A teraz bądź dobrą dziewczynką i idź już.

Osoba na schodach to z pewnością nie lady Crawford. To młody chłopak. Wygląda na cztery, pięć lat starszego ode mnie, a jego gęste, kręcone kasztanowe włosy są zbyt długie jak na chłopca. Jest bardzo wysoki, choć przeraźliwie chudy; jego ramiona przypominają patyki wystające z podwiniętych rękawów koszuli.

– Szukam lady Crawford. Przyniosłam jej to, ze szklarni – bąkam nieśmiało.

Chłopak powoli pokonuje resztę schodów i wyciągając ręce, staje tuż obok.

– Jeśli chcesz, sam jej zaniosę.

– Dziadek powiedział, że mam to oddać osobiście – odpowiadam zdenerwowana.

– Niestety w tej chwili odpoczywa. Nie czuje się najlepiej.

– Nie wiedziałam.

Chcę zapytać, kim właściwie jest, ale nie mam śmiałości. Mam wrażenie, że chłopak potrafi czytać w moich myślach, bo zaraz potem mówi:

– Lady Crawford to moja ciotka, więc chyba możesz mi zaufać, prawda?

– Tak, proszę. – Podaję mu orchideę i cieszę się w duchu, że nie będę musiała przekazywać jej osobiście. – Czy mógłbyś powiedzieć lady Crawford, że mój dziadek mówi, że to nowa… – szukam w głowie właściwego słowa – …hybryda, która niedawno zakwitła?

– Dobrze, przekażę jej.

Stoję nadal, nie wiedząc, jak się zachować. On także.

W końcu pyta:

– Jak masz na imię?

– Julia Forrester. Jestem wnuczką pana Stafforda.

Słysząc to, unosi brwi.

– Ja nazywam się Christopher Crawford, dla przyjaciół Kit.

Wyciąga wolną rękę i wymieniamy uścisk dłoni.

– Miło cię poznać, Julio. Słyszałem, że świetnie grasz na pianinie.

Rumienię się.

– Nie sądzę – odpowiadam.

– Nie bądź taka skromna – karci mnie. – Słyszałem, jak kucharka i twoja babcia rozmawiały o tobie dziś rano. Chodź za mną.

Wciąż potrząsa moją ręką i ciągnie mnie za sobą. Przecinamy hol i mijamy kolejne pokoje pełne eleganckich mebli, które sprawiają, że dom wygląda jak naturalnych rozmiarów domek dla lalek. Zastanawiam się, gdzie siedzą wieczorami i oglądają telewizję. W końcu wchodzimy do pokoju skąpanego w złocistym świetle, które wpada przez trzy wysokie okna z widokiem na taras prowadzący do ogrodów. Są tu trzy masywne sofy ustawione wokół wielkiego marmurowego kominka, a w odległym kącie przy jednym z okien stoi fortepian. Kit Crawford prowadzi mnie do niego, wysuwa taboret i zmusza, żebym usiadła.

– No śmiało. Posłuchajmy, jak grasz.

Podnosi pokrywę, posyłając w powietrze drobinki kurzu, które przez chwilę wirują w popołudniowym słońcu.

– Jesteś… jesteś pewien, że mogę? – pytam.

– Ciocia Crawford śpi w drugiej części domu. Na pewno nie usłyszy. No dalej, zagraj coś! – Patrzy na mnie wyczekująco.

Niepewnie muskam palcami klawisze. Są inne; w niczym nie przypominają tych, których dotykałam do tej pory. Jeszcze tego nie wiem, ale wykonano je z najprzedniejszej kości słoniowej, a fortepian, na którym gram, to liczący sto pięćdziesiąt lat bechstein. Delikatnie wystukuję pierwszą nutę. Jej echo rezonuje między strunami, wzmacniając dźwięk.

Kit krzyżuje ramiona. Czeka. Nagle dociera do mnie, że nie mam wyboru. Zaczynam grać Clair de Lune, mój ulubiony utwór, któremu poświęciłam długie godziny ćwiczeń. Kiedy nuty pod moimi palcami nabierają życia, zapominam o Kicie. Daję się ponieść wspaniałym dźwiękom, jakie wydobywa z siebie instrument. Uciekam – jak zawsze – do innego miejsca, daleko, daleko stąd. Słońce całuje moje palce i ogrzewa twarz. Gram tak dobrze jak nigdy dotąd i jestem zaskoczona, gdy palce po raz ostatni dotykają klawiszy, a utwór dobiega końca.

Gdzieś w tle słyszę oklaski i zmuszam się, by powrócić do przestronnego pokoju i Kita, który stoi obok i patrzy na mnie z podziwem.

– Wow! To było niesamowite!

– Dziękuję.

– Jesteś taka młoda. Masz takie małe palce, jak to możliwe, że tak szybko biegają po klawiaturze?

– Nie wiem, po prostu… to robią.

– Wiesz, że mąż cioci, Harry, lord Crawford, był uznanym pianistą?

– Nie… nie miałam pojęcia.

– Cóż, to prawda. To był jego fortepian. Umarł, kiedy byłem dzieckiem, więc nigdy nie słyszałem, jak grał. Możesz zagrać coś innego?

Tym razem wydaje się szczerze rozentuzjazmowany.

– Ja… chyba powinnam już iść.

– Tylko jeden utwór, proszę!

– Dobrze – zgadzam się.

Chwilę później zaczynam grać Rapsodię na temat Paganiniego i po raz kolejny zatracam się w muzyce. Jestem w połowie utworu, kiedy słyszę czyjś krzyk.

– DOŚĆ! Natychmiast przestań!

Robię, co każe głos, i spoglądam w stronę drzwi. Na progu stoi wysoka, chuda kobieta o siwych włosach. Sądząc po wyrazie jej twarzy, jest bardzo zagniewana. Czuję w piersi oszalałe bicie serca.

Kit podchodzi do kobiety.

– Wybacz, ciociu Crawford, to ja poprosiłem Julię, żeby zagrała. Spałaś, więc nie mogłem zapytać cię o pozwolenie. Obudziliśmy cię?

Kobieta wbija w niego spojrzenie zimnych oczu.

– Nie. Nie obudziliście mnie. Ale nie w tym rzecz, Kit. Z pewnością wiesz, że zabraniam komukolwiek grać na tym fortepianie.

– Przepraszam, ciociu Crawford. Nie wiedziałem. Ale Julia jest taka cudowna. Ma dopiero jedenaście lat, a gra jak wytrawna pianistka.

– Dość! – powtarza stanowczo lady Crawford.

Kit zwiesza głowę i daje mi znak, żebym razem z nim wyszła z salonu.

– Jeszcze raz przepraszam – bąka, kiedy przemykam za jego plecami.

Kiedy mijam lady Crawford, kobieta zatrzymuje mnie.

– Jesteś wnuczką Stafforda? – pyta.

Spojrzenie jej zimnych niebieskich oczu zdaje się przewiercać mnie na wylot.

– Tak, lady Crawford.

Jej wzrok łagodnieje i patrząc na nią, mam wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Ale ona tylko kiwa głową i przez chwilę szuka odpowiednich słów.

– Ja… przykro mi z powodu twojej matki.

– Julia przyniosła ci orchideę – wtrąca Kit, wyczuwając napięcie. – To nowa odmiana ze szklarni jej dziadka. Prawda, Julio? – dodaje mi odwagi.

– Tak – odpowiadam. Czuję pod powiekami palące łzy, jednak robię wszystko, żeby się nie rozpłakać. – Mam nadzieję, że się pani spodoba.

Kobieta kiwa głową.

– Na pewno. Powiedz dziadkowi, że bardzo mu dziękuję.

*

Alicia czekała cierpliwie w kolejce po katalog aukcyjny.

– Czy jako dziecko kiedykolwiek byłaś w tym domu? – spytała.

– Tak – odpowiedziała Julia. – Raz.

Alicia wskazała na wysokie sklepienie.

– Dość tandetne te cherubinki, nie sądzisz?

– Zawsze je lubiłam – odparła Julia.

– Zabawny, stary dom – ciągnęła Alicia. Chwilę później wzięła katalog i ruszyła za grupą ludzi przez hol, wzdłuż korytarza, prosto do dużego, wyłożonego dębową boazerią pokoju, w którym można było podziwiać przedmioty wystawione na aukcję. Tam wręczyła katalog siostrze.

– Szkoda, że go sprzedają. Należał do rodziny Crawfordów od ponad trzystu lat – mruknęła pod nosem. – To koniec pewnej epoki. Rozejrzymy się. – Pociągnęła Julię w kierunku eleganckiej, choć pękniętej greckiej urny, której, sądząc po śladach mchu na wewnętrznych ściankach, używano w charakterze donicy. – Może kupimy ojcu coś takiego?

Julia wzruszyła ramionami.

– Może. Ty zdecyduj.

Widząc, że Julia traci zainteresowanie aukcją, Alicia rzuciła poirytowana:

– Może powinnyśmy się rozdzielić. W ten sposób szybciej zorientujemy się, na co zwrócić uwagę. Ty zaczniesz od tej strony, a ja od tamtej i za dziesięć minut spotkamy się przy drzwiach.

Julia skinęła głową i w milczeniu patrzyła, jak Alicia znika w drugim końcu pokoju. Nienawykła do tłumów poczuła się niezręcznie jak ktoś cierpiący na klaustrofobię. Chwilę później podeszła do stołu na kozłach i stojącej za nim kobiety. Tutaj tłum nie był taki gęsty; zresztą i tak nie miała dokąd pójść.

– Te przedmioty nie są wystawione na aukcji – rzuciła kobieta. – To prawdziwe starocia. Może kupić je pani już teraz, są wycenione indywidualnie.

Julia wzięła do rąk sfatygowany egzemplarz Dziecięcej księgi cudów. Książkę opatrzono datą 1926.

Dla Hugona od babci, z wyrazami miłości.

Na stole leżał też egzemplarz Rocznika Wilfreda z 1952 roku oraz Nagietkowy ogród Kate Greenaway.

Książki miały w sobie coś przejmującego. Przez ponad osiemdziesiąt lat dzieci Crawfordów, zamknięte w swoich pokojach, czytały te opowieści. Julia postanowiła je kupić i zachować na pamiątkę.

Lewą część stołu zajmowało podniszczone kartonowe pudło pełne rozmaitych rycin. Julia przejrzała je obojętnie. Większość z nich stanowiły litografie piórkiem przedstawiające wielki pożar Londynu, stare statki i szkaradne domy. Jej uwagę przykuła zniszczona brązowa koperta.

W środku znalazła namalowane akwarelami obrazki, z których każdy przedstawiał inną orchideę.

Kremowy welin, na którym namalowano kwiaty, szpeciły brązowe kropki. Sądząc po technice, obrazki zostały wykonane przez amatora entuzjastę. Julia uznała jednak, że odpowiednio oprawione wyglądałyby dość ciekawie. Na każdym z nich, pod łodygą, zapisano ołówkiem łacińską nazwę orchidei.

 

– Ile kosztują? – spytała.

Kobieta sięgnęła po kopertę.

– Nie wiem. Nie ma na nich ceny.

– Może więc dam pani dwadzieścia funtów, po pięć za sztukę? – zaproponowała Julia.

Kobieta spojrzała na poplamione obrazki i obojętnie wzruszyła ramionami.

– Powiedzmy, że zapłaci pani dziesięć funtów za wszystko, dobrze?

– Dziękuję. – Julia wyciągnęła pieniądze z portfela, zapłaciła i ruszyła w stronę drzwi na spotkanie z Alicią.

Koperta i książki, które Julia wetknęła pod pachę, natychmiast zwróciły uwagę Alicii.

– Znalazłaś coś? – spytała.

– Tak.

– Pokaż?

– Pokażę, kiedy wrócimy do domu.

– Jak chcesz – rzuciła Alicia. – Zamierzam licytować donicę, którą widziałyśmy wcześniej. To pozycja katalogowa numer sześć, tak więc przy odrobinie szczęścia nie zabawimy tu zbyt długo. Aukcja zaczyna się lada chwila.

Julia pokiwała głową.

– Ja w tym czasie pójdę się przejść. Potrzebuję świeżego powietrza.

– Dobrze. – Alicia przez chwilę grzebała w torebce, po czym wyciągnęła kluczyki do samochodu i wręczyła je siostrze. – Na wypadek gdybym się spóźniała. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, spotkamy się za pół godziny przy drzwiach wejściowych. Być może będę potrzebowała twojej pomocy, żeby znieść swoją zdobycz po schodach.

– Dzięki. – Julia wzięła kluczyki. – Do zobaczenia.

Zaraz potem wyszła z pokoju i przeszła korytarzem do pustego już teraz holu. Zatrzymała się i spojrzała na zdobiące sufit postaci cherubinków. Odruchowo zerknęła na drzwi prowadzące do salonu, w którym dawno temu zagrała na fortepianie. Znajdowały się po przeciwnej stronie holu i były otwarte.

Pod wpływem impulsu podeszła do nich i zawahała się, zanim w końcu przekroczyła próg. Przestronny pokój tonął w przyćmionym styczniowym świetle. Nieużywane meble były dokładnie takie, jak je zapamiętała. Mijała kolejne pomieszczenia, aż dotarła do salonu.

Przez wysokie okna nie przeświecały promienie słońca. W pokoju panował chłód. Julia minęła kominek i sofy, wokół których unosiła się nieprzyjemna woń pleśni, i podeszła do fortepianu.

Dopiero wówczas zauważyła wysoką postać. Mężczyzna stał odwrócony do niej plecami i wyglądał przez okno. Ukryta za adamaszkową zasłoną połowa ciała przywodziła na myśl cienką jak papier, delikatną skórę poprzecinaną drobną siateczką żył.

Julia natychmiast rozpoznała mężczyznę i zamarła w bezruchu. Postać w oknie nawet nie drgnęła, stała ukryta za zasłoną, nieruchoma niczym posąg. Najwyraźniej mężczyzna jej nie usłyszał.

Świadoma tego, że przeszkadza w rozmyślaniach, odwróciła się i zamierzała niepostrzeżenie opuścić pokój.

Dotarła do drzwi, kiedy usłyszała głos:

– Mogę w czymś pomóc?

Odwróciła się.

– Przepraszam, nie powinnam tu wchodzić.

– Rzeczywiście, nie powinna pani. – Spojrzał na nią. Zmarszczył brwi, a na jego czole pojawiła się głęboka bruzda. – Czy ja panią znam?

Stali w odległości paru kroków od siebie, jednak Julia dobrze pamiętała te gęste, kręcone kasztanowe włosy, szczupłe ciało – które od ich ostatniego spotkania urosło o co najmniej trzydzieści centymetrów – i ten sam grymas.

– Tak. Ja… to znaczy my… poznaliśmy się dawno temu – bąknęła Julia. – Przepraszam. Pójdę już.

– Proszę, proszę. – Jego uśmiech mówił, że on także ją poznał. – To mała Julia, wnuczka ogrodnika, światowej sławy pianistka. Nie mylę się, prawda?

– Tak, to ja, Julia. – Mówiąc to, pokiwała głową. – Choć co do reszty mam pewne wątpliwości…

Kit uniósł brwi.

– Nie bądź skromna, Julio. Mam kilka twoich płyt. Jesteś sławną artystką! Co ty tu w ogóle robisz? Pewnie większość czasu spędzasz w pięciogwiazdkowych hotelach na całym świecie.

Najwyraźniej o niczym nie słyszał, pomyślała Julia.

– Ja… odwiedzam ojca – skłamała.

– W takim razie jesteśmy zaszczyceni. – Skłonił się żartobliwie. – Z twojego powodu jestem dumy. Powtarzam wszystkim, że jako jeden z pierwszych słyszałem, jak grasz Clair de Lune. To dość niebywałe, że po tylu latach spotykamy się w tym miejscu, kiedy dom wystawiony jest na sprzedaż.

– Tak. Przykro mi z tego powodu – odparła sztywno.

– Niepotrzebnie. Tak będzie lepiej. Ciotka Crawford pozwoliła, by popadł w ruinę, a mój ojciec nie miał pieniędzy ani chęci, żeby coś z tym zrobić. Szczerze mówiąc, cieszę się, że znalazł się ktoś, kto uwolni mnie od tego brzemienia. Restauracja domu będzie kosztowała fortunę.

– To znaczy, że majątek Wharton Park należy do ciebie? – spytała.

– Tak, na moje nieszczęście. Po ciotce Crawford i moim ojcu ja byłem następny. Problem w tym, że odziedziczyłem same długi i masę cholernych problemów. Zresztą – wzruszył ramionami – przepraszam za moje negatywne nastawienie.

– Na pewno jest ci choć trochę szkoda.

Wciąż stali parę kroków od siebie. W pewnej chwili Kit schował ręce w kieszeniach spodni i podszedł do niej.

– Jeśli mam być szczery, wcale nie żałuję. Jako dzieciak przyjeżdżałem tu tylko na wakacje, więc nie jestem szczególnie związany z tym miejscem. Poza tym nie lubię się bawić w pana na włościach. Z drugiej strony muszę przyznać, że decyzja o sprzedaniu trzechsetletniej rodzinnej schedy przez jakiś czas spędzała mi sen z powiek. Ale jaki mam wybór? Posiadłość tonie w długach i muszę ją sprzedać, żeby spłacić wierzycieli.

– Sprzedajesz wszystko? – spytała.

Kit westchnął i przeczesał palcami niesforne włosy.

– Wynegocjowałem stare budynki wokół dziedzińca, gdzie w przeszłości mieszkali pracownicy, i trochę ziemi. Jest tam oddzielna dróżka, która prowadzi na ulicę, więc nie będę musiał używać głównego wejścia. Mój nowy dom to nędzna chata z wilgocią i bez centralnego ogrzewania. – Uśmiechnął się. – Ale to lepsze niż nic i zamierzam ją wyremontować. Myślę, że kiedy skończę, będzie tam całkiem przytulnie.

– To właśnie tam mieszkali moi dziadkowie i tam przyszła na świat moja mama – rzuciła Julia. – Nigdy nie czułam tam wilgoci. Nie uważałam też, że to jest nędzna chata, ale pewnie tak było.

– No jasne! – Kit oblał się rumieńcem. – Chryste, to nie było taktowne z mojej strony. Wybacz mi. Prawdę mówiąc, zależało mi na tym, by zachować te czworaki, ponieważ uważam, że to wyjątkowo piękne miejsce. Naprawdę – podkreślił. – Nie mogę się doczekać, kiedy tam zamieszkam. Mam nadzieję, że gdy odremontuję resztę stodół i pomieszczeń, będę mógł je wynająć i jeszcze na tym zarobię.

– Nie masz innego mieszkania?

– Podobnie jak ty długo przebywałem za granicą. Jakoś nigdy nie miałem czasu pomyśleć o prawdziwym domu… – Przerwał i spojrzał przez okno. – Zresztą wspomnienia związane z tym miejscem nie należą do najprzyjemniejszych. W dzieciństwie spędzałem tu dość kiepskie wakacje.

– Ja kochałam Wharton Park.

– Cóż, to piękna stara posiadłość w niezwykłej okolicy – przyznał powściągliwie Kit.

Julia przyjrzała mu się uważnie. Mimo mocnej opalenizny wydawał się wymizerowany i zmęczony. Nie wiedząc, co powiedzieć, odparła:

– W takim razie mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy w swoim nowym domu. Lepiej już pójdę.

– Ja chyba też powinienem iść i zaczaić się na tyłach sali aukcyjnej.

Szli obok siebie, mijając kolejne zaciemnione pokoje i kierując się w stronę holu.

– A zatem – zaczął przyjacielsko Kit – gdzie teraz mieszkasz? Założę się, że w jakimś ogromnym apartamencie z widokiem na Central Park.

– Wręcz przeciwnie. Mieszkam w Blakeney, w małej wilgotnej chacie, którą kupiłam przed laty, kiedy wszyscy powtarzali, że powinnam zainwestować w nieruchomości. Przez ostatnie osiem lat wynajmowałam ją letnikom.

– Na pewno masz jeszcze inny dom. – Mówiąc to, zmarszczył czoło. – Sławy takie jak ty nie pojawiają się na stronach ilustrowanych magazynów, siedząc w wilgotnych chatach w północnym Norfolku.

– Ja nie pojawiam się w ilustrowanych magazynach – odcięła się Julia – i to… długa historia – dodała, widząc, że zbliżają się do głównego holu. Nagle poczuła, że musi zadać Kitowi jeszcze jedno pytanie. – Czy nadal są tu szklarnie?

– Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Prawdę mówiąc, nie byłem jeszcze w ogrodzie. Ostatnio miałem tu sporo roboty.

Kiedy weszli do holu, Julia dostrzegła zniecierpliwioną Alicię, która trzymając donicę, czekała przy wejściu.

– Tu jesteś, Kit! – zagadnęła potężna kobieta z kasztanowymi włosami i ciemnobrązowymi oczami. – Gdzieś ty się podziewał? Licytator chce pilnie porozmawiać z tobą na temat wazonu. Jego zdaniem może pochodzić z okresu panowania dynastii Ming czy coś w tym rodzaju. Uważa, że powinieneś wycofać go z aukcji i oddać do Sotheby’s na wycenę.

Julia dostrzegła rozdrażnienie malujące się na twarzy Kita.

– Julio, poznaj Bellę Harper, moją siostrę.

Bella zmierzyła Julię od stóp do głów bez większego zainteresowania.

– Cześć – rzuciła z roztargnieniem i ostentacyjnie wzięła Kita pod rękę. – Musisz natychmiast porozmawiać z licytatorem – powtórzyła stanowczo i pociągnęła go w głąb holu.

Kit – wyraźnie zmieszany – odwrócił się na chwilę i posłał Julii przelotny uśmiech.

– Miło było cię spotkać – zawołał i chwilę później zniknął za drzwiami.

Julia przecięła hol i podeszła do Alicii, która spoglądała za odchodzącym rodzeństwem.

– Skąd ją znasz? – spytała zaintrygowana.

– Kogo? – rzuciła Julia, gdy niosąc donicę, zeszły ze schodów i ruszyły w stronę samochodu.

– Upiorną Bellę Harper. Widziałam, jak chwilę temu z nią rozmawiałaś.

– Nie znam jej. Znam jej brata Kita.

Kiedy dotarły do samochodu, Alicia otworzyła bagażnik i schowała w nim urodzinowy prezent dla ojca.

– Masz na myśli lorda Christophera Whartona, dziedzica tego wszystkiego?

– Tak, chyba tak to właśnie wygląda – zgodziła się Julia. – Poznaliśmy się dawno temu w tym domu, a dziś wpadliśmy na siebie przypadkiem.

– Jesteś niezwykle tajemnicza, Julio. Nigdy nie mówiłaś, że go poznałaś. – Alicia zmarszczyła brwi, otuliła donicę w stary płaszcz przeciwdeszczowy i położyła na boku. – Miejmy nadzieję, że dowieziemy ją do domu – rzuciła, zatrzaskując bagażnik. Chwilę później obie wsiadły do samochodu i Alicia włączyła silnik.

– Może wpadniemy do pubu na kanapkę i czegoś się napijemy? – spytała. – Opowiesz mi, jak poznałaś uroczego lorda Kita. Mam nadzieję, że jest bardziej sympatyczny od swojej siostry. Spotkałam ją kilka razy na lokalnych przyjęciach i mam wrażenie, że wciąż traktuje mnie jak wnuczkę ogrodnika. Dzięki Bogu, że męski potomek dziedziczy tytuł. Gdyby Bella była mężczyzną, jeszcze bardziej zadzierałaby nosa!

– Nie… chyba rzeczywiście nie są do siebie podobni – rzuciła w zamyśleniu Julia. Zaraz potem spojrzała na siostrę. – Dzięki za propozycję, ale jeśli nie masz nic przeciwko, wolałabym wrócić do domu.

Alicia dostrzegła w jej oczach zmęczenie.

– W porządku – odparła – ale w drodze powrotnej wpadniemy do sklepu. Muszę kupić ci coś do jedzenia.

Julia nie protestowała; była zbyt słaba, by się kłócić.

*

Julia siedziała na sofie, podczas gdy Alicia rozpaliła w kominku i rozpakowała zakupy, które zrobiła w pobliskim sklepie. Choć raz Julia nie miała nic przeciwko temu, że ktoś się nią zajmuje. Wycieczka – pierwsza od wielu tygodni – zmęczyła ją. A przyjazd do Wharton Park i spotkanie z Kitem poruszyły ją i zaniepokoiły.

Alicia wróciła z kuchni z tacą, którą postawiła przed siostrą.

– Ugotowałam zupę. Zjedz trochę. – Chwilę później wzięła do rąk brązową kopertę, którą Julia zostawiła na stole.

– Mogę? – spytała.

– Jasne.

Alicia wyciągnęła obrazki, rozłożyła je na stole i spojrzała na nie.

– Są urocze – przyznała. – Idealny prezent dla taty. Oprawisz je?

– Tak, jeśli zdążę.

– Wpadniesz do nas w przyszłą niedzielę na urodzinowy lunch, prawda? – spytała Alicia.

Julia niechętnie pokiwała głową i wzięła do ręki łyżkę.

– Kochanie, rozumiem, że to niełatwe. Wiem, że duże rodzinne spotkania są ostatnią rzeczą, na jaką masz teraz ochotę, ale wszyscy chcą cię zobaczyć. Zresztą tata byłby niepocieszony, gdybyś się nie pojawiła.

– Przyjadę. Oczywiście, że przyjadę.

– To cudownie. – Alicia zerknęła na zegarek. – Chyba powinnam wracać do mojego domu wariatów. – Mówiąc to, przewróciła oczami, podeszła do Julii i uścisnęła ją za ramię. – Potrzebujesz jeszcze czegoś?

– Nie, dzięki.

– Okay. – Alicia pocałowała siostrę w czubek głowy. – Odezwij się od czasu do czasu i nie wyłączaj komórki. Martwię się o ciebie.

– Mamy tu kiepski zasięg – tłumaczyła się Julia – ale, dobrze, nie będę wyłączała telefonu. – Patrzyła, jak Alicia podchodzi do drzwi. – I dzięki. Dzięki, że zabrałaś mnie do Wharton Park.

 

– Cała przyjemność po mojej stronie. Zadzwoń, a zaraz przyjadę. Trzymaj się, Julio. – Drzwi zamknęły się z trzaskiem za Alicią.

Julia poczuła się śpiąca i wyczerpana. Zostawiła na stole talerz stygnącej zupy, weszła po schodach i z rękami na kolanach usiadła na łóżku.

*

Nie chcę czuć się lepiej. Chcę cierpieć, tak jak oni cierpieli. Gdziekolwiek są, przynajmniej są razem; ja zostałam zupełnie sama. Chcę wiedzieć, dlaczego nie odeszłam razem z nimi, ponieważ nie ma mnie ani tu, ani tam. Nie mogę żyć i nie potrafię umrzeć. Wszyscy oczekują ode mnie, że wybiorę życie, ale jeśli to zrobię, będę zmuszona pozwolić im odejść. A nie mogę tego zrobić. Jeszcze nie teraz…