Zanim się poznaliśmy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Tytuł oryginału:

BEFORE WE MET

Copyright © 2014 by Lucie Whitehouse.

Originally published by Bloomsbury Publishing.

Translation rights arranged by Anderson Literary Management LLC, and Andrew Nurnberg Associates International Ltd. All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie autorki: © Jaime Turner

Redakcja: Małgorzata Najder

Korekta: Emilia Grzeszczak, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8110-474-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Podziękowania

Rozdział 1

Lało jak z cebra i wiało, na nieosłoniętych odcinkach autostrady wiatr ciskał starym volkswagenem Hanny, jakby chciał go zepchnąć na pobocze. Dojeżdżając do Heathrow, zwykle obserwowała samoloty lądujące jeden po drugim w odstępach ledwie minutowych, ale dzisiaj wieczorem rytm został zaburzony i mijały dwie, czasem trzy minuty, nim nowe światła przebijały się przez warstwę chmur. Mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy, poprawiła lusterko i skręciła na szybki pas.

Po lewej wznosił się Holiday Inn, brzydki betonowy ząb rysował się na tle nieba, światło zielonego neonu blakło w wilgotnym powietrzu. Skręciła w zjazd na terminal trzeci, czując coraz większe drżenie w żołądku. Chociaż teraz byli małżeństwem, wyprawa na lotnisko wciąż budziła ekscytację. Hanna nie musiała po niego przyjeżdżać, prawdę mówiąc, byłoby szybciej, gdyby Mark do miasta wrócił taksówką, zwłaszcza w taką noc jak dzisiejsza, ale podróż, czekanie w hali przylotów, tłum przed barierką: wszystko to przypominało jej o czasach przed ślubem, kiedy JFK i Heathrow były biegunami, wokół których obracało się tak wiele wspólnych weekendów.

Jak zwykle dwa pierwsze poziomy parkingu były zapełnione. Niechętnie wjechała na poziom trzeci, gdzie znalazła wolne miejsce koło korytarzyka z automatami biletowymi. Pośpiesznie przejrzała się w lusterku, wysiadła i ruszyła do windy.

W hali przylotów było tłoczno nawet jak na piątkowy wieczór. Pod nisko zawieszonym sufitem czekały setki ludzi z twarzami wypranymi z koloru przez ostre światło lamp. Zgromadzili się w trzech, czterech rzędach w środku hali i wzdłuż sklepików: zwyczajowy tłum kierowców z nazwiskami na kawałkach kartonu, turyści z plecakami ubrani w szorty i T-shirty, które przeklną w chwili, gdy wyjdą na zewnątrz, oraz cała liczna dwudziestopięcio-, może trzydziestoosobowa rodzina w tradycyjnych afrykańskich strojach, istne szaleństwo barw i wzorów.

Hanna przepchnęła się do monitorów i zobaczyła, że samolot Marka właśnie wylądował. Minie kwadrans, dwadzieścia minut, zanim wyjdzie, kupiła więc kanapkę w małym sklepie Marks and Spencer i usiadła na jednej z ławek po drugiej stronie hali. Wcześniej tego dnia była w delikatesach, gdzie zaopatrzyła się w bagietkę i kawałek naprawdę dobrego sera roquefort, co z kieliszkiem wina Markowi zazwyczaj zupełnie wystarczało po wieczornym locie, ale za bardzo chciało się jej jeść, żeby na niego czekać. Od lunchu nie miała nic w ustach: popołudniowa rozmowa w AVT odbyła się o wiele później, niż się spodziewała, i dopiero po siódmej wieczorem wysiadła z metra na Parsons Green.

Z ławki obserwowała, jak automatyczne drzwi wypuszczają nieregularny strumyk ludzi. Na monitorze widniała długa lista lotów ze sporymi opóźnieniami. Teraz wychodzili pasażerowie samolotu z Freetown, jak przypuszczała, czyli dwa loty przed samolotem Marka; byli spóźnieni o półtorej godziny. Patrzyła, jak szczupły, mocno opalony mężczyzna w dżinsach i koszuli khaki wodzi spojrzeniem po tłumie. Zza bariery przepchnęła się młoda kobieta z twarzą rozjaśnioną radością i rzucając mu się w ramiona, całowała go w sposób, który starszego mężczyznę siedzącego obok Hanny skłonił do pełnego dezaprobaty prychnięcia. Znowu poczuła drżenie w żołądku. No, Mark, pośpiesz się.

Przypomniała sobie, jak przed przeprowadzką do Londynu czekała na Marka po drugiej stronie Atlantyku. Terminal siódmy na JFK, z którego korzystały American Airlines, był dość surowy, żadnych kafejek czy sklepów pozwalających zabić czas, tylko barek kawowy i kilka rzędów twardych plastikowych krzeseł. Zawsze zabierała laptop na wypadek, gdyby samolot się spóźnił, chociaż nie potrafiła skupić się na pracy, bo podrywała głowę za każdym razem, kiedy ktoś wychodził zza barierki. Nie chciała przegapić chwili, gdy Mark ją dostrzega i uśmiech rozlewa się na jego twarzy. Na początku ten uśmiech ustępował miejsca przesadnemu komicznemu szczerzeniu zębów, jakby Mark usiłował zamaskować zakłopotanie wywołane zdradzeniem swoich uczuć, ale to wkrótce się skończyło i ustaliła się regularna sekwencja zdarzeń: tulił ją tak mocno, że się bała, że połamie jej żebra, wsiadali do taksówki i jechali prosto do mieszkania i łóżka. Później się ubierali i szli za róg do Westville przy Dziesiątej Ulicy na hot dogi.

Teraz drzwi otwierały się częściej, wypuszczając stały strumień ludzi. Wielu z nich mówiło z amerykańskim akcentem, co sugerowało, że przylecieli samolotem Marka; loty tuż przed i po były z Egiptu i Maroka. Kilku mężczyzn w garniturach z walizkami, dwie pary, rodzina zmagająca się z chwiejną wieżą bagażu na wózku, którego koła się zacinały. Kilkulatek pierwszy zobaczył tatę, uwolnił rączkę z dłoni mamy i na tłustych nóżkach popędził ku niemu pod barierką, rozśmieszając wszystkich dokoła.

Po dwudziestu pięciu minutach Hanna wiedziała, że musi być jakiś zator. Mark niemal zawsze był w pierwszej fali wysiadających, a tym razem zabrał tylko małą skórzaną torbę, nie musiał więc czekać na bagaż. Może zostawił coś w samolocie i wrócił po to, a może zatrzymano go na wyrywkową dokładną kontrolę. Odsunęła rękaw i spojrzała na zegarek marki Rotary, prezent od mamy na rozpoczęcie studiów. Pięć po dziesiątej. Wybrała numer Marka na blackberrym, ale zmieniła zdanie: telefon do niego wszystko zepsuje. Poczeka jeszcze dziesięć minut i wtedy zadzwoni, jeśli będzie musiała.

 

Po kwadransie jednak amerykański akcent zniknął, większość osób wchodzących do hali przylotów rozmawiała po hiszpańsku z szybkością karabinu maszynowego. Poza Hanną tak długo czekał tylko mężczyzna po pięćdziesiątce ubrany w granatowy sweter i sztruksy, a teraz pojawiła się jego córka. Hanna zastanawiała się, czy czegoś nie pomyliła, ale nie, była pewna, że Mark powiedział: piątek o zwykłej porze.

Wybrała jego numer. Momentalnie odezwała się poczta głosowa i Hanna przerwała połączenie, nie zostawiając wiadomości. Spóźnienie się na lot nie było w stylu Marka, ale może właśnie tak się stało: nie zdążył na pierwszy samolot i zdołał kupić bilet na późniejszy. Już raz tak zrobił, kiedy wracał do Nowego Jorku z Toronto.

Ponownie spojrzała na monitory. Lotu Marka już nie wyświetlano, ale były dwa kolejne z Nowego Jorku, jeden samolot właśnie wylądował, drugi podchodził do lądowania. Może Mark leciał jednym z nich. Jeśli tak, wyśle esemesa lub zadzwoni, gdy będzie mógł włączyć telefon.

Tłum się przerzedził i tym razem zajęła miejsce przy barierce naprzeciwko drzwi – Mark nazywał to „złotym punktem”. Sprawdzając telefon co kilka minut, czekała do dziesięć po jedenastej, niemal następną pełną godzinę. Kiedy ostatnia partia Amerykanów przeszła przez drzwi, znowu do niego zadzwoniła i znowu odezwała się poczta głosowa.

Hannę powoli ogarniał strach. Jeśli zmienił lot, dlaczego do niej nie zadzwonił? A może coś mu się stało w samolocie? Po raz kolejny zatelefonowała, po czym ruszyła w stronę wyjścia ewakuacyjnego. Punkty informacyjne linii lotniczych znajdowały się w hali odlotów; dostanie się tam szybciej, jeśli przejdzie przez dziedziniec pomiędzy dwoma budynkami, zamiast się wlec przez labirynt tuneli i ruchomych schodów.

Na placu hulał wiatr, w porywach miotając deszczem jak ławicami małych rybek, unosząc go na moment i zaraz uderzając nim w ziemię. Był tak silny, że wyrwał ciężkie drzwi z ręki Hanny i zatrzasnął za jej plecami. Nad głową kolejny samolot przedzierał się przez chmury, silniki napełniały powietrze okropnym hukiem. Hanna schyliła głowę i pobiegła.

Zajęło jej to najwyżej trzydzieści sekund, mimo to gdy przekraczała próg, musiała odgarnąć z twarzy mokre włosy. W porównaniu z halą przylotów terminal trzeci był uosobieniem doskonale oświetlonej, przestronnej nowoczesności, kiedy jednak Hanna znalazła stanowisko American Airlines, z których usług zwykle korzystał Mark, pracownica wkładała kurtkę.

– Już wyłączyłam komputer – oznajmiła, nie podnosząc wzroku.

– Chcę się tylko dowiedzieć, czy mój mąż dzisiaj wieczorem przyleciał z Nowego Jorku.

– Och. – Kobieta spojrzała na Hannę i twarz jej pojaśniała. – Ale i tak nie mogłabym tego pani powiedzieć. Ochrona danych, prawda?

Hannę jak zwykle zalała fala irytacji na małoduszną biurokrację.

– Naprawdę? To mój mąż.

– Przykro mi. – Kobieta wzruszyła ramionami, najwyraźniej ucieszona z okazji do okazania swojej władzy, i rozdrażnienie Hanny skrupiło się na niej. To, że się pracuje w bliskim sąsiedztwie sklepów bezcłowych, nie jest usprawiedliwieniem dla takiego cholernie mocnego makijażu. Ile ona właściwie ma lat pod tą maską pośmiertną z podkładu?

– Proszę posłuchać – Hanna położyła dłonie na blacie – muszę wiedzieć, czy mąż jest bezpieczny. Mogłaby mi pani przynajmniej powiedzieć, czy dzisiaj wieczorem były jakieś problemy z lotami z Nowego Jorku?

Kobieta westchnęła.

– Nic w tym rodzaju, tylko opóźnienia spowodowane wiatrem.

– Dzięki Bogu.

Hanna była w połowie hali, zanim zaczęła się zastanawiać, dokąd idzie. Znowu zadzwoniła do Marka i znowu nic. Tym razem zostawiła wiadomość.

– Cześć, to ja. Jestem na Heathrow, a ty gdzie się podziewasz? Przyjechałam po ciebie, ale nie wydaje mi się, żebyś tu był. Jeśli jesteś, zadzwoń. – Zawahała się. – Mam nadzieję, że wszystko w porządku. Odezwij się, jak to odsłuchasz, bo martwię się o ciebie. – Zaśmiała się, by dać mu do zrozumienia, że zdaje sobie sprawę z własnej niedorzeczności: Mark był ostatnią osobą, która uwikłałaby się w jakąś awanturę, skoro więc samoloty były bezpieczne, to on też.

Rozłączyła się. Do kogo powinna zadzwonić? Do Neeshy, asystentki Marka? Nie, dochodziło wpół do dwunastej. Poza tym gdyby Neesha wiedziała, że jest problem, dałaby Hannie znać. To samo dotyczyło Davida, wspólnika Marka. Tym razem Mark sam pojechał do Ameryki, nie było więc możliwości sprawdzenia u kogoś innego, czy wszystko w porządku. Jeśli nie odezwie się do niej dzisiaj w nocy, będzie musiała poczekać do rana, zanim zacznie wydzwaniać.

Na parkingu krótkoterminowym ledwo zdołała powstrzymać impuls wymierzenia kopniaka automatowi z biletami.

– Dwanaście funtów za gówniane dwie godziny? – Jej głos odbił się echem od pustego korytarza.

Autostrada M4 do Londynu także opustoszała, uliczne latarnie rzucały samotne kręgi światła na jezdnię. Przy Brentford, gdzie droga prowadziła przez wzniesienie, Hanna zajrzała do biur opuszczonych do poniedziałku i na widok upiornych zarysów biurek, krzeseł i komputerów naszła ją przerażająca myśl, że patrzy na wizję własnej kariery, odległej, blaknącej, zamkniętej za szkłem, przez które może ją zobaczyć, ale już jej nie dotknie.

Na Quarrendon Street zgasła ostatnia iskierka nadziei. Gdyby Mark wrócił do domu przed nią, widziałaby światła w każdym oknie, ale dzisiaj wieczorem były ciemne, tak jak je zostawiła.

Lynda, jego sprzątaczka – ich sprzątaczka – pracowała dzisiaj i w powietrzu unosił się silny zapach pasty do mebli. W kuchni Hanna zdjęła z regału butelkę wina, nalała do kieliszka i usiadła przed laptopem, żeby sprawdzić mejle. BlackBerry miewał okresy, kiedy godzinami nie było nowych wiadomości, a potem równocześnie pojawiało się całe ich stado. Teraz tak nie było, i na telefonie, i na komputerze ostatnią wiadomość przysłał jej brat, pytając, jak poszła jej rozmowa o pracę.

Otworzyła nowego mejla i zaadresowała go do Marka.

Cześć, nieobecny na Heathrow, wystukała. Podejrzewam, że albo nadal siedzisz w samolocie, albo coś się stało z Twoim telefonem, dlatego piszę mejla. Daj mi znać, co się dzieje. Brakuje mi Ciebie na Quarrendon Street. Dom – i łóżko – są takie puste…

Napiła się wina; było przepyszne, Mark inaczej rozumiał ideę wina na codzienny użytek i plasował je w innym zakresie cenowym niż ona. Wstała i z kieliszkiem w dłoni poszła do drzwi tarasowych prowadzących na małe podwórko za domem. Kiedy osłaniała oczy przed światłem z pokoju, widziała kamienie, którymi było wyłożone, oraz krzewy i ozdobną wiśnię w głębi. Wiatr narobił solidnego bałaganu. Jedno z drewnianych krzeseł przeleciało na drugi koniec i wylądowało na podłużnej kamiennej donicy, w której latem Hanna hodowała pomidory, wszędzie leżały liście i gałązki. Jutro posprząta, jeśli przestanie padać.

Na niebie samolot leciał w kierunku Heathrow, to wyłaniając się zza chmur, to się za nimi chowając. Mark pewnie nadal jest w powietrzu, powiedziała sobie, za kilka godzin położy się obok niej, a ona się obudzi i dostanie zawału, myśląc, że to włamywacz.

Odwróciła się w stronę pokoju i znieruchomiała. Od czasu do czasu wciąż przydarzały się jej momenty, gdy od nowa zdumiewała ją wielkość domu. Poczuła oszołomienie, słysząc od Marka, że kupił go przed trzydziestką, oba domy przy tej ulicy, które sprzedano, odkąd się wprowadziła, osiągnęły cenę ponad dwóch milionów funtów.

– Ale tak jest teraz – powiedział. – Ja mam ten dom od dwunastu lat, na długo przed wielkim boomem, i był wtedy zrujnowany. Kupiłem go od starszego małżeństwa, które nic w nim nie robiło od lat sześćdziesiątych. Musiałem przeprowadzić remont generalny, założyć nową kanalizację i elektryczność, odnowić całą resztę.

– Mimo to…

Wzruszył ramionami.

– Miałem szczęście, firma dobrze sobie radziła, cena była odpowiednia. Dom okazał się świetną inwestycją.

Musiała się przyzwyczaić, że teraz to jest jej kuchnia. Uwielbiała kuchnię w nowojorskim mieszkaniu z odsłoniętymi ceglanymi murami i otwartym wejściem do dawnych pomieszczeń magazynowych, chociaż patrząc obiektywnie, była tylko dwumetrowym odcinkiem korytarza. Gotowanie wymagało manewrów jak w tej grze, w której przesuwa się ruchome kwadraty, by ułożyć obrazek, ciągle musiała znajdować nowe miejsca na talerze, noże i deski do krojenia na niewielkim blacie, na piecu, na taborecie. Ta kuchnia była dziesięć razy większa. Gdyby kiedyś – rzecz nieprawdopodobna – Hanna zapragnęła przyrządzić posiłek dla trzydziestu osób, zrobiłaby to, mając niezbędne sprzęty w zasięgu ręki.

Wszystko tu było wielkie, po prostu wszystko, i gdyby nie dobry gust, z jakim ją urządzono, kuchnia wyglądałaby na ostentacyjną. Jedną ścianę zburzono, by wykorzystać ścieżkę wzdłuż domu, dzięki czemu szerokość, już wynosząca sześć metrów, powiększyła się o prawie dwa kolejne. Sufit był wysoki, część zewnętrzną wyłożono wielkimi taflami szkła, przez co pomieszczenie miało dużo światła, a podłogę pokrywały płyty z łupku walijskiego z ogrzewaniem podłogowym na zimę. Na wyposażenie składały się stalowe blaty, piec w rozmiarze restauracyjnym oraz podwójna lodówka w amerykańskim stylu, która stała w głębi, tuż koło drzwi do salonu.

– Mała nie wchodziła w grę – wyjaśnił Mark. – Lodówka w moim mieszkaniu w Tribece była jak garderoba, po niej straciłem ochotę na mniejsze.

– Jesteś strasznie rozpuszczonym bachorem.

– Nie przeczę. – Uśmiechnął się do niej i jego oczy otoczyła siateczka zmarszczek.

Czując przypływ tęsknoty za mężem, Hanna wróciła do laptopa i ponownie zaczęła szukać informacji o lotach z Nowego Jorku, nie tylko z lotniska JFK, ale też Newark i LaGuardia. Nic. Zaczynasz popadać w nerwicę, powiedziała sobie, martwisz się bez uzasadnionego powodu. Wyjaśnienie jest proste, Mark jutro wróci do domu. Wszystko jest w porządku.

Rozdział 2

Kiedy Hanna się obudziła, światło otaczało krawędzie zasłon. Druga strona łóżka była pusta, ale przecież w czasie podróży służbowych Marka często budziła się sama, dlatego minęła chwila, nim sobie przypomniała, że dzisiaj wcale nie tak miało być. Oparła się na łokciu i sięgnęła po blackberry’ego. Żadnych nowych wiadomości.

Położyła się i przez minutę rozmyślała, później odrzuciła pościel i wstała. Ulubiony szary kaszmirowy sweter wisiał na krześle, włożyła go na piżamę. Na dole na wycieraczce leżała poczta: rachunek za prąd, wyciąg z banku Coutts dla Marka i kolejna reklamówka z Savills z pytaniem, czy zamierzają sprzedać dom. Położyła rachunek i wyciąg na stoliku w holu, gdzie leżała wczorajsza poczta, i poszła do kuchni.

Czekając, aż zagotuje się woda, sprawdziła mejle w laptopie, tak na wszelki wypadek, ale były same śmieci. Penrose Price też się nie odezwał, a rozmowa o pracę odbyła się przed tygodniem. Na tej posadzie naprawdę jej zależało, AVT nie należało do tej samej ligi. Jeśli jednak mieliby zamiar powiadomić ją o decyzji mejlem, nie zrobiliby tego w sobotę, poza tym wysłaliby list papierowy, to była tego rodzaju firma. Tak czy owak kwestią czasu było, kiedy niezależnie od formy otrzyma odpowiedź odmowną; gdyby wiadomość była dobra, już by ją usłyszała.

Pijąc kawę, zastanawiała się, co powinna zrobić. Może Mark załapał się na nocny lot i niedługo wyląduje na Heathrow. Zadzwoniła do niego. Znowu poczta głosowa. Nie zostawiła wiadomości; zrobiła to wczoraj wieczorem, później wysłała mejla i Mark z pewnością wie, że żona zadaje sobie pytanie, co się dzieje. Poczuła ukłucie rozdrażnienia z powodu tego braku troski o jej emocje – jak trudne może być wybranie numeru i zostawienie dwudziestosekundowej wiadomości? – choć zaraz ogarnął ją niepokój. Stało się coś złego. To nie było w jego stylu: nie zdarzyło się, żeby bez uprzedzenia nie wrócił do domu o ustalonej porze.

Zegar pokazywał za pięć dziewiąta, trochę za wcześnie jak na sobotę, ale Neesha miała trzyletnie dziecko i pewnie już dawno była na nogach. Hanna przewinęła listę kontaktów, szukając jej numeru.

 

Asystentka Marka, piękna półkrwi Francuzka, półkrwi Hinduska, wychowała się w Afryce Południowej, ale kształciła w London School of Economics, gdzie poznała Stevena, którego potem poślubiła. Miała dwadzieścia siedem lat, ostatnimi czasy Mark pozwalał jej prowadzić własne niewielkie projekty, ponieważ się obawiał, że Neesha odejdzie, jeśli szybko nie awansuje. Jej syn Pierre pojawił się na świecie jakieś dziesięć lat wcześniej, niż planowała, powiedziała Hannie na letniej imprezie DataPro, ale to nie wpłynęło na jej ambicje. Mark stwierdził, że jeśli w roli menadżera projektu Neesha okaże się tak samo skuteczna jak w roli asystentki, to spodziewa się, że już po pięciu latach będzie zajmowała najwyższe stanowisko w jego zespole.

Po sześciu, siedmiu sygnałach w komórce włączyła się poczta głosowa i głos Neeshy poprosił o zostawienie wiadomości.

Hanna odchrząknęła, bo nagle poczuła, że ma sucho w gardle.

– Cześć, Neesha. Mówi Hanna Reilly. Przepraszam, że przeszkadzam ci w weekend, ale czy mogłabyś do mnie zadzwonić, kiedy to odsłuchasz?

Po dwóch grzankach i pobieżnym przejrzeniu wiadomości w sieci Hanna poszła na górę i włożyła strój do biegania. Nie przepadała za bieganiem – Och, bądź szczera, Hanno, odezwał się jej wewnętrzny głos, ty tego nienawidzisz – ale od trzech, może czterech miesięcy wprowadziła je w skład tego, co w duchu uważała za harmonogram dnia zapewniający zdrowie psychiczne. Zdawała sobie sprawę, a ta świadomość była przerażająca, jak łatwo mogłaby popaść w depresję z powodu swojej sytuacji, gdyby jej dni nie miały schematu wymagającego niejakiej dyscypliny i ćwiczeń fizycznych. Oczywiście nie chodziło o życie z Markiem (kiedy mu o tym powiedziała, zapytał, czy jest z nim nieszczęśliwa, a ona spojrzała na niego jak na wariata), ale o pracę czy raczej jej brak.

Pobrali się prawie osiem miesięcy temu, Hanna jednak została w Nowym Jorku jeszcze przez trzy. Mark częściej pracował w amerykańskim biurze DataPro i planowali, że tutaj się przeniesie, a londyński oddział będzie odwiedzał. Jego nowy partner David przejąłby kierownictwo. Po mniej więcej miesiącu rozmowy o tym stały się rzadsze, a potem pewnego piątkowego wieczoru Mark przyleciał z Londynu z winą wypisaną na twarzy. Przyrządził martini według własnego przepisu – wódkę z likierem żurawinowym – i powiedział, że konsultanci, których zatrudnili do przeprowadzenia analizy kosztów, zdecydowanie zalecili zamknięcie biura w Stanach. Mark wielokrotnie przyglądał się liczbom i widział, że to rozsądne posunięcie.

– Jesteś pewien? – zapytała wtedy ze ściśniętym sercem.

– To zalecenie zajmowało pierwsze miejsce na liście i prawdę mówiąc, jako jedyne miałoby realny wpływ na koszty operacyjne. Mnie też się to nie podoba, wiesz przecież, że oddział w Nowym Jorku zawsze był moim celem, ale w gruncie rzeczy możemy interesy z Amerykanami prowadzić z Londynu. Nasza fizyczna obecność tutaj nie jest do tego potrzebna. Tak mi przykro, Han.

Zarabiał jakieś pięć razy więcej niż ona, poza tym była tylko pracownicą, a nie właścicielką firmy. Należało też wziąć pod uwagę kwestię wiz, oboje byli Brytyjczykami, więc Londyn stanowił najłatwiejsze rozwiązanie, w dodatku Hanna wynajmowała mieszkanie w West Village, a Mark już miał dom. Zanim usłyszała to od niego, sama już doskonale wiedziała, że jeśli mają mieszkać razem, wszystkie argumenty przemawiają za jej przeprowadzką, dlatego po bezowocnych próbach przekonania Leona, jej szefa, że powinna w Londynie otworzyć filię jego firmy, Hanna pięć miesięcy temu zrezygnowała z pracy, spakowała się i wysłała rzeczy do Anglii. W taki sposób zakończyła siedmioletni pobyt w Nowym Jorku. Dopóki nie poznała Marka, myślała, że będzie tu mieszkać do końca życia.

Pomijając to, że bardzo chciała z nim być, zdumiała ją radość, jaką sprawił jej powrót do Londynu. Przed poznaniem Marka przyjeżdżała tu dość często w odwiedziny do brata, rodziców i przyjaciół, chociaż po dwóch, trzech latach zaczęła się czuć jak turystka oglądająca wszystkie interesujące miejsca, restauracje, galerie, nowe knajpy, ale z miastem nic naprawdę jej nie łączyło, nie miała z nim codziennych relacji.

To uczucie teraz niemal całkiem wyparowało, uroczo było wrócić do pewnych brytyjskich zwyczajów, za którymi tęskniła. W zeszłym tygodniu poszli z Markiem do Bishops Park podziwiać fajerwerki w Noc Guya Fawkesa. Imponujące jak fajerwerki na czwartego lipca organizowane przez Macy’ego, chociaż w niej nie wywołały rezonansu emocjonalnego, nie poruszały nawarstwionych wspomnień z dzieciństwa, kiedy z rodzicami i Tomem jedli jabłka w polewie w poświacie potężnego ogniska, na które tygodniami składano suche chwasty, połamane palety, spróchniałe części płotów, aż osiągało wysokość pięciu, sześciu metrów. W Bishops Park oczywiście nie było tak samo, palenia ogniska zabraniały przepisy przeciwpożarowe, ale wilgotna listopadowa trawa pachniała identycznie jak w Worcestershire i Hanna uwielbiała patrzeć na płynącą na granicy parku Tamizę, w której tafli odbijały się refleksy błękitu, zieleni i czerwieni z fajerwerków.

W holu usiadła na ostatnim stopniu, żeby włożyć buty do biegania. Wyszła z domu i schowała klucz w zapinanej na zamek błyskawiczny kieszeni kurtki. Niski żywopłot przy murze był mokry od nocnego deszczu, na doskonałej pajęczynie rozpiętej między słupkami krople wisiały niczym szklane paciorki. Hanna ostrożnie otworzyła furtkę, by jej nie zerwać.

Poszła Quarrendon Street, stawiając długie kroki, by rozciągnąć mięśnie nóg. Poznawała już niektórych sąsiadów, w każdym razie z widzenia, i ukłoniła się lokatorowi spod numeru dwudziestego trzeciego; zbliżał się ku niej chodnikiem z upchniętymi pod pachą „Telegraphem” i torbą z croissantami z delikatesów, jak się domyślała. Ze swą pytającą miną i siwymi włosami sięgającymi aksamitnego kołnierza płaszcza trzy czwarte z wielbłądziej wełny przypominał jej Billa Nighy’ego. Był typowym reprezentantem tutejszych mieszkańców dzielących się generalnie na dwie kategorie: albo bogate rodziny codziennie rano odprowadzające dzieci w nieskazitelnych mundurkach i słomianych kapelusikach do pobliskiej prywatnej szkoły podstawowej, albo dobrze zakonserwowani starsi ludzie, których potomstwo już wyfrunęło w świat. W tej okolicy dwudziestokilkuletni kawalerowie zasadniczo nie kupowali domów, były o wiele modniejsze dzielnice niż Fulham, poza tym nie dość, że nieruchomości słono tu kosztowały, to jeszcze wcale nie uważano ich za szpanerskie. Mark mógł wybrać jakiś ogromny loft w Docklands albo na East Endzie, cały w szkle i chromie, z wielkimi skórzanymi sofami, a zamiast tego zdecydował się na tradycyjny wiktoriański rodzinny dom. Hanna go za to kochała.

Przeszła na drugą stronę New King’s Road i wolno pobiegła chodnikiem. Z drzew, które osłaniały przypominające weselny tort domy w stylu regencji, kapało obficie, woda tworzyła wzory na opadłych liściach leżących grubą namokłą warstwą na ziemi.

Hanna od razu zdawała sobie sprawę, że będzie trudno znaleźć nową pracę, zwłaszcza taką, jaką miała w Nowym Jorku, ale bardzo się pomyliła w ocenie stopnia trudności. Sądziła, że ze swoim amerykańskim doświadczeniem i reputacją autorki kampanii, które doskonale sobie radziły po obu stronach Atlantyku, zdoła znaleźć nową posadę w ciągu trzech, czterech miesięcy, nawet w obecnej sytuacji ekonomicznej.

– Pracodawcy zawsze zatrudniają najlepszych kandydatów – powiedział Mark, kiedy pierwszy raz o tym rozmawiali. – Może trochę potrwać, zanim otworzy się możliwość, na której ci zależy, ale nie martw się, że nie dostaniesz pracy. Będą chcieli cię przyjąć, więcej, będą się o ciebie bili.

Tylko że wcale się nie bili. Minęło pięć miesięcy i chociaż odbyła trzy finalne rozmowy, żadnej propozycji nie otrzymała. Na początku czuła się pewnie i składała podania tylko o pracę równorzędną z tą, którą miała u Leona, kiedy jednak minęły trzy, cztery miesiące, zaczęła obniżać wymagania. Mówiła sobie, że to logiczne, w kraju panuje recesja, miejsc pracy jest mało, może arogancją z jej strony było przekonanie, że natychmiast znajdzie atrakcyjną posadę, w końcu u Leona latami pięła się w górę, ale kiedy tych gorszych także nie dostała, zaczęła myśleć, że to ona jest problemem.

– Nie – oznajmił Mark, gdy w zeszłą niedzielę spacerowali po Richmond Park. Wziął jej rękę i schował pod swoim ramieniem, przyciągając ją do ciężkiej granatowej wełny swojej kurtki. Przytuliła się do niego i obserwowała, jak obłoczki ich oddechów łączą się w jeden. Chociaż listopad dopiero się zaczynał, w nocy był przymrozek i ziemia skrzypiała im pod stopami. Nieosłonięte czapką koniuszki uszu Marka poróżowiały. – To tylko recesja – mówił. – Wiesz, że jesteś dobra, i znajdziesz właściwą pracę. To jak ze wszystkim, czekasz i czekasz, aż w końcu jesteś na skraju wytrzymałości, ale kiedy myślisz, że zaraz eksplodujesz albo skoczysz z Beachy Head, sprawa się rozwiązuje.

– A cóż ty wiesz o Beachy Head, panie wielki biznesmenie od dwudziestego piątego roku życia? – odparła, szturchając go łokciem w bok, chociaż miał rację z tym czekaniem. Po skończeniu uniwersytetu szczęście jej dopisało („Szczęście nie miało z tym nic wspólnego”, powtarzał Mark) i dostała jedno z kilku miejsc przeznaczonych dla absolwentów w agencji reklamowej J. Walter Thompson, potem na prawie rok utknęła w mniejszej agencji, z której musiała odejść, bo w przeciwnym razie zanudziłaby się chyba na śmierć. Myślała, że jeśli zrobi kolejną kampanię reklamową karmy dla psów, po prostu oszaleje. Posada u Leona ją uratowała, dzięki Bogu, ale teraz znowu znalazła się w takiej sytuacji. A właściwie gorszej, bo wtedy przynajmniej miała pracę, nawet jeśli polegała na zachwalaniu koniny. Teraz z każdym mijającym tygodniem coraz wyraźniej uświadamiała sobie rosnącą odległość pomiędzy nią a płatną pracą i malejące znaczenie jej ostatnich kampanii. Wartość Hanny się obniżała.

Jej oddech przyśpieszył, gdy zbliżając się do Eel Brook Common, zwiększyła tempo. Pokonała zygzakiem podwójną barierkę mającą na celu zniechęcenie rowerzystów do korzystania z parku i wbiegła na trawę. Grunt był namoknięty i trudny dla stóp, ale Hanna zmusiła się do przemierzenia dwóch boków prostokąta i zatrzymała się dopiero przy małym placu zabaw w rogu. Radziła sobie coraz lepiej, choć nigdy nie będzie urodzoną biegaczką, jak ci, którzy ją mijali, pędząc dwa razy szybciej niż ona, i równo, ledwo słyszalnie oddychając. Była w dobrej kondycji, ale nie miała odpowiedniej budowy ciała, tak brzmiała jej teoria, gdyby należała do wysokich i prostych jak struna, byłoby o wiele łatwiej. Mark zaproponował, żeby raczej chodziła na siłownię, ponieważ jednak nie pracowała, nie czuła się dobrze na myśl o wydawaniu osiemdziesięciu funtów miesięcznie. Roześmiał się i odparł, żeby nie zapominała, że są małżeństwem, to, co jego, jest także jej, mimo to nie potrafiła się na to zdobyć.