SiostraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8.

Teraz

Trzymam list. Kartka jest postrzępiona z jednej strony, widać wyraźnie, że Charlie wyrwała ją z zeszytu. Oczami wyobraźni widzę naszą nauczycielkę z podstawówki, panią Stiles, jak krzyczy: „Charlotte Fisher! Powiedz mi, co ty wyprawiasz!”. Charlie często wpadała w tarapaty.

Sięgam po kieliszek wina, opieram głowę na poduszce i zaczynam czytać.

TEN LIST WOLNO PRZECZYTAĆ TYLKO GRACE I CHARLIE, JEŚLI WIĘC NIE JESTEŚ JEDNĄ Z NAS, ZAKOP Z POWROTEM TO PUDEŁKO I SPIEPRZAJ!!!

No dobra, nie mamy już piętnastu lat, jesteśmy dorosłe i w ogóle wspaniałe. Oto moja lista rzeczy do zrobienia (o ile jeszcze ich nie zrobiłam):

1. Chcę odnaleźć tatę. No i proszę, przyznałam się. Cholernie mi przykro, Grace, że byłam taką jęczącą zołzą, kiedy próbowałaś mi pomóc, ale mama jest temu strasznie przeciwna i już sama nie wiem, co robić. Myślałam, że pisanie o tym będzie łatwiejsze od mówienia, ale czuję okropne wyrzuty sumienia już przez samo to, że o tym myślę. Mama bywa jak szalona krowa, ale nie mam nikogo poza nią, dlatego nie chcę przysparzać jej zmartwień. Ale przecież wiesz, jak to jest, kiedy nie ma przy tobie taty, prawda, Grace? Czujesz pustkę, zgadza się? Smutek pod skórą, który nie chce przeminąć i który coraz trudniej ignorować.

Ostatnio coraz częściej o tym rozmyślam. Zastanawiam się, czy choć trochę go przypominam (po kimś muszę mieć tę urodę), czy mamy podobne poczucie humoru (jakoś muszę wytłumaczyć tę obsesję na punkcie Monty Pythona) i czy tak samo jak ja nie znosi buraków. Połowę cech mam po kimś, kogo nie znam – a chcę poznać. Chcę się dowiedzieć, kim jestem i skąd pochodzę, i chcę, żeby on też mnie poznał (ale tylko z dobrej strony!).

Mam nadzieję, że do tej pory mama już zdradzi mi, kim on jest (nawiasem mówiąc, NIGDY nie będę kłamała, tak jak ona to robi), że go odnajdziemy i że spędzimy wakacje w jego hollywoodzkiej willi z basenem. (Czy proszę o zbyt wiele, licząc, że tata jest gwiazdą kina i milionerem?)

2. Obym nie utyła!!! Skoro będziemy często chodziły w bikini (patrz wyżej)!

3. Obyśmy na zawsze pozostały przyjaciółkami. Grace, Siobhan, Esmée i Charlie. Fantastyczna Czwórka. Kocham Was wszystkie (ale zwłaszcza Ciebie, Grace, moja najlepsza przyjaciółko).

Charlie

Czytam tę listę jeszcze dwa razy, popijając wino. Nadal nie zbliżyłam się do odkrycia znaczenia ostatnich słów Charlie. Tutaj niestety nie ma nic, co pomogłoby mi je zrozumieć. Czuję, jak wypełnia mnie poczucie zawodu. Sama nie wiem, czego się właściwie spodziewałam. Wskazówek krok po kroku? Wielkiej czarnej strzałki z napisem „zacznij od tego miejsca”? Czytam list i uzmysławiam sobie, że nigdy nie udało nam się odnaleźć jej ojca. Wstaję i zaczynam chodzić po pokoju. Co się z nią działo, kiedy zniknęła? Czy to możliwe, że go znalazła? Może będzie wiedział, co takiego zrobiła, że uważała to za aż tak straszne?

Zamykam oczy. Pomyśl, Grace. Mogłabym go zapytać – jeślibym go odnalazła. Sęk w tym, że jedyną osobą, która zna jego tożsamość, jest Lexie.

9.

Teraz

Jadę do Lexie. Na szaroniebieskim niebie wiszą ciężkie, ciemne chmury. Jestem niespełna w połowie drogi, kiedy zaczyna padać. Kanonada grubych kropel rozpryskuje się na przedniej szybie auta. Włączam światła, mimo że nie ma jeszcze szesnastej.

Dan nie chciał mi towarzyszyć, choć go prosiłam. Próbowałam mu wytłumaczyć, że muszę pogodzić się z Lexie, bo to dla mnie jedyna realna szansa na odnalezienie ojca Charlie, ale on nie rozumie, dlaczego czuję się w obowiązku nawiązać kontakt z tym człowiekiem. W najlepszym razie okaże się, że Charlie, kiedy zniknęła, spotkała się z ojcem, i uzyskam od niego odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. W najgorszym – że się nie spotkali. Wtedy trudno, przynajmniej opowiem mu o jej losie. Żeby mógł uczcić jej pamięć.

Poza tym muszę pojąć sens ostatnich słów Charlie: „Zrobiłam coś strasznego, Grace. Mam nadzieję, że mi wybaczysz”.

Dzwoni telefon. Zatrzymuję się na przystanku, żeby sprawdzić, kto się dobija; odbiorę, jeśli to babcia. Mija mnie czerwona corsa. Zerkam na wyświetlacz: początek numeru typowy dla telefonicznych akwizytorów. Odrzucam połączenie. Wrzucam kierunkowskaz i włączam się do ruchu. Niemal przyklejam nos do szyby, żeby cokolwiek widzieć w tej ulewie. Czuję ulgę, kiedy w końcu docieram na ulicę, przy której mieszkała Charlie.

Przebijam się przez zarośniętą ścieżkę, prowadzącą przez ogród przed domem Lexie, ale ponieważ wszędzie stoją kałuże, to kiedy docieram do wejścia, dół dżinsów mam tak mokry, że można go wyżymać. Nie czuję, że minęło siedem lat, od kiedy zapłakana waliłam w te drzwi otwartymi dłońmi, aż piekły, i krzyczałam do Charlie, domagając się prawdy. Nie mogłam wtedy podejrzewać, że zobaczę ją dopiero po kilku latach i że kiedy znów zapukam do tych drzwi, zrobię to po to, aby zabrać Lexie na pogrzeb córki.

Kołatka zwisa sztywno. Kiedy ją podnoszę, protestuje skrzypnięciem. Czekając, tupię nogami, by otrząsnąć wodę z butów. Kulę się, słysząc trzask pioruna. Z początku mam wrażenie, że komuś strzelił gaźnik, i się odwracam. Za moim autem zaparkowała czerwona corsa. Nie widzę kierowcy, bo jest za ciemno. Żałuję, że nie zapamiętałam numerów samochodu, który mijał mnie, kiedy stałam na przystanku. Ile czerwonych cors jeździ po drogach? „Pewnie setki” – myślę, ale i tak zastanawiam się, czy to nie ten sam wóz, który w sobotę stał pod moim domem. Czuję, jak jeżą mi się włoski na karku.

Raz jeszcze pukam do drzwi, tym razem szybciej i mocniej.

– Kto tam?

– To ja, Grace.

Uśmiecham się, próbując zachować tę minę, kiedy drzwi się otwierają i wygląda zza nich pomarszczona twarz Lexie. Białka oczu ma pokryte gęstą siatką maleńkich czerwonych naczynek.

– Nie otwieram, chyba że wiem komu. Mam, cholera, dość tych, co próbują uszczęśliwić mnie na siłę. Nie byłam pewna, czy przyjdziesz.

– Ja też nie.

Wchodzę do środka, gotowa bronić się, jeśli Lexie zacznie na mnie wrzeszczeć, ale ku mojemu zaskoczeniu ona otwiera ramiona… i naraz jej zachowanie na pogrzebie przestaje mieć aż takie znaczenie. Jest mamą Charlie i cierpi. Obie cierpimy. Obejmujemy się niezgrabnie; nigdy nie przepadała za tego rodzaju bliskością. Wbijają mi się w ciało jej kości biodrowe i muszę odwrócić głowę, żeby włosy Lexie nie wchodziły mi do ust. Ciemnoszare odrosty kontrastują z jasnoczerwonymi rozdwojonymi końcówkami, w dodatku śmierdzą, jakby nie myła ich od kilku tygodni.

Idę za nią wąskim korytarzem, moje buty zostawiają mokre ślady na gołej drewnianej podłodze.

– Klapnij sobie.

W kuchni cuchnie jak w chlewie. Pod drzwiami na podwórze leży wysoka sterta śmieci, które wysypują się z reklamówek. Oblewa mnie fala wstydu. To przecież mama Charlie i bez względu na to, co wydarzyło się na pogrzebie, powinnam była odwiedzić ją znacznie wcześniej. Ona nikogo nie ma. Przysuwam sobie krzesło. Stoi na słowo honoru. Strzepuję okruchy z siedziska i siadam.

– Herbaty?

– Poproszę.

Brudne naczynia w zlewie wyglądają jak wysoka budowla z klocków jenga; kiedy Lexie wyjmuje kubek, rozpada się konstrukcja ze sztućców, a ich brzęk przełamuje krępującą ciszę.

– Z cukrem?

– Nie, dziękuję.

Lexie płucze poplamiony kubek pod zimnym strumieniem i zalewa torebkę z herbatą gorącą, ale jeszcze niegotującą się wodą. Odsuwam stos listów i popielniczkę, z której wysypują się pety, robię miejsce na kubek. Daruję sobie prośbę o mleko.

Podnoszę kubek do ust i trzymam go tak przez chwilę, udając, że piję.

– Jak się trzymasz?

Lexie wzrusza ramionami i rozgląda się po koszmarnie brudnej kuchni, jakby to wystarczyło za odpowiedź – i raczej wystarcza. Powraca niezręczna cisza.

– Chyba jakoś sobie radzę. Twoja babcia przynosi mi tyle zapiekanek i ciast, że można nimi nakarmić całą ulicę.

Nie daję poznać po sobie zaskoczenia. Babcia nigdy szczególnie nie przepadała za Lexie. Wzrusza mnie jej gest.

– No dobrze. – Biorę głęboki oddech. – Chciałaś się ze mną zobaczyć.

Lexie drżącymi palcami zapala papierosa. Sięga po popielniczkę i idzie z nią do drzwi prowadzących na podwórze, po czym próbuje wcelować zawartością popielniczki do przepełnionej torby na śmieci. Zamiast tego rozsypuje wszystko na podłodze.

– Muszę odnająć pokój. Potrzebuję forsy. Nie pracuję, od kiedy… no wiesz.

Kiwam głową.

– Muszę wysprzątać pokój Charlie. Sama nie dam rady.

Lexie bierze złotą zapalniczkę Zippo, otwiera ją i zamyka, otwiera i zamyka. Zaciskam zęby. Chcę wziąć ją za rękę i uspokoić, ale nie robię tego.

– Chcesz, żebym ci pomogła?

– No. Jutro się wprowadza.

– Jutro?

– No. Pomożesz?

Pytanie zawisa w powietrzu, domagając się odpowiedzi, a ja czuję suchość w ustach i nie mogę wydusić ani słowa. Nie mam ochoty wracać do pokoju Charlie.

Szare oczy Lexie wpatrują się w moje.

– Proszę – mówi tak cichym szeptem, że ledwo ją słyszę.

Otwieram usta. Mam „nie” na końcu języka, słowo siedzi tam jak ptak w klatce, który czeka na wypuszczenie na wolność, ale moje poczucie winy wie lepiej.

– Tak – mówię.

***

Drzwi są zimne i twarde w dotyku, tak jakby wiedziały, że strzegą wejścia do pokoju, który utracił serce. Kiedy je otwieram, czuję, że coś mnie dławi: kurz albo dawne wspomnienia – sama nie wiem. Spłowiałe fioletowe zasłony, które nigdy nie schodziły się w środku, są zaciągnięte. Rozsuwam je i otwieram okno. Biorę duży haust powietrza, jakbym zbyt długo przebywała pod wodą, i z otwartymi ramionami przyjmuję padające mi na twarz krople deszczu.

 

Pokój Charlie nie był wykorzystywany przez te sześć lat, które upłynęły od jej zniknięcia do śmierci, ale odeszła wtedy tak nagle, że większość jej rzeczy nadal znajduje się na swoim miejscu. Spod chaosu noszącego dawniej imię Charlie ledwo widać podłogę, a mimo to pokój wydaje się pusty. Opustoszały.

Lexie zatrzymuje się w progu, nie wchodzi dalej. Gryzie paznokieć.

– Pójdę po worek na śmieci – rzuca.

Kiwam głową, choć wiem, że jeśli chcemy zrobić tu porządek jeszcze dzisiaj, będziemy potrzebowały nie jednego, a całej rolki worków na śmieci. I cudu.

Na pokrytej tynkiem strukturalnym ścianie wisi przekrzywiona jak dawniej tablica korkowa pełna zdjęć. Charlie nie znosiła tego pokoju. „Kto normalny wykańcza ściany tak, żeby wyglądały jak sufit?” – pytała retorycznie. Pamiętam, że w końcu darowała sobie proszenie Lexie o wynajęcie fachowca, który położyłby zwykły tynk, i któregoś weekendu same pomalowałyśmy brudne od dymu papierosowego ściany na jasny róż. Było jeszcze gorzej. Charlie przyszła do mnie i, wykruszając farbę z włosów, z płaczem narzekała, że pokój wygląda teraz jak wielka pianka żelowa. Babcia zrobiła nam zapiekankę wiejską, a dziadek po cichu wziął z szopy drabinę i wałek do malowania. Kiedy następnego dnia Charlie wróciła do siebie, pokój był śnieżnobiały. Ale tynk strukturalny pozostał.

Odczepiam jedno ze zdjęć, przesuwam palcem po konturach twarzy Charlie i czuję, że coś ściska mnie w żołądku.

– Tęsknię za tobą – mówię szeptem.

– Ja też za nią tęsknię. – Lexie wręcza mi worek i kartonowe pudełko. – Wzięłam ostatnie piwo, żebyśmy miały jeszcze to. – Pokazuje na pudełko. – Przyda się.

Powstrzymuję się od sarkastycznej uwagi. Przynajmniej się stara.

– Od czego chcesz zacząć? Powinniśmy to wszystko jakoś posegregować: do zatrzymania, do sprzedania, do wyrzucenia.

– Zdejmę pościel i włożę do prania. Przejrzyj szuflady i weź sobie, co chcesz.

Klękam na drewnianej podłodze. Dobrze, że założyłam znoszone spodnie. Górna szuflada nie chce się otworzyć. Szarpię mocno za uchwyt, aż ten zostaje mi w dłoni, ale przynajmniej szuflada ustępuje. „Może poproszę Lexie o śrubokręt” – myślę. Po co? Przecież w bagażniku mam małą skrzynkę narzędziową. Chowam uchwyt do kieszeni. W szufladzie znajduję bogatą, tęczową kolekcję koszulek. Wszystkie małe, zdecydowanie za małe, nawet gdybym w ogóle chciała je nosić. Wybieram kilka, te, które, jak mi się wydaje, Lexie mogłaby chcieć zatrzymać – pomarańczowy nierównomiernie pofarbowany T-shirt oraz parę podkoszulków w landrynkowych kolorach – a resztę wkładam do worka z rzeczami przeznaczonymi do sprzedania. W dolnej szufladzie leży kwiecista koszula.

– To moja – mówię Lexie. – Ciekawe, co jeszcze znajdę.

Na jej ustach pojawia się cień uśmiechu.

– O co chodzi? – pytam.

– Kiedy Charlie miała pięć albo sześć lat, dorwała się do mojej komody i zaczęła bawić w przebieranki. Akurat szykowałam kolację, kiedy wparowała do kuchni, wymachując wibratorem. Buczał jej w dłoni. „Mamusiu, co to?” – zapytała.

– I co jej odpowiedziałaś?

– Że to specjalny przyrząd do masowania ramion, którego używam, kiedy jestem zmęczona.

– Sprytnie.

– Szybko o wszystkim zapomniałam, ale dwa tygodnie później, kiedy poszłam odebrać Charlie ze szkoły, pani Johnson, jej nauczycielka, poprosiła mnie na słówko. Powiedziała, że dzień wcześniej zwierzyła się dzieciom, iż bolą ją ramiona i dlatego nie może pisać na tablicy. Charlie przyniosła „specjalny przyrząd do masowania” – żeby sobie pożyczyła. Pani Johnson wręczyła mi wibrator w reklamówce z Tesco. Myślałam, cholera, że tam zejdę ze wstydu.

– Mój Boże! I co powiedziałaś?

– Że dziękuję i mam nadzieję, że pomógł.

Parsknęłam śmiechem.

– Biedactwo. I biedna Charlie. Miała przez to kłopoty?

– E, nie. Przecież chciała tylko pomóc. To zresztą nic takiego. Gorzej było, kiedy chodzili u nas po domach i prosili o datki na rzecz chorych dzieci w Afryce.

– Co zrobiła?

– Ja brałam wtedy prysznic, ale Charlie postanowiła, że odda jedną z moich roślinek. „To ziółka, po których robi się wesoło. Dajcie je dzieciom”, powiedziała i wręczyła im doniczkę moich domowych konopi.

– Lexie! Miałaś szczęście, że nie trafiłaś za kratki! – Nie mogę przestać się śmiać. Atmosfera zaczyna rzednąć.

– Chyba nie wiedzieli, co to takiego. Powiedzieli Charlie, że woleliby pieniądze. „O nie, u nas nigdy nie ma cholernej forsy”, odparła. Miała wtedy jakieś pięć lat.

– Nie potrafię jej sobie wyobrazić w takim wieku. Masz jakieś zdjęcia?

– Kilka. Później ci pokażę, jak będziesz chciała.

– Chętnie. – Oczami wyobraźni widzę pięcioletnią Charlie, nieustraszoną dziewczynkę z kucykami.

Nigdy nie zapomnę tego, jak wstawiła się za mną, kiedy zetknęłyśmy się po raz pierwszy.

– Grace – odzywa się Lexie. Jej głos cichnie. – Jestem ci winna przeprosiny…

Wygładzam zagniecenia letnich sukienek, składam zimowe swetry. Ubrania na pory roku, których Charlie już nigdy nie zobaczy.

– Pogrzeb był stresujący. Nie musisz przepraszać.

– Nie chodzi tylko o pogrzeb. – Pstryk zapalniczki, zapach dymu. – To skomplikowane…

– Nie musimy o tym rozmawiać akurat dziś. – Wyjmuję ostatnią rzecz z szuflady. – Kiedyś ty je nosiłaś, pamiętasz? – Pokazuję na kuse szorty z białego dżinsu.

– Uwielbiałam je. Czułam się w nich jak gorąca laska.

Odkładam na kupkę „do zostawienia”.

Komoda jest pusta. Wstaję, otrzepuję kolana i otwieram szkatułkę Charlie. Balerina w różowej tutu kręci niekończące się piruety w takt muzyki.

Połowa wisiorka z serduszkiem leży w pudełeczku wyściełanym czerwonym aksamitem. Kiedy go podnoszę, kręci się dokoła, tak jak mój wtedy, w lesie, jakby szukał brakującej części.

– Weź go – mówi Lexie. – Miała go na sobie tamtego dnia. Na pewno chciałaby, żebyś go zatrzymała.

Kiwam głową. Coś dławi mnie tak, że nie mogę wydusić słowa. Rozpinam łańcuszek i zakładam na niego należącą kiedyś do Charlie połówkę serca; dopasowuje się do mojej, ale nie do końca – złamane serce, które już nigdy nie zrośnie się w jedną całość.

Pracujemy w milczeniu aż do wschodu księżyca, który rzuca mleczną poświatę na rząd czarnych worków, stojących w szeregu pod brudnymi ścianami jak pluton wojska.

– W poniedziałek zaniosę je do sklepu charytatywnego.

Zarzucam jeden worek na lewe ramię, a drugi niosę w prawej ręce. Idąc po schodach, ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć, czuję się jak Święty Mikołaj. Składam tylne siedzenia w aucie i jakoś udaje mi się upchnąć całe życie Charlie do bagażnika. Z wyjątkiem worka z rzeczami, które, jak uznałam, Lexie będzie chciała nosić – ten chowam do szafy.

Żegnam się z pokojem Charlie. Wyblakłe prostokątne plamy po plakatach oraz klejące się resztki masy mocującej są jedynymi widocznymi pozostałościami dawnego życia. Jakże szybko potrafimy wymazać ślady czyjejś fizycznej obecności, podczas gdy wspomnienie trwa wiecznie. Wyłączam światło i schodzę na dół, do Lexie.

– Napijesz się?

– Poproszę.

Siadam na popękanej skórzanej sofie, wsuwam stopy pod pupę i biorę łyk merlota. Czekam, aż cierpkość wina złagodzi mój niepokój. Wykorzystam sposobność i zapytam Lexie o tatę Charlie. Muszę to wyjaśnić. Mam okazję wydobyć z niej nazwisko, a może nawet adres.

– W tym miejscu po raz pierwszy piłam czerwone wino – mówię. – Charlie oznajmiła, że to krew i że nie odważę się wypić. Wróciłam do domu zapłakana. Dziadkowi powiedziałam, że zamieniłam się w wampira.

– Niezła z niej była cholera – stwierdza czule Lexie.

– Pokażesz mi zdjęcia, na których jest mała? – rzucam niby od niechcenia, ale serce wali mi jak szalone. Biorę kolejny, tym razem większy łyk.

Lexie zaczyna grzebać w szafce; oby udało jej się znaleźć.

– Mam. – Wyjmuje brązową kopertę formatu A4 z nagryzmolonym „CHARLOTTE” na wierzchu. Przez łączenia, które z czasem się rozkleiły, wystają rogi fotografii.

– Nie mogłam się zabrać do powklejania ich do albumu. – Rozkłada zdjęcia między nami.

Bezzębna Charlie z pianą od szamponu na włosach uśmiecha się do mnie ze zlewu w kuchni.

– Słodkie. – Sięgam po stare zdjęcie polaroidowe. Różowowłosa Lexie ma na sobie cętkowany szlafrok, na jej nadgarstku widać szpitalną opaskę, a przy piersi trzyma śpiące niemowlę. – Tuż po porodzie?

– No. Czternaście godzin! Jezu, myślałam, że się wykończę. Dobrze, że mi dali rozweselacz.

– Czy tata Charlie był przy porodzie?

– Nie. – Lexie podnosi kieliszek do ust.

– Dlaczego?

Wzrusza ramionami.

– Nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Skurwiel dał nogę, jak tylko dowiedział się, że jestem w ciąży.

– Nigdy nie widział Charlie?

– Nie.

– Musiało być ci ciężko. Samej z dzieckiem.

– Nawet nie masz pojęcia.

– Opowiedz mi o nim.

– To był drań. Dobrze, że Charlie nie musiała go znać.

– Domyślam się. – Kłamstwo gładko spływa mi z ust. – Po prostu jestem ciekawa.

Cisza, która zapada między nami, jest pełna napięcia; napina się coraz mocniej, aż w końcu pęka.

Lexie głośno wypuszcza powietrze.

– Okej. Co chcesz wiedzieć?

Ostatnie krople wina skapują do jej kieliszka, który grozi przelaniem. Lexie wychyla się i sięga za sofę. Wyjmuje drugą butelkę, macha nią i pytająco unosi brew.

– Prowadzę. – Zasłaniam kieliszek dłonią i poprawiam się na poduszce.

W powietrzu gęsto od dymu papierosowego i tajemnic. Lexie przegląda zdjęcia i w końcu wyjmuje podniszczoną fotografię mężczyzny, który salutuje kuflem piwa komuś spoza kadru. W ustach miętoli papierosa. Wykapana Charlie.

– Nazywał się Paul Lawson. Poznałam go jako szesnastolatka. Przesiadywałam w Folk Lore, bo mieli niezłe kapele, które zmieniały się co kilka tygodni. Już chyba nie istnieje. – Lexie marszczy czoło. Pochylam się, chcąc tym gestem zachęcić ją do dalszych zwierzeń. – Wślizgiwałam się tylnym wejściem, tak że nie musiałam płacić za wstęp. Przyglądałam się zespołom z zaplecza i marzyłam, że sama stoję na scenie. Któregoś dnia Frank, właściciel, podszedł do mnie i poklepał po ramieniu. Prawie narobiłam w gacie. Myślałam, że mnie wyrzuci, ale on powiedział: „Słuchaj, skoro już musisz się zakradać, to chociaż przydaj się na coś i pozbieraj szklanki”. – Uśmiecha się do wspomnień. – Paul śpiewał. To był jego pierwszy występ i wypadł prze-kur-wiś-cie. Od razu się w nim zakochałam.

Przerywa i zapala papierosa. Dym wiruje dokoła mojej twarzy, a słowa Lexie – dokoła mojej głowy. Kochała tatę Charlie? Tak naprawdę kochała?

– Miał dwadzieścia dwa lata. Nie było między nami aż tak dużej różnicy wieku, ale miałam wrażenie, że jest ode mnie znacznie starszy. Wiesz, był prawdziwym facetem. Zabujałam się w nim jak wariatka. Miał bardzo jasne włosy i najzieleńsze oczy, jakie widziałam. – Popiół z papierosa spada jej na nogę; nawet tego nie zauważa.

– Masz. – Podaję jej popielniczkę. – Zaczęliście się spotykać?

– Po tym pierwszym występie zszedł ze sceny jak na haju. Podniósł mnie i zakręcił mną tak, że myślałam, że się porzygam. Zaproponował, żebyśmy opili sukces, ale Frank odparł, że mnie nie obsłuży, nawet po godzinach. – Lexie otwiera drugą butelkę wina i napełnia swój kieliszek. – No więc Paul kupił butelkę whisky na wynos i poszliśmy do parku. – Obejmuje się rękami, jakby przytulając się do wspomnień. Pierwszy raz widzę ją taką bezbronną. – Whisky mi nie smakowała, dla mnie to było paskudztwo. Ale się nie odezwałam. Zamiast połknąć, połowę wyplułam z powrotem do butelki. – Wzdryga się. – Nigdy, Grace, nie staraj się zmienić dla mężczyzny.

– Co się wydarzyło?

– Powiedział, że jestem wyjątkowa, a ja uwierzyłam. Uprawialiśmy seks na jego kurtce. To był mój pierwszy raz. Z klasą, co? – Pociąga łyk wina.

– Potem cię zostawił?

– Nie. Spędziliśmy razem sześć tygodni. Później zniknął. Nawet się nie pożegnał. Od tamtej pory go nie widziałam. I nie chcę.

– Byłaś wtedy w ciąży?

– Tak, ale on o tym nie wiedział.

– Mogłaś go chyba jakoś odnaleźć? Powiedzieć mu? Miał prawo wiedzieć, że zostanie ojcem.

Lexie bawi się paczką papierosów, odwleka odpowiedź, tak jakby szukała w myślach właściwych słów.

 

– Powiedziałam mu. Nie chciał nas.

– Ale przecież mówiłaś, że…

– Chodziło mi o to, że nie wiedział, dopóki mu nie powiedziałam. Nie chciał mieć dzieci. Wolał, żebym usunęła ciążę. Drań.

– A czy wie, że tego nie zrobiłaś? I że urodziłaś mu córkę?

– No pewnie. – Lexie zdejmuje nogi z sofy i przy okazji przewraca wino. – Ożeż cholera!

Idę po ścierkę. Klękam, zbieram bordowy płyn i osuszam poprzecierany dywan.

– Jak zareagował, kiedy powiedziałaś mu o Charlie?

– Nie mam pojęcia. To było dwadzieścia pięć lat temu, a ja ledwo pamiętam, co robiłam wczoraj.

– Lexie, posłuchaj. Czy on wie, że Charlie nie żyje?

Wpatruje się w szkarłatną plamę, a w jej oczach zbierają się niewylane łzy.

– Nie chce mi się już gadać.

– Ale Lexie, to ważne…

– Nie psuj tego, Grace. Miło było cię widzieć, ale jestem zmęczona. – Wyciąga rękę po mokrą ścierkę.

Wkładam buty i kurtkę i zabieram swoją torebkę.

– Jeszcze do tego wrócimy – mówię.

Potakuje, po czym obejmujemy się na pożegnanie.

Kiedy siadam za kierownicą fiesty, wyczuwam w kieszeni uchwyt od szuflady w komodzie Charlie. Zapomniałam przykręcić. Będę miała wymówkę, żeby wrócić. No i będę musiała zwrócić zdjęcie Paula, które ukradkiem wsunęłam do kieszeni, kiedy Lexie nie patrzyła. Włączam silnik i gdy odjeżdżam, nie potrafię opanować dreszczu podniecenia. Mam plan.