SiostraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5.

Wtedy

Czekając na Charlie, przeskakiwałam z nogi na nogę, pobudzałam krążenie w rękach i wyglądałam na ulicę. Umówiłyśmy się na podwieczorek. Kiedy babcia zaproponowała, żebym pod koniec pierwszego tygodnia w szkole zaprosiła do siebie kogoś z koleżanek albo kolegów, musiałam się dobrze zastanowić. Esmée była urocza, Siobhan bardziej powściągliwa, ale też miła, nawet Dan okazał się w porządku, ale najsilniejsza więź zaczynała się tworzyć między mną a Charlie. Nigdy wcześniej nikt się za mną nie wstawił. Pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby.

– Bo wleci zimne powietrze – ofuknęła mnie babcia.

Zamknęłam drzwi, ale nadal czekałam na progu i stawałam na palcach, ilekroć usłyszałam samochód. Dwadzieścia minut później, kiedy Charlie w końcu się zjawiła, okazało się, że przyszła sama i na piechotę.

Wpuściłam ją do środka.

– Chodź, pójdziemy do mnie na górę.

– Tylko nie w butach, młoda damo. Znasz zasady. – Babcia wpadła do przedpokoju, wycierając w fartuch dłonie białe od mąki.

Zrobiło mi się gorąco ze wstydu, kiedy Charlie zabrała się do zdejmowania wypłowiałych niebieskich adidasów. Babcia wzięła je i postawiła na półce na buty, cmokając z dezaprobatą na przetarte prawie na wylot podeszwy. Pobiegłyśmy z Charlie na górę i wskoczyłyśmy na łóżko.

– Co chcesz robić?

Nie zdążyłam się jeszcze całkiem rozpakować. W kącie stały pudła pełne gier i książek. Charlie podeszła, wybrała Pułapkę na myszy i potrząsnęła pudełkiem. Zawartość zagrzechotała.

– Pograć w to. – Podała mi pudełko, a ja je otworzyłam.

Gra nie należała do moich ulubionych, niektóre elementy były dość nieporęczne.

– Dlaczego mieszkasz z dziadkami?

Spodziewałam się tego pytania, ale i tak poczułam się nieprzygotowana.

– Bo moi rodzice nie mogą się mną opiekować. Jakim chcesz być kolorem? – Wyciągnęłam rękę.

Charlie wzięła zieloną mysz i bacznie mi się przyjrzała.

– Dlaczego?

– Bo nie żyją. – Kłamstwo utkwiło mi w gardle.

Sięgnęłam po plastikowy kubek z sokiem, który babcia przyniosła wcześniej do pokoju, i wzięłam solidny łyk, tak jakbym mogła spłukać nim fałszywe słowa. Skrzywiłam się na słodki ulepek.

– Nie żyją? – Charlie zmarszczyła czoło.

– Tak.

– Jak umarli?

– Ja chyba wezmę niebieską. – Pozostałe myszy wrzuciłam do pudełka. – Masz rodzeństwo?

– Nie – odparła Charlie. – Jesteśmy tylko we dwie z mamą. Kiedyś czułam się taka samotna, że wymyśliłam sobie przyjaciółkę.

– Naprawdę?

– No. Miała na imię Bella. Namawiała mnie do złego, a kiedy mama się denerwowała i krzyczała na mnie, Bella tylko się śmiała. Raz dostałam Barbie na święta i Bella kazała mi obciąć jej włosy i pomalować jej buzię lakierem do paznokci. Ale bywała też zabawna.

– Nazwałaś ją na cześć Belli z Pięknej i Bestii?

– Chyba tak. Ale wyrosłam z niej. Tak jak z Disneya.

– Ja też. – Oby nie otworzyła mojej skrzynki z kasetami wideo.

Jeszcze do niedawna miałam obsesję na punkcie księżniczek. No, ale po tym, co się stało z moimi rodzicami, szybko dorosłam. Każdy by dorósł.

– Dobrze, że masz dziadków.

– No wiem. A ty nie masz?

– Nie-e. Mama mówi, że nie potrzebujemy nikogo. Tylko ona i ja przeciwko całemu cholernemu światu. Ale teraz mamy siebie, ty i ja. Jesteśmy takie same w tym, że nie mamy ojców. Zaprzyjaźnimy się.

Charlie sięgnęła do kurtki i wyjęła kitkata. Zsunęła papierek i kciukiem odwinęła baton z folii, po czym przełamała go na pół. Podała mi jedną część. Przyjęłam ją z wdzięcznością.

– Zagrajmy w Pułapkę na myszy. Z tobą na pewno będzie się lepiej bawiło niż z Bellą. Nawet jeśli przegram. – Charlie wyszczerzyła zęby i potrząsnęła kostką do gry. – I rozchmurz się! Ty, ja, Siobhan i Esmée będziemy w szkole jak rodzina. Zobaczysz.

Zaczęłyśmy grać. Akurat wypadła kolej Charlie, kiedy do drzwi zapukała babcia. Mąka z jej dłoni sypała się na dywan; wcierała ją kapciem we włosie.

– Grace, telefon do ciebie.

– Tylko nie oszukuj – rzuciłam do Charlie. – Zaraz wracam.

Zeszłyśmy na dół i babcia zniknęła w kuchni, a ja podniosłam słuchawkę i zaczęłam okręcać kabel wokół palca. Nie odzywałam się, tylko słuchałam zakłóceń. Wiedziałam, kto dzwoni, i nie miałam tej osobie nic do powiedzenia.

– Grace? Grace? – Głos mamy wydawał się bardzo odległy.

Odłożyłam słuchawkę.

– Tak szybko? – zawołała babcia, kiedy ciężkim krokiem ruszyłam na górę.

– Rozłączyło nas – odpowiedziałam.

Usiadłam na łóżku. Charlie wręczyła mi kostkę.

– Kto dzwonił?

– Nikt – odparłam, krzyżując palce. – Głuchy telefon.

6.

Teraz

Leżę i nie mogę zasnąć, zastanawiam się, dlaczego Lexie powiedziała babci, że chciałaby się ze mną spotkać. Waham się pomiędzy myślą, że zamierza przeprosić mnie za swoje zachowanie podczas pogrzebu Charlie, a przekonaniem, że chce mnie zabić. Mam w głowie prawdziwy ul, jest głośno, tłoczno i ruchliwie, a kiedy wreszcie wschodzi słońce, barwiąc niebo na ognistą czerwień, jestem już po trzech kubkach herbaty, ale nadal nie postanowiłam, czy mam ochotę zobaczyć się z Lexie.

Wiem, że przestała śpiewać w miejscowym pubie i rzadko pokazuje się publicznie, chyba że w supermarkecie, kiedy pcha przed sobą wózek, w którym jest więcej alkoholu niż jedzenia. Dan sądzi, że pomieszało jej się w głowie – uważał tak już wcześniej, przed sceną na pogrzebie – za to babcia ma dla niej więcej współczucia.

– Nie powinna była mówić ci tego, co powiedziała – stwierdziła. – Ale ludzie przeżywają żałobę na różne sposoby.

Docieram do pracy wykończona i z podpuchniętymi oczami.

– Dzień dobry, Grace. – Lyn, moja szefowa, jak zawsze tryska radością. – Gotowa na szturm? – Otwiera drzwi wejściowe i przytrzymuje je, witając każde dziecko i każdego rodzica z osobna.

Morze maluchów wlewa się do szatni, poganiane przez zmęczone matki, które tupią, żeby oczyścić buty z błota, i potrząsają mokrymi parasolkami. Krople deszczu spadają na podłogę. Zapisuję w pamięci, żeby przetrzeć ją mopem, bo inaczej ktoś może się poślizgnąć. Podbiega Emily i obejmuje mnie w kolanach. Nie powinnam nikogo faworyzować, i naprawdę uwielbiam wszystkie te dzieciaki, ale z Emily łączy mnie wyjątkowa więź. Rozpinam jej płaszczyk przeciwdeszczowy i pomagam go zdjąć. Pod spodem ma różową bluzeczkę z bohaterką bajki Dora poznaje świat.

– Dzień dobry, Sarah – mówię. Mama Emily wygląda niewyraźnie, ma sine plamy pod oczami. – Jak się czujesz?

– Zmęczona. Mała wrzeszczała całą noc. – Kołysze wózkiem. Zaglądam do środka i widzę niemowlę w pozycji rozgwiazdy i rączkami zaciśniętymi w piąstki. – Nie mogę spać, od kiedy… – Nasze spojrzenia spotykają się ponad głową Emily.

Wiem, co Sarah chce powiedzieć: od kiedy odszedł Greg. Przed kilkoma tygodniami uprzedzała, że Emily może być niespokojna, ponieważ tęskni za ojcem. Sarah wyrzuciła go z domu po tym, jak nakryła Grega w łóżku z sekretarką – filmowy banał, który, jak dotąd sądziłam, nie ma przełożenia na rzeczywistość.

– Idę się przespać – ciągnie Sarah – dopóki mała nie wstanie.

Całuje Emily w czubek blond główki, odwraca się i odchodzi, jedną ręką pchając wózek, a drugą naciągając kaptur.

Ranek mija mi całkiem przyjemnie przy stole do pracy. Przyglądam się, jak całkowicie pochłonięte zadaniem dzieci tworzą błyszczące arcydzieła.

– Grace, popatrz. – Emily podsuwa mi kartkę z bloku rysunkowego, na której widnieje uproszczony do koślawych kresek obrazek przedstawiający dwie osoby. Niebieska farba skapuje na moje czarne spodnie.

– Pięknie, Emily. Czy to ty i Lily?

– Tak.

– Pewnie się cieszysz, że masz siostrę?

– Nie. Ona cały czas płacze. Mama mówi, że kiedy urośnie, będzie fajtniejsza.

Uśmiecham się na tę pomyłkę.

– Na pewno będzie znacznie fajniejsza. – Wieszam kartkę ociekającą farbą na sznurze do bielizny, który rozpięłam nad stołem. – Zdąży wyschnąć, zanim pójdziesz do domu. Zobaczysz, że spodoba się mamie.

Emily biegnie do kącika z przebraniami, a ja przyglądam się obrazkowi dwóch dziewczynek. Kiedy byłam mała, bardzo chciałam mieć siostrę, z którą mogłabym się dzielić zwierzeniami. Potem poznałam Charlie i sądziłam, że już zawsze będziemy miały siebie nawzajem. Że razem się zestarzejemy, razem będziemy chodziły o lasce i razem ssały miętówki, siedząc na ławce w parku i licytując się na bolączki i dolegliwości. Że będziemy się śmiały, wspominając dawne dzieje.

– O czym myślisz? – Dłoń Lyn miękko ląduje na moim ramieniu.

– Och, o niczym ważnym.

– A jednak wydajesz się… – Przerywa jej dzwonek. Ktoś się na nim uwiesił albo jest zepsuty, bo brzęczy bez przerwy.

– Nie wypuszczaj dzieci – instruuje Lyn Hannah, po czym obie z dyrektorką wychodzimy na korytarz.

Zamykam za sobą drzwi do pokoju zabaw.

Tata Emily zdejmuje palec z dzwonka, kiedy nas zauważa, ale za to wali w drzwi otwartą dłonią. Po jego wściekłym, czerwonym obliczu płyną strugi deszczu.

– Wpuść mnie!

– Czego chcesz, Greg? – pyta dyrektorka przez domofon.

Głos Lyn brzmi z pozoru normalnie, ale znam ją na tyle dobrze, że potrafię wyczuć w nim drżenie.

– Emily.

– Idź do domu i się uspokój. Nie mogę cię wpuścić w takim stanie.

 

– Otwieraj drzwi, do kurwy nędzy.

Zaczyna w nie kopać. Ślady jego ubłoconych podeszew odciskają się na szybie jak ziemniaczane stemple, którymi bawią się dzieci. Framuga trzeszczy, ale – na razie – się nie poddaje.

– Wystraszysz dzieci. Jeśli nie odejdziesz, wezwę policję.

– Słuchaj no, jebana zołzo, mam prawo zobaczyć się z córką. Wszystkie jesteście takie same, pojebane suki.

Zastanawiam się, po jakim czasie przyjedzie policja. W pokoju zabaw cisza. Wyobrażam sobie dziecięce twarzyczki, blade i przestraszone, i rączki zasłaniające uszy. Złość pokonuje we mnie strach. Jak on śmie? Ojcowie powinni być opiekunami, obrońcami. Budzą się we mnie dawno uśpione emocje, kiedy wymykam się na zewnątrz tylnym wejściem, przez pokój nauczycielski. Biorę gwałtowny wdech, gdy wiatr nagle smaga mnie po twarzy lodowatym deszczem. Przygarbiona i z pochyloną głową obchodzę budynek i docieram na front.

– Greg.

Odwraca się. Żyła na jego skroni wyraźnie pulsuje.

– Gdzie, kurwa mać, moja córka?

– Nie przyprowadzę ci jej. – Zimny jak lód deszcz spływa mi po plecach i przykleja do nich fioletową koszulkę z logo naszego przedszkola: Little Acorns.

Greg rusza w moją stronę z uniesioną pięścią. Wzdrygam się. Czuję, jak trzęsą mi się nogi. Mam wrażenie, że nie zdołają mnie utrzymać, bo są zbyt słabe. Myślę o Emily, która z różowym językiem na wierzchu skupia się na rysunku.

– Grace, jeśli nie pozwolisz mi jej zobaczyć, przysięgam, że pożałujesz. – Drga mu mięsień szczęki.

– Naprawdę chcesz, żeby zobaczyła cię w takim stanie? – pytam z pozoru spokojnym tonem, który jednak skrywa lęk.

Jego uniesiona ręka zastyga. Patrzymy sobie w oczy. Gdzieś w oddali uderza piorun. Pod Gregiem uginają się nogi, pada na kolana, twarz ma mokrą od deszczu i wykrzywioną wyrzutami sumienia. Trzęsącymi się dłońmi zasłania oczy.

– Tęsknię za nią. Tak cholernie tęsknię za obiema. – Opiera czoło na ziemi, jakby modlił się do Boga, który go nie słucha.

Wyciągam rękę i dotykam jego ramienia. Nie jestem pewna, czy próbuję go pocieszyć, czy może uspokoić samą siebie.

Podnosi głowę i spogląda na mnie oczami nabiegłymi krwią.

– Nie mogę sobie poradzić z bólem, który zadałem.

„Ależ możesz” – myślę. Wszyscy musimy ponosić konsekwencje naszych uczynków, niezależnie od ich wagi. Akurat to wiem doskonale.

– Grace, błagam, pozwól mi się z nią zobaczyć.

– Nie mogę.

– Wobec tego sprawię, że poczujesz się tak, jak ja teraz. Co ty na to?

***

Lyn ustawia się w kolejce po napoje, a ja w tym czasie zajmuję stolik przy oknie. Zdejmuję szalik i kurtkę. Mam na sobie ubranie Hannah, które przyniosła, żeby pójść w nim na siłownię. Mój mokry strój przedszkolanki leży pognieciony w bagażniku. Odchylam się na fotelu i lekko zsuwam na skajowym siedzisku. Za oknem przewalają się tłumy ludzi; zastanawiam się, dokąd idą: do domu, odebrać dzieci, a może na spotkanie z kochankiem? Obcasy stukają po mokrym chodniku, przechodnie opatulają drżące z zimna ciała i poprawiają szaliki, żeby lepiej chroniły szyje. Wprawdzie jeszcze nie spadł zapowiadany śnieg, ale styczniowe powietrze daje w kość.

Po drugiej stronie ulicy pod latarnią stoi samotna postać: ktoś w grubej, czarnej kurtce zimowej i w kapturze, który zasłania twarz. Patrzy prosto w stronę kawiarni. Spogląda w okno – na mnie? Robi mi się nieswojo. Poprawiam się na fotelu i odwracam wzrok, ale kiedy znów zerkam, ten człowiek nadal tam jest. Podobnie czułam się w niedzielę, kiedy przed domem zatrzymał się obcy samochód. Dreszcze przechodzą mi po plecach.

– Proszę. – Lyn stawia na stoliku dwa kubki pełne gorącej czekolady.

Z jednego śmietanka spływa po boku i Lyn oblizuje palce.

– Widzisz tego kogoś po drugiej stronie ulicy?

– Gdzie? – Lyn mruży oczy, bo jest bez okularów.

– Tam. – Wstaję i przykładam dłonie do szyby. Dotykam czołem okna, a mój oddech pokrywa szkło parą. Odwracam się do Lyn. – Widzisz?

Lyn zakłada okulary i też wstaje. Wygląda na ciemną ulicę, marszcząc brwi.

– Kogo mam szukać?

Ponownie odwracam się w stronę okna, ale postaci po drugiej stronie już nie ma. Zastanawiam się, czy w ogóle tam była.

– Nieważne – mówię. – Chyba po prostu Greg wytrącił mnie z równowagi. Dzięki za to.

Siadam i przysuwam sobie kubek, słuchając jednym uchem opowieści Lyn o pomyłce w zamówieniu. Mój wzrok znów wędruje na zewnątrz. Nie, zdecydowanie nikogo tam nie ma. Besztam siebie za ten objaw paranoi. Od śmierci Charlie mam wyjątkowo wyczulone zmysły. Zdumiewające, jak wiele obliczy potrafi mieć żałoba: może przejawiać się łzami i smutkiem, konsternacją i złością. Otwieram opakowanie minimuffinek, wyjmuję jedną i odgryzam kawałek. Uderzenie cukru pozwala mi odzyskać choć część energii, której pozbawiły mnie dzisiejsze wydarzenia.

– Co za dzień. – Lyn wydłubuje kawałki czekolady z muffinki i kładzie je na języku.

– Dobrze, że przynajmniej Emily jest bezpieczna.

Zajrzałam do prowadzonego w przedszkolu wykazu osób, które należy powiadomić w nagłym wypadku, i znalazłam tam numer siostry Grega. Ta przyjechała i zabrała go. Mimo wszystko uważałam, że nie zasłużył, by sprowadzać mu na głowę policję. Wiem, jak to jest, kiedy poczucie winy ściska w żołądku i dręczy. To taki tępy ból, który nigdy do końca nie mija. Greg jest człowiekiem, tak jak wszyscy ma swoje wady i tak jak każdy odczuwa żal, a przecież nie ma wśród nas nikogo, kto nie popełniałby błędów, prawda? Tyle że niektóre pomyłki trudniej wybaczyć.

– Myślisz, że Sarah przyjmie go z powrotem? – pyta Lyn.

Wzruszam ramionami i spijam śmietankę z czekolady, rozkoszując się aksamitną słodyczą, która rozpuszcza mi się na języku.

– Miło posiedzieć – mówi Lyn. – Tak się natańczyłam na osiemnastce siostrzenicy Steve’a w sobotę, że mam bąble na bąblach. Szkoda, że nie przyszłaś.

– Wiem. Chodzi o to, że…

– Za wcześnie po… Charlie. – Lyn klepie mnie po dłoni, po czym sięga po następną muffinkę i odchyla się na fotelu.

Próbuję odbudować swoje życie. Minęło ponad pięć miesięcy. Czasem zahaczam o normalność, ale choć doceniam wysiłki Lyn, by mnie gdzieś wyciągnąć, to jednak żałoba ciąży mi tak bardzo, że nie jestem jeszcze gotowa na radość tańca. Staram się wpuszczać ludzi z powrotem do swojego życia, wdzięczna im za to, że nadal ze mną są. Kiedy pochowaliśmy Charlie, rozpadłam się na kawałki. Nie potrafiłam wstać z łóżka. Dopiero gdy dziadkowie stanęli nade mną ze sztucznymi uśmiechami na twarzach i zapakowanymi w lśniący papier prezentami na moje dwudzieste piąte urodziny, zauważyłam troskę wyrytą w ich rysach. Po tym zdarzeniu zaczęłam zbierać się do kupy. Przekonuję siebie, że jakoś sobie radzę, ale to nieprawda. Wcale tak nie jest. Gdyby zabrać mi tabletki na sen, znów bym się rozleciała.

– Babcia widziała się z mamą Charlie. Lexie chce się ze mną spotkać.

– Po co?

– Nie wiem. Znam tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

– Czy to dobry pomysł, Grace? Postąpiła okropnie w stosunku do ciebie. Wypędziła cię z pogrzebu twojej najlepszej przyjaciółki.

– Wiem, ale to jednak mama Charlie. Poza tym ona nie ma nikogo. Powinnam się upewnić, czy wszystko u niej w porządku. Pewnie chce mnie przeprosić.

– Pewnie tak. – Lyn jednak nie wygląda na przekonaną.

Tak samo jak ja.

***

Pralka zaczyna mleć strój przedszkolanki, a ja przebijam folię rybnej potrawki, którą znalazłam na samym dnie zamrażarki. Miałam pójść na zakupy, ale zamieszanie z Gregiem i poczucie bycia obserwowaną tak bardzo wytrąciły mnie z równowagi, że pożegnawszy się z Lyn, wróciłam prosto do domu. Wkładam potrawkę do mikrofalówki i nalewam sobie wina. W poniedziałki Dan trenuje piłkę nożną i zawsze potem je kolację w barze. Przysłał mi esemes z informacją, że znalazł telefon. Dobrze, że nie zdążyliśmy kupić nowego. Postanawiam, że zjem i położę się wcześniej do łóżka.

Przeglądam winyle, szukając albumu, który będzie pasował do dzisiejszego dnia. Rzadko włączam telewizor, kiedy nie ma Dana. Opuszczam igłę i słucham trzasków. Po chwili Ella Fitzgerald intonuje Stormy Weather. Też potrzebuję słońca, tak jak w tej piosence. Jest jeszcze wcześnie, mimo to wkładam ciepłą pidżamę w szkocką kratę, w której zdaniem Dana wyglądam jak Rupert Bear, ten misiek z komiksu. Różowa koperta Charlie stoi między lampką nocną a stosikiem książek, które mam do przeczytania. Sięgam po nią i ostrożnie biorę w palce, tak jakby w każdej chwili mogła wybuchnąć, po czym zabieram ją na dół i tam wpatruję się w nią, jedząc potrawkę z poplamionej tłuszczem plastikowej tacki – żeby nie musieć zmywać. Z jednej strony ciekawi mnie, co Charlie napisała, a z drugiej powstrzymuję się przed otwarciem listu, bo boję się emocji, które ten może we mnie obudzić. Trzymam w ręku ostatnie nowe wspomnienie, które mogę mieć o Charlie. Kiedy otworzę kopertę, wszystko będzie przypominało wieczne powtórki.

Stawiam tackę na podłodze, wyciągam się na sofie, opieram stopy na podłokietniku i przykrywam nogi patchworkową narzutą. Otwieram kopertę, trzymając ją dwoma palcami.

7.

Wtedy

– Wschodzą cebulki żonkili. – Dziadek umył ręce w zlewie, a babcia wytarła krople wody z kranu ze stali nierdzewnej; zrobiła to jedną ze swoich ściereczek do naczyń, tą z napisem J’adore Paris.

Nigdy nie była we Francji, w ogóle nie wyjeżdżała poza Wielką Brytanię, ale uwielbiała ściereczki do naczyń i zawsze sprawiała sobie nową, ilekroć odwiedzała jakieś miejsce, do tego często kupowała je na prezent. Miała pełną szufladę miejsc, których nigdy nie widziała. Zresztą sama też nie byłam za granicą, ale wtedy, mając trzynaście lat, sądziłam, że mam całe życie przed sobą.

Usiadłam przy sosnowym stole kuchennym, ustawionym obok kredensu pełnego białych i niebieskich naczyń. Kiedy po kawałku babki cytrynowej, którą sobie ukroiłam, zostały same okruszki, odsunęłam talerz, a przysunęłam stos albumów ze zdjęciami.

Zaczęłam przekładać brązowe, pomarszczone strony. Coś zakuło mnie w piersi, że aż położyłam na niej dłoń. Widok mojej rozbitej rodziny zawsze sprawiał, że traciłam oddech. Zasadniczo unikałam zaglądania do tych albumów, ale niestety, potrzebowałam kilku zdjęć do szkoły. Dziadek stanął za mną, położył mi dłonie na ramionach i przyglądał się w milczeniu, jak przewracam kartki. Wodziłam palcem po twarzach ludzi na fotografiach. Wyglądaliśmy jak zwyczajna rodzina: mama, tata i ja. Cukierki na choince w święta, zamki z piasku w wakacje. N a p r a w d ę byliśmy normalną rodziną. Brakowało mi tego. Zatrzymałam się przy zdjęciu, na którym mama i tata stoją na plaży i szczerzą zęby do obiektywu, trzymają mnie między sobą, unoszą z dumą jak trofeum, które właśnie zdobyli, a wiatr rozwiewa im włosy. Mam tu jakieś dwa lata, roztopione lody płyną mi po brodzie, celuję wafelkiem w aparat. Zdjęcie tak doskonale uchwyciło ten moment, że oglądając je, niemal poczułam promienie słońca na skórze, zobaczyłam przełamujące się fale i usłyszałam krzyk mew. Poczucie, że jestem w domu. Ziarnista fotografia, na której pozuję z tatą. Siedzimy w barze mlecznym nad kubkami gorącej czekolady z bitą śmietaną i płatkami. Tata robił porządną gorącą czekoladę – „moja córka nie będzie piła tych rozpuszczalnych pomyj”, mawiał. Miał specjalny rondelek przeznaczony wyłącznie do mleka, rozpuszczał w nim kawałki prawdziwej, dobrej czekolady i cierpliwie mieszał i mieszał, aż mleko robiło się gładkie i brązowe.

– To. – Wyjęłam zdjęcie z foliowej kieszonki i położyłam na stosiku fotografii przedstawiających dziadków, mamę oraz przeróżne ciotki i wujków, których chyba nawet nie widziałam na oczy. Byli dla mnie zaledwie imionami i nazwiskami na kartkach z życzeniami świątecznymi.

– Pewnie za nimi tęsknisz. – Dziadek usiadł obok mnie. – Nie musi tak być. Wczoraj wieczorem znów dzwoniła twoja mama. – Położył dłoń na mojej. Była ciepła i wilgotna.

– Nie chcę o niej rozmawiać. – Ścisnęło mnie w żołądku na samą myśl o tym, co zrobiłam. Zabrałam rękę.

– Ale powinnaś. Musisz poukładać sobie to wszystko w głowie.

– Przecież rozmawiałam o tym z Paulą, tak? Jaki sens, żebym chodziła na cholerną terapię, skoro teraz mam z wami gadać o tym samym?

– Grace, nie wyrażaj się.

Odsunęłam krzesło, aż zapiszczało na płytkach, i wstałam.

– Idę do Charlie.

– Zaczekaj. – Babcia podniosła rękę jak policjant, który zatrzymuje ruch. Oparłam się o framugę drzwi i bębniąc palcami o drewno, czekałam, aż babcia przełoży spory kawałek biszkoptu na arkusz folii, a następnie go pokroi. – Weź ze sobą. Charlie powinna więcej jeść. – Zdaniem babci nikt poza nami nie odżywiał się odpowiednio. – Zapytaj ją, czy nie wybrałaby się z nami na wakacje w tym roku. Jedziemy za granicę.

 

– Serio? Dokąd? – Ciekawość poprawiła mi nastrój.

Skrzyżowałam palce za plecami. Oby do Disneylandu, oby do Disneylandu. Rok temu Esmée pomieszkała u ciotki w Paryżu i od tamtej pory buzia jej się nie zamyka o Disneylandzie.

– Na wyspę Wight.

– Ivy, przecież tłumaczyłem ci, że to nie zagranica. – Dziadek puścił do mnie oko, a ja odpowiedziałam uśmiechem, zapominając o wybuchu złości.

– Skoro to nie zagranica, to dlaczego musimy płynąć promem, żeby się tam dostać? I co? Jak to wytłumaczysz?

***

Pełna zdjęć i zawiniętego w folię ciasta reklamówka z Tesco obijała mi się o nogi, kiedy gnałam przez wieś i mijałam buczące kosiarki oraz węże ogrodowe, którymi właściciele zmywali brud z samochodów. Moje adidasy plaskały na betonie, a ja biegłam coraz szybciej, uciekając przed goniącymi mnie słowami dziadka. Miałam wrażenie, że moje życie dzieli się na dwa etapy: przed i po.

Kiedy wreszcie dotarłam do głównej ulicy i oparłam się o skrzynkę pocztową, żeby złapać oddech, moja koszulka była mokra od potu. Usłyszałam dobiegające z drugiej strony ulicy salwy śmiechu. Siobhan i jej młodsza siostra Abby. Wyszły z drogerii. Zaczęłam do nich wołać, ale Siobhan przyłożyła dłoń do ust i szepnęła coś Abby do ucha. Obie obejrzały się i zachichotały. Zamknęłam usta i wbiłam spojrzenie w rozpiskę godzin odbioru listów. Wiedziałam, że moje policzki mają tę samą barwę co skrzynka, i żałowałam, że nie pobiegłam przez park – pewnie dlatego, iż babcia nie lubiła, kiedy chodziłam tam sama. „Niepożądany element”, mówiła, ale za dnia w parku było tylko pełno lepiących się od brudu maluchów i zestresowanych matek. Nie wiedziałam, co konkretnie Siobhan ma przeciwko mnie, ale nie zaakceptowała mnie równie ochoczo, jak Charlie i Esmée, w dodatku im byłyśmy starsze, tym większą niechęć mi okazywała. Abby i Siobhan wstąpiły do kawiarni, a ja przemknęłam obok przygarbiona i z pochyloną głową.

Dom Charlie znajdował się w środkowej części rzędu wiktoriańskich szeregowców z czerwonej cegły. Mieszkali tam pracownicy starego zakładu włókienniczego. Zakład dawno zamknięto, teraz mieściła się w nim szkoła podstawowa, ale domy pozostały.

Trawa sięgała mi do kolan i rosło w niej mnóstwo pokrzyw, dlatego przedzierając się, trzymałam ręce w górze. Podeszłam do drzwi i zamiast zadzwonić dzwonkiem – nigdy nie wiedziałam, czy działa – załomotałam kołatką. Odpadło od niej kilka płatków łuszczącej się czarnej farby. Czekałam… i kiedy już miałam zapukać po raz drugi, usłyszałam stukot szpilek i brzęk bransolet. Po chwili drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.

– Cześć, Lexie.

Mama Charlie przywarła plecami do ściany i wślizgnęłam się do środka. Lexie pomachała palcami.

– Zamknij za sobą, dobrze? Mam mokre paznokcie.

Zrobiłam, o co prosiła, a nawet jeszcze podniosłam pocztę z wycieraczki.

– Rachunki możesz sobie zabrać – powiedziała Lexie. – Na cholerę mi one? – Podmuchała świeżo pomalowane ciemnoczerwone paznokcie. – Jak ci leci? Masz już chłopaka?

– Nie…

– I bardzo dobrze. Bo chłopaki to same kłopoty, mówię ci. Charlie jest w kuchni, robi herbatę. Głodna?

– Jak wilk. – Zdążyłam spalić babkę cytrynową, którą zjadłam w domu.

Charlie właśnie wysypywała nuggetsy z kurczaka i frytki na rudą od rdzy blachę do pieczenia.

Lexie prawie nigdy nie gotowała. Charlie żywiła się niemal wyłącznie pizzą, burgerami i frytkami – i była przy tym chuda jak patyk. „Proste jedzenie dla prostych ludzi”, mawiała babcia, ale mi i tak ciekła ślinka.

– Gracie, bądź tak miła i przypal mi peta. Nie chcę sobie rozmazać lakieru. – Lexie pokazała brodą na paczkę.

Wyjęłam papierosa i podałam go jej do szkarłatnych ust. Dopiero za trzecim razem udało mi się wykrzesać płomień z zapalniczki. Kiedy Lexie się pochyliła, żeby sobie przypalić, przestraszyłam się, że zajmą się jej włosy wysuszone od wielokrotnego farbowania. Zaciągnęła się i końcówka papierosa się rozjarzyła.

– Co tam masz? – spytała, łypiąc na moją reklamówkę.

Przesunęłam stos listów, które rozpełzły się po stole jak papierowy bluszcz, i wysypałam zdjęcia.

– To na historię. Mamy zrobić drzewo genealogiczne. Głupi pomysł, ale to zadanie obowiązkowe. Charlie też będzie potrzebowała zdjęć.

– Nie wiem, czy mam takie, które się nadadzą. To wszystko materiały reklamowe, trochę, rozumiesz, pikantne.

Nie rozumiałam, ale i tak się zaśmiałam, kiedy zarechotała.

– A tata Charlie?

– Co: tata Charlie? – Zmarszczyła brwi i dłonią rozwiała dym, który wypuściła z ust.

Charlie zmierzyła mnie wzrokiem i głośno wsunęła blachę do piekarnika.

– Macie jakieś jego zdjęcia? Potrzebna jest cała rodzina. Wiem, że to bez sensu, ale…

– Ja jestem jej całą cholerną rodziną. To nie wystarczy? – Lexie zdusiła niedopałek.

– No tak, ale…

– Ale co?

– Ale mają być zdjęcia. Spłonęły w pożarze?

– Jakim pożarze?

– Charlie mówiła, że wybuchł tu pożar, kiedy była mała.

– Charlie ma cholernie bujną wyobraźnię.

– Ale mamo, przecież pamiętam…

– Nic nie pamiętasz, ty mała kłamczucho. Nigdy się tu nie paliło. – Lexie gwałtownie odsunęła krzesło, aż wpadło na ścianę. – Wychodzę.

– Mamo, daj spokój, gotuję…

– Nie jestem głodna.

Echo szpilek w korytarzu. Cały dom się zatrząsł, kiedy trzasnęła drzwiami.

– Czemu to zrobiłaś? – spytała Charlie, opierając dłonie na biodrach.

– Ale co?

– Mówiłam ci, jak mama się zachowuje, kiedy wspominam o tacie.

– Masz prawo wiedzieć. Poza tym potrzebujemy…

– Nie, nie. My niczego nie potrzebujemy. Siobhan miała rację, że czasem jesteś naprawdę upierdliwa. Przestań się wtrącać do mojej rodziny tylko dlatego, że twoja jest taka pochrzaniona.

Zerwałam się na nogi, przewracając krzesło, które upadło z hukiem. Zacisnęłam dłonie w pięści.

– Nie wierzę, że to powiedziałaś. Podobno jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

– No to może powinnam przestać nią być. Nie potrzebuję ani taty, ani ciebie, Grace Matthews. Weź się po prostu odpierdol.

Charlie skoczyła na równe nogi i wybiegła. Jej kroki zadudniły na schodach. Po chwili, kiedy wparowała do swojego pokoju, zatrząsł się żyrandol nad moją głową. Nie miała dywanów ani wykładzin, które tłumiłyby dźwięki. Przypomniałam sobie, jak mówiła, że po pożarze zostały bez niczego. Ciekawe, dlaczego Lexie zaprzeczyła, jakoby w ich domu kiedyś się paliło. Co takiego próbowała ukryć? Zbierając zdjęcia ze stołu i wkładając je z powrotem do reklamówki, uświadomiłam sobie, że Charlie ma rację co do jednego: moja rodzina rzeczywiście właściwie nie istniała – przeze mnie.