Rodzina

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10.

TILLY

To był gówniany tydzień w szkole.

W poniedziałek, gdy weszłam do pokoju wspólnego, zastałam tam Rhianon, samą.

– Cześć. – Sięgnęłam po plastikowy kubeczek i nalałam sobie wody z automatu.

– Hej – powiedziała bezbarwnym głosem.

Zauważyłam, jaka jest blada.

– To dopiero weekend, co? O co w ogóle poszło? – Próbowałam się zachowywać swobodnie, gdy oparłam się o ścianę, niepewna, czy powinnam usiąść obok niej.

– Nie mam bladego pojęcia. Mama i tata kłócą się ostatnio przez cały czas.

– Twoja mama powiedziała mojej, że nie jesteśmy już rodziną. – Wzruszyłam ramionami, udając nonszalancję.

Zanim Rhianon zdążyła zareagować, do pomieszczenia wpadła Katie.

– W życiu nie zgadniesz, co powiedział Kieron! – Zauważyła mnie, po czym usiadła obok Rhianon, przystawiła dłoń do jej ucha i zaczęła szeptać jak pięciolatka.

– No to chyba do zobaczenia później – rzuciłam zgryźliwie.

– Ta. – Nawet na mnie nie spojrzała, gdy wychodziłam.

Nie miałam okazji porozmawiać z nią znowu. Spędzałam okienka w bibliotece. Straciłam tylko sześć tygodni, ale miałam tony zaległości.

Teraz była sobota. Powinnam przepisywać na czysto notatki do Otella, ale byłam taka znudzona. Mama zapytała, czy chcę z nią pojechać w odwiedziny do znajomej, która mieszka na farmie. Zgodziłam się. Wyobrażałam sobie, że to będzie jakieś ładne miejsce pełne zwierząt, które mogłabym nakarmić, ale zatrzymałyśmy się przed ciężką bramą z mnóstwem groźnie brzmiących ostrzeżeń. Serio to było przerażające jak diabli. Mężczyzna, który nas wpuścił, powiedział, że jeśli ktokolwiek może nam pomóc, to właśnie Alex, jakby posyłał nas na spotkanie z czarnoksiężnikiem. Niemal spodziewałam się, że zobaczę drogę brukowaną żółtą kostką.

Wysiadłyśmy z samochodu. Mama uściskała jakąś kobietę, która sprawiała olśniewające wrażenie. Trudno jest dobrze wyglądać w bieli zimą, ale jej się to udało. Nogawki białych obcisłych dżinsów znikały w czarnych butach. Zwróciła się do mnie, a ja natychmiast poczułam się o sześć rozmiarów większa i miałam ochotę założyć sobie papierową torbę na głowę.

– Saffron, to jest moja córka Tilly – przedstawiła mnie mama, a ja ledwie zdołałam wymamrotać: „Cześć”.

Mama spojrzała na mnie gniewnie i już miałam rzucić jakąś beznadziejną uwagę na temat pogody, żeby ją udobruchać, gdy Saffron skomentowała moje botki. Byłam taka szczęśliwa, że zupełnie odjęło mi mowę.

Gdy szłyśmy przez pole, zaczęło padać. Cieszyłam się, że porywisty wiatr uniemożliwia rozmowę. W lesie znalazłyśmy schronienie, było tam spokojniej. W końcu doszłyśmy do chatki między drzewami. Znajomy widok sprawił, że żołądek trochę mi się uspokoił. Chatka wyglądała prawie tak samo jak ta na ilustracji w zbiorze bajek, które czytała mi mama, gdy byłam mała. Próbowałam sobie przypomnieć, jaki miała tytuł tamta konkretna bajka, ale nie zdołałam.

W środku było ciepło jak w kąpieli z pianą. Pociągnęłam nosem, bo zaczęło mi z niego ciec. Mama wepchnęła mi chusteczkę do ręki.

– Zostań tutaj, Tilly – poprosiła Saffron. – Zaprowadzę twoją mamę do Alexa, a potem przejdziemy się po farmie.

– Na pewno miło spędzisz czas – powiedziała mama z udawaną wesołością, gdy Saffron wprowadzała ją do sąsiedniego pokoju.

Przycupnęłam na podłokietniku wyblakłego, przetartego fotela. Kredens miał obłupany róg. Na dywanie w pobliżu kominka widniała ciemna plama. Ściany były pewnie kiedyś białe, ale teraz miały dziwne, żółte zabarwienie. A jednak wszystkie te wady sprawiały, że chatka wydawała się przytulna czy też perfekcyjnie niedoskonała, jak ująłby to ktoś na Instagramie.

Saffron wróciła po chwili.

– Idziemy, Tilly?

Znowu poczułam brzęczenie w głowie, które narastało wraz z niepokojem. Ale zanim zdążyłam jej powiedzieć, że nie mam nic przeciwko, żeby poczekać na mamę tutaj, posłała mi szeroki uśmiech pełen czegoś, czego nie widziałam od dawna – sympatii.

Gdy wyszłyśmy na zewnątrz, zapach wilgotnej ziemi wypełnił mi nozdrza. Jako dziecko uwielbiałam deptać w kaloszach po kolorowych jesiennych liściach, a tata brał mnie na barana, gdy za bardzo zmęczyły mi się nogi. Teraz liście były rozmoczone i przywiędłe. Deszcz zacinał mocniej niż wcześniej, wiatr dmuchał mi w twarz. Wiedziałam, że makijaż mi się rozmaże, a włosy skręcą w loki. Spieszyłyśmy przez las, a ja raz po raz przyciskałam dłonie do głowy, żałując, że nie potrafią chłonąć wilgoci.

– Masz niesamowite włosy – powiedziała Saffron. Zesztywniałam, czekając na cios. – Nie, serio – dodała, gdy się nie odezwałam. – Są naprawdę efektowne.

– Katie twierdzi, że wyglądają jak włosy łonowe. – Wzięłam ostry wdech, jakbym mogła wessać te słowa z powrotem.

– A Katie to…?

– Przyjaźni się teraz z Rhianon, która jest moją kuzynką i najlepszą przyjaciółką. A w każdym razie nią była. To znaczy moją najlepszą przyjaciółką. Wciąż jest kuzynką.

„Nie należysz już do rodziny”.

– Cóż, Katie sprawia wrażenie… rozkosznej osoby – zaśmiała się Saffron.

Zacisnęłam szczękę, ale ona dała mi kuksańca i zdałam sobie sprawę, że śmieje się ze mną, a nie ze mnie. A wtedy i ja się roześmiałam.

– Twoje włosy są podatne na skręcanie, jak moje. – Wyciągnęła dłoń, ujęła pasmo moich włosów, po czym potarła je między palcami. – Mogę ci udzielić kilku wskazówek.

– Dzięki.

– Byłam prześladowana. – Zabrała rękę i wsadziła ją do kieszeni płaszcza. Od razu zrobiło mi się odrobinę zimniej. – W szkole. To było kilka lat temu i skończyło się, gdy przeprowadziłam się w nowe miejsce, ale… – urwała i odwróciła się w moją stronę, po czym spojrzała mi w oczy – to bolało. Są blizny, które stale ze sobą nosimy, Tilly. Blizny, których nie widać, ale to nie oznacza, że są mniej bolesne.

Nigdy tak naprawdę nie rozumiałam, czym jest dusza, chociaż mama często mawiała, że mam starą duszę, że jestem dojrzała nad wiek. W tej chwili byłam pewna, że Saffron wejrzała w moją. Poczułam, jak rodzi się między nami dziwna więź. Stałyśmy zakorzenione w lesie jak drzewa, nieruchome i milczące. Chciałam jej powiedzieć tak wiele. Minęło tyle czasu, od kiedy miałam kogoś, z kim mogłabym porządnie porozmawiać, a nie tylko z mamą o tym, jak było w szkole albo czy chcę keczup do kolacji. Chciałam po prostu podzielić się z kimś tym, jak cholernie okropne stało się wszystko, od kiedy umarł tata.

Już otworzyłam usta, żeby opowiedzieć Saffron o jego śmierci, o tym, co zrobił, zanim zginął, ale słowa nie przyszły. Pozwoliłam, żeby lekkie, chłodne krople deszczu spadły mi na język, po czym przełknęłam je razem z bolesną gulą w gardle.

– Dotarłam do etapu, na którym sama już nie wiedziałam, kim jestem, wiesz? – powiedziała Saffron. Pokiwałam głową. – Spędzałam tyle czasu, udając, że jestem kimś innym, że straciłam z oczu prawdziwą siebie. Udawałam, żeby zaimponować ludziom, którzy mieli mnie gdzieś. Cały czas sypałam żartami, to chyba stało się dla mnie mechanizmem obronnym. Udawałam, że niczym się nie przejmuję. Oczywiście teraz się przejmuję, ale przy okazji zdałam sobie sprawę, że jestem przezabawna, więc żartowanie sobie zostawiłam. – Uwielbiałam to, że nie traktowała siebie zbyt poważnie.

Przestałam się martwić deszczem i włosami i znowu podjęłyśmy marsz.

– Życie tutaj mnie zmieniło. – Znowu spoważniała.

– Masz szczęście – powiedziałam. – Zawsze chciałam mieszkać na farmie. – Gdy byłam mała, bez końca wierciłam rodzicom dziurę w brzuchu, chciałam mieć własne świnki, owieczki i kurczęta. Przestałam o to prosić, dopiero gdy Rhianon powiedziała mi, skąd się bierze mięso.

– To już nie jest czynna farma. Mieszka tu wspólnota. Wiesz, co to jest wspólnota?

Odruchowo zaczęłam kiwać głową, jak zawsze, gdy czegoś nie wiedziałam, ale nie chciałam wyjść na głupią. Jednak coś mi mówiło, że nie muszę próbować zaimponować Saffron.

– Nie. Co to jest?

– Jesteśmy grupą podobnie myślących ludzi, którzy postanowili zamieszkać razem. Jest nas czternaścioro.

– Dlaczego? – zapytałam zaciekawiona.

– Z różnych powodów. Niektórzy dlatego, że kupienie własnego domu czy mieszkania jest tak cholernie kosztowne. Tutaj znaleźli szansę na lepszą jakość życia, mogą dzielić się rachunkami i obowiązkami. Daisy jest mocno wciągnięta w nurt ratowania planety. Hazel jest tutaj, bo się rozwiodła. Mamy też gości. Ludzi, którzy chociaż na trochę chcą odpocząć od codziennej harówki przez weekend albo przez tydzień.

– A ty? Dlaczego tutaj jesteś?

– Gdy byłam mała, straciłam mamę, a potem tatę. Byłam zagubiona. Chciałam się dowiedzieć, kim jestem, z dala od presji, jaką wywiera na nas społeczeństwo. Chciałam odkryć, gdzie pasuję. Co chcę zrobić ze swoim życiem.

Zbliżałyśmy się już do głównego budynku. Pole i niebo zlewały się na horyzoncie. Brak nieustannego szumu ruchu ulicznego, jaki słyszało się u nas w domu, sprawiał, że świat jakby spowolnił. Wydawał się spokojniejszy, mniejszy. A może to ja poczułam się większa bez tego ciągłego hałasu i ruchu.

– Trudno to wyjaśnić – kontynuowała Saffron. – I wiem, że zabrzmi to trochę wydumanie, jeśli powiem, że straciłam tożsamość, ale właśnie tak się czułam.

– Całkowicie to rozumiem – zapewniłam ją.

Sama czułam się tak od miesięcy. Rodzice oglądali kiedyś jakiś film dokumentalny i w którymś momencie mama powiedziała: „To musi być miłe uczucie, żyć bez technologii”. Pomyślałam wtedy, że to przytyk do mnie, bo akurat przeglądałam media społecznościowe, ale potem podniosłam wzrok i zobaczyłam te kobiety w długich sukniach i czepkach, szyjące patchworkową kołdrę. Wyglądały na takie zadowolone, a ich szczęście wywołało moją zawiść. Spędzałam tyle czasu, robiąc sobie zdjęcia na Instagram. Nakładając filtry, żeby wyglądać jak najlepiej. Publikowałam je z podpisami, które musiały być bardziej zabawne i chwytliwe niż poprzednie. To w tamtym momencie zdałam sobie sprawę, że stałam się patchworkową wersją samej siebie. Każde następne zdjęcie, każdy kwadrat musiał być jeszcze bardziej kolorowy, żywy i piękny. Tak olśniewający, żeby ludzie nie wiedzieli, na co spojrzeć najpierw, i nie przyglądali się całości zbyt uważnie. Żeby nie zauważyli rozłażących się szwów. Siepiących się krawędzi. Tego, że materiał był wyblakły od nieustannego wystawiania na światło. To, co wszyscy widzieli na zewnątrz, nigdy nie pasowało do tego, jak się czułam w środku. Stałam się czarno-białą, spraną wersją samej siebie. Przetartą i wystrzępioną.

 

Huknął piorun. Saffron złapała mnie za rękę.

– Biegnij!

Czułam kłucie w boku, gdy wpadłyśmy zziajane do kuchni.

Nie wiedziałam, co myśleć o tym, co zastałam w środku.

11.

LAURA

Nie ma dokąd uciec.

– Nie możesz odejść – powiedział Alex. – Wiem, jak niewiarygodnie trudno jest prosić o pomoc, ale zrobiłaś już pierwszy krok, przyjeżdżając tutaj. Nie odchodź, zanim nie porozmawiamy o twojej sytuacji. Zanim się nie przekonasz, czy mogę ci pomóc. – Zamachał bronią. – Odłożę ją. Przepraszam. Zapomniałem, że ją tutaj zostawiłem. – Musiał zauważyć przerażenie na mojej twarzy. – Należy do Dafydda, właściciela tej farmy.

– Jest naładowana? – Czułam odrazę, a jednocześnie dziwną fascynację.

– Nie. Chcesz ją potrzymać?

Mimowolnie wzięłam od niego strzelbę. Jeszcze nigdy nie trzymałam w ręku broni i wydała mi się zimna i ciężka. Zahaczyłam palec o spust. Nie mogłam się zmusić, żeby go nacisnąć, chociaż wiedziałam, że nic by się nie stało.

– Proszę. – Gwałtownie oddałam mu strzelbę.

Wyniósł ją z gabinetu, tymczasem ja zauważyłam, że zegar nad kominkiem wskazuje godzinę siódmą, chociaż wiedziałam, że jest już niemal pora lunchu.

– Chyba musisz nastawić zegar – powiedziałam, gdy Alex wrócił.

– Celowo tak go ustawiłem – wyjaśnił, siadając przy stole i zachęcając mnie gestem, żebym do niego dołączyła. – Czas za bardzo nami rządzi. Zegary dyktują, kiedy mamy jeść. Kiedy spać. Powinniśmy częściej słuchać naszych ciał. Naszych instynktów.

– Nie wyobrażam sobie, żeby dyrektorka szkoły mojej córki była zadowolona, gdybym odwiozła Tilly do szkoły ze spóźnieniem, bo nie ustawiłam budzika.

Zaśmiał się, ale wesołość nie sięgnęła oczu. W głębi jego ust dojrzałam lukę po brakującym zębie, ale to nie umniejszało faktu, że był niewiarygodnie przystojny.

– W niektórych okolicznościach zegarów nie da się uniknąć, ale życie składa się z momentów i jeśli ciągle planujemy i patrzymy na zegarek, umyka nam to, co tu i teraz. Jak się nad tym zastanowić, każda chwila mogłaby być naszą ostatnią. Nie chcę spędzić swojej, myśląc o tym, co muszę zaraz zrobić. Ważne jest to, co robię teraz.

Wbrew sobie pomyślałam, jak musiała wyglądać ostatnia chwila Gavana. Jaka była jego ostatnia myśl? Czy myślał o mnie? O Tilly? Czy wiedział, że umrze, gdy spadał z tego rusztowania?

– Przepraszam, zdenerwowałem cię? – Alex lekko dotknął mojego ramienia, a ja zamrugałam, żeby odpędzić łzy, które przesłoniły mi oczy.

– To nie twoja wina. Po prostu… – Poczułam ucisk w gardle. Ścisnęłam grzbiet nosa kciukiem i palcem wskazującym. Dopiero po kilku sekundach odzyskałam mowę. – Boże. Cieszę się, że Saffron zabrała stąd Tilly, że moja córka nie musi mnie widzieć w takim stanie. Wszystko wydaje się takie beznadziejne.

– Wiem, jakie to uczucie. – Tym razem to jego oczy wypełniły się łzami.

– Dobrze się czujesz?

– Tak. Przepraszam. To był ciężki tydzień. Nieudolnie próbowałem powiedzieć, że zawsze jest nadzieja, Lauro. I nie jesteś sama.

Nie ma nikogo, kto by ci pomógł. Przesycone kwaśnym oddechem słowa, wyszeptane w moje ucho tyle lat wcześniej, w ostatnich miesiącach znowu zaczęły brzmieć prawdziwie.

Ale może jednak znalazłam kogoś, kto mógłby mi pomóc.

– Saffron powiedziała, że toczysz spór z towarzystwem ubezpieczeniowym. Tak mi przykro. Przyjrzyjmy się temu, dobrze? Przekonajmy się, co możemy zrobić. – Sposób, w jaki użył liczby mnogiej, ogrzał mnie jak ogień.

Z kliknięciem włączył długopis, otworzył notatnik i przerzucił kilka kartek pokrytych rzędami liczb, zanim znalazł pustą stronę.

– Spisywałem plan biznesowy – wyjaśnił.

– Posłuchaj… – Byłam rozdarta między desperacją a dobrym wychowaniem. To drugie zwyciężyło – Wiem, że nadużywam twojej uprzejmości. Jeśli masz za dużo na głowie…

– Absolutnie nie. Czasami najlepsze, co można zrobić, żeby zapomnieć o własnych problemach, to pomóc komuś innemu.

– Oak Leaf Organics to wspaniały pomysł na działalność. Po prostu potrzebujecie czasu, żeby stanąć na nogi – pocieszyłam go.

– Najpierw pomóżmy stanąć na nogi tobie. Opowiedz mi o wszystkim.

– Przez lata opłacaliśmy wspólną polisę na życie, zawsze terminowo. Na wypadek śmierci jednego z nas mieli wypłacić temu drugiemu pół miliona funtów. Ale teraz twierdzą, że nie wystarczy im tymczasowy akt zgonu. A dochodzenie może się ciągnąć miesiącami. – Niepokój podniósł ton mojego głosu o oktawę. – Po prostu nie wiem, co robić. Za dużo tego wszystkiego. – Wsparłam głowę na dłoniach. – Dopiero co pochowałam męża i chcę po prostu, żeby wszystko zwolniło. Żeby się zatrzymało.

– Najważniejsze to nie panikować. – Alex zamilkł i poczekał, aż podniosę głowę i pokiwam, że rozumiem. – Często najpierw słyszy się odmowę, po czym sprawa zostaje pomyślnie rozwiązana. Niektóre towarzystwa wypłacają na podstawie tymczasowego aktu zgonu, a niektóre nie. Gdzie mieliście wykupioną polisę?

– W Ironstone. – Wyciągnęłam pismo z torebki i podałam mu je.

Przebiegł wzrokiem kartkę.

– Evans? Twoim mężem był Gavan z Evans Construction? Saffron o tym nie wspomniała.

– Bo jej o tym nie powiedziałam. – Poczułam, jak przewraca mi się żołądek. Jakie to było głupie z mojej strony, myśleć, że Alex nie słyszał o tej sprawie. Toksyczne odpady to pewnie tutaj gorący temat. – Słuchaj, wiem, że budowanie na dawnym wysypisku śmieci jest zapewne sprzeczne ze wszystkimi twoimi zasadami, ale… – Zaczęłam się bawić ślubną obrączką.

Złoto wrzynało mi się w ciało, podczas gdy obracałam ją wciąż wokół palca, szukając odpowiednich słów.

– Zbyt pochopnie wydajemy sądy na temat innych ludzi. Za szybko. – Alex zmarszczył brwi. Położył mi dłoń na ramieniu, a moje palce znieruchomiały. – Tutaj praktykujemy akceptację. Przykro mi z powodu wszystkiego, co przeszłaś.

Znowu skierował uwagę na pismo. Oczekiwanie, aż się odezwie, przeciągało się boleśnie.

– Ironstone to jedna z nowszych firm, więc prawdopodobnie nie wypłacą, jeśli się okaże, że to było samobójstwo. Współczesne towarzystwa ubezpieczeniowe rzadko to robią.

– Gavan nie skoczył! – Nie zostawiłby nas dobrowolnie.

– Oczywiście, że nie. Po prostu próbuję prześledzić ich tok rozumowania. Będą chcieli wiedzieć, co było przyczyną wypadku. Czy stracił przytomność z powodu wcześniej niezdiagnozowanej dolegliwości? Czy spadł, bo dostał zawału serca albo miał guz uciskający mózg?

– Sekcja nie wykazała żadnej z tych rzeczy. Wykryto krwiak podtwardówkowy i przemieszczenie struktur linii środkowej. – Gładko wypowiedziałam frazy, które wcześniej słyszałam tylko w serialu Na sygnale. – To upadek go zabił. – Nie byłam w stanie rozmawiać o miłości mojego życia z dystansem, którego nie czułam. Wyłowiłam chusteczkę z kieszeni i powiedziałam: – Nie rozumiem, dlaczego to im nie wystarczy.

– Gavan był doświadczonym budowlańcem?

Pokiwałam głową, wydmuchując nos.

– W takim razie w trakcie dochodzenia będą próbowali również ustalić, co robił na dachu przy tak złej pogodzie. Czy pił? Zażywał jakieś narkotyki?

– W jego krwi znaleziono pięćdziesiąt miligramów alkoholu. – Sama nie wiedziałam dlaczego; miał być w pracy cały dzień.

– Nie potrafię sobie wyobrazić, jak musisz się czuć po stracie męża i… bardzo mi przykro. – Zamilkł na moment, a potem dodał: – Słuchaj, nie mówię, że to będzie łatwe, ale z pewnością istnieje możliwość, żeby otrzymać zaliczkę z odszkodowania.

– Czy myślisz… – urwałam w nadziei, że dokończy za mnie, ale nie zrobił tego. Spróbowałam raz jeszcze. – Czy myślisz, że mógłbyś mi w tym pomóc, proszę? Nie stać mnie na to, żeby w tej chwili ci zapłacić, ale Saffron powiedziała, że mogłabym pomóc w sadzeniu warzyw czy coś w tym stylu. – Nawet mnie samej ta propozycja wydawała się niewystarczająca.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Rzecz w tym… – zaczął, a ja jeszcze bardziej zmarkotniałam. – Polisa jest wystawiona na twoje nazwisko, Lauro, i nie mogę z nimi rozmawiać w twoim imieniu, więc albo będę musiał dokładnie przeprowadzić cię przez cały proces, albo możesz podpisać upoważnienie, żeby w Ironstone musieli się ze mną komunikować. I potrzebowałbym kopii twojej polisy, oczywiście.

Miałam ochotę go ucałować.

– Gdybyś mógł porozmawiać z nimi bezpośrednio, byłoby świetnie. Jak myślisz, kiedy udałoby ci się uzyskać odpowiedź?

– Nie będę cię okłamywał, Lauro… – przemawiał z taką szczerością. – Może się tak zdarzyć, że dochodzenie skończy się, zanim ja zdążę wydusić od nich jakąkolwiek zaliczkę.

Odwróciłam się, żeby wydmuchać nos. Nie chciałam, żeby zobaczył rozczarowanie malujące się na mojej twarzy.

Nagle zaburczało mu w brzuchu.

– Mój wewnętrzny zegar podpowiada mi, że nadeszła pora lunchu. Jesteś głodna? Udamy się do głównego domu. Poszukamy Tilly?

– Tak.

Wstaliśmy. Próbowałam nie okazywać rozgoryczenia, że sprawa nie zostanie rozwiązana na tyle szybko, bym mogła uregulować zaległości w czynszu, ale i tak mnie przejrzał.

– Och, Lauro. – Przyciągnął mnie do siebie i objął. – Mogę ci obiecać, że zrobię co w mojej mocy dla ciebie i twojej córki.

Jego ramię obejmujące moją talię. Jego dotyk. Jego zapach. Zadrżałam.

Co dziwne, już wtedy coś mnie do niego ciągnęło. Potrafię to wyjaśnić tylko tym, że po tylu tygodniach obcowania ze śmiercią i jej konsekwencjami w głębi duszy chciałam znowu poczuć się żywa.

Alex emanował magnetyzmem, ale nie tylko mnie pociągał. To nie ja byłam gotowa dla niego zabić.

Gotowa dla niego umrzeć.

12.

TILLY

Myślałam, że Saffron ubierała się na biało, bo była wystarczająco wystrzałowa, żeby dobrze wyglądać w tym kolorze o tej porze roku, ale w kuchni zastałam jeszcze dwie kobiety, też ubrane całkowicie na biało. Serio, to było trochę dziwne, ostatecznie była zima, ale starałam się nie gapić.

– To jest Tilly – przedstawiła mnie Saffron. – A to jest Daisy. Jest tutaj najmłodsza jako dwudziestotrzylatka, o czym nieustannie mi przypomina, bo ja jestem taka stara w wieku dwudziestu siedmiu lat.

– W wieku dwudziestu siedmiu lat nie – poprawiła ją Daisy. – Ale tylko czekaj, aż skończysz dwadzieścia osiem! Cześć, Tilly. – Pomachała do mnie, a ja wymamrotałam: „Cześć”.

Nie wyglądała na dużo starszą ode mnie z włosami zaplecionymi w dwa długie ciemne warkocze po obu stronach twarzy w kształcie serca. Przypominała mi Tygrysią Lilię z Piotrusia Pana. Jako jedynaczka zawsze zazdrościłam rodzinie Darlingów. Chciałam mieć rodzeństwo. Kiedyś błagałam mamę o braciszka albo siostrzyczkę. Zawsze się śmiała i mówiła, że ma już ręce pełne roboty ze mną, ale oczy zachodziły jej łzami, a ja zastanawiałam się, czy chodziło jej o to, że stanowiłam dla niej za duży ciężar.

Croeso, Tilly. Witaj. – Hazel miała szeroki uśmiech i różane policzki.

Siwe włosy do ramion, ale niewiele zmarszczek. Nie wyglądała na staruszkę i zastanawiałam się, dlaczego w takim razie nie farbuje włosów.

– A Hazel… – zaczęła Saffron.

– Saffron, tylko jej nie mów, ile mam lat!

– Szczerze mówiąc, zamierzałam powiedzieć, że świetnie gotujesz. – Saffron posłała Hazel całusa.

– Widać, jak bardzo kocham własne jedzenie. – Hazel poklepała się po okrągłym brzuchu.

Emanowała takim ciepłem, że miałam ochotę objąć ją w pasie i przytulić.

– Wszystkie mieszkamy w tym domu razem z Dafyddem, właścicielem farmy, bo jesteśmy wyjątkowe. – Saffron zmierzwiła sobie włosy. – Pozostałe osiem osób mieszka w stajni po drugiej stronie drogi.

– W stajni? – wypaliłam, bo nie mogłam się powstrzymać.

 

– To nie jest stajnia w tradycyjnym sensie. Jest ogromna i została przerobiona na sypialnie. Mają tam kuchnię i łazienkę. Nie zawsze jadają z nami, to nietowarzyska banda. A mówiąc o jedzeniu… – Saffton uniosła brwi.

– Zacznę przygotowywać lunch. Lubisz zupy, Tilly? – zapytała Hazel.

– Tak.

– Warzywna może być?

– Czy mogę jakoś pomóc? – zapytałam.

– Jeśli chcesz, możesz zmyć ziemię z warzyw – powiedziała Hazel.

Musiałam wyglądać na zdezorientowaną, bo Daisy wyjaśniła:

– Uprawiamy tu własne warzywa i owoce, dzięki czemu redukujemy nasz ślad węglowy.

– Mama czasami robi zakupy w warzywniaku. – Byłam pewna, że to musiało być lepsze niż kupowanie wszystkiego w supermarkecie. No i wspierała lokalny biznes.

– A gdzie właściciel warzywniaka zaopatruje się w towar? Transport żywności do lokalnych sklepików wciąż pochłania mnóstwo paliw kopalnych. Jedzenie pokonuje średnio tysiąc pięćset mil, zanim zostanie spożyte – powiedziała Daisy, ale nie potraktowała mnie przy tym protekcjonalnie.

– Daisy jest naszą naczelną ekolożką. Diolch. Dziękuję – powiedziała Hazel, gdy wzięłam od niej pęczek marchewek.

Wyszorowałam je do czysta i zaczęłam siekać. W całym procesie było coś niemal terapeutycznego. Wkrótce ziołowa zupa bulgotała na staromodnej dużej kuchence marki Aga z kilkukomorowym piekarnikiem, która w niczym nie przypominała gazowych palników u nas w domu.

– Farmerzy często wkładają słabe, osierocone jagnięta do dolnej lewej komory piecyka – wspomniała Saffron, gdy mieszałam w garnku. Musiałam zrobić przerażoną minę, bo szybko dodała: – Żeby zapewnić im ciepło i dać szansę na przeżycie.

Wycisnęła trochę płynu do zmywania pod bieżącą wodą. Hazel przykryła garnek pokrywką. Siedziałam przy stole i słuchałam cichego chlupotu wody i deszczu uderzającego o szyby. Ciepło i poczucie bezpieczeństwa sprawiły, że zaczęły mi ciążyć powieki. Otworzyłam je dopiero, gdy Saffron znowu się odezwała.

– A oto i Alex – zawołała, wyciągając ręce z miski. Mydliny spadły na podłogę, gdy wycierała dłonie. Twarz jej się rozjaśniła. – Jak to on, w samą porę na lunch.

Daisy przygładziła włosy.

Odwróciłam się, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Świat wokół mnie zniknął. Ledwie zwróciłam uwagę na mamę z włosami przemoczonymi deszczem. Nie rejestrowałam niczego poza Alexem. Nie sądziłam, by mężczyzna mógł być piękny w taki sposób. Kiedyś na biologii uczyliśmy się o przetwarzaniu. Potrzeba średnio pięćdziesięciu milisekund, żeby siatkówka oka przesłała wizualną informację do mózgu, ale te pięćdziesiąt milisekund mi wystarczyło. W chwili, gdy zobaczyłam Alexa, już wiedziałam.

Chciałam pozostać w jego orbicie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?