Rodzina

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8.

LAURA

Gdy tylko wróciłyśmy od Anwyn, Tilly pobiegła na górę. Nie poszłam za nią, bo wiedziałam, że muszę jak najszybciej wykonać ten telefon, zanim stracę odwagę. Usiadłam na krześle w kuchni, wciąż w płaszczu. Kolano podskakiwało mi nerwowo, gdy przywołałam klawiaturę numeryczną na smartfonie. To nie był numer, który miałam zapisany na liście kontaktów. Trzymałam go w mrocznych zakamarkach umysłu, gdzie wisiały pajęczyny i wspomnienia zbyt bolesne, by wysprzątać nazbierany kurz.

Żółć narastała mi w gardle, gdy trzęsącym się palcem powoli wklepywałam cyfry. Wyobraziłam sobie telefon dzwoniący na mahoniowym stoliku, obok wazy sztucznych kwiatów o zbyt lśniących liściach. Niemal słyszałam głos matki, która recytowała nasz numer za każdym razem, gdy odbierała, na wypadek gdyby dzwoniący nie był świadomy, z kim próbuje się skontaktować.

Ciche kliknięcie.

– Halo. – Głos był pogodny i radosny.

Za młody, by należał do taty. Zbyt wesoły.

– Halo. Ja… ja próbuję się skontaktować z Donaldem albo Lindą?

– To pomyłka.

– Przepraszam. Ja… podejrzewam, że ta linia nie jest już podłączona do domu numer czternaście przy Acacia Avenue, prawda?

– Jest. Ale my mieszkamy tu od ośmiu lat…

Odrętwiała, zakończyłam rozmowę. To było głupie z mojej strony, myśleć, że od czasów mojego dzieciństwa nic się nie zmieniło. Że rodzice by mi pomogli, nawet gdyby wciąż tam mieszkali.

– Jak sobie pościeliłaś, tak się wyśpisz, Lauro. Nie należysz już do naszej rodziny. – Wycedził ojciec po tym, jak wykreślił mnie ze swojego życia.

Wystraszona i zdezorientowana, chwiejnym krokiem wyszłam na przenikliwe zimno wieczoru z ciężką czarną torbą na ramieniu wypchaną moimi rzeczami i zwiniętą kołdrą pod pachą. Drzwi zatrzasnęły się za mną, ale nawet nie drgnęłam. Nie potrafiłam zmusić nóg, żeby zaczęły współpracować z mózgiem. Gdy kilka minut później usłyszałam odgłos otwieranego zamka i mama stanęła w progu, a miodowe światło wylało się na ganek, zalała mnie ulga.

– Mamo! – Powoli, niepewnie zrobiłam krok w jej stronę, ale ona potrząsnęła głową, stawiając między nami niewidzialną barierę, po czym wyciągnęła do mnie rękę odwróconą wnętrzem do góry.

– Oddaj mi swój kucz. – To były ostatnie słowa, jakie skierowała pod moim adresem, zanim oddałam jej breloczek z kluczami i moją tożsamość córki.

Drzwi zamknęły się po raz kolejny, a ja zostałam sama na progu. Oddychałam zbyt szybko. Białe obłoczki przypominające mgłę wydobywały się kłębami z moich ust i znikały, jakby nigdy nie istniały. W kuchni zapaliło się światło i zalało blaskiem trawnik przed domem. Przykucnęłam wśród kwiatów i zajrzałam przez okno do środka. Widziałam, jak mama przygotowuje kotlety schabowe z kością, a tata nakrywa do stołu dla dwóch osób. Gdy stamtąd odchodziłam, wiedziałam, że rodzice zaczęli się zachowywać tak, jakbym nigdy nie istniała.

Byłam zaskoczona, jak bardzo zabolała mnie informacja, że się przeprowadzili, a ja nie miałam pojęcia dokąd. I czy w ogóle jeszcze żyją. Rozejrzałam się po małej kuchni, jakbym mogła ich tam znaleźć, siedzących przy tylnych drzwiach. Zobaczyłam kreski, które robił ołówkiem Gavan, przykładając linijkę do głowy Tilly, podczas gdy ona pytała: „Ile już mam wzrostu, tatusiu?”. Ten dom od dawna był dla nas za mały, ale zawsze miałam wymówkę, żeby się nie przeprowadzać. Stąd było wygodniej zawozić Tilly do żłobka, a potem do szkoły. Później wydaliśmy pieniądze zaoszczędzone na budowę własnego domu na rozkręcenie biznesu Gavana. Znowu trochę odłożyliśmy, ale tym razem ciężko zarobiona gotówka poszła na otwarcie kwiaciarni. Gavan nigdy nie narzekał. Od czasu do czasu marudził, że wynajmowanie to strata pieniędzy i że to niedorzeczne, że nie mamy własnego lokum, chociaż on zarabia na życie budową domów, ale wiedział, że tak naprawdę nie chciałam się stąd ruszyć, bo moi rodzice wiedzieli, że tu mieszkam. Wysłaliśmy im zdjęcie nowo narodzonej Tilly, śpiącej w wózku, i nagryzmoliliśmy adres na odwrocie. Jak mogliby się oprzeć tak słodkiej twarzyczce? Jakoś się oparli. Wciąż czułam pustkę, która pozostała po ich utracie, ale z biegiem lat wypełniłam ją nową rodziną: Gavanem, Tilly, Iwanem, Anwyn, Rhianon. Mimo wszystko jakaś część mnie wciąż miała nadzieję, że pewnego dnia rodzice zechcą się ze mną skontaktować, i musiałam mieć pewność, że zdołają nas znaleźć.

Tymczasem to oni się przeprowadzili.

Gdy Tilly zbiegła na dół kilka godzin później, obwieszczając, że umiera z głodu, wciąż siedziałam przy kuchennym stole.

Nadal w płaszczu.

Następnego dnia przeglądałam właśnie zawartość lodówki, sprawdzając, które organiczne warzywa mogłabym jeszcze ocalić i przerobić na niedzielny obiad, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.

– Iwan! – Nerwowo spojrzałam w lewo, a potem w prawo. Był sam. – Wejdź. – Zrobiłam krok do tyłu i zaprosiłam go gestem do salonu, a sama wróciłam do kuchni, żeby zaparzyć herbaty i zyskać trochę dystansu.

Zbierałam myśli, sięgając po mleko i cukier. Musiałam naprawić moją kurczącą się rodzinę. Iwan był ostatnim ogniwem łączącym mnie z Gavanem. Ich tata umarł na raka dwa lata temu, a mama poszła w jego ślady sześć miesięcy później. „Zatrzymanie akcji serca”, powiedział młody lekarz, ale prywatnie uważaliśmy, że to żal złamał jej serce. Nie miałam już żadnych innych krewnych.

Głos uwiązł mi w gardle, gdy weszłam z kubkami do salonu. Iwan usiadł w fotelu Gavana, z łokciami wspartymi na podłokietnikach, palcami ułożonymi w wieżyczkę przy ustach dokładnie tak samo, jak robił to Gavan, a ja śmiałam się, że wygląda, jakby się modlił.

„Modliłem się o buziaka”, mawiał, a ja przewracałam oczami, ale i tak go całowałam.

Nigdy wcześniej nie zauważyłam, jak podobne mieli palce, gesty. Iwan odchrząknął. Bracia mieli nawet ten sam chrapliwy głos i poczułam szalony impuls, żeby zamknąć oczy i poprosić Iwana, by wyszeptał: „Kocham cię” tylko po to, bym mogła to usłyszeć jeszcze ten jeden raz.

– Lauro, przepraszam za to, co się wczoraj stało, przepraszam za Anwyn – powiedział i czar prysł.

– Ja też przepraszam. Nie powinnam była jej uderzyć. – Sama myśl o tym sprawiła, że dłoń mnie zapiekła.

– Ona ma talent do wyzwalania w ludziach tego, co najgorsze. – Dziwnie, że powiedział coś takiego o własnej żonie. Znowu zaczęłam się zastanawiać, o co się kłócili, zanim przyjechałam. Milczenie się przeciągało. W końcu to on przemówił pierwszy: – Ja też za nim tęsknię. To nigdy nie było… to nie powinno było się skończyć w taki sposób. Był moim bratem, a ja go zawiodłem.

– On to rozumiał – powiedziałam Iwanowi to, co chciał usłyszeć. – Tamtego dnia… był podekscytowany perspektywą uratowania biznesu.

– Ktoś wreszcie zgodził się mu sprzedać nowy teren pod budowę – wyjaśnił Iwan.

– I co się stało z tą ziemią?

Iwan nie potrafił spojrzeć mi w oczy. Nie odezwał się.

– Kupi ją firma, w której teraz pracujesz, prawda? – Poczułam gorycz w ustach.

– To nie tak, to jest… skomplikowane. Słuchaj, popytam trochę. Zobaczę, czy dam radę coś zdziałać. Czy uda mi się zdobyć dla ciebie jakieś pieniądze, Lauro, naprawdę. Wiesz, ile znaczy dla mnie Tilly, ile obie dla mnie znaczycie. – Potarł usta palcami w sposób, w jaki robił to Gavan, gdy czuł się niekomfortowo.

Jakby próbował wcisnąć słowa z powrotem do środka.

– Dziękuję. – Ciężar na mojej piersi zelżał.

– Jeszcze mi nie dziękuj. Nawet jeśli uda mi się coś zdobyć, to będzie powolny proces. To może potrwać kilka miesięcy, jeśli nie dłużej. Jest pewna sytuacja… – Wziął łyk wciąż gorącej herbaty i zrozumiałam, że próbuje grać na zwłokę.

– Coś, o czym powinnam wiedzieć? – zapytałam.

– Lauro. – Spojrzał mi w oczy. – Pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

„Przykro mi, nie możemy nic dla pani zrobić”.

To była fraza, którą słyszałam w kółko przez cały tydzień. Każdy dzień stanowił walkę. Po odwiezieniu Tilly do szkoły odbywałam nieskończone rozmowy telefoniczne i wizyty. Nie miałam szans na pomoc z opieki społecznej, mogliby rozpatrzyć moją sprawę dopiero za wiele tygodni. Właściciel domu, który wynajmowałam, nie akceptował lokatorów ubiegających się o dodatek mieszkaniowy. Kilku innych się na to godziło, ale mieszkania znajdowały się w podejrzanych dzielnicach i daleko od szkoły Tilly. Towarzystwo ubezpieczeniowe zarzuciło mnie warunkami, klauzulami i formalnościami, których nie potrafiłam zrozumieć. W biurze porad obywatelskich mogłam się umówić na konsultację dopiero po Nowym Roku. Dzierżawcy sklepu było przykro, ale z powodu moich zaległości w opłatach znalazł nowego najemcę i nie zamierzał mi zwrócić depozytu, który miał pokryć chociaż część zaległego czynszu.

Przykro. Wszystkim było przykro.

To w piątek ostatecznie się załamałam. Chociaż starałam się o każdą dostępną pracę, od sprzątania po kelnerowanie, wiązałam wielkie nadzieje z posadą w dziale kwiatowym w lokalnym supermarkecie. Wiedziałam, że moje obowiązki ograniczałyby się do wyjmowania owiniętych w celofan bukietów z pudeł i wrzucania ich do plastikowych wiaderek, ale byłam pewna, że dostanę tę pracę.

Biała koperta z logo supermarketu wylądowała na wycieraczce. Rzuciłam się na nią z ekscytacją.

„Z żalem informujemy…”

Odmowa powaliła mnie na kolana, wyrwała szloch z gardła. Osunęłam się na podłogę i zwinęłam w kłębek. Czułam szorstkość jutowej wycieraczki pod policzkiem, podczas gdy płakałam za wszystkim, czego nie miałam: za pracą, pieniędzmi, domem, ale przede wszystkim za Gavanem. Już nigdy nie miał zrzucić swoich zabłoconych butów i rozwlec ceglanego pyłu po dywanie.

W końcu łzy się wyczerpały. Na kolanach podczołgałam się w stronę schodów i zdjęłam torebkę ze słupka poręczy. Szukałam paczki chusteczek, gdy moje palce musnęły skrawek papieru, który dała mi Saffron.

 

„Naprawdę nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie Alex”.

Czy naprawdę istniały w pełni altruistyczne osoby?

Nie miałam nic do stracenia, mogłam zapytać, a jednak wybranie jej numeru stanowiło dla mnie ogromny wysiłek. Nie pozwalałam sobie na nadzieję.

– Halo?

– Saffron, tu Laura. Z kwiaciarni.

– Właśnie o tobie myślałam! Sklep był zamknięty cały tydzień. Wszystko w porządku?

– Nie – wyszeptałam. Rzeka wypłakanych łez sprawiła, że zaschło mi w gardle. – Nie, naprawdę nie.

– Możemy ci pomóc – zapewniła.

I to właśnie te trzy słowa wystarczyły, abym następnego dnia pojechała do Gorphwysfa.

Z perspektywy czasu łatwo zrozumieć, że zabranie ze sobą Tilly to był mój drugi błąd. Byłybyśmy spłukane, bezdomne, potrzebowałybyśmy wsparcia, ale nikt by nie zginął.

Nikt by nie zabił.

9.

LAURA

Jakiego rodzaju ludzie dystansują się od społeczeństwa i budują wspólnotę? Próbowałam dyskutować o tym z Tilly w trakcie naszej malowniczej jazdy do Abberberth, ale im bardziej oddalałyśmy się od miasta, tym bardziej cichła. Kępy trawy porastały środek nieznajomej drogi, która wiła się i skręcała, stopniowo odchodząc od wybrzeża i kierując się ku centralnym regionom Walii. Gdy dotarłyśmy do doliny, wzgórza skryły samochód. Ich szczyty nikły w oparach mgły. Brak budynków sprawiał, że miało się wrażenie, jakby człowiek wjeżdżał w nieprzebrane szaroniebieskie niebo.

Tilly nieobecnym wzrokiem gapiła się przez okno na ponure, puste pola. Wiszące nad nimi niskie deszczowe chmury odzwierciedlały jej nastrój. Chciałam ją zapytać, o czym myśli, co czuje, ale nie wiedziałam, jak do niej dotrzeć. Miałam siedemnaście lat, gdy się urodziła, sama byłam jeszcze dzieckiem. Moja najlepsza przyjaciółka z tamtych czasów, Natasha, powiedziała mi, że to naprawdę fajne, że trafiła mi się dziewczynka. „Będziecie mogły razem chodzić na zakupy, spędzać czas, będziecie kumpelami”. Ale w tej chwili nie czułam się jak kumpela Tilly, a biorąc pod uwagę, na ile sposobów ją zawiodłam, nie czułam się też do końca jak jej matka. Gavan zawsze był tym bardziej opanowanym rodzicem od chwili, gdy pojawiła się na tym świecie, kwiląc, z czerwoną twarzyczką. Podczas gdy ja byłam obmywana i zszywana, on przytulił ją do nagiej piersi, bo wyczytał gdzieś, jak ważny jest kontakt skóry ze skórą. Ja nie chciałam zaakceptować rzeczywistości, w której byłam odpowiedzialna za to malutkie stworzenie rozpaczliwie płaczące z rączkami zaciśniętymi w pięści. Zastanawiałam się, jak sobie poradzimy, ale Gavan na każdym etapie zachowywał doskonałą równowagę między dyscypliną a zabawą. Namawiał Tilly, żeby dojadała warzywa bez rozpętywania III wojny światowej. Bez wysiłku robił zamki z papier-mâché, których potrzebowała do projektu z historii, komponował wymyślne kostiumy z rzeczy, które po prostu wyciągnął z szafki. Chociaż relacje między nimi mocno się popsuły, zanim umarł, chociaż pojawiło się między nimi napięcie, którego wcześniej nie było, składałam to na karb zmian, które ona przechodziła. Siedemnaście lat to niemożliwie trudny wiek. Dla mnie był to czas pełen wspomnień, od których się odcięłam.

Jechałyśmy już od czterdziestu pięciu minut, gdy w ostatniej chwili zauważyłam prześwit między drzewami. Ostro skręciłam w lewo i zaczęłam podskakiwać po porytej koleinami ścieżce, która zwężała się coraz bardziej, aż w końcu gałęzie zaczęły drapać karoserię. Uznałam, że jednak się pomyliłam. Powoli jechałam przed siebie, szukając miejsca, w którym mogłabym zawrócić. Nagle ścieżka znowu się poszerzyła. Zobaczyłam wbity w ziemię wyblakły znak, na którego czubku przycupnęła wrona tak nieruchomo, że początkowo myślałam, że to rzeźba. „Tresmasers yn Ofalus” – głosiły czarne, łuszczące się litery. Pod spodem, jakby ktoś w ostatniej chwili przypomniał sobie o tłumaczeniu na angielski, dopisano: „Obcym wstęp wzbroniony”. Drugi znak ostrzegał: „Ffens Trydan. Ogrodzenie elektryczne”, a na trzecim, najnowszym, widniała nazwa „Oak Leaf Organics”. Byłyśmy u celu. Gorphwysfa – miejsce spoczynku.

Złowieszcza burzowa chmura zawisła nad niemożliwie wysokim płotem zakończonym drutem kolczastym. Łańcuchy z kłódką spinały metalową bramę.

Siedziałam zaniepokojona, z włączonym silnikiem. Nagle zauważyłam jakiś ruch wśród cieni. Postać odziana w czerń opuściła małą drewnianą stróżówkę i ruszyła w naszą stronę. Mężczyzna miał ogoloną głowę, a tatuaże wiły się wokół jego szyi; wąż, drut kolczasty, coś napisanego ostrymi literami, których nie rozpoznawałam.

Otworzył bramę. Ja bojaźliwie uchyliłam szybę. Był młodszy, niż początkowo myślałam, po trzydziestce. Na jego brodę padał cień, który mógł być zarówno sińcem, jak i zarostem.

– Laura, zgadza się? Saffron uprzedziła mnie, że przyjedziesz. Nazywam się Reed. Pozwól, że powiem, iż wszyscy bardzo się cieszymy z twojej wizyty. – Wyrażał się poprawnie.

Uścisnęłam mu dłoń, ganiąc się w duchu, że tak pochopnie go osądziłam.

– Eee, dzięki.

– Naprawdę. Ja też przybyłem tutaj w potrzebie i… – Pokręcił głową. – W każdym razie wiem, że znalazłaś się w trudnym położeniu i jeśli ktokolwiek może ci pomóc, to właśnie Alex. Jedź dalej prosto. – Wskazał na ścieżkę, a rękaw podwinął mu się, odsłaniając przedramię. Tatuaże pokrywały niemal każdy centymetr skóry. – Na pewno się nie zgubisz.

Ale ja nie mogłam się poruszyć. Zastanawiałam się, skąd wiedział, że mam kłopoty, i żałowałam, że wspomniał o tym przy Tilly. Ostatnie, czego chciałam, to żeby dowiedziała się, jak kiepska jest nasza sytuacja. W co ja nas pakowałam?

– Nie przejmuj się. – Zauważył moją zaniepokojoną minę. Zwrócił uwagę na to, jak zerknęłam w lusterko wsteczne na znaki. – To ogrodzenie wcale nie jest pod napięciem. Nie bój się.

– Mamo! Na co ty czekasz? –Tilly się zniecierpliwiła.

Skołowana, wrzuciłam bieg i zwolniłam hamulec ręczny. Ruszyłyśmy przed siebie, podskakując na koleinach, a ja próbowałam się nie wzdrygnąć, gdy brama zamknęła się za nami ze skrzypieniem.

Uwięziona. Nienawidziłam tego uczucia.

Gdy wyjechałyśmy spomiędzy drzew, zrobiło się jaśniej. W oddali zauważyłam dym unoszący się z komina i chociaż nie świeciło słońce, kamienny dom otoczony budynkami gospodarczymi wyglądał idyllicznie, jak z ilustracji na bombonierce. Złe przeczucia mnie opuściły i przestałam się niepokoić nadmierną liczbą środków ostrożności.

Dzięki temu było tu po prostu bezpieczniej, prawda?

Któregoś śnieżnego niedzielnego popołudnia zeszłej zimy leżeliśmy z Gavanem na sofie, ociężali po zbyt wielu pieczonych ziemniakach i wieprzowinie w ziołach z sosem jabłkowym, i oglądaliśmy dokument o amiszach.

– To musi być miłe uczucie: żyć tak bez technologii. – Spojrzałam z ukosa na Tilly.

Siedziała w fotelu obok, wpatrując się jak zahipnotyzowana w swój telefon. Cieszyłam się, że w ogóle przebywa z nami w tym samym pomieszczeniu, ale wątpiłam, by rejestrowała naszą obecność, nie mówiąc już o tym, co leciało w telewizji. Współczesny Szczurołap z Hameln nie potrzebowałby magicznego fletu, wystarczyłoby, żeby pomachał iPadem. Oglądając tamten dokument, czułam, jakby palce spokoju przeniknęły przez ekran naszego czterdziestodwucalowego płaskiego telewizora i pogładziły mnie pieszczotliwie. Gdy wjeżdżałam do Gorphwysfa, towarzyszyło mi to samo uczucie, jakbym została przeniesiona w przeszłość. Nie zdziwiłabym się, gdybym zobaczyła konia zaprzęgniętego do wozu, mężczyzn w kapeluszach i szelkach albo kobiety w czepkach i fartuchach. Dzieci toczące koło za pomocą kijka. Kurczaki z wolnego chowu dziobiące w poszukiwaniu ziarna. W zamian zobaczyłam Saffron opartą o land rovera. Pomachała, gdy zobaczyła, że nadjeżdżamy. Zaparkowałam obok poobijanego starego minibusa.

– Laura! – Objęła mnie, gdy tylko wysiadłam z samochodu. Na moment zesztywniałam. Nie lubiłam być dotykana, szczególnie przez obcych, ale po chwili odprężyłam się w jej uścisku. Tak dawno nikt mnie nie przytulał. A po tym, jak zobaczyła mnie wijącą się w drgawkach na podłodze i okazała mi tyle dobroci, byłoby niegrzeczne próbować trzymać ją na dystans. – Tak bardzo się cieszę, że tu jesteś – powiedziała. – Strasznie się martwiłam. Mam przeczucie, że teraz już wszystko będzie dobrze.

Energia, jaka od niej promieniowała, podniosła mnie na duchu.

– Saffron, to jest Tilly, moja córka.

Tilly wymamrotała coś niezrozumiałego, a ja wzruszyłam ramionami, jakbym chciała powiedzieć: „Nastolatki, cóż można zrobić”, ale stuwatowy uśmiech Saffron szybko stopił moje zażenowanie.

– Tilly, nie masz pojęcia, jak się cieszę, że mogę cię poznać! Jesteś tu naprawdę mile widziana. A teraz, Lauro, zabiorę cię do Alexa. – Wskazała w stronę lasu. – Chcesz poczekać tutaj, Tilly? Nie chciałabym, żebyś zniszczyła sobie te zamszowe botki. Są rewelacyjne!

Zamiast odpowiedzieć jak człowiek, Tilly tylko pokręciła głową. Rzuciłam jej spojrzenie pełne nagany. Gdzie były jej maniery?

Wyruszyłyśmy wszystkie trzy przez otwarte pole i poczułam na twarzy pierwsze krople deszczu. Szłyśmy pod wiatr, a jego podmuchy odbierały mi dech. Pochyliłam głowę, zimno szczypało mnie w nos i koniuszki uszu.

– To już niedaleko. – Saffron wprowadziła nas do lasu, gdzie znalazłyśmy ochronę przed wiatrem.

Zsunęłam z głowy kaptur, wdychając zapach sosen.

Gałązki pękały nam pod stopami, podczas gdy kluczyłyśmy pod ogołoconymi przez jesień gałęziami i wiecznie zielonymi iglakami. Drzewa górowały nad nami, blokując i tak już gasnące światło. Tilly szła tak blisko mnie, że ocierała się o mnie ramieniem.

– Mam nadzieję, że wiesz, dokąd idziesz – powiedziałam lekko, jak ktoś, kto potrzebuje otuchy, ale udaje, że nie.

– Widzicie te kamienie? – Saffron wskazała na białe głazy leżące wzdłuż ścieżki. – Wskazują drogę. Rzeczywiście wszystko tutaj wygląda tak samo, szczególnie nocą.

Zadrżałam na myśl, że miałabym się tu znaleźć w ciemnościach, wśród truchtających zwierząt i szelestu krzaków.

– Trzeba zachować ostrożność. – Wskazała dłonią na prawo. – Tam jest jar. Łatwo można by do niego wpaść. W każdym razie jesteśmy już niemal na miejscu.

Jeszcze przez kilka minut podążałyśmy tym szlakiem z okruszków jak w bajce o Jasiu i Małgosi, aż w końcu skręciłyśmy i zobaczyłyśmy mały bielony domek. Idealny jak z obrazka. Kuszący jak piernikowa chatka. Dym kłębami unosił się z komina.

– To była kiedyś chata tkacza – wyjaśniła Saffron, otwierając bramkę w płocie zamkniętą na zasuwę – ma ponad sto lat.

Ściągnęła buty i zostawiła je na macie na ganku. Tilly i ja poszłyśmy w jej ślady, chwiejąc się na ograniczonej przestrzeni. Wbijałyśmy łokcie w ściany i w siebie nawzajem.

Na kominku trzaskał i syczał ogień. Zapach dymu był kojący. Ciemne belki pokrywały niski sufit salonu. Czarna podniszczona skórzana sofa z dziurą zaklejoną krzyżykiem z mocnej taśmy izolacyjnej stała pod kątem przy popękanym oknie. Tuż obok stał stolik kawowy z blatem poplamionym białymi kręgami. Dwa wyblakłe musztardowe fotele czekały po obu stronach kominka.

– Zostań tutaj, Tilly – poprosiła Saffron. – Zaprowadzę twoją mamę do Alexa, a potem przejdziemy się po farmie.

Tilly poszukała mojego spojrzenia. Miała minę pod tytułem: „Nie zostawiaj mnie”, ale wolałam porozmawiać z Alexem na osobności. Nie chciałam, żeby wiedziała, jak źle się sprawy mają.

– Na pewno miło spędzisz czas, Tilly. – Oderwałam wzrok od jej błagających oczu.

– To była kiedyś jadalnia, ale teraz służy za gabinet – wyjaśniła Saffron, otwierając drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, a tam czekał on.

Alex.

Kosmyki ciemnych włosów opadały na kołnierz jego kremowego rybackiego swetra. Broda okalała usta, które wymówiły moje imię, jakby robiły to milion razy wcześniej.

– Lauro – jego głos był kojący jak balsam – miło mi cię poznać.

Miał zaledwie około trzydziestki, ale emanował pewnością siebie charakterystyczną dla kogoś starszego. Ujął moją dłoń, jego skóra była szorstka. Orzechowe oczy pełne złotych refleksów spojrzały w moje. Ledwie byłam świadoma słów pożegnania, które skierowała do mnie Saffron, jej oddalających się kroków. Zatrzaskiwanych drzwi frontowych. Głosów jej i Tilly słabnących w oddali.

– Dzień dobry. – Nie chciałam być niegrzeczna i za szybko zabierać dłoni, a jeśli mam być szczera, nie miałam ochoty tego robić.

Ścisnęłam jego palce. Nie chciałam poczuć, jak wyślizgują się z moich. To on pierwszy rozluźnił uścisk. Zażenowana, zrobiłam to, co zawsze w krępujących sytuacjach: zaczęłam pleść piąte przez dziesiąte, wypełniając ciszę słowami, ale urwałam, gdy zauważyłam strzelbę opartą o biurko.

 

Wspomnienie wypłynęło na powierzchnię z głębin mojego umysłu.

Nie ma dokąd uciec.

Nie potrafiłam oderwać od niej wzroku. Poczułam, jak panika narasta, gdy przypomniałam sobie ogrodzenie, drut kolczasty, zamkniętą bramę.

– Ja… nie jestem pewna, czy powinnam tu być. – Nienawidziłam wszelkiej broni. Przywoływała bolesne wspomnienia. – Lepiej już pójdę.

– Nigdzie nie pójdziesz – powiedział Alex cicho, sięgając po broń.