Noc w Hawanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Louise Fuller

Noc w Hawanie

Tłumaczenie: Barbara Budzianowska-Budrecka

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Consequences of a Hot Havana Night

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Louise Fuller

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7396-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kitty Quested wstrzymała oddech, wpatrując się z zachwytem w roziskrzone słonecznym blaskiem turkusowe morze.

Dziwnie było sobie wyobrażać, że te wody mogłyby pewnego dnia nadpłynąć na kamienistą plażę w pobliżu jej domu w Anglii. Ale przecież i dzisiaj, blisko miesiąc po przylocie na Kubę, wszystko to zdawało się nieco dziwne. I nie chodziło tylko o morze i srebrzysty bezmiar piaszczystej plaży, lecz o to, że to właśnie tutaj był teraz jej dom.

Dom...

Gdy unosiła znad karku masę swych miedzianych loków, by się nieco ochłodzić, ścisnęło ją w gardle. W jej oczach stanęła mała nadmorska wioska na południu Anglii, w której spędziła całe swe życie.

Tam się urodziła. Tam wyszła za mąż. I to tam umarł Jimmy – jej młodzieńcza miłość, a potem jej mąż.

Zsunęła kapelusz na tył głowy i zamrugała oślepiona słońcem. Lekki wiatr uniósł jej włosy i owionął policzki. Myślała o wszystkim, co pozostawiła – o rodzicach, siostrze Lizzie i jej chłopaku, Billu, o swym wynajętym mieszkanku z widokiem na morze, a także start-upie Billa, gdzie pracowała przy destylacji czarnego rumu – pierwszego produktu tej nowej firmy.

Poczuła bolesne ukłucie tęsknoty.

Kiedy przed trzema miesiącami zadzwonił Miguel Mendoza, dyrektor operacyjny Dos Rios Rum, i zaproponował jej opracowanie dwóch nowych profili smakowych z okazji dwusetnej rocznicy powstania tej marki, nie przyszło jej na myśl, że może się to skończyć przeprowadzką za Atlantyk.

Gdyby zaczęła się nad tym zastanawiać, na pewno by odmówiła. Pochlebiała jej wprawdzie tak ambitna propozycja, ale w przeciwieństwie do Lizzie była z natury nieufna, a los nauczył ją rozwagi. Przyjęcie pracy w Dos Rios oznaczało wprawdzie znaczny wzrost dochodów, ale jednocześnie konieczność rozstania ze wszystkim, co znała, i wszystkimi, którzy byli jej bliscy. Tyle że w ciągu pięciu lat, które upłynęły od choroby i śmierci Jimmy’ego, jej życie wprost zamarło. Teraz pragnęła zmiany, która, jak wierzyła, pozwoli jej wyjść z żałoby i rozpocząć wszystko od nowa.

Dlatego pięć minut po odłożeniu słuchawki połączyła się znów z Mendozą, by powiedzieć mu „tak”.

I nie żałowała tej decyzji. Miała do dyspozycji nowy, piękny parterowy dom w pobliżu plaży. Wszyscy odnosili się do niej przyjaźnie, a po trzech latach spędzonych w ciasnej destylarni Billa praca w ogromnym, profesjonalnym laboratorium Dos Rios była prawdziwą przyjemnością. Pod każdym względem otwierał się w jej życiu upragniony nowy rozdział. Nawiązała nowe znajomości i rozwijała się zawodowo. Jedno tylko nie uległo zmianie. Pomyślała ze ściśniętym gardłem, że tak już będzie zawsze.

Podniosła rękę, by unieść masę swych miedzianych włosów, które opadły jej na plecy i ramiona. Na lotnisku obiecała siostrze, że je rozpuści. To był ich stary żart, gdyż zazwyczaj wszystkie ciasno wiązała na czubku głowy. Dopiero tu, na Kubie, pozwoliła im swobodnie falować.

Ale włosy i serce to nie to samo.

Jimmy był jej pierwszą miłością. Nie wyobrażała sobie, by kiedykolwiek jeszcze mogła doznać podobnego uczucia. I wcale tego nie chciała. Miłość, ta prawdziwa, była zarówno darem, jak i zobowiązaniem, a ona już nie potrafiła dawać ani brać. Oczywiście nikt jej nie wierzył. Przyjaciele i rodzina uważali, że przemawia przez nią ból. Ona jednak wiedziała, że ten rozdział życia jest już dla niej zamknięty i nie zmieni tego słońce ani salsa.

Patrząc na wodę, drgnęła na widok barwnej rozgwiazdy, która spokojnie unosiła się w przejrzystej toni.

Rozgwiazda… Jak to brzmi po hiszpańsku? Takich słów nie uczyła się na lekcjach, na które uczęszczała w Anglii, a które okazały się nader przydatne, gdy zaproponowano jej czteromiesięczny kontrakt w Dos Rios.

Gdyby była tu Lizzie… Jej siostra studiowała hiszpański i francuski na uniwersytecie. Miała naturalny dar językowy. Natomiast Kitty dysleksja utrudniała nawet naukę angielskiego. Właśnie wyciągała telefon, by poszukać tego słowa, gdy aparat zaczął wibrować.

Kąciki jej ust uniosły się w uśmiechu. O wilku mowa… Lizzie.

– Nie swędzą cię uszy? – spytała.

– Nie, ale mam kompletnie przemoczone nogi. To ci wystarczy?

Słysząc śmiech siostry, Kitty też się uśmiechnęła.

– Dlaczego je przemoczyłaś?

– Nie tylko nogi. Jestem mokra od stóp do głów. Tylko mi nie mów, że tęsknisz do deszczu.

– Bynajmniej – zaprzeczyła, choć właśnie chciała to zrobić.

– Ale myślałaś o tym.

Kitty parsknęła śmiechem.

– To niezła ulewa, skoro aż tak przemokłaś pomiędzy domem i autem.

– Samochód nie chciał zapalić, więc musiałam iść na stację pieszo. Spóźniłam się na pociąg, a następny miał opóźnienie. Poczekalnia jest zamknięta, bo robią remont, i razem z wszystkimi nieszczęsnymi wyrobnikami stałam na peronie pod gołym niebem.

– Chyba mieliście kupić nowy samochód?

– Kupimy, gdy będzie potrzebny – odparła chłodno Lizzie. – A teraz przestań nudzić i powiedz, czemu mają mnie swędzieć uszy?

Kitty poczuła, że zwolna się odpręża. Lizzie i Bill wspierali ją w ostatnich czterech latach nie tylko psychicznie, lecz i materialnie. Gdy Jimmy’ego przyjęto do hospicjum, przeniosła się do nich , a po jego śmierci Bill zaproponował, by pomogła mu prowadzić jego nową firmę – małą destylarnię rumu.

Był to akt dobroci i miłości. Nie dysponowali wystarczającymi środkami, by pokrywać jej wynagrodzenie, tym bardziej że nie mając doświadczenia, mogła wnieść jedynie swój dyplom z chemii.

Wiedziała, że nigdy naprawdę nie zdoła im się odwdzięczyć, ale po wszystkich poświęceniach ze strony Lizzie chciała przynajmniej zapewnić, że jej nowe życie jest naprawdę wspaniałe.

– Chciałam cię tylko spytać, jak się nazywa „rozgwiazda” po hiszpańsku – odparła szybko. – Pomyślałam, że wiesz.

– Wiem. Estrella de mar . Ale skąd ta ciekawość? – zdziwiła się Lizzie. – Chyba nie gotujesz ich w rumie? Razem z Billem jedliśmy je w Chinach na patyku, jak lizaki. Raczej nie polecam.

Kitty się skrzywiła.

– To okropne… Nie, nie będę gotować rozgwiazd w rumie. Ale wciąż widuję je w morzu.

Usłyszała, jak siostra wzdycha.

– I teraz im się przyglądasz, tak? Nie powinnaś być czasem w pracy? Chyba że mój zegarek źle chodzi…

Kitty parsknęła śmiechem.

– Nie jestem w biurze, ale pracuję. Robię badania.

Lizzie brzydko zaklęła, za co matka wyrzuciła ją kiedyś z pokoju.

– No cóż, mam tylko nadzieję, że się chronisz przed słońcem. Uważaj, bo cię spiecze.

Kitty z westchnieniem spojrzała na bluzkę z długimi rękawami i swą długą spódnicę.

– Słońce aż tak nie pali, a ja nakładam na siebie długie ubrania i tak silny bloker, że pewnie wrócę bledsza, niż wyjechałam.

– Kto wie? Może wcale nie wrócisz? Może ten twój tajemniczy szef odwiedzi w końcu rodzinne miasto i wasze spojrzenia skrzyżują się ze sobą w opustoszałej sali konferencyjnej…?

Słysząc rozbawiony ton siostry, Kitty pokręciła głową. Mimo całego swego pragmatyzmu Lizzie niezmiennie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia. Cóż, miała po temu powody. W końcu poznała Billa w Kyoto w barze karaoke podczas swojej rocznej podróży przed rozpoczęciem studiów.

– Pracuję w laboratorium, Lizzie. Nawet nie wiem, gdzie jest sala konferencyjna. Ale gdyby nawet mój legendarny szef pojawił się w Hawanie, to nie sądzę, by chciał mi poświęcić cień uwagi.

Zakończyła rozmowę, obiecując, że wkrótce zadzwoni, i ruszyła przez plażę w stronę graniczącego z nią lasu, gdzie zawsze było chłodniej.

Szła bez pośpiechu nie tylko z powodu śliskich igieł pod stopami. Tak poruszali się wszyscy mieszkańcy Kuby. Każdy też pracował we własnym tempie, toteż już po tygodniu pobytu poddała się tutejszemu rytmowi, odrzucając sztywną angielską rutynę „od dziewiątej do siedemnastej”. Początkowo wydawało się to nieco dziwne, ale nic się z tego powodu nie stało, gdyż – jak pan Mendoza zapowiedział w ich pierwszej rozmowie – sama była dla siebie szefem.

 

Jednak gdy szła wzdłuż ścieżki obsadzonej morskimi winogronami i drzewami tamaryndowca, poczuła, że się czerwieni. Bo właściwie co sobie wyobraża?

Przecież wszystko na tym dziewiczym półwyspie – drzewa, plaża, a pewnie i ta rozgwiazda, należały do Finca el Pinar Zayas – prywatnej posiadłości el jefazo, czyli wielkiego szefa, jak nazywali go pracownicy.

César Zayas y Diago. To nie było nazwisko, lecz zaklęcie. Łamiąc sobie język na egzotycznych sylabach, czuła dziwny niepokój. Zupełnie jakby jej myśli mogły sprowadzić tego mężczyznę na to leśne odludzie.

Próżne złudzenia!

Bo choć fantazjowała, że spotyka na tej ścieżce szefa Dos Rios, w rzeczywistości nie rozmawiała z nim nawet przez telefon. Wprawdzie dołączył jej nazwisko do kilku mejli, a po zawarciu kontraktu otrzymała od niego list gratulacyjny, było niezbyt prawdopodobne, by choć na niego zerknął.

Jakoś nie mogła sobie wyobrazić, by ten nieuchwytny prezes koncernu, siedząc w swym podniebnym gabinecie, gryzł pióro, żmudnie dobierając słowa, by uczcić jej sukces. A podpis, w który tak długo się wpatrywała, był zapewne od dawna perfekcyjnie skopiowany przez któregoś z jego asystentów.

Nie zadręczała się jednak brakiem zainteresowania z jego strony. W gruncie rzeczy przyjęła to z ulgą. Bo choć przeniosła się ze spokojnej angielskiej wioski w tętniące życiem serce Karaibów, pozostała dziewczyną z prowincji. Spotkanie z legendarnym i niewątpliwie oszałamiającym Césarem Zayas y Diago nie było jej upragnionym celem.

Najwyraźniej podzielał jej punkt widzenia, bo choć dwukrotnie odwiedził firmę od czasu, gdy tam przybyła, za każdym razem znikał, zanim jeszcze zdołała o tym usłyszeć.

Prawdę mówiąc, nie liczyła na to, że kiedykolwiek go spotka. Miał wprawdzie piękny kolonialny dom na terenie swej posiadłości, a w historycznym budynku destylarni Dos Rios mieściła się obecnie siedziba jego firmy, ale interesy zmuszały go do nieustannych podróży. Według swych pracowników rzadko bywał w Hawanie, a jeszcze rzadziej zatrzymywał się tam dłużej niż kilka dni.

Tak, była go ciekawa. To oczywiste. W końcu przekształcił niewielką destylarnię rumu, którą prowadziła jego rodzina, w markę o globalnym zasięgu. A poza tym w odróżnieniu od innych ludzi sukcesu dokonał tego, unikając medialnego rozgłosu.

Schyliła się, by przejść pod zwisającą nisko gałęzią, zastanawiając się, dlaczego pomimo fenomenalnej kariery osobiste życie Césara Zayasa pozostawało tajemnicą. Zaciekła determinacja, z jaką chronił swoją prywatność, była bowiem powszechnie znana.

Być może powodowała nim jedynie skromność. Mogłaby na to wskazywać strona internetowa Dos Rios, gdzie jego biografia ograniczała się do kilku zdań. Żadnych osobistych uwag ani inspirujących cytatów, jedynie parę suchych informacji wplecionych w dłuższy fragment historii firmy. Nawet zamieszczona obok fotografia zdawała się służyć nie tyle przybliżeniu postaci twórcy słynnej marki, ile zmyleniu oglądających.

Stał pośrodku grupy mężczyzn zebranych na werandzie ze szklankami ron w dłoni. Kolor rumowego koktajlu zdawał się odbijać pomarańczowy blask ogromnej kuli zachodzącego za nimi słońca. Fotografia była nieupozowana, lecz tym bardziej oddawała elitarny szyk tego męskiego towarzystwa.

Swobodnie ubrani – z podwiniętymi rękawami koszul i otwartymi kołnierzykami, trzymali się za ramiona. Jedni się śmiali, inni palili cygara – drugi eksportowy produkt tej wyspy. Wszyscy patrzyli w obiektyw. Oprócz niego.

Prezes Dos Rios odwrócił się tak, jakby chciał ukryć twarz. Zdjęcie pozwalało jednak dostrzec wydatne kości policzkowe, burzę gęstych, ciemnych włosów i twardy zarys szczęki pod cieniem zarostu.

Nie zamieszczono informacji, kto jest kim, ale było to zbędne. Jego rysy, mimo że nieostre, emanowały aurą uprzywilejowania, poczuciem władzy nad światem leżącym u jego stóp. Życie zawsze będzie mu sprzyjać – myślała. Łatwe i szybkie. Zbyt szybkie dla migawki aparatu.

Jedynie uśmiech – którego nigdy nie widziała, a który łatwo mogła sobie wyobrazić – zdawał się powolny. Leniwy i nieco senny… Niczym długie, chłodne daiquiri.

Niemal czuła na języku smak rumu i gorycz limonki.

Tyle że nie piła daiquiri . Bała się działania koktajli i nigdy nie czuła się na tyle pewna i swobodna, by je zamawiać. Nawet tu, na Kubie.

Wszyscy jej mieszkańcy byli piękni, opaleni i szczęśliwi. Mężczyźni uwodzicielsko mrużyli ciemne oczy i poruszali się jak pantery, a kobiety, wykonując nawet najprostsze czynności, takie jak zakupy na targu czy przejście przez ulicę, zdawały się tańczyć mambo.

Nie widziała Hawany nocą, ale trzykrotnie była tam za dnia i wciąż miała w uszach wibrujący pomruk tego miasta, leniwy i groźny niczym brzęczenie roju pszczół.

Zachwycali ją nie tylko ludzie, lecz też wyblakłe rewolucyjne slogany na ścianach, głoszące: Revolución para Siempre! – Rewolucja dla wszystkich!, a także parada lśniących wypolerowanych maquinas, amerykańskich samochodów z połowy dziewiętnastego wieku, ciągnących wszystkimi ulicami.

Wszędzie widniały ślady przeszłości – od ozdobnych balkonów w stylu kolonialnym po kręte marmurowe schody. Wręcz ją kusiło, by przytulić się do ciepłych stiuków i wchłonąć w siebie ciepło tego miasta, a potem ruszyć w gąszcz alejek odchodzących od głównych placów.

Niestety miała fatalną orientację w przestrzeni. Dotarła do rozwidlenia ścieżki, zatrzymała się i zerknęła niepewnie w obie strony. Telefon stracił zasięg, a nad sobą widziała tylko wierzchołki sosen, od których posiadłość wzięła swą nazwę.

Nerwowo wciągnęła oddech.

Willa, którą zajmowała, leżała na granicy posiadłości. Wcześniej mieszkała tam jedna z pokojówek pracujących w głównym budynku, ale teraz wyjechała na drugi kraniec wyspy doglądać chorej matki. I choć Andreas, szef ochrony, zachęcał Kitty, by zwiedziła tereny Dos Rios, ona wolała dotąd trzymać się plaży i lasu wokół swego nowego domu. Nigdy jeszcze nie zapuściła się tak daleko jak dziś, przynajmniej pieszo.

Kiedy jednak zanurzyła się wśród drzew, podążając ku granicy ścieżki, zorientowała się, gdzie jest. Na szczęście willa leżała w odległości dziesięciu minut marszu.

Oddychając z ulgą, zdjęła kapelusz, by powachlować twarz. Wtem znieruchomiała. Na pół ukryte w ciemnozielonej gęstwinie pasło się stado dzikich koni, które wtargnęły na teren posiadłości.

Niemal podskoczyła z wrażenia. Z rozmów z Melenne, która trzy razy w tygodniu przychodziła sprzątać jej cabaña, wiedziała, że te zwierzęta są dzikie, lecz niegroźne. Po prostu swobodnie wędrują i pasą się w lasach, co, sądząc po satynowej sierści i mocnej muskulaturze, dobrze im służyło.

Widok był tak piękny, że ścisnęło ją w gardle. Nie mogąc się powstrzymać, wolno i bardzo ostrożnie zrobiła krok w stronę najbliższego z koni. Spojrzał na nią ciekawie, a jej serce mocno zabiło, gdy po chwili aksamitne nozdrza dotknęły jej wyciągniętej dłoni.

Zastygła w bezruchu. Wtem w ciszę wdarł się ogłuszający warkot. Wszystkie konie w okamgnieniu odskoczyły i zniknęły między drzewami.

Co, u licha…

Odwróciła się gwałtownie, przesłaniając dłonią oślepione słońcem oczy. Gdy warkot się nasilił, dostrzegła błysk metalu. Głęboko wciągnęła powietrze, uświadamiając sobie, że tuż przed nią hamuje motor, stając na tylnych kołach. Przez ułamek sekundy mignęły jej ciemne, osłupiałe ze zdumienia oczy motocyklisty, a potem wszystko zdawało się toczyć w zwolnionym tempie. Motor gwałtownie skręcił, przechylił się, wpadł w poślizg i zaczął sunąć bokiem po leśnym podłożu, aż w końcu znieruchomiał.

Na moment czas się zatrzymał.

Czy jest ranny?

Czy może…

Nie chciała dokończyć tej myśli. Z trudem łapała oddech, niezdolna uwierzyć w to, co się stało. Zaraz jednak oprzytomniała i mimo dławiącej paniki biegiem ruszyła w stronę leżącej na boku maszyny.

Kierowca zdążył się już dźwignąć na kolana i próbował wstać. Na jej widok zaklął pod nosem, a przynajmniej, tak sądziła, słysząc jego ton. Lekcje hiszpańskiego, które pobierała przed wyjazdem, dotyczyły raczej koniugacji czasowników.

Zatrzymała się i rozdygotana spojrzała na drogę. Z tej perspektywy dobrze ją widziała w obu kierunkach. Gdyby stała w tym miejscu wcześniej, dostrzegłaby nadjeżdżający motor, a motocyklista też musiałby ją zobaczyć.

On jednak, w odróżnieniu od niej, zdawał się zupełnie nieporuszony. Stał, opierając się dłonią o maszynę, jakby to był grzbiet jednego z koni, które spłoszył. Dostrzegła tylko jego napięte mięśnie pod popeliną zaskakująco eleganckiej białej koszuli i poczuła, że drży.

Choć wydawał się cały i zdrowy, z lękiem pomyślała, że może być ranny. Nie mogła sobie wybaczyć, że nieświadomie przyczyniła się do tego wypadku. Gdyby stała tu, gdzie teraz, nigdy by do tego nie doszło. Ale wówczas zapewne nigdy nie spotkałaby tego motocyklisty.

Ta myśl uporczywie ją nękała. Już od dawna jej wewnętrzny radar nie reagował tak na widok mężczyzny.

– Nic się panu nie stało?

Podniósł wzrok, a ona na chwilę zamarła, gdy jego oczy, ciemnozielone jak rosnące wokół sosny, spojrzały na nią w zdumieniu. Wtem zdała sobie sprawę, że mówi po angielsku.

Zamrugała.

– Przepraszam… to znaczy… se hecho dano?

Wolno pokręcił głową, wpatrując się w jej twarz, a ona dostrzegła, że jego zaskoczenie ustępuje miejsca irytacji. W tym samym momencie ją również zalała fala gniewu.

Cómo…? To znaczy, puede…? Och, jak to się mówi? – przerwała bezradnie. Była zbyt zła, żeby poprawnie myśleć we własnym języku, a co dopiero po hiszpańsku.

– Sądzę, że to zależy od tego, co się chce powiedzieć.

Zaniemówiła. Mówił po angielsku. Płynnie, niemal bez akcentu.

Ale jej gniew był silniejszy niż zaskoczenie.

– Cóż za bezmyślność! To naprawdę mogło się źle skończyć! – wyrzuciła.

– Wątpię. Nie jechałem tak szybko. A poza tym… – przerwał, a potem bez namysłu uniósł prawą nogawkę i zademonstrował cienką, nierówną bliznę biegnącą od kostki w górę. – Bywało znacznie gorzej.

Patrzyła na niego w milczeniu, niezdolna odpowiedzieć – oszołomiona nie tylko łatwością, z jaką żonglował językami, ale również beztroską, z jaką traktował własne bezpieczeństwo.

Ogarnęło ją ponownie rozdrażnienie, gdy patrzyła, jak nachyla się nad motorem, by postawić go na kołach.

– A co z panią?

Wciąż był obrócony i nie widział jej twarzy. A gdy w końcu się wyprostował i utkwił w niej swoje zielone oczy, niczym prąd elektryczny przeszedł ją dreszcz.

– Wszystko w porządku?

Stała w osłupieniu. Bo choć mówił spokojnie i rzeczowo, z trudem to rozumiała, wpatrzona w jego piękną twarz. Złote promienie słońca oświetlały jego mocno zarysowaną szczękę i prosty nos, nie pozwalając jej oderwać wzroku od jego ust.

Zapragnęła odwrócić się i biec w stronę drzew, by ukryć się w gęstwinie. A jednak coś ją wstrzymało. Musiała się dowiedzieć, co wydarzy się dalej, jeśli zostanie.

– Nic mi nie jest – wymamrotała z trudem. – Choć dziwne, że pan pyta.

Przechylił głowę, jakby się zastanawiał.

– Co mam przez to rozumieć?

Mówił łagodnie, ale w jego głosie brzmiał ostry ton, który sprawił, że zamilkła. Zaraz jednak przypomniała sobie, jak rozpierzchły się przed nim spłoszone konie, i odparła:

– To, że omal mnie pan nie przejechał.

Jego oczy rozbłysły, ale nadal nie spuszczał wzroku z jej twarzy.

– Owszem, bo stanęła mi pani na drodze. Wpadłem w poślizg tylko dlatego, że musiałem gwałtownie skręcić.

Poczuła, że się czerwieni. To prawda, weszła mu w drogę… Zacisnęła zęby i odparła jego spojrzenie. Nie miał nawet kasku i był nieznośnie arogancki.

Przypomniała sobie wyczerpaną, bladą twarz Jimmy’ego i ogarnęła ją złość. Żył tak ostrożnie, a ten zarozumiały ważniak bezmyślnie wyzywa los.

– Hamowanie nie byłoby potrzebne, gdyby pan tak nie pędził – prychnęła i dodała, wskazując bliznę na jego nodze. – To zapewne stała praktyka.

– Już mówiłem, że nie jechałem szybko. To nowy motocykl. Właśnie go odebrałem i testowałem. – Zmrużył oczy i dodał z lekceważeniem: – Pewnie nigdy nie miała pani motoru.

Nie, nawet nim nie jechała. Był zbyt głośny i niebezpieczny, czego mieli najlepszy dowód. Jednocześnie nie mogła opędzić się od myśli, jak by się czuła, jadąc razem z nim, przywierając do jego pleców i czując pod palcami, jak napina mięśnie, zmieniając bieg lub przechylając się na zakręcie.

 

Jej oddech przyspieszył. Kupno nowej maszyny w niczym go nie usprawiedliwiało. Nie miał prawa lekceważyć innych użytkowników drogi.

– Nie, nie miałam motoru – przyznała, biorąc się pod boki i unosząc brwi. – Co nie zmienia faktu, że prowadząc pojazd, należy zachować ostrożność. To nie tor wyścigowy.

Zmarszczyła czoło, gdyż nagle zastanowiło ją, jak się dostał na teren posiadłości. Przecież brama wjazdowa jest zakodowana. Może chciał się popisać tym głupim motorem komuś z obsługi, a może kogoś odbierał? Zresztą nie zamierzała się nad tym zastanawiać.

Znów karcąco na niego spojrzała.

– I jeździ się w kasku.

– Tak – zgodził się potulnie, nie odrywając od niej swych zielonych oczu.

W oddali szumiało morze. Do tej pory wszędzie wypatrywała tej gładkiej, turkusowej tafli, ale dziś jej spojrzenie przykuwał jedynie on. Nie rozumiała tylko, dlaczego.

Stała na pustej drodze z obcym mężczyzną. I choć powinna się czuć nieswojo, niczego się nie obawiała. Przynajmniej z jego strony. Uświadomiła to sobie, nie mogąc oderwać oczu od kształtu jego ust. Jedynym zagrożeniem była dla siebie sama.

Jej ciężkie włosy, gorące od popołudniowego słońca, niemal miażdżyły czaszkę i utrudniały myślenie. Skrzyżowała ręce na piersi, zmuszając się, by podnieść wzrok, i nagle zaczęła drżeć. Tym razem jednak nie z gniewu. Nie potrafiła się oprzeć intensywności jego spojrzenia.

Z trudem odzyskała głos.

– Nie mam już czasu – rzuciła nerwowo. – Muszę wracać do domu. – Chciała znaleźć się jak najdalej, uwolnić się od siły jego oddziaływania . – Ale… – Spojrzała na pustą drogę. – Pomogę podnieść ten motor.

– To nie będzie konieczne.

Patrzył na nią spokojnie, odbierając jej resztkę pewności.

To było żałosne. Jej reakcja była żałosna. Pragnąc się pozbyć nieznośnego napięcia, które między nimi powstało, zrobiła krok w tył.

– A więc rób, jak chcesz – powiedziała, celowo nadając głosowi ostry ton dezaprobaty, do której w gruncie rzeczy nie mogła się zmusić. – Przypuszczam, że to normalne.

– Słucham?

Obrócił się, mrużąc oczy, a ją ogarnęła satysfakcja, że w końcu zdołała mu dopiec.

– Słyszałeś… – zaczęła. Wtem słowa utknęły jej w gardle jak aktorowi, który zapomniał wyuczonego tekstu. Na jego białym rękawie rozrastała się jaskrawoczerwona plama niczym mak, który otwiera się w słońcu.

Krew.