Krwawy kwiatTekst

Z serii: Trylogia oporu #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ku pamięci mojego ojca,

Hansa Boijego af Gennäsa

(1922–2007)

Wyobraźnia nas wyposaża, byśmy postrzegali rzeczywistość, zanim ta jeszcze w pełni się zmaterializuje.

– Mary Caroline Richards (1916–1999)

Jest to dzieło fikcyjne, które zrodziło się z wyobraźni autorki. Występujące w tekście artykuły są z kolei całkowicie autentyczne, podobnie jak niewyjaśnione „afery”, których dotyczą. Należy więc pamiętać, że fikcja i rzeczywistość występują w tej książce obok siebie.


Prolog

Ból był nie do zniesienia. Miał nawet kolor: czerwony na brzegach, biały pośrodku; zadomowił się w jego głowie. Nie mógł zrozumieć, czy całe jego ciało wciąż jest połączone z mózgiem, czy poodcinano mu poszczególne członki. Zapach krwi – jego własnej – przytłaczał go i powodował mdłości. Suche torsje, w żołądku nie miał już nic, czym mógłby wymiotować.

Tracił i odzyskiwał przytomność, głosy dookoła niego znikały i powracały. Mówiły w znanym mu języku, ale nie mógł połączyć ze sobą słów i zrozumieć ich sensu. Cel był jednak jasny: chcieli, żeby się poddał i im to przekazał. On jednak nie mógł tego zrobić.

– …Sara.

Na dźwięk imienia córki lekko podniósł głowę, a z jego gardła wydobyło się stęknięcie. Potem znów poczuł płonący na biało ból: silne uderzenie w kość skroniową. Czerwień wdarła się do środka i powoli rozlała po białym wnętrzu.

Dwaj mężczyźni w pokoju przyglądali mu się: jego palcom z wyrwanymi paznokciami, ustom, w których nie było już zębów, opuchniętym oczom, licznym małym ranom i śladom po oparzeniach. Pod stołem obok dwóch elektrod leżały jego zgniecione okulary. A na stole spoczywał on sam, nagi, w dziwnej pozycji. Nie dało się go poznać po tylu godzinach urabiania.

Mężczyźni popatrzyli na siebie i jeden z nich krótko skinął głową.

Pstryknięcie zdjęcia telefonem komórkowym.

Smród benzyny: intensywny, natarczywy. Umysł nie chciał przyjąć do siebie tej myśli, ale ciało zareagowało. To, co się jeszcze zachowało w jelitach, zostało odruchowo opróżnione na blat pod nim.

Siarczyste przekleństwo. Odgłos pustego kanistra uderzającego o bruk na podwórzu. Potem cisza.

Obrazy przelatywały mu przez głowę.

Sygnet.

Pieczęć.

Pocałunek Judasza.

Staw opór.

A potem rodzina: ręce Elisabeth, uśmiech Sary, Lina na koniu galopująca przez zamglone łąki w słoneczny jesienny poranek.

Chwilę później błysk i eksplozja – tak silna, że za jednym zamachem zmiotła cały ból, całe cierpienie i wszystkie kolory.

Z oddali płomieniom buchającym ku wczesnoletniemu, bladoniebieskiemu niebu przyglądali się ci dwaj mężczyźni. Z tyłu na prawo, tuż nad lasem, migotała Wenus – Gwiazda Wieczorna. Po kilku chwilach obserwowania w ciszy gwałtownego pożaru mężczyźni odwrócili się i ruszyli do czarnego samochodu zaparkowanego przy drodze. Za nimi dużymi susami przebiegł przez trawnik szary prążkowany kot i zniknął pod woniejącą czeremchą, której białe kwiaty połyskiwały w ciemności.


Rozdział 1

– Ach tak – powiedziała niska, pulchna kobieta i otworzyła drzwi. – Tutaj będzie pani pokój.

Zajrzałam do spartańsko urządzonej sypialni i poczułam, jak mój wymuszony dobry humor znika w mgnieniu oka. Wąski materac na nóżkach przykryty pomarańczową narzutą w paski z cienkiej bawełny – przypominała te z początku lat siedemdziesiątych, które mieliśmy w domu letniskowym. Nagle pokój w akademiku w Uppsali, zajmowany przeze mnie rok wcześniej, zaczął wydawać się szczytem luksusu.

Obok łóżka stał stolik nocny, właścicielka podeszła do niego i pociągnęła za szufladę.

– Trochę ciężko chodzi – stwierdziła. – Ale jakoś to będzie. Do łazienki wchodzi się z przedpokoju, będzie ją pani dzielić z dwoma innymi lokatorami. W środku proszę nie używać suszarki, instalacja elektryczna jest niepewna.

Kobieta – a raczej babsko – przedstawiła się jako Siv. Teraz wyszła do przedpokoju, a ja podążyłam za nią, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na sypialnię. Papierowy żyrandol, a pośrodku, tuż pod żarówką duża czarna masa – martwe muchy? Wykładzina PCV na podłodze i chodniczek koło łóżka – teraz stały na nim klatka dla kota i moja czerwona walizka. Wysiedziany fotel pod oknem i komoda z trzema szufladami. Zamykana na kluczyk szafa miała zaledwie pół metra szerokości.

Siv stanęła w otwartych drzwiach łazienki, musiałam się więc przecisnąć obok niej. Staromodna błękitna wanna z bardzo brudną rączką prysznicową. Sedes z popękaną plastikową deską, umywalka z kranem z lat siedemdziesiątych (niebieska kropka – zimna woda, czerwona – ciepła). Plastikowa krwistoczerwona wykładzina na podłodze.

Baba wskazała na kontakt bez uziemienia na ścianie.

– Jak ja to mówię, lepiej go nie używać, a pożyje się dłużej.

Uśmiechnęła się do siebie, a ja znów podążyłam za nią do przedpokoju.

– Więc pozostaje jeszcze tylko drobna sprawa zapłaty – powiedziała. – Za pokój chcę sześć i pół miesięcznie, płatne z góry gotówką.

– Nie umawiałyśmy się przypadkiem na równe sześć tysięcy koron? – spytałam.

Siv złożyła usta w ciup.

– Tak, ale ma pani kota. I trzeba się liczyć z tym, że będą szkody i utrapienia. Chcę dodatkowe pięćset za kota.

Westchnęłam i wygrzebałam z torebki kopertę, a do tego pięciusetkoronowy banknot z cienkiego portfela. Siv otworzyła kopertę i zachłannie przeliczyła pieniądze. I właśnie wtedy, właśnie tam, przy świetle jarzeniówki pod sufitem poczułam, że dotknęły mnie sztokholmskie problemy mieszkaniowe. Od kiedy tylko mogłam sobie przypomnieć, marzyłam o tym, żeby skończyć naukę, zostawić uniwersytet i małe miasteczka i przeprowadzić się do stolicy. Teraz wreszcie tutaj byłam. Właśnie zaczęła się jesień. Czekała na mnie nowa praca. Ale wszystko się sypało, wszystko było na opak; nic nie toczyło się tak, jak na to liczyłam. Ogarniało mnie poczucie bezradności.

Siv oderwała wzrok od pliku banknotów i uniosła małe złośliwe oczy.

– Zgadza się – oświadczyła. – Jak już pokazywałam, ma pani własną półkę w lodówce. Gotowanie jest dozwolone między siedemnastą a dziewiętnastą, musi się pani wtedy dzielić kuchnią z pozostałymi lokatorami. Potem chcę mieć spokój tam na dole.

– A co z wi-fi? – spytałam. – Czy jest wliczone w czynsz?

– Do dziewiątej wieczorem – odparła Siv. – Później przesył danych jest już wyłącznie dla mnie.

– W porządku – westchnęłam ciężko. – Jeszcze jedno: ma pani swisha?* Mogłabym w ten sposób przesyłać pieniądze zamiast wypłacać gotówkę.

Siv znów posłała mi ostre jak żyletka spojrzenie.

– Jeśli nie lubi pani gotówki, może pani poszukać sobie innego lokum.

– Rozumiem – odpowiedziałam.

Właścicielka zeszła po schodach do siebie. Przez okno po drugiej stronie korytarza widziałam fragment centrum Vällingby – chodnik z ułożonymi z białej kostki okręgami, które pamiętałam z dzieciństwa, kiedy odwiedzaliśmy tutaj babcię i dziadka. Program budowy osiedli A-B-C. Bruk został, programu już nie ma. Ani babci i dziadka.

Wspomnienie ze służby wojskowej: trzy godziny snu; nierówna ziemia pod cienkim posłaniem; szalony sierżant wrzeszczący głośno w namiocie o inspekcji o piątej rano. Żadnych luksusów. Dlaczego więc to, z czym mierzyłam się teraz, wydawało się tak potwornie męczące?

– Dobrze ci zrobi wyjazd do Sztokholmu – zapewniała mnie mama. – Będziesz musiała wprawdzie zacząć od wynajmu pokoju, ale świat się na tym nie kończy. Z czasem znajdziesz coś swojego, wszystko po kolei.

Wróciłam do siebie i opadłam na łóżko z pomarańczową narzutą. Przed oczami przelatywały mi wspomnienia: wieczór z dzieciństwa, kiedy tata dostał nową pracę. Miałam chyba osiem lat, Lina dwa. Nie wiedziałam zbyt dokładnie, czym się zajmuje, ale rozumiałam, że będzie pracował gdzie indziej. I tak właśnie było: tata i mama promienieli, tata wrócił do domu ze świeżym krabem na kolację, a potem siedzieliśmy w kuchni przy świecach i świętowaliśmy. Mama i tata popijali białe wino zamiast piwa, a my wznosiłyśmy toasty lemoniadą, chociaż był środek tygodnia. Tata dostał pracę w jakimś bardzo dobrym miejscu, które nazywało się SIDA – wiele lat później dowiedziałam się, że to Szwedzka Agencja Międzynarodowej Współpracy Rozwojowej – i miał dojeżdżać do Sztokholmu oraz odbywać masę podróży zagranicznych.

– Będziesz teraz ratować świat, kochanie? – spytała mama i pogładziła go po policzku.

Ratować świat – pamiętam, co wtedy pomyślałam. Oczami wyobraźni zobaczyłam przed sobą Jamesa Bonda z pistoletem i łotrów depczących mu po piętach.

– W każdym razie będę próbował – odparł tata z uśmiechem.

– Czy to bardzo niebezpieczne? – spytałam, a mama i tata parsknęli śmiechem.

Lina też się zanosiła chichotem i waliła łyżką w stół.

 

– Niebeśpiećne! Niebeśpiećne!

– Nie, skarbie – zapewnił mnie tata serdecznym głosem. – Nie jest to ani odrobinę niebezpieczne. Będę starał się czynić dobro, tylko tyle. Będziemy oferować pomoc rozwojową i wspierać tych, którym żyje się ciężko w innych krajach.

Brzmiało świetnie, chociaż nie rozumiałam, co to właściwie miało znaczyć. Dałam sobie spokój z pytaniami i zamiast tego zajęłam się krabem.

Przeciągłe miauknięcie zmusiło mnie do powrotu do teraźniejszości. Simåns chciał się wydostać, więc zamknęłam drzwi na korytarz i wypuściłam go z klatki.

– Jesteśmy już, Simånsie, na miejscu. Teraz będziemy tu mieszkać, ty i ja.

Simåns obszedł pokój, chłonąc obce zapachy. Potem wskoczył na łóżko i popatrzył na mnie mądrymi zielonymi oczami. Nagle ziewnął, a ja zajrzałam prosto w jego szeroko otwarty pyszczek z szorstkim językiem i ostrymi kredowymi zębami.

Drapieżnik.

– Jesteś dzikusem, Månsen – powiedziałam i podrapałam go za uchem.

Simåns przeciągnął się i pomachał ogonem. Potem zwinął się w kłębek na narzucie i zasnął.

Zle spałam w tym wąskim łóżku, światło księżyca wpadało przez szpary w żaluzjach i rozlewało się po podłodze. Jak zwykle przez ostatnie pół roku na zmianę budziłam się i przysypiałam, trudno mi było rozróżnić, co jest jawą, a co snem. Przez chwilę wydawało mi się, że drzwi cicho się otworzyły i światło z przedpokoju wpadło do środka, a ktoś stoi i mi się przygląda. Ale kiedy po kilku sekundach usiadłam na wpół przytomna, drzwi były zamknięte, a pokój pogrążony w takim samym półmroku jak wcześniej.

Następnego ranka budzik zadzwonił o siódmej. W tym samym momencie przyszedł esemes od mamy.

Jak się masz, kochanie? W porządku?

Wszystko świetnie – odpisałam. – Właśnie wstaję i idę do pracy.

Mama odpowiedziała uśmiechniętą emotką, a ja ruszyłam do łazienki, żeby wziąć prysznic. Odbiłam się jednak od zamkniętych drzwi, w środku lała się woda. Wróciłam do swojego pokoju i czekając, przygotowałam rzeczy. Kwadrans później osoba zajmująca łazienkę wciąż stała pod prysznicem, a mnie zaczynało się spieszyć. Po kolejnych pięciu minutach podeszłam do drzwi i zapukałam. Natychmiast się otworzyły i popatrzył na mnie rozjuszony trzydziestoletni facet z długimi wąsami. Wyglądał na zaspanego i skwaszonego, oczy miał wielkości szparek, a na sobie niebieski szlafrok. Na szyi wisiał mu różowy ręcznik w jasnoniebieskie słonie, przez co mimowolnie się uśmiechnęłam. Mój uśmiech nie poprawił mu jednak nastroju.

– Zawsze biorę prysznic o siódmej! – zaznaczył z naciskiem. – Mogłabyś to chyba uszanować!

– Tak, oczywiście – zapewniłam. – Przepraszam. Mam na imię Sara i właśnie się wprowadziłam, zajmuję pokój na samym końcu.

Zlustrował mnie wzrokiem od góry do dołu i to, co zobaczył, nie zrobiło na nim wrażenia.

– Jalil – odparł sztywno. – Jestem z Maroka.

– Super – powiedziałam. – Jak długo już tu mieszkasz?

Posłał mi kolejne mordercze spojrzenie przez szpary między powiekami.

– Na tyle, by wiedzieć, że nie trzeba utrzymywać kontaktów towarzyskich o siódmej rano – odparł i poczłapał w szlafroku korytarzem.

Popatrzyłam za nim – miał rację.

Autobus do Spångi przyjechał o czasie, ale pociąg do Sundbybergu był opóźniony, a na peronie wiał lodowaty wiatr. Czekało na nim jakieś dziesięć osób, wszystkie w zupełnym milczeniu. Większość słuchała muzyki albo wpatrywała się w telefony. Westchnęłam głęboko i sama przejrzałam wiadomości na stronie dziennika „Aftonbladet”.

Po kwadransie pociąg wreszcie przyjechał, wypchany po brzegi. Wcisnęliśmy się wszyscy do środka, ale i tak o mały włos spóźniłabym się do pracy pierwszego dnia. W Sundbybergu wyleciałam z wagonu i puściłam się biegiem między blokami, aż zobaczyłam kawiarnię po drugiej stronie małego rynku. Wpadłam do środka tak zdyszana, że ledwie mogłam mówić.

Dwie kobiety po pięćdziesiątce pracowały już na pełnych obrotach, jedna z nich miała włosy ufarbowane na czarno, druga na blond. Blondynka z lekką nadwagą zdawała się przeciwieństwem chudej jak patyk ciemnowłosej.

– Hmm – mruknęła ta ciemnowłosa i popatrzyła na mnie, nie przestając napełniać serwetnika na ladzie. – W branży restauracyjnej punktualność to podstawa.

– Przepraszam… – wysapałam. – Przez kwadrans… nie było pociągu.

– W tym mieście to normalne – odparła blondynka, uśmiechnęła się i pochyliła, sięgając po zmiotkę. – Trzeba zawsze wychodzić wcześniej.

Obie do mnie podeszły.

– Eva – przedstawiła się ciemnowłosa i wyciągnęła rękę.

– Gullbritt – powiedziała blondynka, a ja musiałam z sobą walczyć, żeby nie uśmiechnąć się szeroko.

No jasne, jakże inaczej mogłaby mieć na imię niż Złota Britt.

– Więc dobrze – zaczęła Eva, zawiązała sobie fartuch w pasie i rzuciła mi podobny. – Jakie masz doświadczenie w pracy w kawiarni?

– Szczerze mówiąc, żadnego – przyznałam zakłopotana. – Ale napisałam to w mailu.

– Rodzina?

– Mama i młodsza siostra. Tata zginął w zeszłym roku wiosną w wypadku w naszym domu letniskowym. Policja sądzi, że prawdopodobnie dostał udaru albo miał atak serca. I był też jakiś problem z kuchenką gazową.

Żadnej odpowiedzi, Eva patrzyła tylko na mnie ponaglająco. Poczułam się niepewnie i paplałam dalej, mimo że w zasadzie nie miałam na to ochoty.

– Wybuchł gwałtowny pożar. Cały dom spłonął, a tata… hm, nie zdążył uciec. Ale nie wiadomo, czy był już wtedy martwy, czy…

Przełknęłam ślinę.

Gullbritt popatrzyła na mnie ze współczuciem, ale Eva tylko zmrużyła oczy. Wyglądała tak, jakby nie do końca wierzyła w to, co mówię.

– To przykre – skwitowała krótko. – I jesteście pewni, że nie było to umyślne?

– Cicho bądź – syknęła do niej poirytowana Gullbritt, a potem zwróciła się do mnie: – Biedactwo!

– Czym się zajmowałaś przez te wszystkie lata, odkąd skończyłaś szkołę? – spytała Eva.

Znów przełknęłam ślinę.

– Po liceum ukończyłam unitarkę, a także szkolenie uzupełniające. Potem studiowałam w Uppsali. Politologię i ekonomię.

Eva dalej przyglądała mi się podejrzliwie.

– I co w takim razie tutaj robisz? Z takim świetnym wykształceniem?

– Daj spokój, Evo, wiesz przecież, jak straszliwie trudno jest młodym znaleźć pracę – powiedziała Gullbritt i pociągnęła mnie do kuchni. – Zaczniemy może od obierania ziemniaków.

Dwadzieścia minut później machałam na pełnych obrotach obieraczką do ziemniaków, a przede mną na blacie leżał stos obranych kartofli. Pod blatem czekał jeszcze jeden olbrzymi worek. Wyjrzałam przez okno. Między dwoma wysokimi blokami prześwitywał skrawek nieba. Było szare i pędziły po nim ciemne połacie chmur. Żeby poprawić sobie nastrój, wysłałam snapa do swojej młodszej siostry Liny – selfie z doklejonym uśmieszkiem i podniesionym kciukiem, z górą ziemniaków i ciemnoszarym niebem w tle. Work, bitch! napisałam na skos na zdjęciu.

Gullbritt wyrosła koło mnie.

– Mówiłam ci, załóż rękawiczki – przypomniała mi. – Inaczej zaraz zrobi ci się odcisk na kciuku.

Westchnęłam, wsunęłam telefon do kieszeni fartucha i postąpiłam zgodnie z jej radą. W tym momencie rozległ się za mną donośny głuchy odgłos, na który się odwróciłam. Stała tam Eva z szerokim uśmiechem, a na stole leżał kolejny wór.

– Marchewka! – powiedziała władczo. – Zajmij się nią, kiedy skończysz z ziemniakami.

Moja komórka piknęła. Odpowiedź od Liny – zdjęcie jej i kilku koleżanek z klasy z groźnymi minami. Pora na rewolucję, napisano po skosie na zdjęciu. Uśmiechnęłam się do siebie. Lina chyba wreszcie zrobiła się trochę pogodniejsza.

Tak mi minął dzień: najpierw w nieskończoność obierałam warzywa, potem gotowałam, stałam przy kasie i zmywałam gigantyczne sterty brudnych naczyń. W kuchni były podwójne zmywarki pracujące non stop przez całe popołudnie, ale wszystkie większe naczynia musiałam myć ręcznie. O szóstej wieczorem w końcu powlekłam się do domu, było już ciemno. Pracowałam zdecydowanie zbyt wiele godzin bez przerwy w porównaniu z tym, co miałam w umowie, ale wydawało mi się, że nie jest to najlepszy moment, żeby zwracać na to uwagę.

Autobus do Vällingby się spóźnił i kiedy w końcu przyjechał, nie zatrzymał się, bo nie było w nim miejsca. Dopiero o siódmej przekroczyłam próg domu, na korytarzu spotkałam Siv. Miała sukienkę w duże kwiaty i drwiący uśmiech na twarzy. Jej włosy wyglądały jak po trwałej. Może za mój pierwszy czynsz udała się do fryzjera do centrum Vällingby?

– Masz dwadzieścia minut, żeby przygotować kolację – oświadczyła. – Później chcę mieć kuchnię dla siebie!

W kuchni stał Jalil, wąsaty Marokańczyk, w intensywnie zielonej koszuli i długich, krzykliwie czerwonych spodniach. Zajmował trzy z czterech palników na kuchence i kiedy weszłam do środka, posłał mi mroczne spojrzenie.

– Zawsze robię kolację… – zaczął, ale mu przerwałam.

– Tak, tak – powiedziałam poirytowana. – Możesz się trochę przesunąć, żebym mogła nastawić wodę na makaron?

Jeszcze jedno mroczne spojrzenie, które postanowiłam zignorować. Wyjęłam garnek, nalałam do niego wody i postawiłam go na kuchence, a ogień rozkręciłam na maksa. Będzie musiało mi wystarczyć dzisiaj spaghetti z masłem i ketchupem.

Znowu.

To będzie długa jesień.

– Miałeś dziś udany dzień? – wycedziłam przez zęby do Jalila i oparłam się o blat kuchenny, czekając, aż woda zacznie się gotować.

Ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnął się do mnie szeroko i zauważyłam, że ma ładne oczy. Wbił widelec w kawałek warzywa na patelni i podał go mi.

– Przepraszam, że rano byłem taki zły – powiedział. – Po przebudzeniu mam zwykle potworny humor, to po matce. Strach się do niej odezwać przed dwunastą. Proszę, to smażona papryka z chilli i kuminem. Miej od razu w pogotowiu kromkę chleba, jest dość ostra.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Świetnie – stwierdziłam i wzięłam widelec. – Ostre to właśnie to, czego mi dzisiaj trzeba.

Jalil miał rację: było bardzo ostre. Wyjęłam chleb z szafki przy zlewozmywaku i już miałam włożyć go do ust, kiedy Jalil się do mnie odwrócił. Błyskawicznie uderzył mnie w rękę, tak że upuściłam kromkę na podłogę.

– Co robisz? – zawołałam zszokowana. – Powiedziałeś…

– Nie tego chleba! – wysyczał ze wzrokiem wlepionym w drzwi. – To starej! Inni, którzy tu mieszkają, mówią, że faszeruje go trutką na szczury i rozkłada w piwnicy. Pilnuj, żeby twój kot się tam nie zapuszczał!

Trutka na szczury. W kuchni? Co to za przeklęte miejsce?

– Moja bagietka leży na stole – powiedział Jalil. – Weź ją zamiast tego.

– Dzięki, nie trzeba – odparłam zrezygnowana. – Chyba jednak zostanę przy makaronie.

Wieczorem, kiedy zjadłam i dałam jeść Simånsowi, a potem wyszłam z nim na spacer na smyczy, zadzwoniłam do mamy. Od razu odebrała.

– Jak się masz? – spytała.

– Jako tako – odparłam i nagle poczułam, jak jestem zniechęcona i przygnębiona. – Albo… hmm, od czego by tu zacząć? Tak właściwie to wszystko wydaje się trochę dziwne. Kiedy odbierałam dyplom z wyróżnieniem, nie przypuszczałam nawet, że tak skończę.

– Żadne „tak skończę” – zaprotestowała mama. – Robisz sobie tylko przerwę! To jest różnica.

– No może.

– Zacznij od początku – poprosiła mama. – Co jest takiego dziwnego?

Opowiedziałam o pierwszym dniu w Sztokholmie, a mama na zmianę śmiała się i pojękiwała. O trutce na szczury jej nie wspomniałam – i tak się wystarczająco niepokoiła.

– Byłaś już w centrum? – spytała. – Wiem, że za tym tęskniłaś! Tylko proszę, unikaj Drottninggatan, tak jak mi obiecałaś! I żadnych słuchawek w uszach, pamiętaj!

– Mamo – powiedziałam cierpliwie. – Drottninggatan jest obecnie prawdopodobnie najbezpieczniejszą ulicą w całym mieście. Naprawdę sądzisz, że terroryści spróbowaliby dwa razy uderzyć w tym samym miejscu?

– Nie takie cuda się zdarzają – nie odpuszczała.

– Ale pamiętaj, że jestem wykwalifikowanym żołnierzem. Kapralem.

– I na co ci się to niby zda, kiedy trafi się jakiś wariat samobójca z bombą albo jadąca na oślep ciężarówka? – zaprotestowała mama.

Albo popsuta kuchenka gazowa w zupełnie normalnym domu letniskowym, mogłabym powiedzieć. Ale dałam spokój.

Usłyszałam, że ktoś włączył telewizor w pokoju obok, tak głośno, że słyszałam każde słowo. Westchnęłam i przeszłam do przeciwległego kąta pokoju. Niewiele to dało.

 

– Co to za hałas? – spytała mama. – Włączyłaś telewizor?

– Nie ja. Sąsiad za ścianą.

Przez chwilę milczałyśmy. Głosy w telewizji rozmawiały o rosnącym problemie alergii u dzieci. Sąsiad w pokoju obok głośno ziewnął i mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się drapie.

– A jak się czujesz psychicznie? – drążyła mama.

– Tak jak wcześniej – odpowiedziałam. – A ty?

– Nadal wydaje mi się to takie nierzeczywiste. Za tydzień mam wrócić na uniwersytet ze zwolnienia lekarskiego, ale nie wiem, czy dam radę.

Mama była bibliotekarką i zrobiła studia podyplomowe z literaturoznawstwa. Od wielu lat pracowała w bibliotece głównej w kampusie w Örebro, a czasem zastępowała któregoś z wykładowców i robiła wykłady o literaturze lub filmie. Uwielbiała czytać, szczególnie klasykę, i to ona otworzyła naszej rodzinie oczy na literaturę. Włożyła mi do rąk zarówno Charlesa Dickensa, jak i Sofi Oksanen, to dzięki niej równie chętnie jak seriale telewizyjne w rodzaju Homeland czy Współczesnej rodziny oglądaliśmy filmy Alfreda Hitchcocka i Woody’ego Allena.

– Ważne, żebyś poszła już wreszcie do pracy – powiedziałam. – Musisz wrócić do normalnego życia.

– Tak – westchnęła. – W teorii brzmi to świetnie. Ale byłam dzisiaj po zakupy w markecie ICA i nie miałam pojęcia, co ja tam właściwie robię. Wiedziałam, że chciałam kupić coś do jedzenia, ale nie mogłam znaleźć listy ani sobie przypomnieć, czego potrzebuję. Nagle przyszło mi do głowy, żeby zadzwonić do taty… Wtedy dotarło do mnie, że pora wracać do domu. Nie jestem pewna, czy poradzę sobie w pracy.

Sąsiad przyciszył telewizor. Wziął za to komórkę i do kogoś zadzwonił. Miałam wrażenie, jakby stał w moim pokoju. Starałam się zakrywać telefon dłonią.

– Siemanko, Tompa! – wydarł się na cały głos. – Tu Sixten…! Tak, kurwa, co nie…?

Kilka sekund ciszy.

Szybko się zastanowiłam.

– Mogę przyjechać do domu i ci pomóc – powiedziałam do mamy. – I tak nic tu po mnie.

– Nie – zaprotestowała. – Chcę, żebyś została w Sztokholmie i zrobiła coś ze swoim życiem. Po tym, co stało się wiosną, byłaś…

Zawahała się.

– Trochę wybita z rytmu… – podsunęłam jej.

– Nie no, kurwa – ciągnął Sixten – dużo się dzieje w robocie, sam wiesz, jak jest.

– Można tak powiedzieć – zgodziła się mama. – A potem jeszcze tata. Uważam, że wyjazd wyjdzie ci na dobre. Inaczej nie wygrzebiesz się z tej żałoby.

Tak samo jak ty, pomyślałam, ale zachowałam to dla siebie.

– A jak ma się Lina? – spytałam. – Jest w stadninie?

– Tak – potwierdziła mama. – To z myślą o niej i ty, i ja musimy iść dalej. Inaczej znów popadnie w depresję.

Lina, moja ukochana młodsza siostra z bzikiem na punkcie koni. Zobaczyłam ją przed sobą taką, jaka na zawsze utkwiła mi w pamięci: uroczą, psotną dwunastolatkę z dołeczkami w policzkach i jasną grzywką pod kaskiem, małą osóbkę gotową zrobić niemal wszystko, żeby ucieszyć innych – zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Miotały nią silne uczucia: radość i zwątpienie, nadzieja i desperacja, ale kiedy tylko udało się ją doprowadzić do śmiechu, niemal zawsze wracała do równowagi. Dzieliło nas sześć lat, teraz Lina przestała już być brzdącem z podstawówki – skończyła osiemnaście lat i chodziła do ostatniej klasy liceum. Wiosną zaczęła się przygotowywać do krajowych zawodów mistrzowskich – wszechstronnego konkursu konia wierzchowego 2018 i była bliska zakwalifikowania się do eliminacji, ale kiedy stało się to z tatą, przestała trenować i popadła w depresję. Teraz udało nam się znów posadzić ją na grzbiet konia – mówiąc dosłownie – więc całkowicie rozumiałam podejście mamy.

– Tak sobie pomyślałem, że to chyba, kurwa, najwyższa pora spotkać się z Tompą, wyjść na miasto i się napić! – darł się Sixten za ścianą.

Brzmiał bardzo przekonująco.

– Kto tak u ciebie krzyczy? – spytała mama. – Masz gościa?

– Nie, to sąsiad w pokoju obok – westchnęłam ciężko. – Strasznie się tu wszystko niesie.

– Niedobrze – powiedziała mama. – Jednak trochę się o ciebie martwię. Rozmawiałam z Björnem i też się niepokoi twoją sytuacją.

Björn, kolega taty, który z czasem stał się przyjacielem rodziny. Trochę playboy, ale po śmierci taty niesamowicie nam pomógł. Mimo wszystko nie podobało mi się, że mama dyskutuje z nim na mój temat.

– Dlaczego z nim o mnie rozmawiasz? – spytałam. – To nie jego sprawa.

– Björn chce tylko, żeby dobrze się wam wiodło, tobie i Linie – odparła mama. – Musisz przyznać, że wspaniale się zachował, kiedy przez to przechodziłyśmy.

Gdy tata spłonął w domu letniskowym i byłyśmy załamane, Björn wziął na siebie trudne sprawy i zajął się wszystkim: identyfikacją zwłok, kontaktami z policją i zakładem pogrzebowym, nekrologiem w gazecie, pogrzebem.

– Tak samo Fabian – ciągnęła mama. – Taka jestem wdzięczna dawnym przyjaciołom taty, że nas wspierali i teraz, gdy wszystko się skończyło, wciąż myślą o tobie i Linie. Chciałabym, żebyśmy przyjęły całą pomoc i wsparcie, jakie tylko możemy dostać!

Fabian był najlepszym przyjacielem mojego taty od czasu studiów i zdecydowanie bardziej przypominał go pod względem wyglądu i sposobu bycia niż Björn. Ułatwiło mu to zbliżenie się do nas, ponadto potrafił być też nieco bystrzejszy od Björna.

– Björn chce cię zaprosić na lunch – ciągnęła mama. – I porozmawiać o przyszłości.

– Nie – powiedziałam stanowczo. – Nie mam ochoty spotykać się z żadnym z nich.

– Ale Saro… – zaczęła mama.

– A niby czemu nie teraz?! – wydarł się Sixten. – Cholerna baba…!

Przez ścianę doleciał mnie jego głośny, zachrypnięty śmiech. Miałam wrażenie, jakby stał tuż obok mnie.

– Posłuchaj: nie musisz się o mnie martwić – zapewniłam. – Dam sobie radę! Jestem starym wojskowym, remember? Umiem załatwiać takie sprawy.

– Jakbym słyszała twojego ojca – powiedziała mama, a ja byłam pewna, że się przy tym uśmiechnęła. Sekundę później wybuchnęła jednak płaczem.

– Mamo – jęknęłam bezsilnie.

– W takim razie w środę? – ryczał Sixten. – Albo w czwartek. Powiedz jej, że to cholernie ważne!

– Nie, nie, to nic – zapewniła mnie niewyraźnie mama. – Przejdzie mi.

Nie było nic więcej do powiedzenia. Marzyłam o tym, żeby móc ją teraz przytulić.

I żeby ten cholerny Tompa zgodził się wreszcie na spotkanie z Sixtenem w czwartek, by mogli zakończyć swoją bezsensowną konwersację.

Późnym wieczorem, gdy u Sixtena nareszcie zrobiło się cicho, a ja już powoli zasypiałam, mój telefon zapikał. Esemes od mamy:

Rozmawiałam z Björnem i Fabianem – napisała. – Fabian zastanawia się, jak się miewasz i jakie masz plany na przyszłość. Powiedziałam mu o kawiarni i wydaje mi się, że wpadnie tam do ciebie w odwiedziny. To bardzo miło z jego strony!

Zaklęłam w duszy.

Nie chciałam żadnych odwiedzin w kawiarni, nie chciałam w ogóle niczyjej uwagi – do czasu, aż wreszcie uda mi się wydostać z tej dziwnej bańki, w której tkwiłam od momentu, gdy pewnego słonecznego popołudnia pod koniec maja zjawiła się u nas policja. Właściwie jeszcze na długo przed tym. Ale nie mogłam tego powiedzieć mamie. A Fabian był w każdym razie trochę lepszy niż Björn.

Świetnie – odpisałam.

A Björn chce się koniecznie spotkać z tobą na mieście – napisała na to mama. – Proszę cię, Saro. Zrobisz to dla mnie?

Leżąc na łóżku, odburknęłam coś pod nosem. Niemal identyczne mruczenie doleciało mnie zza ściany i przez kilka sekund byłam jak porażona, a potem zrozumiałam co to: Sixten chrapał.

Położyłam telefon na podłodze, przykryłam głowę poduszką i spróbowałam zasnąć.

W tej chwili trudno było mamie czegokolwiek odmówić: pojechałam więc w sobotę przed południem do miasta, żebyś spotkać się z Björnem. Po raz pierwszy mogłam się udać do centrum, a mama zdecydowanie miała rację: brakowało mi tego. Dlatego pojechałam trochę wcześniej. Mieliśmy się spotkać z Björnem o pierwszej, ale już wpół do dwunastej wysiadłam z metra i przeszłam się po Stureplanie. Betonowy grzyb na placu wyglądał jak zawsze, gdy przyjeżdżałam do Sztokholmu, lecz wszystko wydawało mi się jednak jakieś inne: teraz było to moje miasto, mieszkałam tu. Może nie dokładnie przy Stureplanie, a w Vällingby – osiemnaście stacji stąd. Ale mimo wszystko.

Stałam pod grzybem i przyglądałam się tłumowi dookoła. Wszędzie wyluzowani, dobrze ubrani, piękni ludzie. Przyszedł mi na myśl komik Jim Jefferies, który podobno zapytał kiedyś: In Sweden, do you kill all the ugly babies?

Na prawo znajdowała się restauracja Sturehof z ogródkiem, w którym nie było wolnych miejsc. Podeszłam i zerknęłam do menu. Pstrąg łososiowy gotowany na parze 320 koron. Pieczony sandacz z jeziora Melar 360 koron. Turbot kosztował 485 koron. Nie było szans, żebym mogła sobie na to pozwolić. Cicho westchnęłam i starając się wyglądać na niewzruszoną, ruszyłam dalej.