Skandal lady Laury

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Louise Allen
Skandal lady Laury

Tłumaczenie: Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kwiecień 1816 roku – park w posiadłości Westerwood, Hertfordshire

Spokojnie! W okularze lunety pojawiła się starannie przystrzyżona trawa, świeża nasada na klombie, jasnoniebieska bawełniana tkanina… Nareszcie. Dłoń obserwującej zacisnęła się na gałęzi. Szorstka kora raniła skórę. Tak, to ona. Lśniące pukle koloru jesiennych liści, rezolutny podbródek, wysokie łuki brwi nad oczami, które powinny być zielone i przejrzyste. Jaka ona śliczna!

Dziewczynka odwróciła się i roześmiana ruszyła biegiem. Luneta podążyła jej śladem i w okularze ukazała się także głowa mężczyzny – włosy koloru jesiennych liści, podbródek świadczący o zdecydowanym charakterze, zmysłowe usta rozchylone w radosnym uśmiechu.

– Papo! Papo! – Dziecięcy głosik wibrował w nieruchomym, nagrzanym powietrzu.

Mężczyzna przystanął, wziął dziewczynkę na ręce i zawrócił w stronę domu. Ona wtuliła buzię w zagłębienie pomiędzy szyją a ramieniem mężczyzny i przywarła do niego niczym małpka, a jej śmiech odbijał się echem od ściany lasu.

W tym momencie luneta spadła z głuchym łoskotem na stos zwiędłych złotych bukowych liści. Kobieta ześlizgnęła się z drzewa. Wstrząsało nią tłumione przez długich sześć lat łkanie.

– Widziała ją pani.

– Skąd wiesz? – Laura Campion weszła do kuchni, z trzaskiem zamykając drzwi.

– Wystarczy na panią spojrzeć. Płakała pani. Ma pani oczy w mokrym miejscu.

Cała Mab, pomyślała Laura, ma tyle wrażliwości, co kamień. Zaskrzypiał odstawiony wiklinowy koszyk z szyciem, o posadzkę zastukały obcasy, zazgrzytał łańcuch, na którym zwisał nad ogniem czajnik. Wszystkie te odgłosy były uciążliwe niczym skrobanie paznokciem po szkle. Słowa zaufanej pokojówki jednak otrzeźwiły Laurę. Dobrze, uznała w duchu, że Mab nie okazała współczucia.

– Tak, widziałam ją – przyznała. – Ma się doskonale.

Odsunęła krzesło od stołu i usiadła. Zauważyła, że naniosła zeschłe liście do kuchni, ściągnęła więc buty i rzuciła je na ślepo na kuchenną wycieraczkę.

– Jest podobna do niego; są jak dwie krople wody.

– Mówiła już pani.

– Mam na myśli hrabiego Avery’ego Wykeham, kuzyna Piersa. Do niego jest podobna. – Laura zacisnęła usta, potoczyła wzrokiem po kuchni małego domku, w którym mieszkała od dwóch dni. Udało się jej zapanować nad zdenerwowaniem na tyle, żeby kontynuować relację. – Zawołała do niego „Papo!”.

– Utrzymuje, że nim jest. – Mab Douglas nalała do dzbanka gorącej wody i zanurzyła łyżeczkę w puszce z herbatą. – Wystarczyło zapytać w sklepie, kto mieszka w tym wielkim domu, i od razu zaczęli gadać, że hrabia przyjechał miesiąc temu z zagranicy bez żony, z dzieckiem będącym owocem związku miłosnego, i nie raczy się niczego wstydzić.

– Z zagranicy! – Laur szarpnęła wstążki kapelusza. Gdyby mogła, udusiłaby nimi hrabiego. – Uprowadził ją z Derbyshire. Co prawda, dla tych ludzi to prawie jak zagranica.

– Skąd mają wiedzieć. To było sześć lat temu, wtedy rzeczywiście wywiózł ją z Anglii. Uczestniczył w Kongresie Wiedeńskim, a potem miał jeszcze do załatwienia polityczne sprawy w Niderlandach. Poza tym pan Piers nie żyje, a hrabia Wykeham jest głową rodziny. We wsi powiadają, że nie szczędzi pieniędzy na odnowienie posiadłości. – Mab zalała listki herbaty wrzątkiem. – Może poczuwa się do obowiązku zaopiekowania się dzieckiem pana Piersa tak samo jak jego starym domem. – Mab z tym swoim zdroworozsądkowym myśleniem przyjęła rolę adwokata diabła.

– Byłoby to w porządku, gdyby dziecko nie miało matki. Tymczasem ją żyję.

– W tym szkopuł. – Pokojówka nalała herbaty do dwóch filiżanek i postawiła je na stole. – Proszę się napić. – Usiadła, kiwając głową z troską kobiety, która służyła Laurze od dziesiątego roku jej życia. – On nie wie, że była pani przekonana, iż mała nie żyje. Pytanie, co pani zrobi teraz, kiedy ją odnalazła?

– Ona mnie nie zna – zauważyła Laura.

Szok minął. Zaczęła na spokojnie rozważać sytuację. Otarła dłonie o ciemną spódnicę. Miała dość czarnych strojów, odkąd je wdziała po śmierci rodziców, których przed piętnastoma miesiącami zabrała epidemia. Już miała się rozstać z żałobą i na nowo rzucić w wir życia towarzyskiego, ale wtedy wybuchła bomba, która zatrzęsła jej światem. Obecnie żałobne stroje stanowiły doskonały kamuflaż.

– Nie powinien podejrzewać, że nie jestem osobą, za którą się podaję. To jest panią Caroline Jordan, która wycofała się na wieś, żeby podreperować zdrowie i podnieść się na duchu po utracie męża, zanim zdecyduje się na nowo podjąć obowiązki towarzyskie.

– W takim razie jak zamierza pani zawrzeć znajomość z arystokratą kawalerskiego stanu, mieszkającym w wielkim domu w środku parku? – zapytała Mab, zgodnie ze swoim zdroworozsądkowym podejściem do życia. – I co pani zrobi, jak się pani tam dostanie? Uprowadzi dziecko?

– Nie wiem! – odparła ostrym tonem Laura. Zamknęła oczy, ciężko westchnęła i dodała: – Przepraszam, nie chciałam być dla ciebie niemiła. Od chwili, kiedy natrafiłam na te listy, pragnęłam odnaleźć córkę, ponieważ nie miałam odwagi planować nic więcej. Teraz ją odszukałam i nie mam pojęcia, jak powinnam postąpić.

– Dowiedziałam się we wsi, że ona nazywa się panna Alice Falconer. Takie nosiłaby nazwisko, gdyby pani wyszła za pana Piersa, prawda?

Laura z trudem wydobywała głos z zaschniętego gardła, w dodatku w stanie umysłowego zamętu nie znajdowała właściwych słów. Gdy wreszcie przemówiła, padało zdanie po zdaniu:

– Ona ma sześć lat. Tylko raz słyszałam jej płacz, zaraz po porodzie. Szybko mi ją odebrali, a potem powiedzieli, że nie żyje. Dzisiaj widziałam ją i usłyszałam jej głos. Powinnam czuć się szczęśliwa, że ona żyje i że jest cała i zdrowa. Mimo to czuję się tak, jakbym ponownie ją utraciła. Jak mogli mi zrobić coś takiego?

Jak jej rodzice, szanowani lord i lady Hartland, mogli ją oszukać, mówiąc, że dziewczynka zmarła, a potem oddać ją obcym ludziom, skoro była ich wnuczką? Powierzyli jej córeczkę Browne’om, prostym, choć porządnym ludziom, dzierżawcom w jednym z odległych majątków jej ojca. Mimo to…

– Byli przekonani, że postępują właściwie – stwierdziła Mab. – Dopiero co skończyła pani osiemnaście lat. Dzięki temu, co zrobili, mogła pani dwa miesiące później zadebiutować w towarzystwie.

– Tak uważasz? Jak myślisz, co powiedziałabym miłym młodym mężczyznom, którzy mogli mi się oświadczyć? „Przepraszam, milordzie, nie jestem dziewicą, tylko matką”. Naturalnie, mogłabym ukryć ten fakt, wiem, że są na to sposoby. Czy rodzice spodziewali się, że będę miała do czynienia z mężczyznami na tyle niedoświadczonymi, iż się nie zorientują, że coś jest nie w porządku? – Laura wiedziała, że przemawiające przez nią rozgoryczenie to nic dobrego. Mimo to towarzyszyło jej przez pięć londyńskich sezonów, podczas których zyskała opinię skandalistki.

Lady Laura Campion, córka hrabiego Hartland, gorszyła swobodnym zachowaniem, lecz ku rozczarowaniu mężczyzn, z którymi flirtowała, i matron, które krytykowały jej zachowanie, nikt nie mógł jej zarzucić, że posunęła się o krok za daleko, który prowadziłby do utraty reputacji. Wciąż uchodziła za dziewicę. Owszem, podczas balów piła szampana na tarasie. Tak, wymykała się do ogrodów i nie broniła się przed pocałunkami i okazywaniu jej uwielbienia w sposób, na jaki nie pozwoliłaby sobie żadna cnotliwa panna. Rzeczywiście, nosiła dość wyzywające suknie, jeździła nonszalancko konno i tańczyła cztery razy w ciągu wieczoru z tym samym mężczyzną, jeśli miała na to ochotę.

Każda inna panna, wciąż niezamężna po pięciu sezonach towarzyskich, zostałaby uznana za beznadziejny przypadek, zasługujący wyłącznie na litość. Jednak żaden dżentelmen nie miał podstaw rozgłaszać, że mu się oddała, chociaż we wszystkich klubach na St James stawiano zakłady, kiedy to się stanie. Nikt nie zdołał przyłapać jej na niczym poza pocałunkami pod osłoną różanych krzewów. Nikt nie mógł kwestionować jej urody, dowcipu i lojalności wobec przyjaciół, a także zaprzeczyć, że jest córką jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych spośród wszystkich parów królestwa. Nie przejmując się nadanym jej mianem skandalistki i zgorszeniem, jakie siała wśród czcigodnych matron, Laura kontynuowała beztroską wędrówkę poprzez salony socjety i nikt nie odgadłby, że czyni to z sercem złamanym po śmierci kochanka i utracie dziecka.

– Temu, kto by panią pokochał, mogłoby nie przeszkadzać, iż ma pani nieślubne dziecko – zauważyła Mab.

Laura żachnęła się. Rzeczywiście początkowo żywiła taką nadzieję. Wkrótce jednak przekonała się, że mężczyźni to hipokryci. Każdemu rzekomo usychającemu z miłości zalotnikowi na pewno by to przeszkadzało.

W styczniu 1815 roku, kiedy przygotowywała się do kolejnego sezonu wypełnionego wydarzeniami, które miały wypełnić pustkę, jaka panowała w jej sercu, rodzice zachorowali na grypę. Odeszli nagle i zupełnie nieoczekiwanie w ciągu dziesięciu dni od pierwszego ataku gorączki. Laura wycofała się do wiejskiej rodzinnej posiadłości, gdzie samotnie przeżywała żałobę. Od czasu do czasu przyjmowała pana Bigelow, rodzinnego prawnika. Kuzyn James, który odziedziczył tytuł hrabiego, informował ją listownie, iż załatwia sprawy związane ze sprzedażą patentu oficerskiego i powrotem do kraju.

Kuzyn był jej wdzięczny za to, że zajęła się rodzinną posiadłością, i prosił, aby nie żałowała pieniędzy na przekształcenie wdowiej rezydencji w swoją nową siedzibę. Laura zakontraktowała robotników, umieściła w gazetach ogłoszenie o poszukiwaniu osoby do towarzystwa, a ponieważ nie zgłosiła się żadna kandydatka spełniająca jej oczekiwania, postanowiła na razie obywać się bez towarzyszki. Uznała, że Mab jej wystarczy. Po roku od śmierci rodziców wreszcie zmusiła się do przejrzenia ich osobistych rzeczy, które nie wchodziły w skład majątku do przekazania spadkobiercy tytułu.

 

Mab zamilkła. Pozwoliła swojej pani zatonąć we wspomnieniach. Laura nawet nie zauważyła, kiedy pokojówka posprzątała po herbacie i dołożyła do ognia.

– Jak myślisz, dlaczego mama je zachowała? – zapytała nagle.

– Listy? A kto myśli, że umrze nagle i że będą przeglądane jego rzeczy? Musieli kontaktować się z tymi ludźmi, w końcu wychowywali ich wnuczkę, prawda?

Szkatułka z listami znajdowała się w zamkniętej na kluczyk skrzyni pod stertą starych ksiąg rachunkowych, notesów z przepisami na najrozmaitsze środki przydatne w gospodarstwie domowym i plików rachunków od modniarki za suknie. Laura była gotowa kazać znieść skrzynię na dół i spalić jej zawartość, kiedy jej wzrok padł na nuty, które ją zainteresowały, więc je wyjęła i odłożyła na bok.

Kiedyś jej ojciec zezwolił pewnemu antykwariuszowi na rozkopanie starożytnego kopca w ich posiadłości. Laura myślała o nim, kiedy przekopywała się przez warstwy starych papierów, wyciągając z nich nuty i śmiejąc się ze starych zapisków, na przykład takich jak przepis na środek na przywrócenie siwym włosom ich naturalnego pięknego koloru. W końcu dokopała się do okutej metalem szkatułki, złamała sobie nawet paznokieć na okuciu.

Szkatułka była zamknięta, ale znalazła pasujący do niej kluczyk na łańcuszku, który matka zawsze nosiła przy sobie. Otworzyła ją i ujrzała listy. Wyjęła je z zamiarem wrzucenia ich do ognia bez czytania, sądząc, że to stare listy miłosne. Nie zamierzała się zaznajamiać z historią jakiegoś dawnego romansu, miała dość własnych wspomnień, ale jej wzrok przykuły wodnisty brązowy atrament, niewyrobiony charakter pisma i marnej jakości papier. Uznała, że nie są to listy miłosne ani stara korespondencja rodzinna. Zaciekawiona, otworzyła jeden z nich i zaczęła czytać. Nawet teraz, kiedy znała prawdę, trudno jej było pohamować wzruszenie na wspomnienie tamtego momentu.

Laura wstała i wyszła z kuchni. W saloniku wynajętego domku chodziła od ściany do ściany, wydeptując stary turecki dywan, aż się uspokoiła i mogła wrócić do minionych wydarzeń.

Pierwszym uczuciem, jakie ją wtedy ogarnęło, była radość, że jej dziecko nie umarło. W sumie były trzy listy datowane z farmy położonej w Derbyshire. Dziecko rosło, pieniądze napływały, Browne’owie, którzy utracili własne potomstwo, nie szczędzili słów wdzięczności za oddanie im dziecka na wychowanie i za hojność hrabiego. Nagle 15 maja 1810 roku poinformowali, że dziecko dostało gorączki i jego stan szybko się pogarszał. „Mała kruszynka zmarła we śnie dzisiaj nad ranem” – napisała pani Browne swoim niewyrobionym pismem. „Postaraliśmy się, by została godnie pochowana na cmentarzu kościelnym”.

Laura potrzebowała dnia i bezsennej nocy, by dojść do siebie po doznanym szoku. Nadzieja, która w nią wstąpiła po przeczytaniu pierwszego listu, szybko została jej odebrana. Następnego ranka, wciąż nienaturalnie spokojna, kazała pakować bagaże i szykować karetę do drogi. Przynajmniej odwiedzi grób, o ile trumna dziecka nie została złożona pomiędzy innymi trumnami w rodzinnej krypcie, bezimienna.

Kiedy przyjechały z Mab do solidnego kamiennego wiejskiego domu, weszła i wypaliła:

– Jestem lady Laura Campion. Znam prawdę. Gdzie ona jest? – Starannie przygotowana w drodze kwestia uleciała jej z głowy.

Zdenerwowana kobieta, na którą się natknęła, cofnęła się, opadła na krzesło, zakryła twarz fartuchem i się rozpłakała. Między nią a Laurą stanął jej mąż.

– Zapewnił nas, że nikt nigdy się nie dowie – oznajmił. – Twierdził, że jest jej kuzynem, więc należy mu ją oddać.

– Co takiego?! – Laura nie wierzyła własnym uszom. Przecież przeczytała w liście, że dziecko umarło.

– Zapewnił nas, że się nikt nie dowie – powtórzył Browne – jeśli poinformujemy pana hrabiego, że dziecko umarło. Wystarczy, że będziemy trzymali język za zębami. – Był wyraźnie zawstydzony. – Wiedziałem, że nie powinniśmy tego robić, ale on zaproponował nam tak duże pieniądze…

– Ona nie umarła. – Było to stwierdzenie, nie pytanie. Laura usiłowała zrozumieć, co zaszło. Co za on? – zastanawiała się gorączkowo. – Proszę mi wszystko opowiedzieć.

Okazało się, że do Browne’ów przybył bez zapowiedzi dżentelmen podający się za hrabiego Wykeham. Wiedział wszystko – kim jest matka dziecka, kto płacił im za opiekę. Pokazał bilet wizytowy, widzieli powóz z wymalowanym na drzwiczkach herbem, byli przekonani, że mają do czynienia z hrabią, o czym zapewniał. W powozie siedziały przyzwoicie wyglądająca kobieta i mamka. Za oddanie dziecka zaoferował kwotę, której nie mogliby zgromadzić przez całe życie. Mieli jedynie napisać do hrabiego Hartland, że dziecko zmarło.

– Dzieci umierają – bąknęła pani Browne, odejmując fartuch od twarzy. – Nasze wszystkie umarły. Wciąż krwawi mi serce… Miałam jeszcze mleko po ostatnim. Pani matka chciała mieć pewność, że wykarmię to maleństwo.

Mieszkali na odosobnionej farmie w odludnej dolinie. Nikt nie wiedział, że doszło im nowe dziecko. Wyglądało na to, że sprawa jest bardzo prosta, poza tym hrabia Wykeham był tak pewny siebie, tak przekonujący. „Przecież potrzebujecie pieniędzy” – kusił.

– Popełniliśmy błąd, wiem o tym – powiedział Browne z wyrazem cierpienia na twarzy ogorzałej podczas pracy na polu. – Akurat zdechła mleczna krowa, zbiory były marne i nie starczało nam na życie nawet z tym, co przysyłał pani ojciec…

Laura rozejrzała się po wyszorowanej do czystości kuchni. Pod kominkiem stała pusta kołyska. Na skroniach pani Browne pobłyskiwała siwizna.

– Zatrzymajcie pieniądze, zapomnijcie, że kiedykolwiek było u was to dziecko, ten hrabia w powozie i ja. Dajcie mi tylko jego bilet wizytowy.

Laura wyciągnęła z torebki pogiętą wizytówkę, wpatrzyła się w nią, podobnie jak każdego dnia przez ostatnich osiem tygodni, podczas których wytropiła hrabiego Wykeham, przyjęła fałszywą tożsamość i wymyśliła przekonującą opowieść dla służby i sąsiadów.

Chciała mieć namacalny dowód istnienia człowieka, który ukradł jej córeczkę a wraz z nią dzień, w którym wyrósł jej pierwszy ząbek, zrobiła pierwsze kroki, wypowiedziała pierwsze słowa. Okazał się nim kuzyn Piersa, bogaty dyplomata, Avery Falkoner, hrabia Wykeham. Nie potrzebowała już tego kartoniku, widziała tego przystojnego bezwzględnego mężczyznę, którego jej córka nazwała „papą”. Machinalnie zmięła wizytówkę i zaczęła rozważać, jak przechytrzyć tego aroganta, kłamcę i złodzieja.

– Papo?

– Uhm?

„Tak” byłoby ryzykowne, uznał Avery. Mógłby się niechcący zgodzić na coś, czego sobie nie życzył. W taki sposób w domu znalazły się małe kotki.

– Papo, kiedy pozwolisz mi pojeździć na kucyku?

Skończył list i złożył podpis u dołu, po czym przekazał go Johnowi Sandersowi, swojemu sekretarzowi, który wziął od niego list, posypał piaskiem mokry atrament i podał mu kolejny dokument.

– Wtedy, kiedy nabiorę pewności, że nowy kucyk jest bezpieczny. – Hrabia spojrzał jeszcze raz na pierwsze zdanie listu i dotknął je końcem pióra. – Sanders, to trzeba sformułować dobitniej. Chcę, żeby nie było żadnej wątpliwości, iż jestem przeciwny projektowi.

– Przeredaguję to, milordzie. To wszystko.

Sekretarz pozbierał dokumenty i wyszedł. Był trzecim z kolei synem wiejskiego pastora. Odznaczał się kompetencjami, lojalnością, dyskrecją i inteligencją. Avery wymagał takich cech od całego personelu.

– Ale papo…

– Panienko Alice. – Miękki głos należał do opiekunki, która posiadała wszystkie wymagane kwalifikacje i wiele innych. – Milord pracuje. Chodźmy. Czas napić się mleka.

– Przyjdę, kiedy będziesz kładła się do snu, kochanie. – Avery odłożył pióro i odczekał, aż niebieska spodniczka dziewczynki zniknie za drzwiami. – Panno Blackstock, poproszę na słowo, jeśli ma pani czas.

Opiekunka czekała z dłońmi splecionymi na wysokości pasa. Każdy włos uczesania leżał na swoim miejscu. Przechyliła lekko głowę, by nie uronić ani słowa z tego, co zamierza powiedzieć chlebodawca. Była córką niani, która troszczyła się o Avery’ego, gdy był dzieckiem, i jedyną osobą spośród personelu domowego, znająca prawdę o pochodzeniu Alice. Blackie, jak wołała na nią dziewczynka, pracowała u niego, od czasu gdy odnalazł Alice na farmie w Derbyshire.

– Proszę usiąść. Doszedłem do przekonania, że czas, by Alice dostała guwernantkę. Co pani o tym sądzi? Nie chodzi o to, żeby ktoś zajął pani miejsce, lecz o to, by rozpoczęła naukę. Jest bardzo bystra. – I jak jej ojciec impulsywna, dodał w myśli.

– Istotnie, milordzie, bystrości jej nie brakuje – odparła spokojnie panna Blackstock, jednak nie kryjąc ciekawości. – Da pan wkrótce ogłoszenie do prasy? Porozmawiam z panią Spence, żeby przygotowała pokój do nauki i znalazła sypialnię i pokój dzienny dla guwernantki.

– Jeśli pani tak miła.

Avery przeniósł wzrok na punkt, gdzie kończył się trawnik, a za murkiem zaczynał park. Był niewielki, lecz piękny. Posiadłość tę odziedziczył po kuzynie Piersie i przepisał już, wraz z dochodem, jaki przynosiła, na Alice. Postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy, by zapewnić dziewczynce wysoką pozycję w społeczności wyższych sfer. Przywrócona do kwitnącego stanu posiadłość będzie jej posagiem, a wykształcenie odebrane od najlepszych guwernantek zapewni udany start w dorosłe życie.

– Nie ma pośpiechu z przygotowywaniem pokojów tutaj. Niech ją pani poprosi, by bez zwłoki uczyniła to w domu przy Berkeley Square.

– Zabiera pan, milordzie, panienkę Alice do Londynu?

– Owszem. Planuję spędzić resztę sezonu w stolicy. – Nie musiał tłumaczyć się opiekunce, ale nie zaszkodzi jej uprzedzić o swoich planach. – Zamierzam się ożenić.

– Milordzie… – Panna Blackstock zawahała się, zdobyła się jednak na szczerość: – Czy panienka Alice… nie odstraszy niektórych dam?

– Ma pani na myśli jej obecność w moim domu? Nie wezmę za żonę kobiety, która będzie o mnie gorszego mniemania z powodu jednego, ukochanego zresztą, dziecka. Każda, która nie zaakceptuje Alice, skaże się na dyskwalifikację.

– To z pewnością pomoże oddzielić ziarno od plew – zauważyła cicho panna Blackstock, po czym zapytała: – Kiedy wyrusza pan do Londynu, milordzie?

– Za dwa tygodnie. W końcu kwietnia.

„Ziarno od plew”, dobrze powiedziane, uznał w duchu Avery, gdy panna Blackstock zamknęła za sobą drzwi. Dawno nie spędzał sezonu w Londynie. Będzie interesujące się przekonać, jak prezentują się tegoroczne debiutantki, panny na wydaniu.