Pośpieszny ślub

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Giles nie wiedział o tym. Popełnił błąd i uśmiechnął się do siedzącej po drugiej stronie stołu panny, oczarowany jej urodą i zahipnotyzowany oczami koloru ciemnej czekolady. Beatriz odwzajemniła uśmiech i od tej pory natykał się na nią, gdziekolwiek się pojawił.

Była bardzo młodziutka i, jak się przekonał, niezbyt lotna. Flirtowała z nim, radośnie próbując swoich sił, co było całkiem przyjemne do pewnego upiornego wieczora, gdy spotkali się w pustym konserwatorium i dziewczyna rzuciła mu się z płaczem w ramiona.

Giles, który nie był, co sobie później wytykał z goryczą, ani świętym, ani impotentem, przytulił ją i głaskał po tych częściach ciała, na których dotykanie pozwalały względy przyzwoitości. Mamrotał słowa pocieszenia, choć w głębi duszy krzywił się z powodu zniszczenia wieczorowego stroju.

Beatriz, jak się okazało, została po raz pierwszy przedstawiona księciu, za którego miała wyjść za mąż. Książę był, jak wynikało z łkań Beatriz, starym, trzydziestopięcioletnim, tłustym, paskudnym gnomem. Giles przekonał się później, że był to mężczyzna przy kości, średniego wzrostu i dość pospolitej urody.

Dziewczyna nie chciała się uspokoić, więc Giles wyciągnął dużą chusteczkę do nosa i starał się zetrzeć łzy z jej policzków. Robił to z takim powodzeniem, że kiedy matka dziewczyny, a potem jej ojciec, dom Frederico, wkroczyli do konserwatorium, na twarzy ich wdzięcznej córki nie było już śladu łez, a jej ramiona otaczały szyję lorda Revesby.

W trakcie przykrej dyskusji, jaka potem nastąpiła, Giles mógł tylko dziękować w duchu odbytemu ostatnio szkoleniu z dyplomacji. Dzięki niemu udało mu się przekonać ojca Beatriz, że nie miał żadnych zakusów na cnotę jego córki, która pozostała całkowicie niewinna, a jej zachowanie było bez zarzutu. Giles zastał ją zapłakaną i w swojej głupocie próbował pocieszyć, zamiast poszukać jej duenny. Kiedy poznał później księcia, za którego miała wyjść za mąż, zrozumiał jej łzy, bo mężczyzna był zadufany w sobie i niezbyt inteligentny. Ale taki już los szlachetnie urodzonych młodych dam, że były wydawane za mąż zgodnie z interesami rodziny.

A jeśli chodzi o Gilesa, to przyszedł czas, by zamieszkał z niedomagającym ojcem, choć niewykluczone, że po paru dniach zaczną sobie skakać do garda. Musi też przejąć część odpowiedzialności za posiadłości markiza – tę część, którą ojciec będzie skłonny mu przekazać. W tym celu powinien się ustatkować. Znaleźć żonę. A że nie był tak wymagający jak pulchny portugalski książę, nie powinien mieć problemów ze znalezieniem w Anglii młodej damy z wyższych sfer, która chętnie poślubi jego tytuł.

Uwagę Gilesa przyciągnęła na moment rozkołysana niebieska spódnica, ale to nie była, oczywiście, tajemnicza dama z Laura Place. Kobieta przechodząca po drugiej stronie ulicy była niską blondynką o obfitym biuście, zaś porywcza pasażerka z powozu była zdecydowanie wyższa. Kiedy uniosła tę okropną woalkę i zobaczył jej ciemne włosy i oczy, zupełnie jak u Beatriz, przez moment aż się cofnął z wrażenia.

Reszta zamazała mu się w pamięci, zresztą zamknął oczy podczas tamtego dziwnego, impulsywnego pocałunku. Nie potrafił zrozumieć, co go do tego popchnęło. Flirt z Beatriz był przyjemny, ale Giles ani przez moment nie odczuwał gwałtownej pokusy, by ją pocałować. Nie żył w minionych latach jak mnich, ale dyskretne romansiki z wdówkami nie miały nic wspólnego z pocałunkami kradzionymi całkiem nieznajomym kobietom.

Brunetka z powozu miała na sobie niebieską suknię spacerową, prostą, ale dobrej jakości i dość modną. Może była wysokiej klasy guwernantką. Nie zazdrościł jej uczennicom, jeśli zdarzyło im się wystawić jej cierpliwość na próbę. Trzymała temperament na wodzy i ta chwilowa utrata samokontroli z pewnością była dla niej czymś równie niespodziewanym, jak dla niego. A jednak było w niej coś znajomego. Nie, niemożliwe. Giles nie znał żadnych guwernantek ani humorzastych dam. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie dostał w twarz. Może nieznajoma po prostu była zbyt oszołomiona, ponieważ z całą pewnością nie należała do kobiet gotowych na przypadkowe kontakty, zwłaszcza zbyt intymne.

ROZDZIAŁ TRZECI

Jutro złożę wizytę na Laura Place, postanowił Giles, odchodząc od okna. Zrzucił z ramion wygodny, stary płaszcz do konnej jazdy.

Nie, do licha. Nie mogę tego zrobić, bo zdradziłbym, że jechałem za nią aż do domu, a to musiałoby zaalarmować każdą zdrowo myślącą niewiastę.

Rozwinął zmięty fular, wciąż rozważając ten problem. Musiał gruntownie przemyśleć każde posunięcie, jeśli miał zaspokoić tę niezrozumiałą ciekawość, kim jest ta kobieta i dlaczego, całując ją, miał przedziwne poczucie, że… wrócił do domu. Właściwie do rozwikłania tej zagadki wystarczy przeprowadzenie dyskretnego wywiadu u Mistrza Ceremonii i Bali Publicznych z Bath, który miał w małym palcu wiedzę o stałych, wysoko urodzonych rezydentach miasta oraz o odwiedzających ich gościach. Zresztą jaką trudność przedstawiało zdobycie zaproszenia do dam z Laura Place, w porównaniu z demaskowaniem francuskich szpiegów na portugalskim dworze czy przemierzaniem Hiszpanii za liniami wroga?

Pukanie do drzwi zaanonsowało przybycie tragarzy z wiadrami gorącej wody, a za nimi, niemal następując im na pięty, pojawił się Dryden, wymuskany jak zwykle, choć cały dzień spędził w otwartym powozie.

– Przepraszam za opieszałość, milordzie. Drzewo zatarasowało drogę w Cherhill, o czym niewątpliwie przekonał się pan osobiście. Niezwłocznie przygotuję panu strój wieczorowy.

– Zjem obiad tutaj, w moim apartamencie. Nigdzie nie zamierzam wychodzić. Wystarczy czysta koszula i bonżurka. – Giles był w kraju dopiero od dwóch tygodni, ale liczba korespondencji już zaczynała go przytłaczać. Potrzebował sekretarza, ale na razie musiał załatwiać najpilniejsze sprawy osobiście. – Jednak jutro rano będziesz musiał solidnie się napracować. Dryden.

– Markiz? Oczywiście, milordzie. Nowa kamizelka, jak sądzę?

Ojciec, sekretarz, korespondencja, damy z Laura Place.

Giles układał w głowie listę spraw do załatwienia, zdejmując zakurzony strój do konnej jazdy. Może nie był to najbardziej frapujący program i miejscami nie najłatwiejszy, ale najwyższy czas postarać się uczynić pobyt w Anglii interesującym.

Dodał więc w myślach: Kluby, kochanka, podjęcie decyzji, gdzie zamieszkać. A potem: Żona.

Skrzywił się. Nie było mu śpieszno do gierek i podchodów towarzyszących szukaniu towarzyszki życia.

– Jestem przekonana, że te wody bardzo dobrze mi robią – oznajmiła ciotka Phoebe, po czym zniżyła głos. – Codzienne spotykam tutaj przyjaciół i znajomych. – Wskazała Laurel dwie dojrzałe damy na drugim końcu sali. – Tam siedzą panny Prescott. No i mam pretekst, żeby zobaczyć, kto przybył do miasta i wymienić się najświeższymi ploteczkami. Przychodzę tu niemal co rano.

Ojej, pomyślała Laurel. To może się stać dość monotonne.

Oczywiście uśmiechnęła się i grzecznie skinęła głową pannom Prescott, przypominając sobie, że taka nudnawa rutyna to niewysoka cena za możliwość zmiany miejsca i dobroć ciotki.

Phoebe usiadła przy niewielkim stoliczku w pijalni i dała znak kelnerowi, by podał dwie szklaneczki wody.

– Możesz sobie oszczędzić wysiłku taktownego powstrzymywania się przed powiedzeniem mi, że jestem płytką, frywolną istotą, bo mam całe naręcze usprawiedliwień – oznajmiła ciotka, poprawiając czepek. – A najmocniejszym argumentem jest to, że nie ma lepszego sposobu oceny ludzi, zanim człowiek stanie wobec konieczności wymiany ukłonów z kimś wulgarnym lub śmiertelnie nudnym.

– Popatrz na tę kobietę, na przykład. – Dyskretnie wskazała Laurel smukłą brunetkę w towarzystwie pokojówki i młodej dziewczyny, która mogłaby być jej córką. – Zobaczyłam ją wczoraj i pomyślałam: co za styl, co za elegancja. Ale traktuje tę biedną służącą jak woła roboczego, w dodatku nierozgarniętego, choć do córki i innych dam odnosi się w uroczy, ciepły sposób.

Laurel nierozważnie wzięła łyk wody i o mało jej nie wypluła.

– Jakie to wstrętne – wyszeptała.

– Wiem – przyznała ciotka. – Ale ma dobroczynne działanie. Jest pełna bezcennych minerałów i soli. Powinnaś codziennie wypijać szklankę.

Dobroczynne działanie tej wody wypływało zapewne z codziennego spaceru do pijalni i z powrotem oraz z ożywienia na widok nowych gości, pomyślała Laurel, ale zachowała to dla siebie.

Phoebe nadal rozglądała się po sali i skinieniem głowy witała znajomych. Dyskretnie trąciła Laurel w żebra.

– O, mój Boże, ależ przystojniak właśnie przyjechał do Bath! I o połowę młodszy od większości bawiących tu dżentelmenów.

Auu. Phoebe miała naprawdę spiczaste łokcie.

– Kto? Gdzie? Och. – Mężczyzna, który wszedł do pijalni, był wysokim, opalonym blondynem, pięknie ostrzyżonym i elegancko ubranym – i aż nazbyt znajomym, pomimo zmian w wyglądzie. Laurel, wstrząśnięta i zażenowana, nie była pewna, czy jej krew napłynęła do policzków, czy spłynęła do palców u nóg. A może po prostu osiągnęła stan wrzenia, z niepokoju i całkiem niestosownego pociągu fizycznego.

– To jest ten dżentelmen, o którym ci opowiadałam. Ten, który wskazywał mi drogę przez Downs, kiedy drzewo zatarasowało gościniec. Tylko wtedy wyglądał tak, jakby nie mógł sobie pozwolić na przyzwoity płaszcz, nie mówiąc już o takich drogich butach – zdołała wykrztusić Laurel. – I podciął włosy. Phoebe? Co się stało?

Ciotka wpatrywała się w mężczyznę z wyrazem całkowitej konsternacji na twarzy.

– To ostatnia osoba, którą spodziewałabym się zobaczyć w Bath… Ale to musi być on, bo – Wielkie Nieba! – wygląda zupełnie jak jego dziadek. Nie miałam pojęcia, że wrócił do kraju. Ze wszystkich niefortunnych zdarzeń, do jakich mogło dość, najbardziej niewiarygodne jest to, że go nie poznałaś. Przy odrobinie szczęścia może nas nie zauważyć.

 

– Phoebe, o czym ty mówisz? Przecież to nie jest nikt znajomy. Prawda? – Dżentelmen zauważył je i musiał ją rozpoznać. Już przechodził przez salę, zbliżając się do niech z uprzejmym, neutralnym wyrazem twarzy. Ale kiedy podszedł bliżej, Laurel dostrzegła zmarszczkę, która pojawiła się między jego brwiami, bardzo ciemnymi w porównaniu z rozjaśnionymi słońcem włosami.

Phoebe wykonała gwałtowny ruch ręką, jakby go chciała odpędzić.

– Nie mam pojęcia, jak się w tej sytuacji zachować…

– Pani. – Mężczyzna stanął przed nimi, zanim zdążyła dokończyć zdanie i skłonił się lekko. – Proszę wybaczyć, że zwracam się do pani, nie będąc jej przedstawionym, ale miałem zaszczyt udzielić pani wczoraj drobnej pomocy i chciałbym zapytać, czy odpoczęła już pani po podróży.

– Lord Revesby. – Phoebe spoglądała na niego jak wytrącona z równowagi kwoczka, która nie może się zdecydować, czy nastroszyć piórka na widok lisa, czy od razu uciekać z przerażonym gdakaniem. – Dlaczego nie przedstawił się pan wczoraj mojej siostrzenicy, tylko czekał pan z tym do dzisiaj?

– Nie przedstawiłem się wczoraj, ponieważ pani siostrzenicy towarzyszyła jedynie pokojówka i uznałem, że byłoby to niewłaściwe. – Wydawał się zaskoczony pytaniem Phoebe, ale Laurel podziwiała spokojny, uprzejmy ton jego głosu. Bez wątpienia był doskonale wychowany. – Nie mogłem przedstawić się damie, z którą spotkałem się przypadkowo na drodze.

Ale mogłeś ją pocałować.

A potem nagle dotarło do Laurel, jak Phoebe go nazwała.

– Revesby? Giles Redmond? – Nic dziwnego, że wydawał się jej znajomy. To był Giles. Jej przyjaciel. Jej nemezis. Jaki odmieniony. Całkiem dorosły.

– Tak – przyznał i po raz pierwszy przyjrzał się jej otwarcie. Widziała, że zaczyna ją poznawać, choć kręciło jej się w głowie na skutek szoku. – Laurel? Lady Laurel Knighton?

– Tak. Co ty tutaj robisz? – Nie, Laurel twardo postanowiła, że nie zemdleje i nie podniesie głosu, choć stał przed nią mężczyzna, który zniszczył jej życie. Dlaczego wczoraj go nie rozpoznała? Głupie pytanie. Był już mężczyzną, nie chłopcem. Dorósł do tamtych zbyt wielkich uszu, stóp i nosa. Przestał być rachitycznym młodzikiem, teraz miał mocne kości i mięśnie. Bóg jeden wie, gdzie stracił również dawną niepewność i nieśmiałość. Ale przecież już wtedy to były jedynie zewnętrzne pozory – pod nimi krył się ktoś inny, młodociany libertyn, zdrajca i fałszywy przyjaciel.

– Mam tu prywatne sprawy do załatwienia. To przez ciebie musiałem kiedyś opuścić kraj, lady Laurel. Teraz, co stwierdzam z zadowoleniem, mogę jechać, dokąd chcę i kiedy chcę.

– A chcesz być akurat w Bath? – Czuła, że zabrzmiało to pogardliwie. Bath było pięknym miastem, co nie zmieniało faktu, że miało zasłużoną reputację miejsca dla osób w podeszłym wieku i chorowitych.

– Zapewniam cię, że moja obecność w tym mieście nie ma nic wspólnego z tobą. – Jego mina świadczyła, że wolałby połknąć osę. – Mój ojciec nie czuje się dobrze i przebywa tu na kuracji.

Phoebe chrząknęła, więc odwrócił się ku niej.

– Pani wybaczy. Jestem w pełni świadom, że nie zostaliśmy sobie przedstawieni.

– Ależ zostaliśmy, lordzie Revesby. – Pomimo otwartego antagonizmu między Laurel i hrabią, Phoebe wyglądała teraz na zachwyconą jego obecnością, a na jej twarzy pojawił się czarujący rumieniec. – Może pan tego nie pamiętać, ponieważ kiedy widzieliśmy się ostatnio, był pan jeszcze dzieckiem. Huśtałam pana na kolanie. Jestem lady Cary, ciotka lady Laurel. – Zachmurzyła się nieco. – Ale jak to możliwe, że rozpoznał pan w pijalni moją siostrzenicę, przecież podróżowała w woalce zakrywającej twarz.

Tym razem Laurel nie miała wątpliwości, że ta fala gorąca na twarzy to rumieniec. Czy Giles zdradzi, że w chwili nierozwagi podniosła woalkę, co on wykorzystał? Cóż, gdyby to zrobił, wyszedłby na libertyna, ponownie.

– To panią poznałem, lady Cary, choć nie z powodu dawnych spotkań. Muszę wyznać, że jechałem za powozem. Chciałem mieć pewność, że poznana w podróży dama dotarła bezpiecznie do domu. – Giles spojrzał bez uśmiechu na Laurel, po czym znowu zwrócił oczy na Phoebe. – Byłem dość blisko i widziałem, jak witała pani gościa na Laura Place.

– Jechałeś za mną? Po co, na litość boską? Może twoje libertyńskie skłonności nie minęły z wiekiem, milordzie – rzuciła ostro Laurel. Jej własne zachowanie poprzedniego dnia było zdecydowanie niewłaściwe, co jeszcze dodało jadu jej głosowi.

– Moje co? – Kilka głów odwróciło się w ich stronę, więc zniżył głos. – Dziewięć tak temu byłaś histeryczką, Laurel, i wygląda na to, że dzisiaj masz równie marne zdanie o mężczyznach, jak wtedy – stwierdził Giles jedwabistym głosem, pełnym tłumionego gniewu. – Zaopiekowałem się tobą wczoraj, kierowany bezinteresowną chęcią pomocy. – Ze spojrzenia, jakie jej rzucił, wywnioskowała, że nie zamierzał wspominać o tamtym pocałunku, jeżeli ona tego nie zrobi, ale tylko dopóki przystanie na zawieszenie broni. – Pojechałem za tobą, ponieważ miałem poczucie, że skądś cię znam. Gdybym cię rozpoznał, pogalopowałbym w przeciwnym kierunku, możesz mi wierzyć.

A tym bardziej nie pocałowałbyś mnie, jak sądzę.

To zachowanie współgrało z jej wiedzą o jego prawdziwym charakterze.

– Lordzie Revesby! – zawołała podenerwowana ich wrogością Phoebe. Laurel uświadomiła sobie, że kompletnie zapomniała o tym, gdzie są i kto może usłyszeć ich wymianę zdań. Panujące między nimi napięcie musiało być wyraźnie widoczne nawet dla osoby tak dobrodusznej, jak Phoebe i ciotka nie zamierzała go dłużej ignorować. – Laurel! Proszę, o co wam chodzi? Z pewnością nie o tę starą historię? Ojej, błagam was, nie róbcie tutaj scen. To byłoby fatalne dla twoich perspektyw, Laurel.

– Możemy wezwać portiera, żeby usunął stąd lorda – zauważyła Laurel. – Przecież nie życzyłyśmy sobie jego obecności.

Uśmiech Gilesa, jeśli to w ogóle był uśmiech, wyrażał niedowierzanie, że ktoś byłby zdolny do wyrzucenia go skądkolwiek siłą. Laurel świerzbiały palce, żeby zdzielić go w ucho, ale zacisnęła ręce na podołku i odgraniczyła się do odwrócenia wzroku, kiedy Giles skłonił się zdawkowo i szybkim krokiem ruszył do wyjścia.

– Nie sądzę, żeby ktoś zwrócił na to uwagę. – Phoebe rozejrzała się po sali i znowu usiadła. – Co za niefortunne spotkanie. Wszystko w porządku, kochanie? Dosłownie zjeżyłaś się i pomyślałam… To takie dawne dzieje…

– W idealnym porządku, ciociu, dziękuję. W końcu, jak sama zauważyłaś, minęło już dziewięć lat, odkąd widziałam Gilesa. Ten okropny człowiek nadal mnie drażni, ale po tak długim czasie powinnam to zwalczyć.

Giles zranił ją, zdradził jej przyjaźń i, co stwierdziła później z niemałym szokiem, złamał jej serce. Jak również wywołał ogromny skandal i pokrzyżował plany ich ojców na przyszłość.

– Czy chcesz wyjść, Laurel? Myślę, że on już sobie poszedł. Powinnyśmy wracać do domu. Mogę wezwać dla ciebie lektykę. A może spacer podziała uspokajająco?

– Z całą pewnością nie zamierzam zmieniać planów, żeby tylko unikać jednego mężczyzny. Nie dam się wyrzucić skądkolwiek przez Gilesa Redmonda. Zresztą jeżeli on pozostanie w Bath przez cały okres kuracji ojca, możemy natknąć się na niego w każdej chwili. Nie zamierzam uciekać, ilekroć się spotkamy. – Rzuciła na ciotkę spojrzenie z ukosa. – Jak dużo wiesz o tym, co się stało?

– Niezbyt wiele, list twojego ojca był taką tyradą, że trudno było doszukać się w nim sensu. Nie możemy rozmawiać na ten temat tutaj, prawda? – Phoebe energicznie wachlowała się dłonią. – Już wiem… wypijemy wodę i w drodze powrotnej zajdziemy do pasmanterii panny Pringles po plecionkę potrzebną mi do szamerowania. Przyda nam się przechadzka, a po powrocie do domu opowiesz mi wszystko w zaciszu saloniku, przy filiżance dobrej herbaty.

– Oczywiście. To było dziewięć lat temu, a ja miałam wtedy zaledwie szesnaście lat – odpowiedziała Laurel z uśmiechem, który miał wyrażać żal z powodu niefortunnego incydentu, który w tej chwili był już tylko zamierzchłą historią.

Uśmiech był niezwykle udany, pomyślała Laurel, pochwyciwszy swoje odbicie w jednym z luster wiszących wzdłuż ścian ponad listwą lamperii. Szczególnie, że wypowiedziała właśnie wierutne kłamstwo. Każde słowo, które zostało wypowiedziane tamtego dnia, każdy wyraz twarzy Gilesa, każdy bolesny cios, który poczuła, wszystko pozostawało nadal krystalicznie czyste w jej pamięci. Straciła nie tylko przyjaciela i sąsiada, straciła chłopaka, w którym się zakochała, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Co za szczęście, że nie wyszła za niego, zważywszy, że okazał się człowiekiem nie do przyjęcia.

Piekło i szatani.

Po wyjściu z pijalni Giles pomaszerował energicznym krokiem do pensjonatu ojca. Gdyby starszy pan odkrył, że Laurel Knighton przebywa w Bath w tym samym czasie co jego syn marnotrawny, pewnie szlag by go trafił. Wystarczy, że szlag trafił Gilesa, choć stan jego zdrowia był przecież bez zarzutu.

Żaden z nich nie wspominał o Laurel w korespondencji. Minął dobry miesiąc, zanim ojciec otrząsnął się z pierwszej furii spowodowanej fiaskiem planów ożenienia syna z posażną panną z sąsiedztwa. Potem wybuchł skandal, kiedy Giles odmówił postąpienia jak należy i poślubienia panny Patterson, która została tak śmiertelnie obrażona podczas tamtej ohydnej awantury z Laurel.

W końcu markiz Thorncote ochłonął na tyle, by móc napisać odpowiedź na formalny, grzeczny list Gilesa informujący o tym, że zgodnie z ojcowskim poleceniem usunął się sprzed jego oczu tak daleko, jak się tylko dało. Minęło sporo czasu, zanim epistoła syna dotarła do domu, ponieważ Giles, ku oburzeniu ojca, dołączył do świty kuzyna Theobalda płynącej do Portugalii, gdzie Theobald miał objąć placówkę dyplomatyczną na dworze w Lizbonie.

Ojciec odpowiedział zgryźliwie, że jego instrukcja „usunięcia się” oznaczała przeniesienie się do jednej z rodzinnych wiejskich posiadłości. Nikt poza niewdzięcznikiem o sztywnym karku nie odczytałby tych słów jako polecenie wyjazdu do strefy wojennej. Więc niech Giles z łaski swojej wraca niezwłocznie, jeśli nie chce popaść w jeszcze większą niełaskę u markiza. Jakby istniała jeszcze głębsza otchłań ojcowskiej niechęci, w którą mógłby wpaść!

Giles nie miał najmniejszej ochoty wracać do domu i to wcale nie z powodu upiornego zażenowania, złośliwych plotek, wściekłych lub mdlejących młodych dam, czy ojców żądających satysfakcji lub sięgających po pejcz. Napisał ojcu powściągliwą odpowiedź odmowną i zadomowił się w Lizbonie.

To była, co Giles przyznawał bez oporów, być może zbyt dramatyczna reakcja młodego człowieka na wyjątkowo nieprzyjemną sytuację. Wkrótce przekonał się, że życie w Lizbonie bardzo mu odpowiada. Szybko dojrzał i równie szybko stwardniał. A potem pewien spokojny dżentelmen, uważany powszechnie za oficera armii brytyjskiej pełniącego rolę łącznika z korpusem dyplomatycznym, okazał się kimś więcej i zwerbował Gilesa do wywiadu. Giles nie wyobrażał sobie nigdy, że mógłby się zaangażować w działalność szpiegowską, nie mówiąc już o ryzykowaniu życia za liniami wroga. A jednak okazało się, że robił to z przyjemnością i był w tym naprawdę dobry.

Teraz natomiast był wściekły. Najbardziej na siebie, że tak łatwo dał się wyprowadzić z równowagi Laurel. Fakt, że chuda jak patyk, pospolita, niezdarna jak świeżo upierzone pisklę dziewczyna zmieniła się w piękną młodą kobietę, z niezrozumiałych powodów tylko podsycał jego podły nastrój.

Stanął pod drzwiami eleganckiego pensjonatu i przez dobre pół minuty starał się uspokoić oddech, zanim sięgnął po kołatkę.

Otworzył mu mężczyzna w ciemnym ubraniu, roztaczający wokół siebie aurę dżentelmena w każdym calu. Wpuścił Gilesa do środka i zaprowadził po schodach na piętro, robiąc po drodze kilka niezbyt odkrywczych uwag na temat pogody. Na szczycie schodów zatrzymał się.

– Markiz zajmuje całe piętro – poinformował półgłosem. – Ma dzisiaj dobry dzień, o czym miło mi pana poinformować, milordzie. Jego podagra wyraźnie odpuściła, a oczekiwanie na pańskie odwiedziny podniosły go na duchu.

– Na ile poważny jest stan jego zdrowia? – zapytał Giles otwarcie. – Chcę usłyszeć prawdę, bez owijania w bawełnę.

– Pewnie zechce pan porozmawiać z lekarzem, który opiekuje się pańskim ojcem, milordzie, Ja ośmielę się tylko zauważyć, że stan markiza zawsze poprawia się wyraźnie, kiedy jest w dobrym humorze.

Innymi słowy, podagra była dość nieprzyjemna, ale reszta problemów kryje się w głowie, przetłumaczył sobie natychmiast Giles. Pozostawało tylko przekonać się, czy ojciec czekał z utęsknieniem na to, by przytulić potomka do piersi na znak wybaczenia, czy też raczej nie mógł się doczekać, by dać wyraz gromadzonej od dziewięciu lat dezaprobacie.

 

– Tędy, milordzie. – Właściciel pensjonatu zapukał do drzwi i otworzył je. – Lord Revesby, milordzie.