Dama w tarapatach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Louise Allen
Dama w tarapatach

Tłumaczenie:

Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY

19 czerwca 1815 – pole bitwy pod Waterloo

Była zdruzgotana i przerażona. Cofając się, wpadła w krzak dzikiej róży i natychmiast kolczaste gałązki oplotły ją niczym macki, powodując ból. Był tak dojmujący, że to musiało się dziać naprawdę. W głowie huczało jej tak donośnie, że nie była w stanie zebrać myśli, od chwili, gdy znalazła Geralda, czy raczej to, co po nim pozostało. Początkowo wydawało się, że jest cały, choć nieprzytomny, dopóki nie chwyciła go za ramię i nie odwróciła.

Krzyk rozsadzający czaszkę był nie do zniesienia. Powinna szybko wymyślić, jak się uwolnić z pułapki, jaką okazał się kolczasty krzak, ponieważ zbliżali się do niej czterej mężczyźni. Ścisnęła dłońmi skronie, aby móc się skupić, bo byli coraz bliżej. Usiany lejami po wybuchach błotnisty grunt i postrzępione pociskami artyleryjskimi zarośla nie stanowiły dla nich żadnej przeszkody. Tak mogło wyglądać piekło, więc oni muszą być demonami. Byli utytłani we krwi i w błocie, a z ich oczu wyzierało szaleństwo. Osaczali ją niczym sfora myśliwskich psów. Wiedziała, czego chcą i co jej zrobią, ale nie miała pojęcia, jak się nazywa ani co robiła, ani jak się tutaj znalazła, zanim zaczął się ten koszmar.

Otworzyła usta, aby ściągnąć pomoc, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Ludzie, jest tu kto?! Ratunku! Idźcie sobie! – rozpaczliwie wołała w myślach, niezdolna wypowiedzieć jednej głoski. Słyszała łomot własnego serca i śmiech mężczyzn oraz niezrozumiałe słowa, które do siebie wykrzykiwali.

Nagle pojawił się on – wielki, brudny, umazany krwią, z czarną twarzą pokrytą ciemnym zarostem. Istny diabeł. Biegł ku niej, roztrącając połamane gałęzie krzaków, grzęznąc w lepkim błocie. W jednej ręce trzymał szablę, w drugiej pistolet. Ryknął na demony, a one odwróciły się i rzuciły w jego kierunku. Jednego z nich zastrzelił i stał nad jego ciałem, czekając na atak pozostałych.

Zamknęła oczy. Otoczyła ją ciemność, w której tym głośniejszy był rozlegający się w jej głowie krzyk, który nie zdołał jednak wydostać się z jej gardła. Słyszała wrzaski demonów i ryk diabła. Ona będzie jego następną ofiarą. Nagrzeszyła i dlatego znalazła się w piekle.

– Otwórz oczy. Spójrz na mnie. Jesteś bezpieczna. Już ich nie ma – powiedział spokojnie, a w myśli dodał: tych bydlaków. Zatknął pistolet za pas, zakrwawioną szablę otarł o kępę trawy i wsunął ją do pochwy.

– Otwórz oczy – poprosił jeszcze raz.

Kobieta była wysoka i szczupła. Kasztanowe włosy sklejał brud. Była obsypana delikatnymi jasnoróżowymi płatkami kwiatów dzikiej róży. Wyglądały zjawiskowo pięknie na podartej, przemoczonej sukni i potarganych włosach. Długie rzęsy rzucały cień na blade policzki. Lekko rozchylonymi ustami pospiesznie chwytała powietrze, niczym złapane w sidła zwierzątko. Ten widok go poruszył, chociaż na wojnie niejedno przeżył i widział. Poruszył i zarazem wprawił we wściekłość.

– Zaraz cię wyplączemy – zwrócił się do kobiety głosem, jakim dodaje się otuchy rannym.

Ostre kolce drapały go po posiniaczonych i pociętych dłoniach. Ból, jaki przy tym odczuwał, przypominał mu, że po trzech dniach piekła jednak żyje. Kto by się spodziewał? Uwolniona kobieta nie zdołała stanąć prosto – chwiała się niepewnie na nogach. Dotknął wierzchem dłoni jej policzka, rozmazując na nim krew. Wzdrygnęła się, ale otworzyła oczy. Okazało się, że są duże i ciemnobrązowe.

– Jak ci na imię?

Patrzyła na niego tępo. Pomyślał, że nadal jest w szoku albo nie zna angielskiego. Zapytał więc po francusku, holendersku i niemiecku, ale nie doczekał się odpowiedzi.

– Nazywam się Adam Flint. Jesteś ranna?

Przynajmniej jej nie zgwałcili, ponieważ zjawił się w porę, aby temu zapobiec. Ściągnął go ich śmiech. Rozpoznał w nim dobrze mu znane szaleństwo, które po wdarciu się do obleganego miasta ogarnia żołnierzy na widok kobiet i dziewcząt, także dziewczynek. Niekiedy człowiek zdąży na czas, często jednak nie, jak na przykład w Badajoz.

Łapała pospiesznie powietrze. Uznał, że kobieta jest markietanką, ale nie mógł jej zostawić. Nawet jeśli jej mężczyzna żyje, to jej tu nie odnajdzie. Natomiast inni, owszem. Wziął kobietę na ręce i poczuł szarpnięcie bólu w prawym boku, który został zraniony końcem szabli. Rana zdążyła wcześniej zaschnąć, ale musiała się otworzyć, pomyślał, lecz nie zamierzał się tym przejmować. Po chwili kobieta zarzuciła mu ręce na kark i przytuliła się twarzą do jego piersi. Jest dość poręczna, uznał, klucząc pomiędzy porozrzucanymi zwłokami. Szczupła, ale nie chuda, krągła, ale nie bujnych kształtów. W innych okolicznościach jej bliskość sprawiałaby mu przyjemność, ale nie dzisiaj i nie tutaj.

Dotarł do swoich podkomendnych, którzy tymczasem zdążyli się przygotować do odjazdu. Czekali na niego, oddalił się bowiem w poszukiwaniu ostatniego brakującego kolegi.

– Dopisało panu szczęście, majorze? – zapytał sierżant Hawkins.

Siedział na wozie, który służył do transportu amunicji, a nie ludzi, lecz innym nie dysponowali. Dobrze, że chociaż ten udało im się naprawić. Ujrzawszy, kogo przyniósł dowódca, sierżant uniósł ze zdziwienia prawą brew. Lewej nie miał od dawna, utracił ją, kiedy koło niego eksplodowało artyleryjskie działo.

– Jakes nie żyje – oznajmił Flint, co zostało przyjęte przekleństwami z głębi wozu. – Pogrzebałem go – dodał, choć jedynie spuścił ciało do leja pozostałego po wybuchu pocisku armatniego i zasypał ziemią. Trudno to nazwać pogrzebem, nawet jeśli rzecz dotyczyła kogoś tak mało znaczącego jak Jakes, ale przynajmniej jego zwłoki nie będą zbezczeszczone przez szabrowników.

– W takim razie możemy jechać. – Hawkins wiedział, że major nigdy by nie zostawił żywego żołnierza na polu bitwy. Szukałby go, dopóki istniał cień nadziei, że wciąż tli się w nim iskierka życia. – Posuń się, Hewitt! Dla wszystkich ma starczyć miejsca. – Spojrzał na kobietę. – Nie nasza.

– Nie – potwierdził major. Ich markietanki były bezpieczne w Roosbos, gdzie biwakowali przed dyslokacją do Quatre Bras, zarządzoną przed trzema dniami. Flint policzył głowy. – Trzynaście. – Stracił rachubę, ilu rannych zdążyli przetransportować do miasta, a ilu zabitych pochować.

– Tak jest, trzynaście, włącznie z nami, majorze. – Hawkins prowadził dokładne rachunki. – Ona jest ranna?

– Czy ja wiem? Żadnej rany nie widać. Nic nie mówi. Znalazłem ją osaczoną przez bandę dezerterów.

Hawkins znowu uniósł jedyną brew. Wiedział, co może spotkać osamotnioną kobietę po bitwie.

– Nie. – Flint przecząco pokręcił głową. – Zdążyłem na czas.

– Czyli nie napadną już żadnej kobiety – orzekł Hawkins i nawet nie zapytał, z ilu ludzi składała się owa banda. Widział majora w podobnych okolicznościach. – Ciekawe, czy okaże panu więcej wdzięczności niż to ostatnie stworzenie, które pan przygarnął, majorze.

Tym stworzeniem był pies. Flint żywił nadzieję, że wielka kudłata bestia przeżyła bitwę bez szwanku. Boże, pomyślał, ależ muszę być wykończony, skoro staję się sentymentalny.

– Najciężej rannych upchnąłem na wozie. Llewellyn i Hodge pójdą na nogach, ale i tak nie ma jej gdzie posadzić.

Flint zlustrował wnętrze wozu.

– Potts, poradzisz sobie z prowadzeniem konia jedną ręką. Wsiadaj na mojego, ja pójdę piechotą, a kobietę posadzimy na twoim miejscu – zdecydował.

Żołnierz zaklął, bo zeskakując na ziemię, uraził się w ranne ramię. Pozostali się przesunęli. Kobieta nie chciała jednak usiąść obok żołnierzy. Flint nie mógł jej w żaden sposób od siebie oderwać. Zastanawiał się, skąd w tak kruchej istocie tyle siły.

– Wiem, nie wyglądają najlepiej, ale to dobre chłopaki, nie zrobią ci krzywdy – próbował ją przekonać.

– To na nic, majorze. Ona jest śmiertelnie przerażona widokiem rannych. Opatrzyliśmy Jimmy’ego najlepiej, jak mogliśmy, ale i tak jego stan może budzić grozę w każdej kobiecie.

Jimmy leżał na dnie wozu nieprzytomny i chyba jedyną łaską, jaką mógł obdarzyć go los, byłaby śmierć bez przebudzenia. Major tracił resztki cierpliwości, ale zachował spokój.

– Potts, wracaj na wóz. Wezmę ją na siodło.

Powinni się pospieszyć. Im prędzej wrócą do miasta, tym będą mieli większą szansę na dowiezienie żywych, z wyjątkiem Jimmy’ego, który przynajmniej umrze otoczony kolegami. Zabijaki Randalla nie opuszczają kolegów, dopóki tli się w nich iskierka życia.

Pottsa z powrotem wciągnięto na wóz. Hawkins postawił na nogi obu chodzących rannych, sam chwycił za uzdę przyprzęgniętej do dyszla chabety i ruszyli. Tymczasem Flint zastanawiał się, jak dosiąść konia z kurczowo uwieszoną u szyi kobietą. W końcu wykorzystał wrak rozbitego wozu, po którym wspiął się na konia jak po schodkach.

Od Brukseli dzieliło ich dwanaście mil. Dla konnych baterii to żaden dystans, dla piechurów też nic specjalnego, gdyby nawierzchnia drogi była w dobrym stanie. W zaistniałych okolicznościach pokonanie owych dwunastu mil zajmie im na pewno wiele godzin.

Działa ze zdrowymi żołnierzami ściągnięto z pola bitwy wcześniej. Flint uzmysłowił sobie, że od połowy poprzedniego dnia nie widział Randalla. Nie meldowano mu, żeby pułkownik był ranny albo zabity. Nie miał też pojęcia, co z Bartlettem, ale o niego się nie martwił, przekonany, że zabrał się na lawecie i dojechał do miasta, popijając wino. Bartlett zawsze potrafił znaleźć przyzwoite wino. Może i pies jest z nimi, pomyślał, i czeka, żeby go ktoś nakarmił.

Tyle, jeśli chodzi o oficerów i zarazem dżentelmenów. On, oficer, lecz nie dżentelmen, bastard w każdym sensie tego słowa, został na polu bitwy, żeby pozbierać rannych.

 

– Jak ci na imię? – odezwał się uczepionej do niego kobiety. – Votre nom? Wat is je naam? Wie ist dein Name? – Nie doczekawszy się odpowiedzi, dodał: – Ja nazywam się Adam Flint. – Z włosów nieznajomej sfrunął różany płatek, musnął jego dłoń i spadł w błoto. – Dobrze, dla mnie będziesz Różą.

Wlekli się noga za nogą. Tempo było uzależnione nie od idących piechotą dwóch rannych żołnierzy, lecz od chuderlawej szkapy, która ciągnęła wóz. Bóg jeden wie, skąd Hawkins ją wytrzasnął, pewnie ukradł jakiemuś chłopu. Konie były wielkim rarytasem. Zaprzężenie wierzchowca Flinta do wozu nie wchodziło w grę; ogier imieniem Stary Nick rozniósłby wóz na drzazgi. Nadawał się do walki, a nie do dyszla.

Na drodze ruch jak na Piccadilly, pomyślał sarkastycznie major. Z tą różnicą, że na Piccadilly nie było błota po kolana ani wypełnionych wodą głębokich kolein. A i publiczność była inna. Tutaj wlekły się oddziały wymęczonych żołnierzy, a prymitywne wózki zwoziły do miasta jęczących z bólu rannych. Nad przewalającą się drogą masą ludzką usiłowali panować oficerowie w brudnych i podartych, niegdyś eleganckich mundurach. Decydowali, którędy mają iść ludzie, a którędy jechać wozy. Na poboczach leżeli ci, którzy dłużej iść nie byli w stanie i umierali tam, gdzie się zatrzymali, wśród ciał zmarłych wcześniej towarzyszy i padłych koni. Zwłoki ludzkie i końskie szybko puchły i czerniały od gorącego, wilgotnego powietrza. Obezwładniający smród dławił w gardle i w nosie.

Na szczególnie trudnym odcinku Flint wyjął stopy ze strzemion, żeby dwaj idący obok konia artylerzyści mogli uchwycić się zwisających rzemieni i nie utonęli w błotnistej mazi. Stary Nick nic sobie nie robił z dodatkowego obciążenia. Ten wypróbowany sposób stosowano często, aby wydostać ludzi z pola walki, gdy należało zrobić to szybko.

W końcu dobrnęli do wioski Waterloo, zapełnionej tłumem. Na stopniach kościoła stał duchowny przerażony widokiem stosu ciał do pogrzebania, a wciąż przybywały nowe. Po drugiej stronie uliczki jakiś człowiek wypisywał kredą nazwiska na drzwiach, na których transportowano rannych starszych oficerów. Flint odczytał najbliższe nazwisko: Ponsonby. Cholera, szkoda człowieka. Miał nadzieję, że ów Ponsonby przeżyje.

Hawkins cudem wyprowadził ich orszak z wioski na drogę do Brukseli. Mogli jechać dalej.

– Różo?

Nie drgnęła. Twarz miała wciąż ukrytą w strzępach jego munduru. Flint nie pamiętał, kiedy ostatni raz się mył. Musiał cuchnąć potem, prochem, dymem, brudem i krwią. Pociągnął nosem. Ona też nie pachniała najlepiej. Pochylił głowę, niemal wetknął nos w jej potargane włosy. Musiała je wymyć przed bitwą w naparze z ziół i do płukania dodać soku z cytryny. Wyobraził sobie, jak nuci, przygotowując napar, a potem myje głowę nad wiadrem pomiędzy namiotami i rozczesuje na powietrzu wilgotne włosy.

– Co pan z nią zrobi, majorze?

Z zamyślenia wyrwał Flinta uczepiony do strzemienia Peters. Wzniesione na majora niebieskie przekrwione oczy błyszczały niezdrowo w umazanej brudem twarzy.

– Nie wiem. Powinna się nią zająć jakaś kobieta, ale te wieśniaczki i tak mają pełne ręce roboty.

Nie potrafił niczego wymyślić. Rozcięty bok zaczynał mu porządnie dokuczać. Wszystkie stłuczenia i draśnięcia też dawały o sobie znać, w brzuchu burczało z głodu, uda ścierpły. Był odpowiedzialny za ludzi, których musi dostarczyć do Brukseli raczej żywych niż martwych, i tego dopilnuje. Co pocznie z kobietą? Tego nie wiedział.

– Za parę mil będziemy mijali żeński zakon – zauważył Peters. – Tam ją można zostawić.

Ucieszony perspektywą pozbycia się kłopotu, Flint ponownie spróbował nawiązać rozmowę z nieznajomą.

– Zostawimy cię w zakonie, Różo. Będzie ci tam dobrze, siostry się tobą zaopiekują. – Nie zareagowała. Czyżby była również głucha?

– Jimmy nie żyje, majorze! – zawołał z wozu Potts.

Cholera. Jimmy był w przeszłości złodziejaszkiem, ale ostatnio doskonałym artylerzystą. Koszt tej bitwy był przerażający. Zostawią Jimmy’ego w klasztorze. Siostry go pochowają na swoim cmentarzu, dawny złodziejaszek znajdzie się najbliżej nieba ze wszystkich poległych Zabijaków Randalla.

– Odpoczynek w klasztorze – zarządził i uśmiechnął się, słysząc niewybredne żarty, jakie wiadomość ta sprowokowała na wozie.

– Różo… zsiadaj… siostry… tu bezpiecznie…

Diabeł coś do niej mówił, ale słowa zlewały się w jej głowie w niezrozumiały bełkot, na dodatek zagłuszany przez wciąż niemilknący krzyk. Mimo to starała się słuchać i rozumieć. Udało się jej unieść głowę i skupić wzrok. Jeden z obdartych zakrwawionych maszkaronów podszedł do bramy w wysokim murze. Rozległ się dzwonek. Z otworu wyfrunęło stado czarnych wron, wymachując rękami, nie skrzydłami. Jedna zbliżyła się do niej, wyciągnęła ku niej wyblakłe długie szpony.

Pauvre petit

Róża jeszcze silniej wczepiła się w diabła. On nie pozwoli, żeby ją zadziobały. Już mają jednego nieżywego, zakrwawionego i bezwładnego. Niosą go do bramy. Wygląda jak Gerald, tyle że ma twarz. Rozdziobią go, wydziobią mu oczy… Trzymała się kurczowo rzemienia przecinającego plecy diabła. Nie… nie… chciała zawołać, ale żaden dźwięk nie wydostał się z jej gardła.

Diabeł wzruszył ramionami. Wrony zakrakały, załopotały skrzydłami. Ruszyli. Ona i diabeł na wielkim czarnym koniu rodem z piekła. Diabeł odezwał się głębokim głosem, który rezonował w jego klatce piersiowej. Mówił prosto do jej ucha. Tym razem zrozumiała:

– I co ja mam z tobą począć, Różo?

Kim jest ta Róża? Przecież ona nią nie jest. To wie na pewno. Ma na imię… uciekło jej. On mówi, że ma na imię Adam, ale to niemożliwe. Imię diabła brzmi Belzebub, Lucyfer, Szatan. Takie imiona nosi diabeł. Dlaczego nie jest gorący? Powinien parzyć, a jest zaledwie ciepły. Miała wrażenie, że obejmuje pień dębu – takie twarde są jego uda i pierś. A oczy niebieskie jak płomienie liżące drewnianą kłodę na palenisku. Śmierdzi krwią, dymem i siarką.

Czy odważyłaby się zasnąć? Dawno nie zmrużyła oka. Przypomniała sobie jak przez mgłę, że była na balu, a następnej nocy nie mogła spać. Leżała w ramionach Geralda, głaskała go po włosach, próbowała dodać mu otuchy. Ile czasu upłynęło od tamtej pory? Były dwie bitwy i burza z piorunami… Skąd wzięłam się na balu? Kim był Gerald?

Czy zdoła zasnąć, skoro w głowie wciąż słyszy krzyk? Przywarła ściślej do diabła. On zapewni jej bezpieczeństwo. To bez sensu, ale nic już nigdy nie będzie miało żadnego sensu. Z jej winy, bo nagrzeszyła.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Wszelki duch Pana Boga chwali! – Przepasana przyprószonym mąką fartuchu Maggie Moss podparła się pod boki, stając w progu. – Cóż to za oberwańcy pukają do naszego przyzwoitego domu noclegowego!

– Wiem, przedstawiamy obraz nędzy i rozpaczy. – Flint udawał, że nie dostrzega łez wzruszenia spływających po policzkach Maggie, której widok podziałał na niego kojąco. Dom jawił się jako oaza normalności w krainie chaosu, z której powracali. – Znajdzie się dla nas miejsce? Jest nas dwanaścioro. Sierżant Hawkins, dziewięciu żołnierzy, ja i Róża.

– Jasne. Zadbałam o to, odprawiałam z kwitkiem wszystkich kwatermistrzów, którzy się tu kręcili. Ten dom jest dla Zabijaków Randalla i nikogo więcej. Moss! Gdzież on jest? Chodźże no! Nanoszą mi błota albo i czegoś gorszego na podłogi. Co to była za kanonada! Aż tu było słychać!

Poprowadziła rannych do kuchni, gderając jak matka, która uspokaja dziecko, że nie ma powodu mazać się z powodu rozbitego kolana.

Z głębi domu przykuśtykał jej mąż. Zamiast jednej nogi, miał drewnianą protezę. Służył przez trzy lata jako sierżant pod Flintem, dopóki armatnia kula nie okaleczyła go pod Badajoz. Maggie przeszła wraz z nim przez piekło kampanii na Półwyspie Pirenejskim, a kiedy zapanował pokój i Anglicy zaczęli napływać do Brukseli, oboje też tu przybyli i otworzyli dom noclegowy.

– Wymościłem siennikami przybudówkę – oznajmił Moss. – Jest tam przewiewnie i sucho i nie trzeba wchodzić po schodach. Nie będzie tłoku – dodał po cichu do Flinta. – Jest ich mniej, niż się spodziewałem. Tylu was zostało, czy też może tylko tylu macie rannych?

– Mogło być gorzej, mogło też być lepiej. Przywiezioną wcześniej partię rannych rozmieściliśmy w szpitalach i zakonach. Hawkins, pomożesz? – Major zwrócił się do sierżanta. – Chciałbym wreszcie uwolnić ręce.

– My panu pomożemy, majorze – powiedział Moss. – Hawkins, w kotle jest gorąca woda, dopilnuj, żeby ludzie się pomyli, a jak będą czyści, popatrzymy, co któremu dolega. Na podwórzu jest pompa, niech któryś przyniesie wody do picia.

– Za mną, majorze – poprosiła Maggie. – Hawkins i Moss dadzą sobie radę bez nas. – Idziemy na górę. Jak się ma pański bra… – ugryzła się w język – pułkownik Randall?

– Dobrze, o ile wiem, ale Gideon nie żyje. Zginął pod Quatre Bras rozsiekany francuskimi szablami – odparł Flint. Młodszy przyrodni brat był oficerem kawalerii. Nie brakowało mu odwagi, ale rozumu miał tyle co kuropatwa w sezonie polowań, pomyślał z goryczą. Gideon nie powinien przejmować dowództwa baterii, a on, Flint, jest głupcem, że czasami myśli, iż mógł zapobiec jego śmierci.

– Przykro mi. Biedny chłopak. Był taki młody.

– Mało go znałem.

Flint stronił od Gideona Latymora aż do ostatniej chwili. Zarozumiały młody oficer też nie chciał mieć nic wspólnego z jednym z licznych bękartów swojego ojca, nawet jeśli starszy brat, lord Justin Randall, z sobie tylko znanych powodów pomagał mu w karierze. W rzeczywistości Adam nie zabiegał o pomoc Randalla, który był jego dowódcą; uważał, że ich wzajemne relacje powinny się ograniczać do kontaktów służbowych.

– Na lewo, do pańskiego dawnego pokoju – powiedziała Maggie.

Więcej nie zapytała o Gideona, ale Flint po jej minie poznał, że swoją obojętnością sprawił jej zawód, co odczuł niczym ukłucie bagnetem.

– A ta, co za jedna? – zapytała Maggie, gdy weszli do pokoju i mogła lepiej się przyjrzeć młodej kobiecie, wciąż kurczowo uczepionej majora.

– Pojęcia nie mam. Znalazłem ją po bitwie. Napadła na nią banda dezerterów.

– Skrzywdzili ją?

– Nie zdążyli, lecz nie jest z nią dobrze. Nie mówi, chyba nic nie rozumie w żadnym języku, a na dodatek nie chce mnie puścić.

– Chodź, moja kochanieńka. Tu będziesz bezpieczna. Zaopiekuję się tobą – przemówiła łagodnym tonem Maggie.

Musieli odpiąć pas Flinta i zdjąć z niego kurtkę, by oderwać od jego piersi młodą kobietę, po czym podprowadzić ją do łóżka znajdującego się w przyległej do pokoju garderobie. Położyła się i skuliła.

– Tu będzie ciszej i przytulniej – uznała Maggie. – Biedne małe stworzenie.

– Nie takie małe. – Flint rozprostował zdrętwiałe ramiona.

Młoda kobieta nie była chuderlawym podlotkiem, a jednak wydawała się krucha i bezbronna. Na myśl o tym, co mogło ją spotkać, major poczuł ukłucie w sercu. Cholera, pomyślał, staję się sentymentalny z powodu jednej zabłąkanej kobiety. Prawdopodobnie towarzyszyła wojsku, odkąd ukończyła szesnaście lat, i była jak nie z jednym, to z innym żołnierzem.

– Przyniosę wodę, to ją umyjesz – zaproponował Maggie. To babska robota i dzięki Bogu, że jest ktoś, kto może ją wykonać, uznał. Poza tym tylko ona ma szansę nawiązać kontakt z tą przerażoną nieznajomą.

Wyciągnął blaszaną wannę ze schowka na półpiętrze. Ostatnim razem korzystał z niej przed balem u księżnej Richmond, na który poszedł na rozkaz Randalla. Zapamiętał jego słowa: „Doprowadź się do porządku i choć raz spróbuj sprawiać wrażenie dżentelmena”.

Moss i Maggie ostrzygli go i ogolili, wlali mu do kąpieli pachnące olejki, a potem skropili go wodą kolońską i pomogli się wbić w rzadko używany paradny mundur. Szedł na bal jak na skazanie, ale warto było chociażby po to, by zobaczyć minę Justina, kiedy dostrzegł go w kącie salonu otoczonego damami, które, nie bacząc na jego chmurną minę, wdzięczyły się do niego i bez żenady spozierały na jego obcisłe spodnie. „Dawno nie widziałem cię tak domytego” – zauważył z przekąsem Randall. Flint się uśmiechnął, świadomy, że wówczas do złudzenia przypomina brata. „Obawia się pan, pułkowniku, że mu sprzątnę sprzed nosa jakąś damę?”. Potrafił to. Obaj o tym wiedzieli od czasu kampanii na Półwyspie Iberyjskim. Naturalnie, Randall nigdy nie zniżyłby się do okazania zazdrości, a własne romanse otaczał jak największą dyskrecją.

Flint zaniósł wannę do sypialni i zszedł na dół po wodę. Moss opatrywał w kuchni najciężej rannych, a ci, którzy mogli utrzymać się na nogach, rozebrani do naga myli się na podwórzu pod czujnym okiem Hawkinsa.

 

– Posłałem gońca do dowództwa, panie majorze, żeby wiedzieli, gdzie się zatrzymaliśmy – poinformował sierżant. – Poprosiłem też o przysłanie chirurga, ale myślę, że bez niego się obejdziemy. Chłopcy czyszczą i opatrują sobie nawzajem rany. Maggie przygotowała mnóstwo bandaży i maści. O ile który nie utracił za dużo krwi i jeśli nie dojdzie do infekcji, wyliżą się bez pomocy doktora. A co z tą kobietą?

– Nazwałem ją Różą. Maggie się nią zajmuje. To nie nasza sprawa. – Flint zaczął ściągać ubranie. – Hawkins, też się rozbierz, zobaczymy, jak tym razem cię podziurawili.

– Jestem cały. – Hawkins rozebrał się i sięgnął po mydło. – Śmierdzę jak czyściciel kloacznych dołów, ale nie mam nawet zadrapania. – Spojrzał na ciętą ranę majora. – To trzeba dobrze oczyścić – zauważył.

Żołnierze skończyli ablucje i owinięci dla przyzwoitości kawałkami prześcieradeł, pokuśtykali do przybudówki, która miała być ich sypialnią.

– Kładźcie się i odpoczywajcie – rozkazał Moss, któremu przypomniały się dawne czasy, kiedy był sierżantem. – Przyniosę wam wody i jakiejś zupy, a tę waszą cuchnącą bieliznę dziewczyna wrzuci zaraz do kotła i wygotuje.

– Ty też odpocznij. – Flint zwrócił się do Hawkinsa. – Masz się położyć, to rozkaz.

– Pan też niech się kładzie, majorze.

– Zamierzam.

Żyjemy, a setki nie przeżyły, pomyślał Flint. Teraz, kiedy nie ma już nic do roboty, można wyłączyć wszystkie zmysły, zamknąć oczy i zasnąć. Bezpośrednio po bitwie byłoby to zbyt ryzykowne. Owinął się ręcznikiem, zebrał swoje ubranie.

– Jestem na górze, jakby mnie kto potrzebował.

Drzwi do garderoby były zamknięte. Wanna z brudną wodą stała w sypialni, na podłodze walały się brudne ręczniki. Dobrze, że Maggie udało się wykąpać Różę, miała przy tym okazję sprawdzić, czy nie jest ranna. Flint wyniósł wannę na podwórze, opróżnił ją, po czym umieścił w schowku na półpiętrze. Wreszcie mógł się wyciągnąć. Zrzucił ręcznik, wsunął się pomiędzy prześcieradła i natychmiast zapadł w głęboki sen.

Było widno, miękko i cicho. W głowie wciąż rozlegał się krzyk, ale tak słaby, że nie zagłuszał rytmicznego chrapania, przypominającego mruczenie wielkiego kota. Coś ją obudziło. Czyjeś kroki? Jakieś głosy? Cokolwiek to było, ucichło.

Otworzyła oczy. Jak biało. To chmury? Jest w niebie? Nie, przykrywa ją puszysta biała pierzynka, pod sobą ma białe prześcieradło, a przed oczyma pobieloną wapnem ścianę. Leży w łóżku w bardzo czystym małym pokoiku.

Usiadła i zauważyła, że ktoś przebrał ją w białą koszulę nocną. Pamiętała, że kąpała ją pulchna kobieta o wielkich dłoniach i łagodnym głosie. Mówiła coś do niej, czego nie rozumiała, ale działało uspokajająco. Całe ciało miała obolałe, jak gdyby przeszła setki mil, ale przecież tak nie było.

Gdzie jestem? Daleko był jej dom, a w nim otaczały ją życzliwe twarze. Miała piękną suknię i była na balu. Całowała się z mężczyzną. Potem był namiot, padał deszcz, grzęzła w błocie ogłuszona niemożliwym do wytrzymania hukiem. Potem chodziła, szukała i była coraz bardziej przerażona… Krzyk w głowie nasilił się do tego stopnia, że stał się obezwładniający. Obrazy znikły, a ona opadła na poduszkę i wtuliła w nią głowę. Po dłuższej chwili krzyk ucichł na tyle, że znowu była w stanie zebrać myśli.

Przypomniała sobie, jak osaczyły ją demony, a za nimi pojawił się diabeł i zabrał ją oraz wszystkie potępione dusze do piekła. Wiózł ją na wielkim czarnym koniu, a ona czuła się przy nim bezpiecznie, chociaż był diabłem. To on przywiózł ją tutaj, do przyjacielskiej kobiety, ciepłej wody i cichego pokoiku.

Wszystko to bez sensu, bo to miejsce na pewno nie jest piekłem, chyba że czeka ją jakieś okrutne rozczarowanie. Może gdyby otworzyła drzwi, ujrzałaby płomienie i usłyszała szyderczy śmiech pomagierów diabła. Może to chrapanie, które dobiega zza ściany, wydobywa się z gardzieli stróża piekielnych czeluści, psa Cerbera? Poczuła, że musi wstać za potrzebą. Jak to jest? Przecież ktoś, kto nie żyje, nie potrzebuje nocnika. Zatem to dobry znak. Zwlekła się na uginających się kolanach do kąta za parawanem i wyszła stamtąd znacznie pewniejszym krokiem.

Ruszyła ku drzwiom, musiała zobaczyć, co się za nimi znajduje. Otwarły się bez skrzypnięcia i ujrzała biało urządzony pokój. Przez muślinowe firanki sączyło się poranne światło, a jedyne płomienie, jakie dostrzegła, były bezpiecznie zamknięte w kloszach nisko przykręconych olejowych lamp. Zauważyła zimny kominek, szmaciany dywanik, fotel i łóżko. W łóżku leżał on – diabeł. Chrapał i ten dźwięk ją obudził.

Stanęła nad śpiącym i zaczęła mu się przypatrywać. Spod prześcieradła wystawały barki i jedno ramię – dobrze umięśnione, opalone na brąz, posiniaczone, poznaczone starymi bliznami i świeżymi ranami. Twarz pokrywał ciemny zarost, opadłe na czoło brązowe włosy częściowo zakrywały bliznę na czole. Nos był wydatny, prosty. Śpiący człowiek powinien sprawiać wrażenie bezbronnego, tymczasem ten wyglądał groźnie i zarazem wspaniale.

Diabeł, jej wybawiciel. Uratował ją, należała więc do niego i powinna być przy nim, pomyślała. Wślizgnęła się pod przykrycie. Spodziewała się, że obudzi go ruch wypełnionego pierzem materaca, ale on tylko wymamrotał coś przez sen i przygarnął ją ciężkim ramieniem. Był nagi i rozgrzany snem; poczuła się przy nim bezpiecznie. Chrapanie zagłuszało krzyk, który wciąż dźwięczał jej w głowie. Zamknęła oczy i zasnęła.

– Róża? Do diabła, co ty wyrabiasz?!

Róża? Do kogo on mówi? Mocniej przytuliła się do krzepkiego nagiego ciała, rozgrzanego snem, dającego poczucie bezpieczeństwa. Po chwili diabeł poruszył się gwałtownie, otworzyła więc oczy i spostrzegła, że się w nią wpatruje.

Dziwne, ale wcale się go nie bała. Byli sami w pokoju, to ona więc musiała być ową Różą, do której zwrócił się gniewnym tonem. Czemu on się złości? Przecież nic takiego nie robi, jest tu, gdzie powinna być. Położyła mu dłoń na piersi, poczuła, jak spokojnie bije jego serce. Bardzo przystojny jest ten jej pokiereszowany, upadły anioł. Myślała, że anioły nie mają płci, a jeśli już, to są rodzaju żeńskiego oraz czyste i jasne. Ten jest ciemny i bardzo męski. Kiedy na niego patrzyła, jej myśli wędrowały ku sprawom cielesnym, tajemnym i grzesznym.

– Różo, wracaj do siebie. Nic ci w tym domu nie grozi. – W tym domu nie, pomyślał, ale w moim łóżku wcale nie jest to takie pewne.

Przecząco pokręciła głową.

– Rozumiesz, co mówię? Jesteś Angielką?

Kolejny znak głową, tym razem potakujący.

– W takim razie odezwij się, kobieto!

Rozłożyła bezradnie ręce w geście mówiącym „chciałabym, ale nie mogę” i pokręciła głową. Kiedy na polu bitwy znalazła Geralda, chciała krzyczeć, lecz żaden dźwięk nie wyszedł z jej gardła. Wszystkie dźwięki, słowa, zdania tkwiły głęboko w jej wnętrzu i nie chciały się stamtąd wydobyć. Diabeł chyba zrozumiał, bo zapytał:

– Nie możesz, tak? Szkoda. Pamiętasz mnie? Jestem Adam Flint.

Przytaknęła ruchem głowy.

Czuła pod palcami jego mocno bijące serce. Szeroka klatka piersiowa wznosiła się i opadała. W pewnej chwili uzmysłowiła sobie, że on jest istotą ludzką, nie diabelską, a ona sama żyje i za wszystkie swoje grzechy, których nie potrafiła sobie szczegółowo przypomnieć, nie znalazła się w piekle, lecz przez nie przeszła i to on wskazał jej drogę wyjścia. Uśmiechnęła się. Poczuła się dziwnie, ponieważ nie uśmiechała się od wielu dni, a może tygodni…

Adam przykrył jej dłoń swoją dłonią.

– Różo, wracaj do siebie – powiedział, a ponieważ się nie poruszyła, dodał: – Skoro ty nie chcesz, to ja się przeniosę, a jestem nagi jak mnie Pan Bóg stworzył.

W jakiś sposób dotarło do niej, że powinna zareagować, okazać lęk, ale się nie przestraszyła. Była ciekawa, jak on wygląda. Jak wygląda nagi mężczyzna? Czy to znaczy, że nie sypiałam z mężczyzną?