Mali mężczyźniTekst

Z serii: Małe kobietki #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wydaje mi się, jakbym to umiał przeczytać – rzekł Nat, który przeglądał leżącą tam książkę.

– Przeczytaj kawałek, ja ci pomogę – odezwał się Tommy, przejęty swą wyższością, i gdy Nat przebrnął jako tako przez jedną stronicę, zapewnił go, że wkrótce będzie nie gorzej czytał od innych. Następnie gawędzili po koleżeńsku, siedząc w tak zwanym gnieździe na wierzbie.

– To nasze gospodarstwo – rzekł Tommy, wskazując na zasiane łany po drugiej stronie strumyka. – Dostajemy po kawałku gruntu i obrabiamy go według woli. Różne są rzeczy do wyboru, ale zmieniać nie można, póki ziemia nie wyda plonów.

– Co żeś ty wybrał na ten rok?

– Fasolę, bo najłatwiejsza do hodowania.

Nat nie mógł się powstrzymać od śmiechu, gdy Tommy zsunął kapelusz na tył głowy, ręce włożył do kieszeni i żywcem naśladował parobka Silasa.

– Nie masz się z czego śmiać: fasola jest dużo łatwiejsza niż pszenica lub kartofle. Przeszłego roku odważyłem się na melony, ale i uprawa ziemi bardzo była kłopotliwa, i owoce nie chciały dojrzewać do samych mrozów. Wszystkiego miałem tylko jeden melon i dwa arbuzy – rzekł Tommy.

– Pszenica ładnie wygląda, jak rośnie – odezwał się Nat.

– Prawda, ale trzeba ją często skopywać; tym czasem fasolę skopiesz raz lub dwa, a jednak prędko dojrzewa. Wypróbuję ją w tym roku; pierwszy się z tym odezwałem, więc mi służyło prawo. Nadziany także miał ochotę na fasolę, ale po namyśle wybrał zwyczajny groch, gdyż trzeba go tylko obrywać. Niechaj obrywa, kiedy go tak dużo je.

– Ciekawy jestem, czy ja także dostanę kawałek gruntu? – rzekł Ned, któremu nawet najcięższa praca koło uprawy ziemi sprawiałaby żywą uciechę.

– Ma się rozumieć, że dostaniesz – zawołał z dołu pan Bhaer, który wracając z przechadzki, poszedł ich tam poszukać, miał bowiem zwyczaj co niedzielę pogawędzić z każdym z chłopców, żeby mu dać podniet do pracy na następujący tydzień.

Sympatia jest dobrą rzeczą i w Plumfield dokonywała cudów: ponieważ chłopcy mieli przekonanie, że ojca Bhaera szczerze obchodzą, otwierali przed nim skorzej serca niż przed kobietą. Starsi bardzo lubili rozmawiać z nim o swych nadziejach i zamysłach, jak mężczyźni z mężczyzną, zwracając się instynktownie w razie choroby lub zmartwienia do pani Jo, której znów malcy spowiadali się ze wszystkiego, jak przed matką.

Tommy spuszczając się z gniazda, wpadł do strumyka, ale przyzwyczajony do tego, podniósł się z zimną krwią i poszedł do domu, by obeschnąć. Nat pozostał więc sam na sam z panem Bhaerem, który ujął go sobie zupełnie, gdyż darował mu kawałek gruntu do uprawy i tak poważnie mówił o spodziewanych plonach, jakby utrzymanie całego domu od nich zależało. Natowi dużo nowych i pożytecznych myśli przychodziło do głowy, a przyjmował je z taką skwapliwością, jak spragniona ziemia pochłania ciepły deszczyk wiosenny. Przez cały czas wieczerzy rozważał słowa zacnego profesora, wpatrując się weń często, jakby chciał powiedzieć: „Podobała mi się ta rozmowa i chciałbym więcej takich”. Nie wiem, czy pan Bhaer rozumiał tę niemą prośbę dziecka, ale gdy się wszyscy spotkali wieczorem na niedzielną gawędę w pokoju pani Jo, wybrał przedmiot, który najwyraźniej nasunęła mu przechadzka wzdłuż łanów i nad strumieniem.

Rozglądając się dookoła, mogło się zdawać Natowi, że jest raczej wśród licznej rodziny aniżeli w zakładzie naukowym. Chłopcy umieścili się szerokim półkolem przy kominku: niektórzy na krzesłach, inni na dywanie. Daisy i Demi siedzieli na kolanach u wuja Fritza, a Rob schował się cichutko za matkę na fotelu, gdzie mógł drzemać po kryjomu, skoro rozmowa stawała się niezrozumiała.

Każdy zdawał się zadowolony ze swego miejsca i słuchał uważnie, gdyż wcześniejsza daleka przechadzka czyniła wypoczynek pożądanym; zresztą, trzeba było być trzeźwym i przygotowanym na pytania.

– Dawno, dawno już temu, pewien doświadczony ogrodnik miał taki duży i piękny ogród, jakiego nikt nie widział. Pracował też nad nim pilnie i uprawiał różne doskonałe i pożyteczne rośliny. Ale chwast zakradł się nawet tam; grunt byt zły miejscami i dobre ziarna nie chciały kiełkować. Miał on dużo ogrodniczków do pomocy, niektórzy wiernie pełniąc obowiązki, zasługiwali na hojne wynagrodzenie, jakie im dawał, lecz inni zaniedbywali cząstki wyznaczone im do uprawy. Chociaż był z nich niezadowolony, nie ustawał jednak w cierpliwości, pracował on tysiące lat i wyczekiwał obfitego plonu.

– Musiał być bardzo stary – odezwał się Demi, wpatrując się bacznie w wuja, żeby nie stracić ani słowa.

– Cicho, Demi, to czarodziejska bajka – szepnęła Daisy.

– Mnie się zdaje, że to arregoria – odrzekł Demi.

– Co to jest arregoria? – zapytał badawczy Tommy.

– Odpowiedz mu, Demi, jeżeli potrafisz, i nie używaj wyrazów, których znaczenia nie jesteś pewien – odezwał się pan Bhaer.

– Ja wiem, bo mi dziadunio powiedział. Arregoria to bajka lub opowieść, mająca jakieś przenośne znaczenie. Moja Powieść bez końca jest z rzędu takich, dlatego, że dziecko wyraża w niej duszę. Prawda, ciociu? – wykrzyknął Demi, chcąc koniecznie dowieść, że dobrze mówi.

– Tak, mój drogi, opowieść wuja także jest alegorią, pewna tego jestem, wsłuchuj się więc pilnie i staraj się odgadnąć jej znaczenie – odparła pani Jo, biorąca we wszystkim nie mniej żywy udział niż chłopcy.

Demi uciszył się, a pan Bhaer mówił dalej poprawną angielszczyzną, gdyż od lat pięciu zrobił wielkie postępy i przypisywał je swym wychowankom.

– Pewnego razu ów ogrodnik dał kilkanaście kwater jednemu ze swych pomocników z zaleceniem, aby próbował bacznie, co się da na nich najkorzystniej uprawiać. Sługa ten nie był ani bogaty, ani mądry, ani nawet bardzo dobry, ale ponieważ chciał być użyteczny, żeby się odwdzięczyć zacnemu ogrodnikowi za różne dowody życzliwości, chętnie wziął się zatem do pracy. Kwaterki były rozmaitego kształtu i rozległości: jedne miały dobrą ziemię, inne nieco kamienistą, i wszystkie potrzebowały wielkich starań, bo w żyznym gruncie chwast rozrastał się szybko, a w jałowym dużo było kamieni.

– Co tam rosło prócz chwastu i kamieni? – zapytał Nat tak rozciekawiony, że się pierwszy odezwał, pomimo zwykłej nieśmiałości.

– Kwiaty – odrzekł pan Bhaer, mile nań spoglądając. – Nawet najbardziej zaniedbana grządka wydawała choć trochę bratków i goździków. Na jednej z nich rosły róże, groszek pachnący i stokrotki1. – Tu uszczypał pulchny policzek dziewczynki opartej o jego ramię. – Na drugiej były rzadkie krzewy, wino pnące i różne nasiona poczynające kiełkować, bo widzicie tę grządkę uprawiał doświadczony ogrodnik, który całe życie pracował nad podobnymi ogrodami.

Posłyszawszy ten ustęp alegorii, Demi przechylił główkę, niczym ciekawy ptaszek, i widocznie coś podejrzewając, miał się odtąd na baczności, ale pan Bhaer nie zdradził się z niczym, wodził tylko okiem po młodych słuchaczach, a poważny i głęboki wyraz jego twarzy bardzo był znaczący dla żony, która wiedziała, jak gorąco pragnie on uprawić należycie te grządki.

– Jak już wyżej powiedziałem, niektóre z owych grządek łatwe były do uprawienia, czyli do pielęgnowania, moja Daisy, a inne kosztowały wiele trudu. Jedna z nich była bardzo słoneczna i mogła wydawać mnóstwo owoców, jarzyn i kwiatów, byleby kto nad nią popracował. Gdy ów ogrodnik zasiał na niej, przypuśćmy – melony, obróciły się wniwecz, dlatego, że ogrodniczek nie czuwał nad nimi, tłumacząc się zawsze tym, że zapomniał.

Tu powstał ogólny śmiech i wszyscy spojrzeli na Tommy’ego, który na wzmiankę o melonach wytężył słuch, a usłyszawszy swą ulubioną wymówkę, spuścił głowę ze wstydem.

– Wiedziałem, że to o nas mowa – zawołał Demi, klaszcząc w ręce. – Prawda, wuju, że ty jesteś tym ogrodnikiem, a my ogrodniczkami?

– Zgadłeś! A teraz każdy mi powie, jakie ziarno w nim zasiać tej wiosny, żeby mieć obfite plony jesienią z moich dwunastu, a raczej trzynastu, łanów – rzekł pan Bhaer, spoglądając na Nata.

– Grochu ani fasoli nie można u nas siać, chyba że pan chce, byśmy dużo jedli i utyli – odezwał się Nadziany, i ta rozkoszna myśl ożywiła nagle jego martwą, okrągłą twarz.

– Wuj nie o takich mówi nasionach, tylko o rzeczach, które mogą nas doskonalić; a chwast znaczy wady – zawołał Demi, zabierający zwykle głos w podobnych rozmowach, miał w nich bowiem wprawę i upodobanie.

– Zastanówcie się, czego wam najbardziej trzeba, a potem każdy mi powie swoje życzenia, ja zaś dopomogę, żeby się przyjęło ziarno; ale musicie także sami dokładać starań, bo inaczej stanie się z wami to, co z siedmioma melonami Tommy’ego – będą same liście, bez owocu. Zaczynając od starszych, zapytam matki, co pragnie mieć na swej grządce, bo wszyscy stanowimy cząstki tego ogrodu i możemy być obfitym żniwem dla naszego Pana, jeżeli go będziemy dostatecznie kochali – rzekł ojciec Bhaer.

– Ja bym poświęciła cały swój grunt uprawie cierpliwości, bo mi jej najbardziej potrzeba – rzekła pani Jo tak poważnie, iż chłopcy zamyślili się nad tym szczerze, co powiedzą, skoro na nich przyjdzie kolej. Niektórzy poczuli wyrzuty sumienia, że to z ich powodu wyczerpał się tak prędko jej zapas tej cnoty.

Franz pragnął hodować wytrwałość, Tommy stanowczość, Ned dobry temperament, Daisy pracowitość, Demi taką mądrość, jak dziadunia, Nat zaś nieśmiało odezwał się, że mu brakuje tylu rzeczy, iż prosi, żeby pan Bhaer uczynił zań wybór. Inni prawie tych samych zalet pragnęli co pozostali, a cierpliwość, dobry temperament i szlachetność zdawały się ulubionymi ich płodami. Jeden z chłopców życzył sobie polubić ranne wstawanie, ale nie wiedział, jakby nazwać ten gatunek ziarna, a biedny Nadziany rzekł z westchnieniem:

 

– Ja bym chciał, żeby mi lekcje tak przypadały do smaku, jak obiady, ale to jest niemożliwe.

– Zasiejemy wyrzeczenie się siebie i gdy je będziesz obkopywał i polewał, tak ładnie wyrośnie, że na przyszłe święta Bożego Narodzenia już nie zachorujesz na niestrawność. Pracuj nad umysłem, mój George, niech się stanie tak łakomy jak ciało i może nie mniej polubisz kiedyś książki, jak ten mój filozof – rzekł pan Bhaer i odgarniając Demiemu z pięknego czoła włosy, dodał: – I ty jesteś łakomy, mój synu, bo tak napełniasz sobie głowę czarodziejskimi bajkami, jak George nadziewa żołądek ciastem lub cukierkami. Jedno i drugie jest złem i chciałbym, żebyście spróbowali czegoś lepszego. Arytmetyka jest o połowę mniej przyjemna jak Baśnie z tysiąca i jednej nocy, ale to bardzo pożyteczna rzecz i radzę ci uczyć się jej, żebyś potem nie potrzebował wstydzić się i żałować.

– Wszakże powieść Harry and Lucy nie jest czarodziejską bajką, i pełno w niej wzmianek o barometrach, o cegle, o kuciu koni i o różnych pożytecznych rzeczach, a jednak mnie zajmuje, prawda, Daisy? – zapytał Demi, przejęty swoją obroną.

– Może być; ale częściej cię zastaję nad czarodziejską bajką niż nad książką tego rodzaju. Zrobię dziś umowę z wami dwoma: George będzie jadał tylko trzy razy dziennie, ty przeczytasz nie więcej, jak jedną książkę tygodniowo, a ja wam podaruję nowy plac do krykieta; tylko mi przyrzeczcie, że będzie grywać – rzekł wuj Fritz nalegająco, gdyż Nadziany miał wstręt do ruchu, Demi znowu spędzał na czytaniu wszystkie wolne godziny.

– Kiedy nie lubimy krykieta – rzekł Demi.

– Może teraz, bo wam ta gra jeszcze nie jest znana. Zresztą, wszakże miło wam będzie użyczać tego placu innym chłopcom.

W ten sposób trafił im do przekonania i zgodzili się na układ, ku uciesze całej gromadki.

Jeszcze gawędzili trochę o swych pracach ogrodniczych, po czym nastąpił chóralny śpiew. Pani Bhaer przygrywała im na fortepianie, Franz na flecie, profesor na wiolonczeli, Nat zaś na skrzypcach. Był to bardzo skromny koncercik, ale sprawiał wielką przyjemność całemu gronu i nawet stara Asia, siedząca w kącie, odzywała się czasem najsłodszym głosem ze wszystkich, bo w tym domu pan i sługa, stary i młody, Murzyn i biały, brali udział w niedzielnym śpiewie wznoszącym się do Ojca powszechnego.

Gdy chór umilkł, pan Bhaer uścisnął wszystkich a pani Jo pocałowała każdego po kolei od szesnastoletniego Franza aż do małego Roba, który zwykł ją całować w koniuszek nosa, po czym rozeszli się na spoczynek.

W dziecięcej sypialni przytłumione światło lampy padało na obraz wiszący nad łóżkiem Nata. Było ich więcej na ścianach, ale jemu zdawało się, że ten musi mieć jakieś szczególne znaczenie, bo go okalała śliczna rama z mchu i szyszek, a u spodu, na haczyku wisiała doniczka pełna leśnych kwiatów. Obraz ów był najpiękniejszy ze wszystkich i Nat wpatrywał się weń z wielką ciekawością.

– To moja własność – odezwał się miłym głosikiem Demi, który właśnie w nocnej koszulce chodził do cioci Jo po plasterek do skaleczonego palca.

– Co on robi tym dzieciom? – zapytał Nat.

– To Chrystus, Bóg–Człowiek: błogosławi dzieci. Czy nic o nim nie wiesz? – zapytał Demi ze zdziwieniem.

– Niewiele; ale chciałbym wiedzieć coś więcej, bo ma taką miłą twarz – odpowiedział Nat, który dotąd słyszał prawie tylko wtedy o Bogu–Człowieku, skoro ktoś wzywał imienia Jego nadaremno.

– Ja wszystko o nim wiem i bardzo mi się ta historia podoba, bo jest prawdziwa – rzekł Demi.

– Kto ci ją opowiedział?

– Dziadunio; on wie wszystko i opowiada najpiękniejsze rzeczy w świecie. Jak byłem mały, to się bawiłem zwykle jego wielkimi księgami i robiłem z nich mosty, koleje żelazne i domy.

– Ile masz teraz lat? – zapytał Nat z poszanowaniem.

– Skończę niedługo dziesięć.

– Musisz umieć dużo rzeczy, prawda?

– Tak; sam widzisz, że mam wielką głowę i dziadunio mówi, że trzeba dużo wiadomości, żeby ją napełnić, więc zbieram je skrzętnie – odparł Demi swym spokojnym tonem.

Nat roześmiał się, ale po chwili rzekł poważnie:

– Proszę cię, opowiedz mi coś.

Idąc za jego prośbą, Demi z przyjemnością zaczął opowiadać:

– Znalazłem raz ładną książkę, którą chciałem się pobawić, ale dziadunio mi zabronił i sam pokazywał obrazki, opowiadając o nich. Bardzo mi się podobały te historie: o Józefie i jego złych braciach, o żabach, co się wydobyły z morza, o Mojżeszu puszczonym na wodę, o wielu innych pięknych rzeczach, ale ze wszystkich najlepiej przypadła mi do smaku historia o Bogu–Człowieku. Dziadunio tyle razy mi ją opowiadał, że umiem ją na pamięć, i dał mi ten obraz, żebym jej nie zapomniał. Jak raz bardzo chorowałem, powieszono mi go tutaj, i odtąd pozostał dla innych chorych chłopców, żeby mu się przyglądali.

– Dlaczego on błogosławił te dzieci?

– Bo je kochał.

– Czy były biedne? – spytał Nat, wpadając w zadumę.

– Tak mi się zdaje: patrz, niektóre są prawie nagie i matki ich nie wyglądają na wielkie panie. On kochał ubogich i bardzo był dla nich dobry. Wyświadczał im wiele dobrego, wspomagał ich i nauczał bogaczy, żeby się nie obchodzili z nimi srogo. Oni go też kochali bardzo a bardzo! – zawołał Demi z zapałem.

– Czy on sam był bogaty?

– O nie! Urodził się w stajence i tak był biedny, że gdy dorósł, nie miał domu, gdzie by mógł mieszkać i czasami nie miał co jeść, póki go kto nie wspomógł. Chodził po świecie, głosząc nauki, nawracając na dobrą drogę, aż go wreszcie źli ludzie umęczyli na śmierć.

– Za co? – spytał Nat i usiadł na łóżku, aby lepiej widzieć i słyszeć, tak go zajął Bóg–Człowiek, który dbał o biednych.

– Opowiem ci to wszystko: ciocia Jo nie będzie się gniewać – rzekł Demi i usiadł na przeciwległym łóżku, rad, że może opowiadać swą ulubioną historię.

Dozorczyni zajrzała sprawdzić, czy Nat usnął, ale zobaczywszy, co się dzieje, wymknęła się po cichu do pani Bhaer i z macierzyńskim wzruszeniem na poczciwej twarzy powiedziała:

– Czy droga pani zechce zobaczyć coś pięknego? Oto Nat wsłuchany całą duszą w Demiego, który jak prawdziwy aniołek opowiada mu historię o dzieciątku Jezus.


Pani Bhaer umyśliła pójść i pomówić chwilę z Natem, zanim uśnie, bo się już nieraz przekonała, że poważne słowo powiedziane w takiej chwili często sprawia dużo dobrego. Ale gdy zobaczyła, zakradłszy się do drzwi, jak Nat chciwie połyka wyrazy przyjaciela, podczas kiedy tenże stłumionym głosem opowiada słodką i wzniosłą historię, jak go jej nauczono, i piękne oczy wlepia w luby wizerunek wiszący na ścianie, poczuła łzy i po cichu odeszła, mówiąc sobie: „Demi bezwiednie będzie pomocniejszy temu biednemu chłopcu aniżeli ja, nie chcę więc psuć jemu dzieła ani jednym słówkiem”.

Szept dziecięcych głosów przeciągał się długo, jedno niewinne serce udzielało drugiemu ważnej nauki i nikt im nie przerywał. Gdy po uciszeniu się wreszcie tej rozmowy pani Bhaer weszła, żeby zabrać lampę, Demiego już nie było, Nat zaś usnął twarzą zwróconą ku obrazowi, jak gdyby się już nauczył kochać Boga–Człowieka, który miłował dziatki i był wiernym przyjacielem ubogich. Twarzyczka jego cała była bardzo spokojna i pani Jo pomyślała, że jeżeli takie skutki pozostawił jeden dzień starań i serdeczności, to rok cierpliwej uprawy z pewnością może przynieść bogate plony na tej zaniedbanej grządce, w której już zasiał najlepsze z ziaren ten mały apostoł w nocnej koszulce.

ROZDZIAŁ IV
STOPNIOWE POSTĘPY

W poniedziałek rano Nat wszedł zalękniony do klasy, przewidując, że się będzie musiał zdradzić przed kolegami ze swą ciemnotą; ale pan Bhaer wyznaczył mu miejsce we framudze okna, gdzie się mógł odwrócić od chłopców, i Franz przepytał go tam, nikt więc nie słyszał jego mylnych odpowiedzi i nie widział kleksów na kajecie. Szczerze był wdzięczny Nat za to i pracował tak pilnie, że profesor zobaczywszy jego rozpaloną twarzyczkę i palce pomazane atramentem, powiedział, uśmiechając się:

– Nie pracuj tak ciężko, chłopcze, bo się zmęczysz, a czasu jest dosyć przed tobą.

– Muszę ciężko pracować, żeby dogonić kolegów, bo oni umieją dużo, a ja zgoła nic – rzekł Nat.

– Owszem, umiesz bardzo wiele rzeczy, całkiem im nieznanych – powiedział pan Bhaer, siadając obok niego, podczas gdy Franz uczył młodszą dziatwę tabliczki mnożenia.

– Doprawdy? – spytał Nat z niedowierzeniem.

– Tak, mój chłopcze; umiesz na przykład opanować swój temperament, a Jack, który wprawdzie jest biegły w rachunkach, tego znów nie potrafi. Jest to ważna umiejętność i zdaje mi się, że ją gruntownie posiadasz. Dalej, potrafisz grać na skrzypcach, tego również żaden z twoich kolegów nie potrafi, a co najważniejsze: szczerze pragniesz nauczyć się czegoś, co jest połową wygranej. Z początku życie wyda ci się tutaj trudnym, doznasz nie raz zniechęcenia, lecz jeżeli wytrwasz w pracy, będzie się stawało coraz łatwiejsze.

Natowi twarz pałała, gdy słuchał wyliczania swych umiejętności; bo chociaż szereg był krótki, niezmiernie go to ucieszyło, że już coś ma na początek. „Prawda, że umiem opanować temperament, bo mnie ojciec biciem tego nauczył; prawda i to, że potrafię grać na skrzypcach, chociaż nie wiem, gdzie jest Zatoka Biskajska” – pomyślał z uciechą trudną do opisania. Potem rzekł uroczyście i tak głośno, że aż Demi usłyszał:

– Chcę się uczyć i będę dokładał starań. Nigdy nie chodziłem do szkoły, ale nie moja w tym wina; i jeżeli chłopcy nie będą mnie wyśmiewać, to mi tu będzie doskonale, boście tacy dobrzy dla mnie, pan i pani Bhaer.

– Nie będą się wyśmiewać, ale gdyby sobie który pozwolił, tobym . . . tobym . . . zakazał! – wykrzyknął Demi, zapominając, gdzie się znajduje.

Gdy około południa nauki zostały przerwane, wszyscy pobiegli na górę dowiedzieć się, co tam słychać.

Pan Bhaer, mając przekonanie, że pożyteczniej będzie wskazać owego dnia chłopcom, jak wzajemnie dopomagać sobie, niżeli im wykładać arytmetykę, opowiedział przygody Nata w sposób tak rzewny i zajmujący, że poczciwe dzieci obiecały mu być pomocą, mając sobie za zaszczyt udzielanie jej młodzieńcowi tak pięknie grającemu na skrzypcach. To odwołanie się do nich przyniosło pożądane owoce i Nat miał niewiele trudności do zwalczania, bo mu każdy ułatwiał pracę.

Ale póki nie nabrał więcej sił, wzbraniano mu wielkiego mozołu, i pani Jo obmyślała różne domowe rozrywki na czas, kiedy inni byli zajęci książkami. Najlepszym jednak lekarstwem było pielęgnowanie ogródka; pracował tam pilnie: najpierw uprawił ziemię, potem zasiał groch i pilnie śledząc jego wzrost, cieszył się każdym zielonym listkiem, każdą łodyżką. Żaden w świecie ogród nie był tak starannie skopywany i pan Bhaer szczerze się obawiając, czy nasiona będą mogły kiełkować z tego powodu, wyznaczał mu lekkie zajęcia przy kwiatach lub truskawkach, gdzie się Nat z takim przejęciem krzątał, jak rojące się wkoło niego pszczoły.

– Ze wszystkich twych nowych zdobyczy najlepiej mi się te podobają – mówiła pani Jo, szczypiąc go w czerstwe policzki, niegdyś tak blade, i klepiąc po plecach, dawniej przygarbionych, a teraz już prostych prawie, skutkiem zdrowego zajęcia, dobrego pożywienia i wydobycia się z biedy, która tak gnębi i przygniata.

W Demim miał Nat przyjaciela, w Tommym opiekuna, a w Daisy osłodę w każdym strapieniu, bo chociaż to młodsze były odeń dzieci, przez nieśmiałość lubił ich niewinne towarzystwo, a unikał głośnych zabaw starszych chłopców. Pan Laurence nie zapominał o nim i przysyłał mu ubrania, książki, nuty, serdeczne pozdrowienia, a od czasu do czasu przyjeżdżał zobaczyć, jak mu się powodzi, albo go brał do miasta, na jakiś koncert. W takich razach zdawało się Natowi, że jest w siódmym niebie: mieszkał bowiem w jego wspaniałym domu, przebywał z jego piękną żoną i uroczą córeczką, zjadał smaczny obiad i tyle zawsze zaznał uciech, że dniami i nocami marzył o nich i mówił.

Tak łatwo jest uszczęśliwić dziecko, że aż żal się robi, iż w świecie tak pełnym słonecznych promieni i powabnych rzeczy mogą istnieć smutne twarzyczki, próżne rączęta lub tęskne serduszka.

Pod wpływem takiego to uczucia państwo Bhaer zbierali każdą okruszynę, aby nią nakarmić gromadkę swych zgłodniałych wróbelków, sami będąc bogaci tylko w miłosierdzie. Wiele przyjaciółek pani Jo przysyłało jej odrzucone już przez swoje dzieci zabawki, których naprawą zajmował się Nat, bardzo zręcznym będąc do tego. Niejedno dżdżyste popołudnie spędził więc z flaszeczką gumy, z pudełkiem farb i z nożem – naprawiając meble, zwierzęta i różne gry, podczas kiedy Daisy stroiła poszarpane lalki. W miarę jak cacka zostawały przyprowadzone do kwitnącego stanu, chowano je w szufladzie przeznaczonej do ubierania choinki na Boże Narodzenie, dla biednych dzieci z okolicy; w taki bowiem sposób obchodzili chłopcy z Plumfield Narodzenie się Tego, który miłował ubogich i błogosławił maluczkich.

 

Demi niezmordowanie czytywał i objaśniał Natowi swe ulubione książki i niejedną miłą godzinę spędzili na starej wierzbie, rozmawiając o Robinsonie Crusoe, o nocach arabskich lub o powieściach pani Edgeworth. To mu otworzyło nowy świat: zaciekawiony powieściami, prędko nauczył się czytać, a tak był dumny z tej umiejętności, że obawiano się, aby jak Demi nie stał się molem książkowym,

W niespodziany zupełnie sposób pozyskał Nat jeszcze jedną pomoc: oto wielu chłopców zajmowało się tam handlem; państwo Bhaer wiedząc bowiem, że jako ubodzy będą kiedyś musieli pracą torować sobie drogę na świecie, pomagali im w zapewnianiu sobie niezależności. Tommy sprzedawał jajka swych kur; Jack spekulował na dostawie żywności; Franz pomagał panu Bhaer uczyć; Ned wykonywał tokarskie roboty; Demi zaś budował młyny wodne lub maszyny własnego pomysłu i obdarzał nimi chłopców, chociaż jako zbyt skomplikowane nie mogły się na nic przydać.

– Niechaj będzie mechanikiem, jeżeli zechce – mówił pan Bhaer. – Jak chłopiec ma rzemiosło w ręku, to już może być pewny niezależnego bytu. Praca jest rzeczą zbawienną i jakiekolwiek zdolności okażą moi chłopcy: do poezji czy do pługa, będą je uprawiać i pożytkować, o ile się tylko da.

Gdy Nat przybiegł zatem pewnego dnia z rozognioną twarzą i zapytał pana Bhaera:

– Czy mogę grać towarzystwu, które dziś urządza piknik w naszym lesie? Zapłacono by mi, a ja choćbym chciał zarabiać pieniądze, jak tamci chłopcy, nie mam innego sposobu, prócz grania na skrzypcach.

Profesor odpowiedział chętnie:

– Idź, życzę ci powodzenia. To przyjemna, lekka praca, i rad jestem, że ci się nadarzyła.

Ned skorzystał z pozwolenia i tak mu się powiodło, że przyniósł do domu dwa dolary, które pokazał z wielkim zadowoleniem, opowiadając z zapałem, że mu bardzo wesoło czas przeszedł, że goście byli dlań łaskawi i obiecali często go wzywać.

– To daleko milsze zajęcie niż grywanie na ulicach, bo wtedy nie dostawałem wcale pieniędzy, a teraz wszystkie przechodzą do moich rąk i prócz tego bawię się doskonale. Wszedłem już w interesy, jak Tommy i Jack, co mnie bardzo cieszy – rzekł Nat, z dumą klepiąc stary pugilares, jak gdyby już był milionerem. Istotnie, wszedł „w interesy”, bo gdy lato nastało, częste odbywały się pikniki i był rozrywany. Pan Bhaer pozwalał mu korzystać z tego, ale pod warunkiem, że nie będzie zaniedbywał lekcji i żeby towarzystwo było przyzwoite; tłumaczył mu bowiem, że każdemu jest potrzebna edukacja, chociażby skromna, i że pieniądze nie powinny go tam nigdy wabić, gdzie by znalazł pokusę do złego. Nat w zupełności odpowiadał jego życzeniom i przyjemnie było widzieć tego niewinnego chłopca, gdy odjeżdżał z wesołym orszakiem lub wracał do domu, wygrywając sobie, zmęczony, lecz wesoły, z uczciwie zarobionym groszem w jednej kieszeni, a z łakociami w drugiej, bo o Daisy i Teddym nigdy nie zapominał.

– Będę póty składał pieniądze, póki nie kupię skrzypiec, a potem będę już mógł sam się utrzymywać, nieprawda? – rzekł pewnego razu, oddając panu Bhaerowi dolary do schowania.

– Tak się spodziewam, mój chłopcze; ale wpierw musisz wzmocnić zdrowie i przyuczyć się muzyki; wówczas pan Laurence obmyśli ci jakąś posadę, a za kilka lat wszyscy się zjedziemy, żeby cię usłyszeć grającego publicznie.

Dzięki zachęcie i nadziejom, jakie starano się w nim rozbudzić, życie płynęło mu coraz łatwiej, milej, i w muzyce robił takie postępy, że profesor wybaczał mu nieco mniejsze przykładanie się do innych nauk; zwłaszcza iż wiedział, że każdy najlepiej to wykonuje, w czym ma upodobanie. Gdy zaniedbał jakąś ważną lekcję, odbierano mu na jeden dzień skrzypce i smyczek, co było dlań największą karą.

Daisy miała wielki pociąg do muzyki i szczególne poszanowanie dla każdego, kto grał. Często ją więc zastawano siedzącą na schodach pod drzwiami Nata, podczas gdy oddawał się ćwiczeniom. Sprawiało mu to wielką przyjemność i starał się grać jak najlepiej dla swej niewidzialnej słuchaczki, która nie chcąc nigdy wejść do pokoiku, szyła na progu lub bawiła się lalką z wyrazem rozmarzenia na twarzyczce. Ciocia Jo, zobaczywszy ją w tym stanie, myślała zazwyczaj „jakaż ona podobna do mojej Beth!” i odchodziła po cichu, by jej nawet swoją obecnością nie zatruwać błogiej chwili. Nat bardzo był przywiązany do pani Bhaer, ale jeszcze więcej do zacnego profesora, który z ojcowską troskliwością czuwał nad tym nieśmiałym, wątłym chłopcem, cudem wyratowanym z łódki, przez dwanaście lat niemiłosiernie miotanej na wzburzonym morzu życia. Anioł stróż musiał rozciągać opiekę nad biedakiem, bo chociaż ciało ucierpiało, dusza zdawała się nieuszkodzona i wydobyła się na ląd w stanie takiej niewinności, jak dziecię wyrwane z toni. Zapewne zamiłowanie do muzyki utrzymywało w nim błogi spokój, mimo otaczającej go dysharmonii, przynajmniej tak dowodził pan Laurence, a musiał być doświadczony w tym względzie. Bądź co bądź, ojciec Bhaer miał prawdziwą przyjemność w rozwijaniu przymiotów Nata i leczeniu go z wad, a nowy ten wychowanek okazywał się tak uległy i kochający jak dziewczynka. Profesor nazywał go swoją „córką” w rozmowach z żoną, która wyśmiewała go trochę za tę słabość, woląc chłopców z usposobieniem męskim, a nie słabym i lękliwym; ale mimo to pieściła go nie mniej niż Daisy i Nat uważał ją za kobietę wyjątkowej dobroci.

Jedną tylko wadą niepokoił państwa Bhaer, chociaż wiedzieli, że się musiała zrodzić z lękliwości i ciemnoty: oto niekiedy kłamał. Nie były to czarne kłamstwa, rzadko przechodziły kolor szary, a nawet często bywały bieluchnym żarcikiem, ale bądź co bądź kłamstwo jest zawsze kłamstwem i chociaż wszyscy prawimy grzeczne nieprawdy na tym dziwacznym świecie, jest to rzecz naganna i każdy wie o tym.

– Nie możesz być nigdy dosyć uważny w tym względzie; czuwaj nad językiem, nad wzrokiem, nad ręką, bo łatwo jest dopuścić się nieprawdy mową, spojrzeniem i czynem – rzekł mu pewnego razu pan Bhaer.

– Wiem, że to rzecz naganna i nie chciałbym kłamać, ale zauważyłem, że daleko jest łatwiej radzić sobie w życiu, nie rachując się bardzo ściśle z prawdą. Dawniej dlatego kłamałem, że się bałem ojca i jego towarzysza, a dziś kłamię, gdy się lękam, żeby mnie chłopcy nie wyśmieli. Wiem, że to jest źle, ale się zapominam – rzekł Nat mocno zawstydzony.

– Ja także kłamałem, będąc bardzo małym chłopczykiem, i to jeszcze jak! Ale mnie wyleczyła babunia. Zgadnij, jakim też sposobem? Rodzice mnie przestrzegali, łajali, karali, ale ja się ciągle zapominałem, zupełnie tak samo jak ty, wówczas kochana babunia powiedziała „ja dopomogę twojej pamięci i poskromię ci grzeszny język”. Mówiąc to, kazała mi go wywiesić, i koniuszczek przycięła nożyczkami, aż do krwi. Możesz sobie łatwo wyobrazić, jakie to było okropne; ale mi wyszło na dobre, bo czułem ból przez kilka dni, i każde słowo tak powoli wychodziło mi z ust, że je mogłem należycie rozważyć. Odtąd byłem ostrożniejszy i z czasem poprawiłem się, bo się obawiałem ogromnych nożyc. Jednak droga babunia była dla mnie najlepsza w świecie i umierając daleko stąd, w Norymberdze, modliła się oto, żeby jej mały Fritz mógł kochać Boga i być prawdomówny.

– Ja nie znałem swojej babki, ale jeżeli pan myśli, że to by mnie wyleczyło, pozwolę sobie przyciąć język – rzekł Nat z bohaterską odwagą, bał się bowiem bólu, ale z drugiej strony, szczerze pragnął pozbyć się szkaradnej wady.

Pan Bhaer z uśmiechem potrząsnął głową i rzekł:

– Mam jeszcze lepszy i wypróbowany sposób: jak skłamiesz, to nie ja ciebie ukarzę, lecz ty mnie.

– Ale jak to? – zawołał Nat przestraszony tym pomysłem.

– Wyćwiczysz mnie porządnie. Ja sam wprawdzie rzadko biję, ale może ci lepiej utkwi w pamięci ból zadany mnie aniżeli samemu sobie.

– Ja miałbym wybić pana! To niepodobna! – wykrzyknął Nat.

– Ha, to pamiętaj o swym grzesznym języku, bo choć nie mam ochoty na ból, gotów jestem go przecierpieć, jeżeli cię to wyleczy.

Mowa ta uczyniła takie wrażenie na chłopcu, że przez długi czas stał na straży swego języka i ściśle pilnował się prawdy, gdyż pan Bhaer trafnie osądził, że więcej uczyni z przywiązania niż z obawy o siebie. Ale niestety, pewnego dnia zapomniał się znowu, i kiedy Emil gniewnie zagroził, że go zbije, jeżeli się przekona, że to on mu stratował najpiękniejsze zboże, Nat zapewniał, że nie był na jego gruncie, a potem ze wstydem musiał przyznać, że istotnie umykał tamtędy przed goniącym go Jackiem.

1Daisy (ang.) – stokrotka