Mali mężczyźniTekst

Z serii: Małe kobietki #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ II
CHŁOPCY

Korzystając z długiego snu Nata, opiszę moim czytelnikom chłopców, wśród których znalazł się nazajutrz.

Zacznijmy od dawnych znajomych.

Szesnastoletni już Franz, wysoki młodzieniec, jako prawdziwy Niemiec, miał grubą tuszę i jasnoblond włosy. Zamiłowany był w książkach i w domowym życiu, przy tym towarzyski i muzykalny. Wuj sposobił go do kolegium, a ciotka do szczęśliwej przyszłości, przy własnym ognisku. Pilnie rozbudzała zatem łagodność, przywiązanie do dzieci, poszanowanie dla kobiet tak starych, jak i młodych oraz praktyczność. Był jej prawą ręką i kochał tę wesołą ciocię jakby rodzoną matkę, którą starała mu się zastąpić.

Emil we wszystkim różniąc się od niego, był żywy, obrotny i przedsiębiorczy. Marzył o życiu na morzu i wuj obiecał, że pozwoli mu zostać marynarzem po skończeniu lat szesnastu; nakłaniał go więc do studiów nad żeglugą, dawał książki o sławnych admirałach i bohaterach, a po lekcjach pozwalał, by jak żaba przesiadywał w rzece, w stawie albo w strumyku. Jego pokój był podobny do żołnierskiej kajuty, bo wszystko przypominało w nim żeglugę, wojnę i okręt, a ulubioną rozrywką było przebierać się za marynarza, i o ile wuj nie wzbraniał, naśladować marynarski taniec, chód, a nawet i sposób mówienia. Chłopcy nazywali go „Komandorem”.

Demi należał do tych dzieci, które są dowodem, co może rozumne przywiązanie i pieczołowitość rodziców, bo dusza jego pozostawała w cudownej harmonii z ciałem. Skutkiem delikatności, jaką jedynie domowy wpływ zdoła zaszczepić, miał obejście miłe i proste. Matka pielęgnowała w nim niewinne i kochające serce; ojciec wzmacniał siły fizyczne za pomocą zdrowych pokarmów, ruchu i snu; a dziaduś March uprawiał młody umysł z tkliwą mądrością nowożytnego Pitagorasa. Zamiast go męczyć długimi lekcjami, których by się uczył na pamięć jak papuga, dopomagał do rozwijania się tak naturalnie i pięknie, jak słońce i rosa pomagają różom, by zakwitły. Demi bynajmniej nie był doskonały, ale miał wady z lepszego gatunku. Nauczony zawczasu panować nad sobą, nie stawał się pastwą żądz i namiętności, jakie się przytrafiają niejednemu dziecku, które otrzymuje kary za uleganie pokusom, chociaż go nikt przeciw nim nie uzbroił. Był to chłopiec spokojny, cichy, poważny, lecz zawsze pogodny. Nieświadomy własnej piękności i inteligencji, bystre miał oko na urodę i zdolności innych dzieci. Rodzice starali się oddziaływać pożytecznymi wiadomościami i zbawiennym towarzystwem na zbyt wielkie zamiłowanie do książek, bujną wyobraźnię i gorącą naturę, obawiając się, żeby się nie stał jednym z tych bladych, nad wiek rozwiniętych dzieci, które wprawdzie radują i zdumiewają rodzinę, lecz jak cieplarniane kwiatki więdną, dlatego że ich młoda dusza rozkwitła zbyt wcześnie i nie ma na posługi krzepkiego ciała, aby mocno wrosnąć w zdrowy grunt tego świata.

Demi został więc oddany do Plumfield, co się okazało tak korzystnym w skutkach, że rodzice i dziaduś nacieszyć się nie mogli swym pomysłem. Obcowanie z chłopcami uczyniło go praktyczniejszym, ożywiło umysł i zagłuszyło piękne tkanki pajęcze, które przedtem lubiła snuć jego młoda główka. Wprawdzie gdy stamtąd przybył pierwszy raz do domu, raziło matkę, że trzaska drzwiami, klnie się na Jowisza i żąda grubych butów, aby tak głośno stąpać, jak „papa”. Ale Johna cieszyło to; uśmiał się z dosadnych wyrazów, kupił mu buty i rzekł z zadowoleniem: „Kiedy okazuje tyle ważnych zalet, pozwól mu być trochę rubasznym. Chciałbym, żeby mój syn miał męskie usposobienie, i ta chwilowa szorstkość nie wyjdzie mu na złe. Polor nada mu się z wolna, co się zaś tyczy nauk, będzie ich tak spragniony, jak kania deszczu, więc go nie ponaglaj”.

Daisy zawsze równie promienna i urocza, zapowiadała różne kobiece przymioty, gdyż podobna była do swej miluchnej mateczki i zamiłowana w domowych zajęciach. Miała całe grono lalek, które były wzorowo prowadzone. Zawsze nosiła ze sobą koszyczek do robót i wykonywała je tak starannie, że Demi często wydobywał z kieszeni chusteczkę, żeby się popisać jej równym ściegiem. Także maleńkiej Josy pięknie uszyła już flanelową sukienkę. Lubiła krzątać się koło kredensu z porcelaną, ustawiać na stole solniczki, układać prosto łyżki, i co dzień obchodziła bawialny pokój z miotełką, okurzając krzesła i stoły. Demi trochę ją za to prześladował, ale bardzo był rad, że mu utrzymuje rzeczy w porządku, obdarza go ładnymi robótkami i dopomaga mu w lekcjach, stali bowiem zawsze na równi, bez obawy współzawodnictwa.

Kochali się ciągle z jedną siłą i nikomu nie wolno było wyśmiewać Demiego, że się tak tkliwie obchodzi z Daisy. Walecznie staczał za nią bitwy i nie mógł zrozumieć, czemu by się chłopcy nie mieli przyznawać do tego, że kochają swe siostry. Daisy uwielbiała mówić o nim: „Mój brat!” i wydawał jej się najznakomitszym młodzieńcem na świecie. Co rano biegła w szlafroczku zapukać do jego drzwi i mówiła z macierzyńską troskliwością: „Wstań, już czas na śniadanie; przyniosłam ci świeży kołnierzyk”.

Rob, energiczny malec, musiał odkryć tajemnicze perpetuum mobile, bo nieustannie był w ruchu. Szczęściem nie odznaczał się zbyt wielką odwagą i to go chroniło od szkodliwych wypadków. Bujał między ojcem a matką, jakby kochające wahadło, z przyjemnym dla ucha „tik tak”, bo wielkim był gadułą.

Teddy był za młody, żeby brać wielki udział w sprawach Plumfield, ale miał swoją sferę i pięknie ją zapełniał. Na przykład ile razy wzięła kogo chętka do pieszczot, „bobo” przepadając za całusami i uściskami, zawsze się znajdowało na podorędziu. Ponieważ nie odstępował prawie nigdy matki, moczył paluszek w każdej potrawie, jaką przysposabiała, ale to dodawało lepszego smaku.

Dick Brown i Adolphus, czyli Dolly Pettingill, mieli po osiem lat. Z początku Dolly bardzo się jąkał; ale się z tego wyleczył stopniowo, bo nikomu nie wolno było szydzić z niego, a przy tym pan Bhaer leczył go, ćwicząc w powolnej mowie. Był to sobie dobry chłopaczek wcale niezajmujący i pospolity, ale rozwijał się pomyślnie, oddając się tak obowiązkom jak przyjemnościom ze spokojnym zadowoleniem i z pewną powagą.

Biedny Dick miał garb na plecach, lecz tak wesoło znosił to kalectwo, że Demi z właściwą sobie oryginalnością zapytał pewnego razu: „Czy garb wyrabia w ludziach dobry humor? Jeżeli tak jest, to chciałbym także być garbatym”. Dick był zawsze pogodny i starał się podążać we wszystkim za innymi chłopcami, bo dzielną miał duszę, pomimo wątłego ciała. Przybywszy do Plumfield, bardzo był drażliwy na punkcie swojego kalectwa, ale wkrótce zapomniał o nim, gdyż nikt się nie ważył wytykać go z tego powodu, ponieważ pani Bhaer natychmiast ukarała jednego z chłopców, gdy się roześmiał z tego biedaka.

„Bóg nie uważa na to, bo chociaż mam plecy garbate, to dusza moja jest prosta” – rzekł z łkaniem do swego prześladowcy. Państwo Bhaer oprócz tej idei zdołali rozbudzić w nim wkrótce wiarę, że ludzie także miłują jego duszę i o tyle tylko zwracają uwagę na ciało, by żałować go i dopomagać w znoszeniu tej niedoli.

Pewnego razu, gdy chłopcy bawili się w menażerię, jeden z nich zapytał:

– Dick, a ty jakim będziesz zwierzęciem?

– Dromaderem, czyż nie widzisz garbu na plecach? – odparł z uśmiechem.

– Dobrze, mój drogi, ale zamiast dźwigać ciężar, będziesz tylko postępował zaraz za słoniem w czasie pochodu – odezwał się Demi urządzający widowisko.

– Mam nadzieję, że kiedyś ludzie będą tak dobrzy dla tego biedaka, jak teraz moi chłopcy – powiedziała pani Bhaer, zadowolona ze skutku swych nauk, gdy Dick przesunął się koło niej z miną bardzo uszczęśliwionego, choć wątłego dromadera, oraz obok wspaniałego słonia, którego przedstawiał gruby Nadziany.

Jack Ford był to chłopak bystry, ale i chytry zarazem, którego oddano do tej szkoły z powodu jej taniości. Niejeden nazwałby go sprytnym, lecz ten rodzaj sprytu nie podobał się panu Bhaerowi. W jego oczach ta chytrość nad wiek i żądza pieniędzy były znacznie gorszym kalectwem, jak jąkanie się Dolly’ego i garb Dicka.

Czternastoletni Ned Barker był takim, jakich się spotyka tysiące. Nie ustawał nigdy w ruchu, w figlach, psotach. Domowi nazywali go „huraganem” i byli w ciągłej obawie, żeby nie spadł z krzesła, nie uderzył o stół lub nie upuścił czegoś na ziemię. Przechwalał się różnymi umiejętnościami, ale mało co potrafił zrobić. Względem małych chłopców odgrywał wielkiego, a dużym z kolei pochlebiał. Nie będąc zupełnie złym, należał jednak do tej kategorii dzieci, które łatwo sprowadzić z dobrej drogi.

George Cole był zepsuty przez zbyt pobłażliwą matkę, która tak go karmiła słodyczami, że aż stracił zdrowie, wówczas wydał jej się znów zbyt wątły do nauki, i doszedłszy w ten sposób do lat dwunastu, stał się blady, obrzmiały, ociężały, cierpki i leniwy. Ktoś ze znajomych namówił jego matkę, żeby go wysłała do Plumfield, i tam doszedł wkrótce do siebie, gdyż łakocie dawano mu rzadko, zmuszano do częstego ruchu, a naukę udzielano w tak przyjemny sposób, że zyskał na zdrowiu duszy i ciała. Zdumiona nim matka nabrała przekonania, że w Plumfield panuje szczególnie skuteczne powietrze.

Billy Ward był tym, co Szkoci nazywają czule „niewiniątkiem” i pomimo lat trzynastu wyglądał na sześcioletnie dziecko. Niegdyś odznaczał się rzadką inteligencją, ale ojciec nadto rozwijał go zbyt trudnymi wykładami i trzymaniem przy książkach po wiele godzin dziennie, w nadziei, że tak pochłaniać będzie nauki, jak strasburska gęś łykać pokarmy wkładane jej w gardziel. Zdawało mu się, że dopełnia w ten sposób obowiązku, tymczasem o mało chłopca nie zabił, wpędziwszy w gorączkową chorobę. Gdy biedne dziecko przyszło nieco do siebie po przymusowych i smutnych wakacjach, wysilony jego mózg podobny był do tablicy zmytej gąbką.

Była to strasznie ciężka nauka dla ambitnego ojca. Nie mogąc znosić widoku tak obiecującego niegdyś dziecka, które wyszło na niedołężnego idiotę, wysłał go do Plumfield. Nie miał wprawdzie nadziei, żeby mu coś jeszcze pomogło, ale przynajmniej był pewien, że się tam z nim dobrze będą obchodzić. Billy był potulny i łagodny; litość brała patrzeć, z jakim trudem stara się czegoś nauczyć, jak szuka niejako po omacku utraconych wiadomości, które tak drogo przypłacił. Dzień za dniem ślęczał nad abecadłem, z dumą wymawiając: A i B w przekonaniu, że zna te litery, lecz nazajutrz rano już ich nie pamiętał i całą pracę rozpoczynał na nowo. Pan Bhaer był dlań nieskończenie cierpliwy i nie ustawał w wysiłkach, chociaż te zdawały się bezskuteczne. Nie biorąc się do książek, powoli starał się tylko usuwać mgłę z zaciemnionego umysłu i przywrócić mu tyle przynajmniej inteligencji, żeby nie był ciężarem i niedołęgą.

 

Pani Bhaer na wszelkie sposoby wzmacniała jego zdrowie, chłopcy zaś przez litość okazywali mu wiele życzliwości. Nie lubiąc ich ruchliwych zabaw, wolał godzinami przyglądać się gołąbkom, kopać dołki dla Teddy’ego, tego niezmordowanego pracownika, lub chodzić krok w krok za Silasem, który był bardzo dla niego dobry, Billy zaś, chociaż zapominał liter, przyjazne twarze zawsze chował w pamięci.

Tommy Bangs, najgorsze ladaco z całego zakładu, psotny był jak małpa, ale miał tak dobre serce, że mu wszystko chętnie wybaczano. Chociaż prędki jak żywo srebro, tak był pokorny, jak coś zbroił, tak uroczyście przysięgał poprawę lub obmyślał tak komiczne kary dla siebie, że niepodobna było obchodzić się z nim surowo. Państwo Bhaer żyli w ciągłym oczekiwaniu jakiegoś wypadku, począwszy od tego, żeby karku nie skręcił, skończywszy na wysadzeniu prochem całego domu. Dozorczyni trzymała zawsze w osobnej szufladce bandaże, plastry i balsamy na jego wyłączny użytek, bo go często przynoszono na wpół żywym. Ale nic groźnego nigdy mu się nie przytrafiło, a po każdym wybryku przybywało mu więcej sił.

Przybywszy do Plumfield, zaraz pierwszego dnia wsunął koniec palca w kosiarkę, a w ciągu tygodnia spadł raz z dachu, o mało nie stracił oczu, bo mu je chciała wydziobać kura, rozsrożona za to, że zaglądał do jej piskląt; i uszy miał w niebezpieczeństwie, gdyż kucharka Asia porwała się na nie, zastawszy go raz wyjadającego śmietanę z garczka. Niezwalczony żadnym niepowodzeniem, obmyślał coraz to nowe figle, nie dając nikomu spokoju. Gdy nie umiał lekcji, zawsze znalazł jakąś zabawną wymówkę, a ponieważ był zazwyczaj pilny i bystry, w lot układał odpowiedź, więc podczas lekcji dobrze mu się wiodło; ale czegóż to dopiero nie dokazywał poza szkołą!

Pewnego poniedziałku, kiedy najwięcej było do roboty, przywiązał tłustą Asię do słupa i przez pół godziny skazał ją tam na gniewne szarpanie się. To znów rzucił raz pieniądz rozpalony na plecy Mary-Ann, podczas gdy ta ładna dziewczyna posługiwała do stołu przy gościach, skutkiem czego biedaczka wylała zupę i zawstydzona wybiegła z pokoju, a wszyscy myśleli, że chyba oszalała. Innego dnia postawił konewkę z wodą na drzewie i wstążeczką przewiązał ucho, skoro Daisy zwabiona tym jaskrawym sztandarem spróbowała go pociągnąć, niechcący wzięła kroplistą kąpiel, zniszczyła świeżą sukienkę i obraziła się bardzo. To znów wsypał do cukierniczki ostrych białych kamyków, gdy jego babka przyszła raz na herbatę, i biedna staruszka dziwiła się w cichości, czemu cukier nie rozpuszcza się w filiżance. Pewnej niedzieli poczęstował kolegów w kościele tabaką i pięciu tak się rozkichało, że musieli wyjść na dwór. W zimę skopywał ścieżki i po kryjomu polewał wodą, żeby ludzie musieli upadać. Silasa doprowadzał niemal do szalu, zawieszając jego ogromne buty w widocznych miejscach, bo biedak miał olbrzymią nogę i bardzo się tego wstydził. Namówił raz Dolly’ego, żeby sobie dał przywiązać nitkę do ruszającego się zęba i niby to miał mu go wyrwać bez bólu; ale ząb nie dał się wydobyć za pierwszym szarpnięciem; biedny Dolly przebudził się więc z wielkim przestrachem i odtąd już nigdy Tommy’emu nie ufał. Nareszcie dopuścił się i tej psoty, że dał kurom chleb zmaczany arakiem i tak się upiły, że całe ptactwo było tym zgorszone, iż szanowne kokosze chwieją się, dziobiąc ziarno, i gdaczą nieprzytomnie. Wszyscy zanosili się od śmiechu na ten komiczny widok, ale Daisy, zdjęta litością, zamknęła je w kurniku, by się tam otrzeźwiły.

Wszyscy ci chłopcy, żyjąc w zgodzie, uczyli się, pracowali, figlowali, dopuszczali się błędów i kultywowali cnoty, zupełnie po staroświecku.

W innych szkołach pewno się dzieci uczą więcej z książek, ale mniej nabywają tej mądrości, która wyrabia na zacnych ludzi. Łacina, greka i matematyka nie były tam zaniedbywane, ale ponieważ profesor Bhaer wyżej stawiał znajomość samego siebie, pomoc własną i panowanie nad sobą, pilnie się starał uczyć ich tego. Ludzie kręcili niekiedy głowami dla jego metod, chociaż każdy rad nierad przyznawał, że chłopcy wiele zyskują pod względem obejścia i moralności. Pani Bhaer słusznie powiedziała do Nata, że to była „dziwaczna” szkoła.

ROZDZIAŁ III
NIEDZIELA

Gdy następnego ranka odezwał się dzwonek, Nat wyskoczył z łóżka i z żywą przyjemnością nałożył na siebie odzież leżącą na krześle. Nie była wprawdzie nowa, bo ją nosił już jeden z zamożniejszych chłopców, ale pani Bhaer przechowywała zwykle odrzucone pióra dla obnażonych ptaszków, chroniących się do jej gniazda. Zaledwie się Nat ubrał, wszedł Tommy wystrojony w świeży kołnierzyk i zaprowadził kolegę na śniadanie.

Słońce oświecało stół zastawiony w jadalnym pokoju i grono zgłodniałych a raźnych chłopaków, którzy go otaczali. Nat zauważył między nimi daleko więcej ładu niż poprzedniego wieczoru; każdy stał w milczeniu za swoim krzesłem, a mały Rob znajdujący się obok ojca na głównym miejscu złożył rączki, z pokorą schylił główkę i dźwięcznym głosikiem wypowiedział krótką modlitwę, na pobożny niemiecki sposób, który pan Bhaer lubił i kazał synkowi szanować. Nareszcie wszyscy zasiedli do śniadania, składającego się przy niedzieli z kawy, kotletów wieprzowych i pieczonych kartofli, zamiast codziennego mleka z chlebem. Gawęda szła spiesznie, noże i widelce nie ustawały ani na chwilę, bo trzeba się było jeszcze nauczyć niektórych niedzielnych zadań, obmyśleć miejsce przechadzki i roztrząsnąć plany na cały tydzień.

– Dalej, chłopcy! Weźcie się do rannych obowiązków, żebyście byli gotowi jechać do kościoła, jak się ukaże omnibus – rzekł ojciec Bhaer i dla przykładu dla klasy zaczął przygotowywać książki na dzień następny.

Wszyscy wzięli się do roboty, bo każdy miał jakieś codzienne zatrudnienie, które musiał spełnić. Jedni nosili wodę i drewno, drudzy zamiatali schody, inni byli na posługach u pani Bhaer, karmili ulubione zwierzęta lub z Franzem urządzali chóry około stodoły. Daisy zmywała naczynia, a braciszek je wycierał, gdyż jako bliźnięta lubili pracować wspólnie; przy tym jeszcze w rodzicielskim domu przyuczano Demiego, by starał się być pożyteczny. Nawet maleńki Teddy miał swoje drobne zajęcia: biegał tu i ówdzie, zdejmując ze stołu serwety i ustawiając krzesła na właściwym miejscu. Przez pół godziny panował szmer jak w ulu, nareszcie omnibus nadjechał i ośmiu ze starszych chłopców pod opieką ojca Bhaera i Franza pojechało do kościoła.

Nat z powodu męczącego kaszlu wolał zostać w domu, z czterema młodszymi chłopczykami, i przyjemnie spędził poranek w pokoju pani Bhaer, która czytała mu powieści, uczyła go hymnu, a potem dała mu obrazki do oglądania.

– To mój niedzielny gabinet – rzekła, pokazując mu półki, na których leżały książki z rycinami, pudełka pełne farb, łamigłówki architektoniczne i materiały do pisania listów. – Chcę, żeby moi chłopcy lubili niedziele i żeby to był cichy, przyjemny dzień, w którym wypoczywając po zwykłych pracach i głośnych zabawach, mogli jednak używać spokojnych rozrywek i w prosty sposób uczyć się daleko ważniejszych rzeczy od tych, jakie bywają wykładane w szkole. Rozumiesz mnie? – zapytała, śledząc uważną twarz Nata.

– To zapewne znaczy, że uczą się być dobrymi – rzekł po chwilce namysłu.

– Tak, i mieć w tym zamiłowanie. Przyznaję, że czasami bywa to ciężką pracą, ale wzajemnie dopomagamy i radzimy sobie. Oto jeden z moich sposobów – rzekła, pokazując mu grubą księgę na wpół zapisaną i otworzyła na stronicy, gdzie u góry był jeden wyraz tylko.

– Jak to, moje imię? – zawołał Nat ze zdumieniem i z ciekawością.

– Tak, dla każdego z chłopców mam stronicę, zapisuję cały tydzień, jak postępował, a w niedzielę wieczorem pokazuję mu sprawozdanie. Jeżeli złe, jestem smutna i zawiedziona; jeżeli dobre, to jestem uradowana i dumna; ale w każdym razie chłopcy wiedzą, że pragnę im dopomóc, i usiłują jak najlepiej zachowywać się przez wzgląd na mnie i na ojca Bhaera.

– Spodziewam się! – zawołał Nat i zdjęty ciekawością, rzucił okiem na imię Tommy’ego, naprzeciwko swego i zastanawiając się, co też może być zapisane pod nim. Pani Bhaer dostrzegła jego spojrzenie i powiedziała, przekładając stronę:

– Pokazuję te zapisy tylko tym, których dotyczą. Nazywam to księgą sumienia. I tylko ty i ja będziemy wiedzieli, co jest napisane pod twoim imieniem. Czy będziesz dumny, czy zawstydzony, czytając to za tydzień w niedzielę, zależy tylko od ciebie. Mnie wydaje się, że będzie to dobry raport, ja przynajmniej zrobię wszystko, żebyś poczuł się dobrze w nowym miejscu, jeśli tylko będziesz przestrzegał kilku zasad, żył w zgodzie z chłopcami i uczył się.

– Postaram się, proszę pani. – Twarzyczka Nata aż poczerwieniała z chęci, by uczynić panią Bhaer „zadowoloną i dumną”, a nie „smutną i zawiedzioną”.

– To musi być niełatwe pisać tak dużo – dodał, kiedy zamknęła księgę i poklepała go zachęcająco po ramieniu.

– Nie dla mnie, bo tak naprawdę nie wiem, co lubię bardziej: pisanie czy chłopców – roześmiała się na widok zdziwionej miny Nata. – Tak, wiem, że wiele osób uważa, że chłopcy to sam kłopot, ale to dlatego, że ich wcale nie rozumieją. Ja rozumiem. I nie spotkałam jeszcze chłopca, którego nie poznałabym gruntownie, kiedy już odnalazłam najczulsze miejsce w jego sercu. Na Boga, w ogóle nie dałabym rady bez tej mojej trzódki, tych hałaśliwych, niegrzecznych chłopców. Czy mogę, mój Teddy – i pani Bhaer przytuliła małego łobuza w samą porę, by uratować duży kałamarz mający trafić do jego kieszeni.

Nat, który nigdy w życiu czegoś takiego nie słyszał, nie potrafił powiedzieć, czy matka Bhaer jest nieco zwariowana, czy raczej jest najcudowniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkał. Raczej skłaniał się ku tej drugiej opcji, mimo jej dziwnych zachowań, jak na przykład nakładanie komuś jedzenia na talerz, zanim jeszcze zdążył poprosić, śmiania się głośno z jego dowcipów, pociągania go delikatnie za ucho czy klepania po ramieniu, co wydało mu się najbardziej ujmujące.

– A teraz myślę, że chciałbyś pójść do pokoju szkolnego, żeby poćwiczyć hymny, które będziemy wieczorem śpiewać – powiedziała, trafiając dokładnie w to, czego pragnął w tej chwili najbardziej.

Samotny z ukochanymi skrzypcami i zeszytem nut rozłożonym przed nim na parapecie okna, za którym wiosna upiększała cały zewnętrzny świat, w królującej ciszy niedzielnego dnia Nat przeżył godzinę czy dwie prawdziwego szczęścia, ucząc się słodkich starych pieśni. Nieszczęścia, które przeżył, zakrywała szczęśliwa teraźniejszość.

Kiedy chłopcy wrócili już z kościoła i zjedli posiłek, każdy mógł się zająć tym, na co miał ochotę. Czytali książki, pisali listy do domów, niektórzy wracali do lekcji lub rozmawiali cicho ze sobą, siedząc, gdzie im przyszła chęć. O godzinie trzeciej cała szkolna rodzina wybrała się na spacer, bo aktywne młode ciała wymagają ćwiczeń. W tym też czasie aktywne młode umysły poznawały cuda natury roztaczające się przed ich oczami.

Pan Bhaer zawsze szedł razem z nimi i w prosty ojcowski sposób głosił swojej trzódce kazania na temat kamieni, strumyków i wszelkiego dobra, które znajduje się we wszystkim, co nas otacza.

Pani Bhaer wraz z Daisy i dwoma swymi syneczkami pojechała do miasta złożyć cotygodniową wizytę swojej mamie, co było jej świątecznym obowiązkiem, ale też największą przyjemnością.

Nat nie miał dość siły na długą przechadzkę, więc poprosił o możliwość pozostania w domu z Tommym, który zaoferował się czynić honory domu Plumfield.

– Znasz już dom, więc teraz wyjdźmy, żebyś mógł zobaczyć ogród, stodołę i menażerię – powiedział, kiedy zostali sami, tylko z Asią, która miała przypilnować, żeby nie wyprawili jakiejś psoty, bo choć Tommy miał zawsze dobre intencje, ale to jemu zawsze przydarzały się najokropniejsze wypadki, nie wiadomo właściwie z jakiej przyczyny.

– Jaką tu macie menażerię? – spytał Nat, gdy wyszli z domu.

– Każdy z nas trzyma jakieś ulubione zwierzę, mieszkają w szopie i to nazywa się menażerią. Oto ją masz przed sobą. Może nie jest piękna moja świnia indyjska? – rzekł, pokazując wyjątkowo szkaradne stworzenie.

– Jeden z moich znajomych posiada ich dwanaście i obiecał mi jedną w czarne plamy, ale nie miałem gdzie jej podziać. Jeżeli sobie życzysz, to może ją teraz będę mógł dostać – odezwał się Nat, chcąc się delikatnie odwdzięczyć za jego grzeczności.

 

– A owszem, bardzo byś mnie tym ucieszył. Ja ci za to dam moją i będą mogły pomieścić się razem, jeżeli się nie pobiją. Te białe myszki dostał Rob od Franza, króliki należą do Neda, a te indory, co tam chodzą po podwórku, to własność Nadzianego. Żółwie są Demiego; zeszłego roku miał ich sześćdziesiąt dwa. Na jednym wyrył swoje nazwisko i bieżący rok, po czym puścił go na wolność. Może kiedyś go odnajdzie i pozna. Czytał o jednym żółwiu, z napisem świadczącym, że żyje od paruset lat. Jaki to dziwny chłopiec z tego Demiego!

– A tutaj co się przechowuje? – zapytał Nat, zatrzymując się przy głębokiej skrzyni, do połowy napełnionej ziemią.

– Robaki Jacka Forda; zbiera je, trzyma tutaj i sprzedaje nam potem do łowienia ryb. Wprawdzie oszczędza nam to wiele trudu, ale zbyt drogo je ceni. Ostatnim razem musiałem zapłacić dwa centy za tuzin, jednak dał mi sam drobiazg. Jack jest szkaradnie chciwy, zapowiedziałem mu więc, że je zamierzam sam zbierać, jeżeli się tak będzie drożył. Ja mam dwie piękne kury, ot te szare z czubkami; jajka ich sprzedaję pani Bhaer, ale nigdy drożej jak dwadzieścia pięć centów za tuzin. Wstydziłbym się wziąć więcej – zawołał, ze wzgardą spoglądając na skład robaków.

– A te psy do kogo należą? – zapytał Nat, którego to wszystko bardzo zajmowało.

– Ten duży jest Emila; pani Bhaer nazwała go „Krzysztofem Kolumbem” – odpowiedział Tommy tonem przewodnika po menażerii. – Ten biały piesek należy do Roba, a żółty do Teddy’ego. Jakiś człowiek miał je właśnie wrzucić do naszego stawu, kiedy pan Bhaer nadszedł i powstrzymał go. Dla takich malców ujdą, ale w moich oczach nic nie są warte. Nazywają się Kastor i Pollux.

– Ja bym najlepiej lubił tego osiołka Toby’ego; taki maleńki, dobry, i tak miło na nim jechać! – rzekł Nat, wspominając, jak go bolały nogi, gdy się musiał pieszo włóczyć po świecie.

– Pan Laurie przysłał go dla pani Bhaer, żeby nie potrzebowała dźwigać Teddy’ego na przechadzce. Wszyscy lubimy Toby’ego, bo to śliczny osiołek, mój panie. Gołąbki są własnością całej naszej gromadki; każdy ma swego ulubieńca, i gdy się młode wylęgają, dzielimy je pomiędzy siebie. To bardzo zabawne stworzonka; tutaj ich nie ma, ale idź je zobaczyć pod strychem, a ja tymczasem zajrzę do kur, czy nie zniosły jajek.

Nat wdrapał się po drabinie, wściubił głowę przez okienko i przypatrywał się ładnym gołębiom, które gruchały i muskały się dziobkami na obszernym poddaszu. Dużo ich siedziało na gniazdach, inne skakały tu i ówdzie albo zlatywały ze słonecznego dachu na folwarczne podwórko, gdzie sześć połyskujący krówek spokojnie przeżuwało trawę.

„Ja jeden nic nie mam! Chciałbym dostać przynajmniej gołębia, kurę, albo nawet żółwia, ale na wyłączną własność” – myślał Nat, bolejąc nad swym ubóstwem, na widok tylu cudzych skarbów.

– Skąd wy to bierzecie? – zapytał Tommy’ego, skoro znowu zeszli się w szopie.

– Czasem się coś znajdzie, czasem się kupi albo dostanie od kogoś. Te kury przysłał mi ojciec, a jak tylko zbiorę dosyć pieniędzy za jajka, nabędę zaraz parę kaczek. Jest tu ładny staw za stodołą, przy tym za jaja kacze dobrze ludzie płacą, i młode kaczęta takie są ładniutkie, że zabawnie patrzeć, jak pływają – rzekł Tommy, strojąc minę milionera.

Nat westchnął, gdyż biedak nie miał ani ojca, ani pieniędzy, ani zgoła nic na całym świecie prócz pustego pugilaresu i dziesięciu uzdolnionych palców.

Tommy widocznie zrozumiał, dlaczego pytał o to i czemu westchnął po jego odpowiedzi, bo zadumawszy się chwilkę, rzekł żywo:

– Słuchaj no, co ci powiem: jeżeli zechcesz wyszukiwać jajka, czego ja nie lubię robić, to ci dam jedno za każdy tuzin. Będziesz utrzymywał rachunek, a gdy matka Bhaer zapłaci dwadzieścia pięć centów, to będziesz sobie mógł kupić, co ci się spodoba, rozumiesz?

– Doskonała myśl! Jakiś ty dobry, Tommy! – zawołał Nat, olśniony tak świetnymi nadziejami.

– Nie ma o czym mówić; weź się zaraz do dzieła, przeszukaj w szopie, a ja tu poczekam na ciebie, jedna z moich kurek gdacze, więc z pewnością zniosła jajko – rzekł Tommy i rzucił się na siano z wewnętrznym zadowoleniem, że nie tylko zawarł korzystną ugodę, ale i oddał przyjacielowi przysługę.

Uradowany Nat zaczął natychmiast poszukiwania i znalazł dwa jajka: jedno pod belką, a drugie w starej torebce kucharki, którą sobie czubata kurka przywłaszczyła.

– Jedno możesz sobie zachować, a drugie dopełni właśnie ostatni tuzin; jutro zaś rozpoczniemy od nowa. Zapisuj kredą rachunki obok moich, to będziemy zawsze w porządku – powiedział Tommy, wskazując na szereg niezrozumiałych cyfr na gładkiej stronie wialni.

Ucieszony świetnymi nadziejami, przejęty zdobytym dostojeństwem, dumny posiadacz jednego jajka, otworzył rachunek z przyjacielem, który śmiejąc się, napisał nad cyframi te wspaniałe słowa:

T. Bangs & Co.

Biednemu Natowi wydało się to czymś tak wielkim, że z trudnością dał się namówić do złożenia w spiżarni Asi tej pierwszej swojej własności. Wyszedłszy stamtąd, zaznajomił się z dwoma końmi, sześcioma krowami, trzema świniami i jednym cielęciem, po czym zaprowadził go Tommy do starej wierzby, ocieniającej szemrzący strumyk. Z płotu łatwo było wskoczyć do dużej kryjówki pośród trzech grubych konarów, które tworzyły zielone sklepienie. W tej kryjówce przymocowali chłopcy ławeczkę, a głębiej jeszcze złożyli parę książek, łódkę rozebraną i kilka niewykończonych fujarek.

– To schronienie moje i Demiego; sami je sobie urządziliśmy i bez naszej wiedzy nikomu nie wolno korzystać z niego, z wyjątkiem jednej Daisy, bo o nią nam nie chodzi.

Podczas gdy Tommy to mówił, Nat wodził wzrokiem od szemrzącej brunatnej wody w dole do zielonego sklepienia w górze, gdzie pszczoły dźwięcznie brzęczały, racząc się długim, żółtym kwiatem, który wypełniał powietrze słodką wonią.

– Ach, jak tu pięknie! – zawołał nareszcie. – Mam nadzieję, że wolno mi będzie przychodzić tu czasem. Jak żyję, nie widziałem tak ładnego miejsca! Chciałbym być ptakiem i tu zawsze przesiadywać.

– Prawda, że tu bardzo ładnie? I będziesz mógł przychodzić, jeżeli Demi się nie sprzeciwi, ale nie przypuszczam tego, bo mówił onegdaj wieczór, że mu się podobasz.

– Doprawdy? – zapytał Nat i uśmiechnął się radośnie, gdyż uznanie Demiego miało widoczną cenę u kolegów: w części dlatego, że był siostrzeńcem pani Bhaer, ale także z powodu, iż mimo młodego wieku bardzo był poważny i sumienny.

– Tak, Demi lubi cichych chłopców i pewno się zbliżycie z sobą, jeżeli masz także upodobane w książkach.

Biedny Nat zarumienił się znowu, ale tym razem nie z radości, lecz ze wstydu, i odrzekł, jąkając się:

– Nie umiem dobrze czytać, bo nigdy nie miałem na to czasu, koczując bez ustanku ze skrzypcami.

– Ja też nie lubię czytania, ale jak dokładam starań, to mi idzie dosyć gładko – odrzekł Tommy, rzucając nań zdumione spojrzenie, które znaczyło: „dwunastoletni chłopak nie umie czytać?!”.

– Ale za to potrafię czytać nuty – dodał Nat, zmieszany trochę wyznaniem, że taki z niego nieuk.

– Ja znów tego nie umiem – odrzekł tamten z takim poszanowaniem, że Nat odważył się powiedzieć:

– Pierwszy raz w życiu zdarza mi się teraz sposobność uczenia się, więc szczerze oddam się pracy i będę się starał skorzystać jak najwięcej. Czy pan Bhaer jest surowy przy lekcjach?

– Ale gdzież tam! Dopomaga nam i objaśnia trudniejsze miejsca, a nie wszyscy tak robią! Na przykład mój dawny nauczyciel: skoro się ktoś omylił w jakimś wyrazie, zaraz mu dawał po czuprynie – rzekł Tommy i roztarł sobie głowę biedaczek, jak gdyby dopiero co dostał razy.