Black notice: część 3

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Black notice: część 3
Black notice: część 3
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 10,98  8,78 
Black notice: część 3
Black notice: część 3
Audiobook
Czyta Maciej Szklarz
5,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lotte Petri

Black notice: część 3

Saga

Black notice: część 3przełożyła Agata Makowiecka tytuł oryginału Black notice: Afsnit 3Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2017, 2019 Lotte Petri i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726209525

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Ośrodek dla Uchodźców Sandholm, Birkerød, Dania

Pomalowane na piaskowy kolor mury i glazurowana dachówka sprawiały, że budynek przypominał typową wiejską posiadłość, która lśniła w zimnym świetle księżyca. Jednak ostateczne wrażenie zakłócały duże szyldy z jednoznacznymi nakazami oraz czerwone światło sygnalizacyjne, które niespecjalnie pozwalało poczuć się tu mile widzianym.

Przed kutą żelazną bramą stały na jałowym biegu dwa wozy policyjne. Szyldy ostrzegawcze oraz żółte i czarne kolory sygnalizowały, że teren był poligonem wojskowym.

Tego późnego popołudnia zapadł już prawie zmrok. Jakiś mężczyzna zbliżał się wolnym krokiem do bramy. Na głowie miał czapkę z logo Czerwonego Krzyża. Większość jego twarzy skrywał cień. Rozpiął zamek puchowej kurtki, spod której wystawała czerwona kamizelka. Uśmiechnął się do funkcjonariusza, który natychmiast opuścił szybę w samochodzie i po obejrzeniu dowodu osobistego skinął na znak, że mężczyzna może przejść przez bramę.

– Gdzie odbywają się badania lekarskie? – zapytała po angielsku kobieta o imieniu Mouna. Była odziana w długą powłóczystą szatę, a jej głowę okrywała chusta. Miała bladą twarz.

– Tam dalej, w baraku, na wprost głównego wyjścia z budynku – odparła pracownica ośrodka z uprzejmym uśmiechem. Spojrzała na ręczny zegarek.

– Mam nadzieję, że lekarz jeszcze nie wyszedł… czas wieczornych przyjęć już minął, ale zazwyczaj zostają po godzinach…

Mouna z trudem wstała z krzesła. W tej samej chwili rozszarpujący ból przeszył jej podbrzusze i musiała ponownie usiąść.

– Poczekaj, odprowadzę cię. Chcesz czegoś zimnego do picia?

Mona skinęła potakująco głową, gdy kolejny skurcz wypełnił jej podbrzusze, jakby ktoś uderzył w nie zaciśniętą pięścią z miażdżącą siłą.

Pracownica ośrodka wróciła z wodą i odkręciła nakrętkę butelki.

Mouna upiła łyk.

Ponownie wstała. Potem zaczęły się wolno przemieszczać po błyszczącej posadzce, a gdy pracownica otworzyła drzwi, powiał tak silny wiatr, że chusta Mouny załopotała na wietrze.

– To już niedaleko – zapewniła pracownica.

Minęły wąską asfaltową drogę, a potem pracownica ośrodka otworzyła przeszklone drzwi prowadzące do poczekalni.

– Usiądź tutaj i poczekaj, a ja w tym czasie sprawdzę, czy ktoś nadal tu jest… i czy cię przyjmie… W przeciwnym wypadku będziemy musiały skontaktować się z lekarzem dyżurnym.

– Dziękuję – wyszeptała Mouna, wchodząc do środka, po czym przysiadła na krześle. Kręciło jej się w głowie.

Po chwili pracownica wróciła, informując ją, że lekarz ją przyjmie za kwadrans.

Poczekalnia była niewielka i wypełniało ją duszne powietrze. Ból nieco ustąpił, ale wiedziała, że potrafił zaatakować znienacka. Wstała i skierowała się do łazienki, aby przemyć twarz zimną wodą. Osuszyła twarz papierowym ręcznikiem i poprawiła chustę. Miała duże, ciemne oczy, obwiedzione czarną kredką, która podkreślała zmęczenie.

Nadal miała ładną twarz, choć ucieczka przez Europę pozostawiła na niej wyraźne ślady. W jej świadomości zachowały się obrazy z tej wyprawy. Przypomniała sobie to klaustrofobiczne uczucie, które dopadło ją w przepełnionej ludźmi ładowni łodzi. Gdy w końcu dotarli na ląd, ujrzała na brzegu liczne zwłoki, opłukiwane falami jak jakieś kolorowe ryby. Kolejny etap podróży odbywali w zamkniętej ciężarówce do przewożenia trzody chlewnej, jakby nie byli lepsi od świń. Nawet nie wyczyszczono samochodu, w którym znajdowały się odchody tych i tak przecież nieczystych zwierząt.

Bóle w podbrzuszu zaczęły się już na terenie Niemiec i przybierały na sile do poziomu, który sprawiał, że zaczynała odchodzić od zmysłów. Podróżowała razem ze swoim wujkiem Hassanem i jego małym synkiem. W Niemczech zostali rozdzieleni. Przemytnicy stwierdzili, że kobiety i mężczyźni nie mogą podróżować razem.

Marzenie o nowej, lepszej przyszłości zostało zniszczone w tej jednej chwili. Wujek obiecał pomóc w sprowadzeniu jej narzeczonego do Danii. Miał odpowiednie znajomości i potrafił zdobyć tę zawrotną sumę, której domagali się przemytnicy. Obraz narzeczonego – oczu Aylana o długich, podwijających się rzęsach – przewinął się jej przed oczami. Emocjonalny ból zaczął konkurować z tym w podbrzuszu tak mocno, że musiała na chwilę zwinąć się w kłębek.

Gdy wróciła do poczekalni, poczuła powiew ożywczego, lodowatego powietrza. Ktoś otworzył okno i ostry zapach mrozu uderzył w nią niczym lodowy mur. Tu, w Danii, było zimno jak w lodówce. Nie miała pojęcia, jak ludzie potrafili wytrzymywać takie zimno i ciemność.

– Proszę wejść – zabrzmiało zza drzwi prowadzących do gabinetu lekarskiego.

W drzwiach stanął lekarz, uśmiechając się do niej. Przez szyję miał przewieszony nonszalancko stetoskop.

– Masz na imię Mouna, prawda? Rozumiesz po angielsku?

Potaknęła, a potem skurczyła się z bólu, gdy kolejna seria bolesnego kłucia przeszyła jej ciało.

– Usiądź tutaj. – Wskazał jej krzesło, które miała zająć.

– Okropnie boli mnie podbrzusze.

– Masz krwawienia?

– Tak.

– Czy miesiączki są regularne?

Pokręciła przecząco głową.

– Hm – odparł z namysłem lekarz, wpatrując się w nią. Nosił okulary o grubych szkłach i wyglądało, jakby jego oczy odbijały się w szklanych refleksach.

– Muszę zbadać twój mocz, aby ustalić, czy nie jesteś w ciąży.

Podał jej niewielki plastikowy pojemnik.

– Wiesz, gdzie jest toaleta?

Potaknęła.

Po pewnym czasie wróciła do gabinetu.

– Po prostu postaw go, proszę, przy umywalce – polecił odruchowo. Ostrożnie ustawiła pojemnik na stoliku z polerowanej stali.

Lekarz wstał, włożył jednorazowe rękawiczki i otworzył szafę, z której wyjął coś, co przypominało brązową buteleczkę na pigułki. Odkręcił ją, po czym wyjął ze środka biały pasek papieru i zanurzył go w pojemniku z moczem.

– Chwilę to potrwa, zanim pojawi się wynik. Chciałbym cię teraz zbadać ginekologicznie. Możesz się przygotować za kotarą.

Zaciągnęła zasłonkę, po czym zaczęła zdejmować buty, pończochy i majtki, wsłuchując się jednocześnie w metalowe pobrzękiwania.

Myśl, która od dawna czaiła się jej w głowie, teraz pojawiła się niczym cień. Czy mogła zajść w ciążę tamtego wieczoru, tuż przed ucieczką? Przecież uważali… ale on był taki zachłanny. Druga myśl jeszcze bardziej ją przygnębiła, bo jeżeli była w ciąży, to musiało być coś nie tak z płodem. Paraliżujące przerażenie sprawiło, że nogi miała jak z waty. Zaczęła dygotać pod wpływem zimnego powietrza i drżącym krokiem ruszyła w stronę fotela ginekologicznego, wspięła się na taboret, a potem ostrożnie usadowiła, przygotowując do badania.

– Nogi do góry na podkolanniki – zabrzmiał głos.

Zmienił się jego ton, nabrał ostrzejszej barwy. Wolno rozwarła nogi w tym ostrym świetle. To wydawało się potworne, że musiała się obnażać przed obcym mężczyzną. Tak już jednak było, musiała to zaakceptować.

Mouna poczuła, że coś uwiera ją w kostki, i w odruchu paniki dotarło do niej, że została przywiązana. Próbowała usiąść, ale silne uderzenie w twarz sprawiło, że ujrzała mroczki przed oczami.

Po chwili usłyszała jakieś trzeszczące dźwięki i wypełnionymi łzami oczami dostrzegła, że odciął długi kawałek taśmy samoprzylepnej, którą obwiązał jej nadgarstki. Potem odmierzył krótszy kawałek i umieścił go na dolnej części jej twarzy. Już po chwili o tym nie pamiętała, bo poczuła rozrywający ból w okolicach pępka, stopniowo schodzący w dół. W jej wnętrzu wzbierał krzyk, który jednak z powodu taśmy przerodził się tylko w głuchy jęk.

Gdy nieco później skierował się do lasu, pozbawione liści korony drzew kołysały się łagodnie na zimnym wietrze. Nieliczne liście, które jeszcze zdołały utrzymać się na gałęziach, sucho szeleściły.

Białe światło księżyca było tak intensywne, że cienie drzew wyraźnie odznaczały się na ścieżce, tworząc skomplikowany, czarny, rozgałęziony wzór. Jego wzrok padł na samochód, który wcześniej przezornie zaparkował na dyskretnie położonym postoju przy Kongevejen.

Pomimo zimna jego ciało wypełniła ciepła fala szczęścia. Napełnił płuca rześkim powietrzem.

To czysty przypadek, że właśnie tego dnia zwrócił uwagę na tę kobietę, a uczucie niepokoju sprawiło, że uruchomił samochód i jeździł nim bez celu. Wysiadła z busa wraz z innymi uchodźcami. Miała rozbiegany wzrok i sarnie spojrzenie. Chusta na głowie niemal całkowicie skrywała jej twarz o wysokich kościach policzkowych i pięknie wykrojonych ustach. Jej oczy były dokładnie takie, jak powinny. Co do reszty ciała można było tylko spekulować, ale na szczęście obyło się bez przykrych niespodzianek. Widok białej skóry i zaokrąglonych piersi wzbudził w nim palące pożądanie.

Cieszył się na powrót do domu, bo rytuał nie dobiegł jeszcze końca. Pojawiło się nieoczekiwane trofeum, które uświetni jego zbiory.

 

Dżungla Calais, Francja

Z lotu ptaka obóz przypominał śródziemnomorsko-białą mozaikę tworzącą niedbały wzór. Jednak po bliższym przyjrzeniu się te niebiesko-białe pola okazywały się namiotami i własnoręcznie skleconymi chatkami, których ściany zbudowano z plastikowych plandek, nieustannie uginających się pod naporem wiatru.

Stelaże chatek wykonano z gałęzi znalezionych przez ich mieszkańców w pobliskim niewielkim lesie, który z czasem przekształcił się w wykarczowaną polanę w wyniku licznych wypraw po materiały budowlane i opał.

Obóz, zwany Dżunglą, śmierdział jak składowisko śmieci – dookoła unosiła się woń zgnilizny, palonego plastiku i pozostałości po środkach chemicznych. Obóz położony był na zanieczyszczonym terenie dawnej fabryki.

Francuska sekcja policji zajmująca się utrzymywaniem porządku wielokrotnie próbowała zlikwidować to nielegalne obozowisko za pomocą buldożerów, ale wszelkie próby wzbudzały protesty licznych organizacji pozarządowych oraz samych uchodźców, którzy pochodzili głównie z Afryki i Syrii. Dżungla była dla nich jedyną ostoją, a własnoręcznie zrobione chatki wszystkim, co posiadali. Pozostałe dobra albo zostały im rozkradzione, albo przeznaczone na zapłatę dla przemytników.

Francuska policja balansowała na ostrzu noża, gdyż nie mogła używać przemocy wobec mieszkańców obozu, a z drugiej strony sytuacja wydawała się nie do wytrzymania dla samych uchodźców. Brakowało nowoczesnych sanitariatów, a dostawy prądu okazywały się często kwestią przypadku. Mimo to z czasem pojawiły się pierwsze oznaki cywilizacji: zbudowano trzy meczety, jeden kościół i niewielką scenę teatralną. Jednak obóz stanowił w dalszym ciągu tykającą bombę – zarówno pod względem politycznym, jak i zdrowotnym.

„Taki ropień dżumy” – pomyślała Adrianne Duclos, wezwana do kolejnego pobicia. Tym razem jakiś Sudańczyk odciął nos swojemu rodakowi w wyniku kłótni o złotą biżuterię. Ofiara była już w drodze do szpitala, przewożona karetką na sygnale. Odcięty kawałek nosa został włożony do lodu i lekarze będą próbowali go przyszyć.

Napastnik odjechał już policyjnym radiowozem. Nie wykazywał najmniejszych oznak poczucia winy.

Adrianne pomyślała, że gdyby przyszło jej spędzić w tym obozowisku tydzień, chyba by zwariowała. Od kilku dni nieustannie padało, ulice zamieniły się w grzęzawisko, oszczędne oświetlenie sprawiało, że niektóre miejsca zalewała ciemność – całość tworzyła prawdziwy raj dla wszystkich nocnych egzystencji. Obóz wykazywał przedziwną żądzę przetrwania, bo gdy tylko francuskim władzom udawało się uprzątnąć jego część i przenieść mieszkańców na obrzeża Calais, w jakiś nieodgadniony sposób natychmiast w innym punkcie powstawały kolejne siedziby uchodźców. Ziemia obiecana w postaci Wielkiej Brytanii przyciągała jak magnes na drugą stronę Kanału, a uchodźcy wydawali się tak zdesperowani, aby się tam przedostać, że skakali z mostu przy autostradzie, podejmując karkołomne próby znalezienia się na dachu przejeżdżających ciężarówek. Inni nocą zakradali się do Eurotunelu i wczołgiwali do wagonów kolejowych. Policja nie mogła zrobić nic więcej, jak próbować ich zlokalizować i odwieźć z powrotem do obozu. Każdego dnia uchodźcy ginęli na szynach pod kołami pociągów albo rozbijali się na śmierć na moście przy autostradzie.

Adrianne, która pracowała w francuskiej policji w Wydziale do Walki z Przestępczością przeciwko Zdrowiu i Życiu, tym razem miała też inną, poważniejszą sprawę do załatwienia w obozie. Policję doszły słuchy o sadystycznym mordercy, który wykonywał na kobietach pewne zabiegi, zanim je zgwałcił i zabił. Jak dotąd zdarzenia te traktowano jako budzącą, co prawda, przerażenie, ale tylko miejscową legendę, gdyż na razie w okolicy nie znaleziono żadnych zwłok. Mimo to Adrianne obawiała się, że coś mogło być na rzeczy, bo statystyki stosowania przemocy w Dżungli nie pozostawiały złudzeń – nocą obóz przemieniał się w prawdziwego potwora, który w pełni zasługiwał na swoją ksywkę.

Porywisty wiatr potrafił wcisnąć się w każdy kąt, wywołując nieprzyjemny świst plastikowych plandek. Doświadczyła tego pewnego razu, gdy w nocy została wezwana na interwencję. Mrok sprzyjał wszelkiej maści przestępcom, a ściany namiotu nie stanowiły absolutnie żadnego zabezpieczenia, można je było rozedrzeć nożem bez najmniejszego wysiłku.

Zbliżyła się do grupki kobiet i uśmiechnęła, ale wyglądały, jakby obawiały się munduru. Krzywo patrzono tu na tych, którzy rozmawiali z policją.

Adrianne zamachała kartonem papierosów. Przynęta chwyciła i już po chwili stała z dwiema jakby w uliczce między plastikowymi płachtami, w które uderzał wiatr.

– Chodzą słuchy o mężczyźnie odpowiedzialnym za kilka gwałtów – zagaiła po angielsku. – Słyszałyście coś o tym?

Adrianne wiedziała, że większość uchodźców posługiwała się angielskim. I głównie z tego powodu chcieli uciec właśnie do Anglii. Sądzili, że znając język, mają największe szanse na znalezienie pracy.

Dwie kobiety, wyglądające na Somalijki, wymieniły się spojrzeniami.

Adrianne wyłowiła z kieszeni spodni kolejną paczkę Gauloises Blondes, dając znak wzrokiem, że to ostatnia.

– Mówią, że je nacina… – odezwała się powoli jedna z nich, ta, która miała długą bliznę na twarzy, od ucha do podbródka.

Przeszły nieco dalej w głąb ulicy i ściszyły głos. Wszyscy tutaj doskonale zdawali sobie sprawę, jak łatwo było podsłuchać czyjeś tajemnice przez cienkie jak papier ściany.

– Mój mąż mnie pobije, jak się dowie, że z tobą rozmawiałam – wyszeptała druga. Była mocno zbudowana i nosiła ciężkie, kolorowe kolczyki.

Zapaliła papierosa.

– Powiedzcie mi, co wiecie, przecież chcę go zapuszkować…

– Mówią, że ma złe oczy – wymamrotała ta z blizną i zwilżyła usta językiem.

Adrianne westchnęła w duchu. Wielu pasowało do tego opisu, bo w obozie można było znaleźć sporo dziwnych typów.

– Rozcina je i zjada ich wnętrzności! – dodała kobieta z blizną. Jej okrągłe oczy się zwęziły.

Adrianne nie kupiła wersji z kanibalizmem, ale mimo to zadrżała już na samą myśl.

– Obawiamy się wychodzić wieczorami – uzupełniła ta z kolczykami. – Mówią, że zakopuje je w piasku przy Kanale, gdy już dostanie to, czego chciał.

Adrianne przełknęła ślinę. Zrozumiała, że już niczego więcej się nie dowie od tych kobiet, które wyglądały na zdenerwowane jak małolaty. I nie mogła ich za to winić. W obozie panowało prawo dżungli, silniejsi wygrywali ze słabszymi.

Calais, Francja

– Cześć, Adrianne – usłyszała za sobą czyjś głos. – Mówili, że cię tu znajdę.

Siedziała w swoim biurze, zajęta kończeniem raportu o tym pechowym Sudańczyku, któremu odcięto nos. Wcześniej przejechała się do szpitala w Calais, gdzie jak się okazało, nadal leżał na stole operacyjnym. Obiecali zadzwonić później i opowiedzieć, jak się udała operacja. Żałowała, że nie dotarła do żadnych jego krewnych, z którymi mogłaby się skontaktować. Wielu uchodźców docierało tu w pojedynkę. Jednak najgorzej sytuacja wyglądała w przypadku pozbawionych opieki dzieci, które w pojedynkę docierały do Dżungli. Trudno było to wszystko udźwignąć.

– Pieter… co ty robisz tutaj, w Calais?

Znali się z poprzedniej sprawy dotyczącej przestępczości narkotykowej.

Pieter musnął ją w policzek i przestawiając krzesło, usiadł przodem do oparcia.

– Mamy topielca na plaży, na wyspie Texel. Zwłoki w postaci szkieletu, odziane w kombinezon z pianki.

– A teraz chcesz mi oddać tę sprawę? – uśmiechnęła się Adrianne.

– Odnoszę wrażenie, że to ktoś z Francji – wyjaśnił Pieter. – Ciemne włosy i niezbyt wysokiego wzrostu, dlatego przypuszczamy, że chodzi o kobietę. Nikt ze zgłoszonych zaginionych w Holandii nie pasuje do tego opisu. Odczytaliśmy chip, wszywany do niektórych materiałów, najwyraźniej także do kombinezonów.

– I? – Adrianne przybrała profesjonalny wyraz twarzy.

– Został zakupiony w twoim okręgu, moja droga Adrianne… więc się od tego nie wymigasz.

Przeczesała palcami ciemne, krótkie włosy.

– System jest tak drobiazgowy, że dotarłem do nazwy sklepu – ciągnął. – Dlatego pomyślałem, że jeżeli nie masz nic lepszego do roboty, moglibyśmy tam zajrzeć jeszcze przed zamknięciem…

– Nic lepszego do roboty – sapnęła. – Próbuję zapanować nad tym całym cyrkiem… ostatnio pewien Sudańczyk obciął nos swojemu rodakowi!

Pieter zagwizdał cicho.

Westchnęła.

– Ale muszę cię rozczarować, bo w moim okręgu nie ma żadnych zgłoszeń zaginionych rodowitych Francuzek.

– Okej… ale mimo to, czy nie moglibyśmy zajrzeć do tego sklepu?

Adrianne zawahała się przez moment. Potem zamknęła komputer i chwyciła krótką, czerwoną, skórzaną kurtkę, zwisającą z wieszaka.

– Miejmy to już za sobą.

Pojechali służbowym wozem Adrianne – zwinnym, małym, niebieskim peugeotem. Policjantka prowadziła brawurowo i nieco za szybko, gdy przemieszczali się wąskimi uliczkami.

Pieter wybrał adres sklepu na GPS-ie. To był sportowy supermarket Decathlon. Następnie wykorzystał czas jazdy, aby zdradzić jej szczegóły sprawy.

– Wystawiliśmy przez Interpol black notice odnośnie do tego martwego ciała w skafandrze… Pojawiła się zgodność z niezidentyfikowanymi zwłokami w Norwegii, w pobliżu miasta Kristiansand. Tam również znaleziono zwłoki kobiety w piance. Dość młodej… jak twierdzi antropolożka i okazuje się, że ofiary są blisko ze sobą spokrewnione… w rzeczy samej chodzi o bliźniaczki. Norwegowie twierdzą, że sprawca dokonał… jak mam to nazwać… nietypowego gwałtu…

– Co takiego zrobił?

– Rozciął je i wyciął jajowody.

Adrianne odwróciła w jego stronę głowę, wpatrując się w niego przez chwilę.

– Jaja sobie ze mnie robisz?

– Niestety, nie…

– Rozmawiałam wczoraj z dwiema Somalijkami w tym nielegalnym obozie dla uchodźców. Twierdziły, że chodzą plotki o jakimś szalonym zabójcy, który gwałci, morduje i nacina swoje ofiary.

Potarła dłonią czoło.

– A co mówią wasi medycy sądowi? – dopytywał Pieter.

– Niewiele, bo do tej pory nie znaleziono żadnych zwłok. Sama nie wiem… może to tylko plotki…

– Prawdopodobnie są kolejne ofiary… w Danii – kontynuował Pieter. – Zabito dwie kobiety, a trzecia ledwo uszła z życiem.

– Aha, czyli macie potencjalnego świadka?

– Z tego, co wiem, to nie wiadomo, czy przeżyje.

Odnaleźli sklep, którego nazwę wyeksponowano białymi literami na niebieskim tle brzydkiego, betonowego budynku. Ekspedientka odziana w strój treningowy właśnie zamykała, więc posłała Adrianne poirytowane spojrzenie, które policjantka zupełnie zignorowała.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?