Lista marzeń

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szósty

Bezrobocie ma swoje dobre strony, szczególnie dla kogoś, kto do końca miesiąca musi przygotować występ kabaretowy. Kusiło mnie, żeby ukraść pomysły, które zasłyszałam w Comedy Central, ale wiem, że Mama by tego nie zaaprobowała. Więc zamiast tego przez tydzień łaziłam po mieście i obserwowałam. Wszystko, co widzę lub słyszę, a jest choć trochę zabawne, staje się potencjalnym materiałem do mojego występu. Staram się zlikwidować lub przynajmniej zminimalizować strach, że przed publicznością zrobię z siebie kompletną kretynkę. Stoję godzinami przed lustrem i szlifuję skecze. Są chwile, że kurczy mi się żołądek, a pod oczami mam czarne sińce.

Rozumiem, jaka była intencja Mamy. Umieściła to zadanie na pierwszym miejscu listy, bo wiedziała, że będę tak przerażona i zajęta przygotowaniami, że nie będę miała czasu, żeby o niej myśleć. Rezultat jest jednak dokładnie odwrotny. Elizabeth Bohlinger ponad wszystko lubiła serdecznie się pośmiać. Zawsze kiedy widzę coś, co mnie bawi, mam ochotę podzielić się tym z Mamą. Gdyby żyła, zawołałabym: „Posłuchaj, mam dla ciebie fajną historyjkę…”.

Zawsze z radością przyjmowała takie słowa i albo od razu prosiła, żebym opowiadała, albo zapraszała mnie do siebie na kolację. Nalewała nam wina, nachylała się do mnie i klepała mnie w ramię.

– No, mów, maleńka. Cały dzień na to czekam.

Więc opowiadałam. Odgrywałam całe historie, naśladowałam różne akcenty i dialekty dla lepszego efektu. Dla niej. Tak bardzo lubiła się śmiać.

W nocy przed występem nie śpię. Leżę niespokojna i poirytowana. Światło latarni sączy się przez drewniane żaluzje i pada na tors mojego chłopaka. Unoszę się na łokciu i patrzę na niego. Jego pierś podnosi się i opada miarowo. Przy każdym wydechu usta Andrew wypowiadają leciutkie „pyf… pyf”. Ledwie się powstrzymuję, żeby nie przesunąć dłonią po jego idealnej skórze. Ręce ma ułożone na płaściutkim brzuchu, twarz spokojną. Jakoś dziwnie przypomina Mamę w trumnie.

– Andrew, tak się boję – szepczę.

Leży nieporuszony, co ośmiela mnie do dalszych wynurzeń:

– Dzisiaj będę występować w kabarecie. Tak bardzo pragnę ci o tym powiedzieć, bo chciałabym, żebyś tam ze mną był albo chociaż trzymał kciuki. Jak nikt inny umiesz sprawić, że czuję się bezpieczna. Pamiętasz, jak przed moją prezentacją w Mediolanie całą noc pozostawałeś na linii tylko po to, żebym mogła z tobą porozmawiać, jeśli nagle się przebudzę? – Głos mi się załamuje. – Ale jeżeli ci opowiem o tym występie, będę też musiała opowiedzieć o całej liście niedorzecznych postanowień, które muszę wypełnić. Dla Mamy. A tego po prostu nie jestem w stanie zrobić.

Odwracam twarz do sufitu i zamykam oczy, żeby powstrzymać łzy.

– Ta lista tak bardzo różni się od tej, którą ty byś spisał.

A potem dodaję szeptem, bo głos uwiązł mi w gardle:

– Kocham cię.

Andrew się poruszył. O Boże! Mam nadzieję, że nie słyszał. Wzdycham. No, a jeśli nawet? Co w tym złego, że mężczyzna, z którym dzielę łóżko, usłyszy, że go kocham? Zaciskam powieki, bo odpowiedź spada na mnie jak cios. Byłoby źle, bo wcale nie jestem pewna, czy odpowiedziałby tak samo.

Wciskam głowę w poduszkę i wpatruję się w przewody wentylacyjne biegnące wzdłuż sufitu. Andrew kocha moje stanowisko i mój status, a tego już praktycznie nie ma. A mnie? Czy mnie naprawdę kocha? Czy on w ogóle zna prawdziwą Brett?

Przesuwam ręką po czole. To nie jego wina. Mama się nie myliła. Cały czas się ukrywałam. Porzuciłam swoje marzenia i przeobraziłam się dokładnie w taką kobietę, jaką Andrew chciał mieć przy sobie: nietuzinkową, ale też niekłopotliwą i niekrępującą.

Przyglądam się mojemu śpiącemu chłopakowi. Czemu zrezygnowałam z takiego życia, o jakim kiedyś marzyłam? Czy ta dziewczynka, która wciąż gdzieś we mnie siedzi, nie jest godna tego, żeby jej posłuchać? Czy Mama miała rację? Czy rzeczywiście odsunęłam własne aspiracje, żeby zadowolić Andrew, bo nigdy nie udało mi się spełnić wymagań ojca? Nie, to śmieszne. Wieki temu zdecydowałam, że ojcem nie będę się przejmować. Więc czemu nie walczyłam o swoje marzenia? Bo Andrew miał inne, a ja chciałam, żeby był zadowolony? Nie, co prawda lubię sobie wyobrażać, że kieruję się sercem i mam naturalną skłonność do poświęceń, ale chociaż trudno mi się do tego przyznać, w tym wszystkim jest coś jeszcze. Coś znacznie mniej szlachetnego…

Boję się. To może kiepsko zabrzmieć, ale ja po prostu nie chcę być sama. Na obecnym etapie rozstanie z Andrew byłoby strasznie ryzykowne. Zaczynanie wszystkiego od nowa w wieku lat trzydziestu czterech można by porównać z przeniesieniem wszystkich oszczędności z pewnych obligacji na ryzykowne akcje. Oczywiście, że zysk może być dużo większy, ale strata może pozbawić mnie wszystkiego. To, na co pracowałam, rozpłynie się i zostanę z niczym.

O wpół do trzeciej wypełzam wreszcie z łóżka i idę na dół, na sofę. Na stoliczku pobłyskuje czerwonym światełkiem moja komórka. Podnoszę ją i odczytuję wiadomość, która przyszła dziesięć minut przed północą:

Spokojnie. Będziesz świetna. Teraz trochę się prześpij.

To od Brada. Uśmiecham się. Wsuwam się pod koc i kładę głowę na poduszce. Znowu czuję się bezpieczna, zupełnie jakby ktoś mnie pocałował w czoło i dał szklankę ciepłego mleka.

Kiedyś Andrew tak na mnie działał.

Ogromna jak sala balowa Third Coast Comedy wypełniona jest hałaśliwym tłumem. Publiczność gromadzi się przy wysokich, okrągłych stolikach, które stoją na parkiecie dookoła drewnianej, wznoszącej się na około pół metra sceny. Wzdłuż pomalowanej na czarno ściany ciągnie się bar. Ci, którzy stoją przy nim, odwracają głowy, żeby zobaczyć występ. Skąd tu się wzięli ci wszyscy ludzie w poniedziałkowy wieczór? Oni też nie mają pracy? Przez stolik chwytam Brada za rękę. Muszę niemal krzyczeć, żeby mnie usłyszał w tym zgiełku.

– Nie mogę uwierzyć, że dałam ci się na to namówić. Nie ma tu jakiejś małej norki, w której mogłabym się schować?

– Jeszcze siedem minut i będziesz miała z głowy punkt osiemnasty! – krzyczy Brad. – I zajmiemy się pozostałymi dziewięcioma.

– Ta perspektywa naprawdę mnie motywuje. Jak wystąpię, będę mogła zafundować sobie konia w kamienicy i dogadać się z doczesnymi szczątkami ojca.

– Przepraszam, nie słyszę, co mówisz. – Brad dotyka palcem ucha.

Wychylam martini i odwracam się do dziewczyn.

– Ślicznie wyglądasz! – przekrzykuje wrzawę Shelley.

– Dziękuję! – wołam i spoglądam na swoją koszulkę. Ma napis: NIE SŁUCHAJ KAZANIA, MAŁA, KIEDY KSIĘDZU STERCZY PAŁA.

Dociera do mnie kolejny wybuch śmiechu. Spoglądam w kierunku sceny. Takie już mam szczęście, że wystąpię zaraz po ulubieńcu publiczności, rudowłosym chudzielcu, który opowiada sprośne kawały.

Obserwuję grubasa stojącego przy stoliku tuż przed sceną. Pije piwo, a na blacie ma ustawione rzędem trzy niewielkie szklaneczki z czymś mocniejszym. Gwiżdże i wymachuje pięścią.

Na scenę wskakuje mistrz ceremonii. Łapie mikrofon i krzyczy:

– To był Steve Pinckney! Dzięki, Steve!

Tłum szaleje.

– Powodzenia, siostro! – woła Shelley.

– Zabaw nas, chica! – dorzuca Megan.

Brad ściska mnie za ramię.

– Liz byłaby z ciebie dumna.

Czuję ucisk w klatce piersiowej. Kątem oka dostrzegam, że macha na mnie Bill, kierownik sali. Czas stanął w miejscu. Podchodzę do sceny jak skazaniec do krzesła elektrycznego.

– Teraz wystąpi dla nas Brett. – Konferansjer na chwilę zawiesza głos, czekając, żeby trochę ucichło. – Oto debiutantka, Brett Bohlinger. Powitajcie ją oklaskami.

Jakimś cudem wchodzę po schodkach na scenę. Nogi tak mi drżą, że obawiam się, iż odmówią mi posłuszeństwa. Chwiejnie podchodzę do mikrofonu i chwytam się obiema rękami stojaka, żeby utrzymać równowagę. Oślepia mnie ostre, białe światło. Zezując w kierunku publiczności, widzę uniesione twarze i wgapione we mnie oczy. Teraz mam powiedzieć coś śmiesznego. Co to miało być? Boże, dopomóż. Nie. Mamo! Pomóż mi, w końcu to ty mnie wmanewrowałaś w ten numer. Zamykam oczy. Przywołuję jej głos. Głos z naszych wieczorów w jadalni: No, opowiadaj, maleńka. Cały dzień na to czekałam. Biorę głęboki oddech i nurkuję w ciemne i zimne wody Third Coast Comedy.

– Witajcie.

Mój drżący głos niknie w przeraźliwym pisku mikrofonu. Pijak przy pierwszym stoliku wyje i zasłania sobie uszy. Zdejmuję mikrofon ze stojaka.

– Przepraszam. Dawno nie byłam na scenie – mówię. – Nie spodziewałam się, że mikrofon mnie zaatakuje.

Chichoczę nerwowo i spoglądam w kierunku moich klakierów. Megan ma na twarzy sceniczny uśmiech. Shelley nagrywa mnie iPhone’em, a kolano Brada podskakuje miarowo, jakby grał na perkusji.

– Hm. Kiedy usłyszeliście imię Brett, pewnie spodziewaliście się, że wystąpi facet. Często mi się to przydarza. Niełatwo się żyje, kiedy się nosi męskie imię, no chyba że jest się mężczyzną. Na przykład w szkole. Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie dzieci potrafią być okrutne. Kiedyś wracam do domu z płaczem i biegnę ze skargą do Tiffany. To mój starszy brat.

Przesłaniam oczy ręką i patrzę na publiczność. Czekam na śmiech, ale słyszę jedynie chichot Megan i jej głos:

– No tak, brat ma na imię Tiffany.

– To nie jest śmieszne – drze się pijak od stolika.

Wzdycham.

– A wiecie, jak mi się żyło z tym imieniem w katolickiej szkole? Czy ktoś na sali także jest ofiarą katolickiej szkoły?

Kilka osób klaszcze, żeby mnie ośmielić.

– W mojej szkole siostry były tak zasadnicze, że miałyśmy specjalną modlitwę na okoliczność pójścia do toalety.

Brad, Megan i Shelley specjalnie głośno się śmieją. Za to pozostali patrzą na mnie wyczekująco. Niektórzy uśmiechają się uprzejmie. Kilka osób sprawdza wiadomości w telefonach, a parę innych spogląda na zegarek.

 

Ktoś woła:

– Zapomniałaś puenty!

Chyba zwymiotuję albo, co gorsza, się rozpłaczę. Patrzę na elektroniczny zegar na ścianie. Minęły dopiero dwie minuty i cztery sekundy mojego występu. Jezu! Przede mną jeszcze pięć minut! Co teraz miało być? Boże, nie pamiętam ani jednego dowcipu!

Wycieram spocone ręce o spodnie i sięgam do tylnej kieszeni po ostatnią deskę ratunku.

– Nie wierzę – rozlega się z widowni. – Będziesz czytać z kartki?!

Usta mi drżą.

– Wracając do mojej szkoły…

– Nie chcemy już katolickich kawałów!

Ręce mi się tak trzęsą, że ledwie trzymam kartki z notatkami.

– To była nie tylko katolicka szkoła. Była to placówka żeńska. Nie było nawet węży do podlewania trawników.

Z tłumu dobiegają okrzyki niezadowolenia. Łzy napływają mi do oczu. Drżącymi rękami przerzucam karteczki. Jezu, dopomóż. Ludzie na widowni zaczynają głośno rozmawiać. Nie kryją już znudzenia. Niektórzy przesuwają się do baru, inni do szatni. Dostrzegam, że Shelley opuściła komórkę. Nie filmuje mojej klęski. Pijak przy stoliku przy scenie, z butelką w tłustej ręce, opadł na krzesło.

– Dalej! – krzyczy, jakby domagał się kolejnego aktu.

Mam to gdzieś! Spadam stąd! Odwracam się. Już mam ruszyć po schodkach, kiedy ponad wrzawą dobiega mnie okrzyk Brada:

– Nie przerywaj, Brett! Mamy ich w dupie!

W tej chwili naprawdę go uwielbiam. Najchętniej przefrunęłabym nad sceną i go uściskała. Chociaż może lepiej bym się poczuła, gdybym mogła go udusić. W końcu to on i Matka zmusili mnie do tego wygłupu.

– Dasz radę. Już prawie skończyłaś.

Walcząc z pokusą natychmiastowej ucieczki, odwracam się z powrotem do publiczności, która chyba myśli, że już jest przerwa.

– Zakonnice robiły wszystko, żeby nas ustrzec przed nieczystymi myślami.

Nikt mnie nie słucha, nawet moi klakierzy. Megan rozmawia z jakimś facetem przy sąsiednim stoliku, a Shelley wysyła wiadomości. Nikt na mnie nie patrzy, tylko Brad.

– W naszej klasie wisiał krucyfiks. Siostra Rose założyła spodnie Jezusowi na tym krucyfiksie. Po tym wszystkim moja koleżanka z ławki zakrywała oczy, nawet kiedy zmieniała pieluchę swojemu synkowi.

– Jeszcze dwadzieścia sekund! – woła Brad.

– Siadaj, lalunia! Mamy już dość! – krzyczy ktoś z tłumu.

Brad zaczyna odliczać:

– Siedem, sześć, pięć…

Wreszcie słyszę „zero” i zmykam jak zając. Brad krzyczy radośnie. Kiedy zbiegam ze schodków, chwyta mnie w ramiona. Ale w tym momencie ja już na dobre płaczę. Wyrywam się i biegnę w kierunku wyjścia.

Powietrze na dworze jest rześkie, ale każdy oddech podrażnia mi gardło. Patrzę przez łzy i biegnę do samochodu. Opieram ramiona o dach i kryję w nich twarz. Po chwili czuję rękę na ramieniu.

– Nie płacz, Brett. Dałaś radę. – Brad gładzi mnie po plecach.

– Nie udało mi się! – krzyczę i odwracam się do niego. – Mówiłam ci, że to nie będzie zabawne.

Przygarnia mnie, a ja się nie wyrywam.

– A niech ją! – mówię do jego wełnianego płaszcza.

Przytula mnie mocniej. Nie odzywa się.

– Czemu kazała mi to zrobić? Ośmieszyłam się. Nie. Nie ośmieszyłam się. To by znaczyło, że byłam zabawna, a nie byłam.

Brad się odsuwa i wyjmuje z wewnętrznej kieszeni różową kopertę.

– Może pozwolimy, żeby sama się wytłumaczyła?

Wycieram nos wierzchem dłoni.

– Dasz mi list?

Uśmiecha się i ściera łzę z mojego policzka.

– Uważam, że zasłużyłaś.

Siadamy w samochodzie. Włączam ogrzewanie. Brad, usadowiony obok, otwiera kopertę z numerem osiemnaście i zaczyna czytać:

– „Moja kochana dziewczynko! Martwisz się, że Ci nie poszło? Przecież to nieważne!”

– Co? Wiedziała, że…

Brad nie pozwala sobie przerwać. Czyta dalej:

– „Od kiedy to wszystko musisz robić bezbłędnie? Nie umiem wskazać tego przełomowego momentu. Wiem tylko, że ta roześmiana dziewczynka, która tak lubiła występować i opowiadać historyjki, przeobraziła się w zalęknioną i niepewną siebie osobę”.

Znowu mam łzy w oczach. Mamo, to nie ty mnie uciszyłaś.

– „Jednak dzisiaj ożyła moja mała aktoreczka i bardzo się z tego cieszę. Uważam, że takie przeżycia, nawet jeśli wiążą się ze strachem i napięciem, i tak są warte więcej niż bezbarwne życie.

Niech ta dzisiejsza historia pozostanie we wspomnieniu jako dowód Twojej dzielności, temperamentu i hartu ducha. Jeśli poczujesz kiedyś strach, możesz zaczerpnąć ze źródła swojej odwagi, bo teraz już wiesz, że ona w Tobie jest, tak jak ja zawsze to wiedziałam.

Eleanor Roosevelt powiedziała kiedyś: Codziennie zrób coś, czego się boisz. Zmobilizuj się i pokonuj lęk i obawy, kochanie. Podejmuj ryzyko. W końcu sama zobaczysz, że właśnie to nadaje życiu sens”.

Brad przerywa na chwilę i kończy:

– „Twoja kochająca i dumna mama”.

Biorę list i czytam go jeszcze raz. Przesuwam palcem po słowach zapisanych ręką Mamy. Do czego ona mnie tak gorąco namawia? O co jej chodzi? Myślę o Andrew, o pracy nauczyciela, o Carrie. Czuję, że drżę. Tamte rzeczy też są przerażające, ale jednego bałam się o wiele bardziej. Chociaż odsuwam od siebie tę myśl, wiem, że dzisiaj, mimo niepowodzenia, jednak przeżyłam swój występ. Nigdy więcej bym się na coś takiego nie zdobyła.

Rozdział siódmy

Późnym rankiem w The Bourgeois Pig sączę latte. Mam na sobie swoją ulubioną garsonkę od Marca Jacobsa. Megan rzuca wielką, czerwoną torbę Dolce & Gabbana na stolik i zabiera mi sprzed nosa książeczkę z krzyżówkami.

– Żadnych krzyżówek! Zaczynam rozumieć, czemu twoja matka wyznaczyła ci konkretny termin. Czy od czasu występu w ubiegłym tygodniu zrobiłaś cokolwiek w tej sprawie? Matka każe ci spełniać marzenia, a ty co robisz? Myślisz, że chodziło jej o to, żebyś drzemała sobie w parku? – Megan wskazuje na mój strój i dodaje: – Nawet nie powiedziałaś Andrew prawdy. – Teraz zabiera mi jeszcze gazetę i wyjmuje laptopa. – Dzisiaj znajdziemy twoją koleżankę.

– Nie mogę się tak nagle odezwać do Carrie. Muszę najpierw przygotować jakąś strategię. – Odsuwam laptopa i pocieram skronie. – Zobaczysz, ta lista zrujnuje mi życie.

Megan przygląda mi się ze zmarszczonymi brwiami.

– Ależ z ciebie dziwoląg, Brett. Ja mam wrażenie, że te postanowienia naprawdę mogą cię uszczęśliwić. Raczej się boisz, że zrujnujesz życie Andrew, a nie sobie.

Zaskakuje mnie jej przenikliwość i rozeznanie w sytuacji.

– Może masz rację, ale tak czy inaczej zostałam nieźle wkręcona. Jeżeli stracę chłopaka, nie wyrobię się z innymi sprawami przed wrześniem przyszłego roku.

Megan nie zwraca uwagi na to, co mówię.

– Potrzebuję kofeiny. Wejdź na Facebooka, a ja pójdę po kawę.

Kiedy Megan stoi w kolejce przy ladzie, ja loguję się na Facebooku. Zamiast szukać Carrie, wystukuję BRAD MIDAR. Rozpoznanie go jest dziecinnie łatwe, nawet na tym kilkucentymetrowym zdjęciu profilowym. Przyłapuję się na tym, że patrząc na nie, uśmiecham się. Kusi mnie, żeby wysłać mu zaproszenie do znajomych, ale się rozmyślam. To by było przekroczenie granicy w relacji prawnik–klient. Wymiana sms-ów czy uścisk nie mają takiego znaczenia. Mam też na myśli inne ograniczenia. Co by na przykład pomyślał Andrew, gdyby się dowiedział, że wkraczam w prywatną przestrzeń prawnika Mamy?

Chwytam się za głowę. Co się ze mną dzieje?

– Znalazłaś ją? – Megan zbliża się do stolika z macchiato i babeczką. Zatrzaskuję laptopa.

– Jeszcze nie.

Czekam, aż Megan usadowi się po przeciwnej stronie stolika, i otwieram laptopa. Tym razem wpisuję CARRIE NEWSOME. Przeglądamy razem kilka stron i nagle ją widzę. Ma na sobie bluzę z napisem Wisconsin. Zupełnie się nie zmieniła. To dziwne. Wysportowana, w okularach, uśmiechnięta jak zawsze. Dopada mnie poczucie winy. Jak mogłam być tak okrutna?

– To ona? – pyta Megan. – Nie dziwię się, że zerwałaś z nią kontakty. Czy w Wisconsin nie można kupić pęsety?

– Przestań, Megan. – Patrzę na fotografię przez łzy. – Uwielbiałam tę dziewczynę.

Kiedy dorastałam, Carrie mieszkała z rodzicami dwie przecznice od nas, przy Arthur Street. Byłyśmy diametralnie różne. Ona była energiczną chłopczycą, a ja chudą i cichą panienką. Pierwszy raz ją zobaczyłam, kiedy miałam pięć lat. Przebiegała obok naszego domu z biało-czarną piłką. Dostrzegła mnie. Byłyśmy w tym samym wieku. Zaproponowała, żebyśmy razem zagrały w piłkę. Zasugerowałam, że może lepiej pobawimy się w dom, ale nie chciała o tym słyszeć. Poszłyśmy do parku i przez resztę dnia wisiałyśmy jak nietoperze na drabinkach, huśtałyśmy się i chichotałyśmy. Od tego dnia byłyśmy nierozłączne – aż do tego, w którym po wielu latach ją porzuciłam.

– Nie mam prawa oczekiwać, że będzie chciała się ze mną przyjaźnić. Co gorsza, robię to tylko dlatego, że muszę.

– Naprawdę? – Megan aż się cofa. – A mnie się wydaje, że to ona nie powinna się spodziewać, że choć na nią spojrzysz.

Kręcę głową. Megan nigdy nie zrozumie, że ktoś, kto wygląda jak Carrie, może należeć do naszej ligi.

– Jezu, Brett, co w tym takiego trudnego?! – Megan najeżdża kursorem na DODAJ DO ZNAJOMYCH i klika.

Nabieram powietrza.

– Nie wierzę! Jak mogłaś?

– Tak się to robi, chica!

Megan podnosi kubek z kawą, ale ja nie sięgam po swoją. Za chwilę Carrie Newsome dostanie wiadomość od swojej starej przyjaciółki, która ją zdradziła. Niedobrze mi się robi, ale Megan już zaciera ręce.

– No, ruszaj się. Jedziemy do sklepu zoologicznego kupić ci psa.

– Daj spokój. – Nie ruszam się i popijam kawę. – Psy śmierdzą i bałaganią. Tak przynajmniej uważa Andrew.

– A co ma do tego Andrew? – Megan odłamuje kawałek babeczki. – Brett, ty naprawdę uważasz, że on pasuje do twojego planu na życie? Z tego, co zrozumiałam, wynika, że twoja matka nie brała go pod uwagę. Chcesz się przeciwstawić jej ostatniej woli?

Odkryła moją piętę Achillesową. Opieram łokcie na blacie i pocieram nosem splecione dłonie.

– Muszę powiedzieć Andrew o tej cholernej liście. Ale się wścieknie! On planuje raczej zakup samolotu, a nie konia. Poza tym nie uwzględnia dzieci. Postawił tę sprawę jasno.

– A ty się z tym zgadzasz?

Patrzę przez okno i wracam myślą do czasów, kiedy byłam zuchwała, nieustraszona i pewna, że moje marzenia się ziszczą. Ale potem zdarzyło się to, co musiało się stać, i zrozumiałam, że świat nie kręci się wokół mnie.

– Przyzwyczaiłam się do myśli, że tak będzie lepiej. Ale wtedy wszystko wyglądało inaczej. Bardzo dużo podróżowaliśmy. Andrew towarzyszył mi w wyjazdach służbowych. Mieliśmy tak wypełniony czas, że trudno było sobie nawet wyobrazić dziecko w tym wszystkim.

– A teraz?

Megan oczekuje, że przedstawię zaktualizowaną wersję mojego życia. Cóż. Najczęściej wieczorami jadam sama, a ostatnia podróż, jaką odbyliśmy, była wyjazdem do Bostonu na ślub siostry Andrew. Dwa lata temu.

– Właśnie straciłam Matkę i pracę. Nie jestem gotowa na kolejną stratę. Jeszcze nie teraz.

Megan zakrywa usta chusteczką, a ja zauważam, że ma łzy w oczach. Kładę dłoń na jej ręce.

– Przepraszam. Nie chciałam się na tobie wyładować.

– Ja już dłużej tak nie mogę!

Ona nie płacze nade mną, tylko nad sobą. Byłam tak skupiona na własnych sprawach, że potraktowałam ją jak osobistego doradcę. Biorę ją za rękę.

– Znowu znalazłaś jakieś sms-y w telefonie Jimmy’ego?

– Gorzej. Kiedy wczoraj wróciłam do domu, kochali się w moim łóżku. W naszym łóżku, cholera! Dzięki Bogu zdołałam wyjść, zanim mnie zobaczyli.

– Cholera. Czemu on ją przywozi do domu? Przecież wie, że nie masz stałych godzin pracy i możesz w każdej chwili wrócić.

– Chce, żebym ich przyłapała. Nie ma jaj, żeby samemu zerwać, i chce to zwalić na mnie. To wszystko przez te za krótkie ręce. Jestem zdeformowana.

– Bzdura. Jesteś piękna i powinnaś kopnąć go w tyłek.

– Nie mogę. Skąd wezmę pieniądze?

– Zaczniesz sprzedawać nieruchomości.

Megan macha ręką.

– Mówię ci, Brett, w poprzednim wcieleniu chyba należałam do rodziny królewskiej, bo po prostu nie mogę przywyknąć do tego zarabiania na życie.

– No tak, ale nie możesz tak siedzieć i nic z tą sprawą nie robić. Może jakbyś z nim porozmawiała…

 

– Nie! Nie porozmawiam z nim, dopóki nie będę miała innej opcji.

W pierwszej chwili nie rozumiem, o co chodzi, ale potem do mnie dociera. Ona chce najpierw zdobyć nowszy model, a dopiero potem pozbyć się starego. Jest jak przestraszone dziecko, które koniecznie chce sobie jakoś załatwić rodzinę zastępczą.

– Ale ty wcale nie musisz mieć kogoś, kto się tobą zajmie. Jesteś inteligentną kobietą. Dasz sobie radę o własnych siłach.

Kiedy to mówię, przemyka mi przez myśl, czy te słowa są przeznaczone dla Megan, czy dla mnie samej. Zmieniam więc ton i dodaję łagodniej:

– Wiem, że to trudne, ale poradzisz sobie.

– Nie ma mowy.

Wzdycham.

– Musisz się jakoś od tego wszystkiego oderwać. Może zarejestruj się na jakimś portalu randkowym.

Megan przewraca oczami i wyjmuje ze swojej czerwonej torby błyszczyk do ust.

– Szukam cudownego milionera. Musi lubić krótkie ramiona.

– Mówię poważnie, Megan. Szybko znajdziesz kogoś nowego. I lepszego, zobaczysz.

Nagle coś przychodzi mi do głowy.

– Słuchaj, a może Brad?

– Prawnik twojej matki?

– Taaa. Naprawdę jest miły. I przystojny. Co ty na to?

Megan nakłada błyszczyk.

– Mhm. Jest tylko jeden maleńki problem.

Głośno wciągam powietrze.

– Jaki?! Nie jest dość bogaty?

– Nie. – Megan zaciska usta, żeby rozprowadzić błyszczyk.

– On już jest zakochany. W tobie.

Podnoszę głowę tak gwałtownie, jakbym dostała cios w szczękę. Czy ona może mieć rację? Ale przecież jestem z Andrew. Tak jakby. Kiedy odzyskuję panowanie nad głosem, pytam:

– A skąd to przypuszczenie?

Megan wzrusza ramionami.

– A jaki miałby inny powód, żeby aż tak ci pomagać?

Powinnam odczuwać ulgę, bo sprawa się wyjaśnia. Wiem doskonale, że Brad ofiarowuje mi serdeczną opiekę i nie flirtuje ze mną. Jednak ku własnemu zdziwieniu czuję smutek, kiedy mówię:

– Nic z tego. On należy do dworu mojej Mamy. Obiecał jej, że będzie się mną opiekował. Wierz mi. Wyświadcza mi po prostu bezinteresowną przysługę.

Megan, zamiast się ze mną spierać, na co po cichu liczyłam, kiwa głową.

– Mhm.

Zwieszam głowę. Czy przypadkiem nie jestem jak Megan? Czy nie szukam nowego modelu?

Ręce mi drżą, kiedy ponownie otwieram kopertę. Jeszcze raz czytam jej słowa. „Zmobilizuj się i pokonuj lęk i obawy, kochanie”. Czemu, Mamo? Czemu mnie do tego zmuszasz? Wciskam list do kieszeni i wchodzę przez furtkę. Od siedmiu lat nie byłam na Saint Boniface Cemetery. Ostatnio byłam tutaj z Mamą. Jechałyśmy dokądś, chyba na zakupy przedświąteczne, ale Mama nalegała, żebyśmy najpierw wstąpiły na cmentarz. Było mroźne popołudnie. Pamiętam, że patrzyłam na ulicę i obserwowałam, jak wiatr zbija śnieg, który leżał zmrożonymi pasmami wzdłuż krawężników. Musiałyśmy się zmagać z tym wiatrem, ale udało nam się umocować zielone gałązki wokół nagrobka. Potem wróciłam do samochodu i włączyłam ogrzewanie. Dmuchnęło ciepłym powietrzem. Grzałam dłonie i patrzyłam na Mamę, jak stoi nieporuszona, ze spuszczoną głową. Dotknęła oczu rękawiczką i zrobiła znak krzyża nad grobem. Kiedy wróciła do samochodu, udałam, że nastawiam radio. Nie chciałam, żeby czuła się skrępowana. Było mi trochę głupio, że odkryłam, iż nadal jest przywiązana do męża, który ją porzucił.

W odróżnieniu od tamtego dnia dzisiaj mamy cudowną jesienną pogodę. Niebo jest takie czyste i błękitne, że myśl o zimie wydaje się zabawna. Liście drżą w lekkich powiewach wiatru. Na cmentarnym wzgórzu jesteśmy tylko ja i wiewiórki, które zbierają orzechy pod wielkim drzewem.

– Pewnie się zastanawiasz, co tu robię po tych wszystkich latach – szepczę nad grobem. – Myślisz, że tak samo jak Mama nie umiem cię nienawidzić?

Odgarniam suche liście z nagrobka i przysiadam na skraju marmurowej płyty. Sięgam do portfela i spomiędzy karty bibliotecznej i karty członkowskiej klubu sportowego wyjmuję jedyną fotografię, na której jesteśmy razem. On i ja. Mama zrobiła to zdjęcie rankiem w Boże Narodzenie, kiedy miałam sześć lat. Jestem ubrana w czerwoną, flanelową piżamę. Siedzę na kolanie ojca z rękami złożonymi, jakbym się modliła, żeby wolno mi było opuścić to niebezpieczne miejsce. Ojciec trzyma jedną bladą rękę na moim ramieniu, a druga zwisa luźno wzdłuż jego boku. Na ustach ma niepewny uśmiech, ale oczy puste i bez wyrazu.

– Co było ze mną nie tak, tato? Czemu nie umiałam sprawić, żebyś się do mnie uśmiechnął? Czemu było ci tak trudno mnie przytulić?

Oczy mnie szczypią. Unoszę twarz do nieba. Może uda mi się zrozumieć, co sobie wyobrażała Mama, kiedy zaznaczała ten punkt na liście. W tej chwili czuję tylko ciepło słońca na twarzy i otwartą ranę w sercu. Spoglądam na zdjęcie. Na pucołowatej twarzy dziewczynki, którą byłam, ląduje łza. Przez chwilę ożywia jej zalęknione spojrzenie. Wycieram zdjęcie rękawem. Pozostaje na nim podłużna smuga.

– Wiesz, tato, co było najgorsze? Zawsze miałam wrażenie, że w twoich oczach nie jestem dość dobra. Byłam tylko małą dziewczynką. Dlaczego chociaż raz nie mogłeś mi powiedzieć, że jestem miła albo mądra, czy ładna?

Przygryzam wargę tak mocno, że czuję smak krwi.

– Z całych sił próbowałam sprawić, żebyś mnie pokochał. Naprawdę.

Łzy płyną mi po policzkach. Podnoszę się z płyty. Patrzę na nagrobek, jakby to była twarz ojca.

– To był pomysł Mamy. To ona chciała, żebym odnowiła stosunki z tobą. Ja dałam sobie spokój wiele lat temu.

Przesuwam palcami po grawerowanych literach CHARLES JACOB BOHLINGER.

– Spoczywaj w pokoju, ojcze.

Kiedy docieram do Argyle Station, jest piąta, a ja wciąż jeszcze się trzęsę. Ale za diabła nie pozwolę, żeby ten potwór znowu mnie rozwalił. Wagon kolejki miejskiej jest pełny. Stoję wciśnięta między nastolatkę i faceta w bejsbolówce. Przez słuchawki, które dziewczyna ma na uszach, słyszę wyraźnie smętne zawodzenia z jej iPoda, a na daszku czapki sąsiada odczytuję napis: BOGCIEWYSLUCHA.COM. Mam ochotę zapytać, jaką wyszukiwarkę Boga poleca, ale obawiam się, że mógłby nie złapać dowcipu. Napotykam wzrokiem spojrzenie ciemnowłosego mężczyzny w trenczu Burberry w kolorze khaki. W jego oczach widzę uśmiech. Ten człowiek ma w sobie coś znajomego. Pochyla się do mnie za plecami dziewczyny i mówi:

– Technologia wkracza w coraz to nowe obszary.

– Tak – odpowiadam. – Już niedługo konfesjonały nie będą potrzebne.

Mężczyzna się uśmiecha, a ja nie mogę się zdecydować, czy patrzeć na złote iskierki w jego oczach, czy na miękkie, zmysłowe usta. Dostrzegam ciemny cień zarostu na opalonej twarzy i nagle uderza mnie pewna myśl. Czy to czasem nie jest ten mężczyzna, którego obserwowałam z okna naszego loftu? Wchodził do budynku codziennie około siódmej. Nazwałam go Panem Burberry, bo nosił płaszcz zupełnie taki sam jak ten. Właściwie nigdy go nie spotkałam, ale myślałam o nim i obserwowałam go przez jakiś miesiąc, zanim zniknął tak samo tajemniczo, jak się pojawił. Już mam się do niego odezwać, kiedy dzwoni moja komórka. Widzę, że wyświetla się numer biura Brada, i odbieram.

– Dzień dobry, Brett. Odebrałam pani wiadomość. Pan Midar może się z panią spotkać dwudziestego siódmego października o…

– Dwudziestego siódmego?! Ależ to dopiero za trzy tygodnie. Muszę… – Głos mi się załamuje. Muszę się z nim zobaczyć brzmiałoby za bardzo desperacko i niecierpliwie. – Chciałabym się z nim spotkać wcześniej, na przykład jutro.

– Przykro mi, ale cały tydzień ma zajęty, a potem wyjeżdża na wakacje. Może się z panią spotkać dwudziestego siódmego – powtarza dziewczyna. – Zaczyna pracę o ósmej.

Wzdycham.

– Jeżeli to pierwszy możliwy termin, to się zgadzam. Ale jeżeli jakiś klient odwoła spotkanie wcześniej, to proszę dać mi znać.

To już mój przystanek. Wrzucam komórkę do kieszeni i ruszam w kierunku drzwi.

– Miłego wieczoru – odzywa się mężczyzna w trenczu, kiedy go mijam.

– Nawzajem.

Już na zewnątrz dopada mnie melancholia. Brad Midar wyjeżdża na wakacje. Wcale mi się to nie podoba. Ciekawa jestem, dokąd się wybiera. Podróżuje sam czy z dziewczyną? Dotychczas jakoś nie wypadało mi zapytać, czy z kimś jest, a on sam też nic na ten temat nie powiedział. Niby dlaczego miałby się zwierzać? Jestem jego klientką. Ale on jest dla mnie jedynym łącznikiem z Mamą. Obawiam się, że przez to czuję się z nim silnie związana. Zadziałał taki sam mechanizm jak u osieroconego kaczątka. Poszłam za pierwszą miłą osobą, którą spotkałam po śmierci Matki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?