Lista marzeń

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przepraszam – mówię. – Naprawdę cię przepraszam. To nie twoja wina, że Mama nie wyobrażała sobie, że mogę poprowadzić Bohlinger Cosmetics. Tobie na pewno się to uda.

– Dziękuję – szepcze Catherine i podnosi się z krzesła. Przechodząc obok mnie, ściska mnie za ramię. Wraca na swoje miejsce i spogląda na mnie z niepokojącym wyrazem determinacji na twarzy. – To, co powiem, jest dla mnie bardzo trudne. – Czerwieni się i przygryza wargę. – Brett, bądź dzielna, to naprawdę szokujące.

Chichoczę nerwowo.

– Catherine, ręce ci się trzęsą. Nigdy nie widziałam cię tak zdenerwowanej. Co się dzieje?

– Dostałam polecenie od Elizabeth. Zostawiła mi różową kopertę w szufladzie biurka. W środku była notatka. Mogę ci ją pokazać, jeśli chcesz.

Zaczyna się podnosić i wyciąga rękę.

– Nie. Ostatnia rzecz, na którą mam ochotę, to czytanie kolejnego liściku od Mamy. Po prostu mi powiedz.

Serce mi wali.

– Twoja matka życzy sobie… kazała mi…

– Co?! – prawie krzyczę.

– …zwolnić cię, Brett.

Rozdział czwarty

Nie pamiętam, jak dojechałam do domu. Mam w głowie tylko to, że wpadam do loftu, pędzę po schodach i rzucam się na łóżko. Przez kolejne dwa dni w kółko tylko śpię, budzę się i płaczę. W piątek rano współczucie mojego chłopaka się wyczerpuje. Andrew siedzi na brzegu łóżka w grafitowym ubraniu i sztywnej, białej koszuli i gładzi moje skudlone włosy.

– Musisz się z tego wyrwać, mała. Przytłacza cię ta nowa sytuacja, więc starasz się przed nią uciec.

Zaczynam protestować, ale ucisza mnie, kładąc mi palec na ustach.

– Nie mówię wcale, że sobie nie radzisz, uważam tylko, że dałaś się zastraszyć. Ale nie możesz w nieskończoność uciekać. To już nie jest twoje dawne stanowisko w marketingu, gdzie mogłaś sobie od czasu do czasu odpuścić.

– Odpuścić? – jeżę się. On najwyraźniej uważa, że moje stanowisko szefa marketingu było nic nieznaczące. Co gorsza, nawet tej pracy już nie mam. – Nie masz bladego pojęcia, przez co przechodzę. Mam prawo do kilku dni żałoby.

– Hej, jestem z tobą. Chcę ci tylko pomóc wrócić do gry.

Pocieram skronie.

– Wiem. Przepraszam. Nie jestem sobą.

Andrew wstaje, ale przytrzymuję go za rękaw. Muszę mu powiedzieć prawdę! Miałam zamiar wyjawić mu wszystko w środę, ale zostałam zwolniona z pracy i od tamtego czasu staram się zebrać na odwagę.

– Zostań dzisiaj ze mną. Moglibyśmy…

– Przykro mi, mała. Nie mogę. Mam masę klientów. – Uwalnia rękaw z moich palców i dodaje: – Postaram się wcześniej wrócić.

Powiedz mu. Natychmiast!

– Andrew, poczekaj!

Przystaje w drodze do drzwi, odwraca tylko głowę i patrzy przez ramię. Serce mi wali.

– Muszę ci coś powiedzieć.

Odwraca się i patrzy na mnie zaskoczony. Z jego przewidywalną dziewczyną najwyraźniej coś się dzieje. W końcu wraca na brzeg łóżka i całuje mnie w czubek głowy, jakbym była zbuntowaną pięciolatką.

– Przestań już, mała. Musisz tylko ruszyć tę swoją prześliczną pupę z łóżka. Firmą ktoś musi zarządzać.

Andrew klepie mnie po policzku i znika z pokoju, zanim się orientuję w sytuacji.

Słyszę, jak stukają drzwi, i chowam twarz w poduszkę. Co ja teraz będę robić, do diabła? Nie jestem dyrektorem generalnym Bohlinger Cosmetics. Nie jestem nawet nic nieznaczącym szefem marketingu. Przeraża mnie, co pomyśli sobie mój złakniony prestiżu chłopak, kiedy to wreszcie odkryje.

Nie było dla mnie zaskoczeniem, kiedy Andrew powiedział mi, że pochodzi z Duxbury, zamożnego przedmieścia Bostonu. Miał wszystkie atrybuty osoby z dużymi pieniędzmi – włoskie buty, szwajcarski zegarek i niemiecki samochód. Jednak zawsze, kiedy pytałam go o dzieciństwo, robił uniki. Miał starszą siostrę. Jego ojciec był właścicielem niewielkiej firmy. Frustrowało mnie to, że Andrew nie mówi nic więcej.

Trzy miesiące i dwie butelki wina później wreszcie wyjawił prawdę. Z zaczerwienioną twarzą, wściekły, że go przycisnęłam, powiedział, że jego ojciec jest niezbyt uzdolnionym stolarzem, którego aspiracje znacznie przewyższają umiejętności, a mama pracuje za ladą Duxbury Safeway.

Andrew nie był bogatym chłopakiem, ale bardzo chciał za takiego uchodzić. Poczułam wówczas dla niego podziw, którego wcześniej we mnie nie budził. Nie dostał wszystkiego w dzieciństwie. Musiał sam pracować i walczyć o swój sukces. Pocałowałam go wtedy w policzek i powiedziałam, że jestem z niego bardzo dumna i że dzięki temu, że ma robotnicze korzenie, kocham go jeszcze bardziej. A on, zamiast się uśmiechnąć, spojrzał na mnie z niechęcią. Zrozumiałam, że Andrew nie widzi niczego dobrego w swoich skromnych początkach i że dorastanie w biedzie odcisnęło na nim piętno.

Nagle czuję przypływ paniki.

Mój biedny bogaty chłopak poświęcił całe dorosłe życie gromadzeniu dowodów zamożności. Rekompensowały mu wcześniejsze upokorzenia. Zastanawiam się, czy nie jestem jednym z nich.

Z podjazdu patrzę na idealny dom Jaya i Shelley. Perfekcyjnie wymanicurowane krzewy stanowią obramowanie ceglanej ścieżki, a w betonowych donicach rosną żółte i pomarańczowe chryzantemy. Czuję nieczęsty u mnie przypływ zazdrości. Gniazdko, które sobie uwili, jest przytulne i luksusowe, podczas gdy moje nieporządne i zapluskwione.

Patrzę nad ceglanym mostkiem na ich bujny ogród i dostrzegam w nim bratanka biegającego za piłką. Gdy trzaskają drzwi mojego samochodu, chłopiec podnosi głowę.

– Ciocia Błet! – woła.

Biegnę przez podwórko, chwytam Trevora na ręce i wirujemy razem, aż zamazuje mi się obraz. Po raz pierwszy od trzech dni czuję, że twarz rozjaśnia mi szczery uśmiech.

– Kto sprawia, że jestem szczęśliwa? – pytam i łaskoczę go po brzuchu.

Nim Trevor zdąży odpowiedzieć, z ceglanego patio schodzi Shelley, z włosami zebranymi byle jak na czubku głowy w koński ogon, w dżinsach, które, jak przypuszczam, należą do Jaya, podwiniętymi nad kostki.

– Hej, siostro – woła.

Przyjaźniłyśmy się i mieszkałyśmy razem jeszcze w college’u, zanim wyszła za mojego brata, i z tamtych czasów został nam dziecinny zwyczaj zwracania się do siebie per „siostro”.

– Cześć, nie jesteś w pracy?

Shelley podchodzi do mnie, powłócząc nogami w zniszczonych wełnianych kapciach.

– Rzuciłam pracę.

Patrzę na nią zaskoczona.

– No coś ty.

Pochyla się, żeby wyrwać jakiś chwast.

– Jay i ja uznaliśmy, że będzie najlepiej dla dzieci, jeśli jedno z nas zostanie w domu. Dzięki spadkowi nie potrzebujemy dodatkowych pieniędzy.

Trevor wysuwa się z moich objęć, więc stawiam go na nogi.

– Ale ty uwielbiasz swoją pracę. Dlaczego Jay nie zrezygnował?

Shelley prostuje się z wyrwanym mleczem w ręku.

– Jestem matką. To ma większy sens.

– Więc zrezygnowałaś. Tak po prostu?

– Yhm. Na szczęście kobieta, która mnie zastępowała, gdy byłam na urlopie macierzyńskim, nadal była wolna. – Odrywa suchy liść mlecza i rzuca pod nogi. – Zadzwonili do niej wczoraj i od dzisiaj zaczyna. Nawet nie muszę jej przyuczać. Wszystko świetnie się składa.

Słyszę napięcie w jej głosie i wiem, że wcale nie jest tak świetnie, jak stara się mnie przekonać. Shelley jest logopedą w szpitalu św. Franciszka. Uczy dorosłych z poważnymi uszkodzeniami mózgu nie tylko na nowo mówić, ale też funkcjonować społecznie. Zwykła mawiać, że to nie praca, tylko powołanie.

– Przykro mi, nie wyobrażam sobie ciebie jako siedzącej w domu mamuśki.

– Poradzę sobie. Prawie wszystkie kobiety z sąsiedztwa są takimi mamuśkami. Spotykają się co rano w parku, organizują zabawy, zajęcia jogi dla mam z dziećmi. Nie uwierzyłabyś, ile atrakcji towarzyskich omijało moje dzieci, kiedy były w żłobku.

Patrzy na Trevora, który biega w kółko z rękami rozpostartymi jak skrzydła.

– Może pani logopeda powinna się zająć własnym dzieckiem. Trevor ciągle nie wymawia… – Nagle Shelley przerywa w pół zdania. – Brett, nie powinnaś być o tej porze w pracy?

– Nie. Catherine mnie wylała.

– O Boże! Dzwonię po opiekunkę.

Na szczęście dla nas wszystkich dusza naszego towarzyskiego trójkąta, Megan Weatherby, pracuje w pośrednictwie nieruchomości, ale traktuje to zajęcie hobbystycznie i nie ma ambicji, żeby coś naprawdę sprzedawać. A ona sama ma szczęście, że jest praktycznie zaręczona z Jimmym Northrupem, obrońcą w Chicago Bears, więc nie musi sobie zaprzątać głowy brakiem dochodu z nieruchomości. Kiedy dzwonimy do niej, jadąc do The Bourgeois Pig Café, okazuje się, że Megan już tam jest, jakby przewidziała nasz mały kryzys.

The Bourgeois Pig Café w Lincoln Park uznałyśmy za nasze ulubione bezalkoholowe miejsce. Wnętrze jest przytulne, ale z pazurem. Są tu książki, antyki i wytarte dywany. A co jest najlepsze? Gwar, który tu panuje, sprawia, że czujemy się swobodnie, kiedy plotkujemy. Wiemy, że nikt nas nie podsłucha. Dzisiaj wrześniowe słońce przygrzewa na tarasie, gdzie Megan siedzi przy metalowym stoliku, ubrana w czarne legginsy i sweterek ściśle opinający wydatne piersi. Megan się upiera, że są naturalne. Jasne, niebieskie oczy dziewczyny są obwiedzione ciemnoszarym cieniem dającym efekt smoky eye. Myślę, że nałożyła co najmniej trzy warstwy tuszu do rzęs. Jednak mimo wszystko dzięki temu, że jasne włosy przykryła srebrnym berecikiem, a jasną skórę tylko lekko musnęła różowym pudrem, udało jej się przydać sobie nutki niewinności. Wygląda trochę jak dziewczyna na telefon, a trochę jak studentka. Czemuś takiemu większość mężczyzn nie potrafi się oprzeć. Megan skupiona na iPodzie nawet nie zauważa, że się zbliżamy. Łapię Shelley za łokieć i zatrzymuję się.

 

– Nie możemy przeszkadzać. Zobacz, ona naprawdę pracuje.

Shelley kręci głową i podprowadza mnie bliżej.

– Udaje. Zobacz, co ma otwarte: PerezHilton.com.

– Hej, dziewczyny – odzywa się Megan i zabiera okulary z krzesła. W ostatniej chwili, bo Shelley już miała na nich usiąść. – Słyszałyście? – zaczyna i podczas kiedy sadowimy się przy niej i ustawiamy talerze z muffinkami i szklanki latte, opowiada nam najświeższe plotki o konflikcie Brada i Angeliny oraz o ekstrawaganckim przyjęciu urodzinowym Suri. A potem, bez żadnego przejścia, zaczyna mówić o Jimmym: – Do Red Lobster. Mówię serio. Mam na sobie obcisłą górę Hervé Légera, która ledwie zakrywa pupę, a on chce mnie zabrać do Red Lobster! Kurczę.

Każdemu dobrze robi posiadanie przyjaciółki, która jest niesamowicie bogata, mówi otwarcie, co jej ślina na język przyniesie, i na zmianę trochę gorszy, a trochę rozśmiesza. Dla nas taką osobą jest Megan. Oglądamy się przez ramię, czy nikt nie patrzy, ale się śmiejemy.

Poznałyśmy Megan dwa lata temu przez młodszą siostrę Shelley, Patti. Dziewczyny dzieliły pokój w Dallas, gdzie odbywały kursy na stewardesy American Airlines. W ostatnim tygodniu nauki okazało się, że Megan nie sięga wystarczająco głęboko do szafki nad głową pasażera, żeby wyjąć z niej bagaż. Ma za krótkie ramiona. Od tamtego czasu stały się jej obsesją. Ale wróciła do Chicago z zamiarem podjęcia pracy w nieruchomościach i przy pierwszej transakcji poznała Jimmy’ego.

– Nie ma co, ich chrupki są pyszne, ale Red Lobster?!

Wreszcie Shelley jej przerywa:

– Megan, Brett potrzebuje pomocy. Pamiętasz?

Megan przełącza iPoda na czekanie i kładzie splecione dłonie na stole.

– Jestem do dyspozycji. Co się dzieje, chica?

Megan potrafi być idealną słuchaczką. Całą sobą wyraża skupienie. Oddała mi pole, a ja wykorzystuję to w pełni i opowiadam ze szczegółami, jak Matka zniszczyła mi życie.

– No i tak to wygląda. Nie mam dochodów, nie mam pracy, za to posiadam dziesięć postanowień, które muszę w ciągu roku wypełnić.

– To jakaś bzdura – odzywa się Megan. – Powiedz temu adwokatowi, żeby spadał.

Wyjmuje mi listę z ręki.

– Mieć dziecko, kupić psa, kupić konia… – Podnosi okulary słoneczne Chanel i spogląda na mnie. – I co sobie ta twoja mama myślała? Masz wyjść za mąż za starego MacDonalda i żyć na jego farmie?!

Nie mogę się powstrzymać od śmiechu. Może Megan jest egocentryczką, ale w takich chwilach, kiedy potrzeba mi uśmiechu, nie oddałabym jej za tuzin osób w typie Matki Teresy.

– A Andrew jest odwrotnością starego MacDonalda. Powiedz, co on na to? – odzywa się Shelley, wsypując drugą porcję cukru do kawy. – Wchodzi w to? Obdarzy cię dziećmi?

– Kupi ci konia? – Megan zaczyna chichotać.

– Tak. Na pewno. – Oglądam z uwagą łyżeczkę do herbaty.

Megan podnosi oczy.

– Nie wiem, jak dasz radę z tą hodowlą w centrum Chicago. W waszym budynku wolno trzymać zwierzęta?

– Chyba żartujesz, Meg – mówię i pocieram skronie. – Zaczynam myśleć, że Mama postradała rozum. Która czternastolatka nie chce mieć konia? Jaka dziewczynka nie marzy, żeby zostać nauczycielką i mieć piękny dom?

Shelley rozciera ścierpnięte palce i mówi:

– Rzućmy okiem na tę listę. Przyjaźnić się z Carrie Newsom, zakochać się, mieć dobre relacje z tatą, to wszystko drobnostki.

– Mój tato nie żyje, Shelley. – Mrużę oczy.

– Ale mama najwyraźniej chce, żebyś się z nim pogodziła. Wiesz, pewnie chodzi o to, żebyś poszła na cmentarz, posadziła kwiatki… A co do punktu siedemnastego, czyli zakochania się, to już masz z głowy. Jesteś zakochana w Andrew, prawda?

Kiwam głową, chociaż, nie wiadomo czemu, czuję, jak przechodzi mnie dreszcz. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wypowiedzieliśmy te słowa: kocham cię. Ale to przecież całkiem naturalne. Po czterech latach czego się można spodziewać?

– No więc idź do tego Midara i powiedz mu. A wieczorem znajdź na Facebooku tę Carrie Newsome. Wyślij jej kilka wiadomości i już ją masz. Bingo! Następny punkt odhaczony.

Wzdycham. Nie rozmawiałam z Carrie, odkąd wyszła ode mnie, zraniona i upokorzona, blisko dziewiętnaście lat temu.

– No a punkt dwunasty: pomagać biednym? To też nic trudnego. Wyślę datek na Unicef albo coś takiego. – Szukam potwierdzenia w oczach przyjaciółek.

– Naturalnie. Skończysz wcześniej niż napalony kadet – odpowiada Megan.

– Ale to cholerne dziecko… – odzywam się, pocierając nos. – I ten występ na żywo, i całe to nauczanie! Przysięgłam, że moja noga już nie postanie w klasie.

Megan masuje sobie nadgarstek i wyciąga rękę. To nawykowe. Ma nadzieję, że z czasem wydłużą jej się od tego ramiona.

– To nie musi być stała praca. Weźmiesz za kogoś zastępstwo na parę dni, tydzień czy dwa i voilà! Następny punkt zaliczony.

Myślę.

– Mama nie napisała, że muszę mieć wychowawstwo. Może rzeczywiście zastępstwo… – Zaczynam się uśmiechać i podnoszę latte w geście toastu. – Wasze zdrowie, dziewczyny. W poniedziałek zapraszam do siebie na martini. A do tego czasu dostanę od pana Midara jedną lub dwie koperty.

Rozdział piąty

W poniedziałek rano w drodze do biura Midara zatrzymuję się w kwiaciarni i kupuję bukiet polnych kwiatów. Postanowiłam, że będę się nagradzała za każdym razem, kiedy zaliczę punkt z listy tej małej. Przy okazji kupuję też bukiecik dla Midara.

Winda wiezie mnie na trzydzieste drugie piętro. Ogarnia mnie nastrój niecierpliwego podniecenia. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć jego minę, kiedy mu powiem, ile osiągnęłam. Kiedy jednak wpadam do jego superbiura i podchodzę do biurka Claire, ta spogląda na mnie, jakbym była niespełna rozumu.

– Teraz chce się pani z nim widzieć? To niemożliwe. Mecenas Midar prowadzi bardzo ważną sprawę.

Odwracam się do wyjścia, kiedy drzwi gabinetu się otwierają i wypada z nich Midar, jak królik z nory. Rozgląda się po poczekalni i szeroko uśmiecha na mój widok.

– Pani Bohlinger! Tak mi się wydawało, że słyszę pani głos. Proszę, niech pani wejdzie.

Claire patrzy na mnie z otwartymi ustami, a ja mijam ją i wchodząc do gabinetu, podaję Midarowi kwiatki.

– To dla mnie?

– Mam świetny nastrój.

Prawnik chichocze.

– Dziękuję. A jednak nie wykosztowała się pani na wazon.

Powstrzymuję się od śmiechu i odpowiadam:

– Pan nieźle zarabia, a ja jestem bezrobotna, o czym chyba panu wiadomo.

Midar rozgląda się po gabinecie i podchodzi do porcelanowego wazonu z kwiatami zrobionymi z jedwabiu.

– Tak. Z tą pracą to naprawdę koszmar. Pani mama to twardy gracz. – Wyjmuje sztuczne kwiaty i wyrzuca do kosza. – Idę po wodę. Zaraz wracam.

Wychodzi z gabinetu i zostawia mnie na chwilę samą. Mogę się swobodnie rozejrzeć. Mijam sięgające od podłogi do sufitu okno, przez które widać Millenium Park aż do planetarium Adlera. Wolno przechodzę obok orzechowego biurka, na którym leżą trzy potężne stosy akt, stoi komputer i kubek po kawie. Szukam wzrokiem ramek z fotografiami pięknej żony, słodkich dzieci i niezbędnego w takim otoczeniu golden retrievera. Jest ramka, zdjęcie przedstawia jednak kobietę w średnim wieku z nastolatkiem, zapewne synem, na pokładzie żaglówki. To prawdopodobnie siostra i siostrzeniec Midara. Jedyne zdjęcie samego Brada przedstawia go w todze i birecie między dwojgiem starszych ludzi. To pewnie rodzice.

– No, już. Jakie piękne.

Odwracam się i widzę, jak nogą zamyka za sobą drzwi.

– Panie Midar, mam dobre wieści.

– Proszę mi mówić Brad. Będziemy ze sobą pracować przez rok – mówi, wskazując dwa skórzane klubowe fotele. Są perfekcyjnie udekorowane siatką spękań i przetarć.

– Dobrze. Ja jestem Brett.

– Brett. To ładne imię. – Sadowiąc się w fotelu obok mnie, komentuje Brad. – Ale skąd się wzięło?

– Elizabeth je wybrała, oczywiście. Była wielką fanką literatury amerykańskiej. Dostałam imię po lady Brett Ashley ze Słońce też wschodzi Hemingwaya.

– Świetny wybór. A Joad? Czy to nie było nazwisko tej rodziny z Gron gniewu Steinbecka?

– Zgadłeś. A Jay dostał imię po Jayu Gatsbym, bohaterze Fitzgeralda.

– Inteligentna kobieta. Żałuję, że jej dłużej nie znałem.

– Ja też.

Brad poklepuje mnie pocieszająco.

– Jak sobie dajesz radę?

– Dobrze, jeśli o tym nie myślę.

– Rozumiem.

Na jego twarzy znowu pojawia się ten wyraz, który zwrócił moją uwagę, kiedy tu byłam w ubiegłym tygodniu. Chciałabym go zapytać, z czego wynika, ale uznaję to za zbyt niedyskretne.

– Mam dobrą wiadomość – odzywam się. – Jedno postanowienie już wypełniłam.

Brad unosi brwi, ale milczy.

– Siedemnaste. Zakochałam się.

Wzdycha.

– To szybko.

– Niezupełnie. Mój chłopak, Andrew, i ja… jesteśmy ze sobą od czterech lat.

– I kochasz go?

– Tak – odpowiadam i schylam się, żeby podnieść listek, który przyczepił mi się do buta. Oczywiście, że kocham Andrew. Jest błyskotliwy i ambitny. Wysportowany i cudowny pod każdym względem. Więc dlaczego mam wrażenie, że trochę przy tym punkcie oszukuję?

– Gratulacje. Pozwól, że pójdę po kopertę.

Brad wstaje i podchodzi do szafki za biurkiem.

– Numer siedemnaście – mruczy pod nosem w trakcie szukania. – Oto ona.

Podnoszę się i wyciągam rękę, ale on cofa kopertę i przyciska do piersi.

– Boże. A teraz o co chodzi?

– Wybacz mi, Brett, ale Elizabeth kazała mi obiecać, że otworzę i przeczytam list głośno.

Opadam na fotel i krzyżuję ramiona na piersiach, jak zbuntowana nastolatka.

– Proszę bardzo. Czytaj.

Wydaje mi się, że otwieranie koperty i wyjmowanie listu trwa całą wieczność. Czuję przypływ ciekawości. Przy okazji obserwuję jego ręce. Nie ma obrączki. Jego skóra jest opalona i od nadgarstków ciemno zarośnięta. Brad sięga po okulary do czytania i bierze głęboki oddech.

– „Witaj, Brett. Szkoda, że przejechałaś całe miasto, żeby mi powiedzieć, że kochasz Andrew. Widzisz, ja czekam, aż opowiesz mi o miłości, od której serce wręcz przestaje bić i dla której człowiek dałby się pokroić”.

– Co?! To nienormalne! Taka miłość istnieje tylko w romansach i na kanale Lifetime. Każdy głupi to wie.

– „Często wybieramy związki, które są w jakimś sensie odzwierciedleniem naszej przeszłości. Chociaż pewnie się ze mną nie zgodzisz, Andrew przypomina twojego ojca”.

Wzdycham. Ci dwaj mężczyźni są kompletnie różni. Andrew podziwia silne kobiety, a mój ojciec czuł się zagrożony w obliczu osiągnięć mamy. Całe lata deprecjonowała swój sukces, w domu mówiła o pracy wyłącznie żartobliwie, używając określenia „hobby”. W końcu zamówienia zaczęły spływać w takim tempie, że nie mogła nadążyć. Musiała wynająć lokal i zatrudnić pracowników. Zaczęła realizować swoje marzenia. I wtedy ich małżeństwo się rozpadło.

– „Andrew jest ambitny i pełen determinacji w dążeniu do celu. Jednak w miłości raczej oszczędny, zgodzisz się ze mną? Ach, jak mnie boli, gdy widzę, jak zabiegasz o jego akceptację, zupełnie tak jak zabiegałaś o to, żeby ojciec był z ciebie zadowolony. Szukając jego uczucia, obawiam się, że zatraciłaś swoją osobowość. No bo czemu uważasz, że twoje marzenia nie są warte starań?”

Łzy napływają mi do oczu. Mrugam. W pamięci pojawia mi się obraz basenu o świcie. Jest prawie ciemno. Przede mną moja codzienna porcja pływania. Boję się ciemnej i zimnej wody, ale tak bardzo mi zależy, żeby ojciec był ze mnie dumny… Po latach wzięłam nawet dodatkowy fakultet z nauk ścisłych, a naprawdę ich nie lubiłam, tylko po to, żeby znaleźć wspólny temat z człowiekiem, którego, co wreszcie zrozumiałam, nigdy nie zadowolę.

– „Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa. Jeżeli naprawdę uważasz, że Andrew jest twoją miłością, niech Ci pomoże realizować te postanowienia. Jeżeli Ci w tym pomoże, będzie to oznaczać, że nie doceniłam jego uczucia, a wtedy możesz uznać, że ten punkt masz zaliczony. Jednak niezależnie od wyniku, pamiętaj: miłość to jedyna sprawa, w której nie można iść na kompromis. Wróć tutaj, kiedy już odnajdziesz prawdziwą miłość. Opłaci się, zobaczysz”.

Powstrzymuję płacz i staram się wyglądać na rozbawioną.

– Świetnie. W takim razie ten punkt zaliczony.

Brad odwraca się do mnie.

– Więc myślisz, że on na to pójdzie? Będzie dziecko? I pies?

– Oczywiście – odpowiadam i obgryzam paznokieć kciuka.

 

– Kocham cię.

Przez chwilę jestem zaskoczona, ale uświadamiam sobie, że Brad czyta końcówkę listu.

– „Kocham Cię. PS: Może zaczniesz od punktu osiemnastego i wystąpisz na prawdziwej scenie?”

– Super. Może wstąpię do Joffrey Ballet. Czy ona postradała zmysły?

– „Ciekawa jestem, co to będzie. Podejrzewam, że balet, ale może jakaś rola w teatrze? Uwielbiałaś swoją grupę teatralną w szkole prawie tak samo jak balet. Potem rzuciłaś jedno i drugie dla cheerleaderek. I chociaż w tym też Cię wspierałam, to jednak zawsze Cię nakłaniałam, żebyś wzięła udział w przesłuchaniach do przedstawienia szkolnego albo do chóru czy zespołu muzycznego. Ale nie chciałaś o tym słyszeć. Najwyraźniej Twoi nowi koledzy nie interesowali się tymi sprawami, a dla Ciebie ich opinia bardzo się liczyła. Gdzie się podziała ta nieustraszona, pewna siebie dziewczynka, która uwielbiała występy?”

Ukrywałam to głęboko w pamięci przez ponad dwadzieścia lat. Był ranek przed moim występem tańca nowoczesnego. Pierwszy raz miałam stanąć na scenie sama, bez Carrie. Wyprowadziła się dwa miesiące wcześniej, parę tygodni po tym, jak moi rodzice się rozstali. W nagłym przypływie osamotnienia podniosłam słuchawkę, żeby do niej zadzwonić, ale zanim wykręciłam numer, usłyszałam w słuchawce głos Mamy.

– Charles, proszę. Ona na ciebie liczy.

– Powiedziałem tylko, że się postaram. Niestety, w przyszłym tygodniu mam terminowe sprawy.

– Ale obiecałeś jej – płaczliwie prosiła Mama.

– Może najwyższy czas, żeby zrozumiała, że świat nie kręci się wokół niej – rzucił wówczas tonem, którego nigdy nie zapomnę, i dodał: – Poza tym bądźmy realistami. Ta pannica nie ma szans wystąpić na Broadwayu.

Odczekałam pół godziny, po czym nagrałam się na jego sekretarkę:

– To ja, tato. Były jakieś problemy techniczne z oświetleniem sceny i mój występ jest odwołany.

Tego dnia ostatni raz postawiłam nogę na scenie.

Z trudem przełykam ślinę.

– Gdzie się podziała? Tam, gdzie znikają wszystkie małe dziewczynki z wielkimi marzeniami. Dorosła. Wróciła do rzeczywistości.

Brad spogląda na mnie uważnie, jakby oczekiwał, że powiem coś więcej, ale kiedy milczę, wraca do czytania:

– „Czas już, żebym powiedziała, o co mi chodzi. Chciałabym, żeby Twój występ był krótki i zabawny, ale też żeby wyrwał Cię z tego kokonu, w którym tkwisz. Pamiętasz, jak w czerwcu obchodziliśmy urodziny Jaya w Third Coast Comedy? Kiedy zapowiadali występy amatorów, pochyliłaś się do mnie i powiedziałaś, że wolałabyś boso wejść na Mount Everest, niż wystąpić w czymś takim. Uderzyło mnie wtedy, że stałaś się taka nieśmiała. W tamtej chwili zdecydowałam, że zostawię to postanowienie na liście. Myślę, że solowy występ satyryczny będzie dobrą odtrutką na Twoją potulność. Staniesz na scenie, żeby spełnić swoje i moje marzenie”.

– Nie. Nigdy! – Odwracam się do Brada. Muszę go przekonać. Musi spojrzeć na to moimi oczami. – Nie zrobię tego! Nie umiem! Nie jestem ani trochę zabawna!

– Może po prostu ostatnio nie próbowałaś.

– Słuchaj, nawet gdybym miała się okazać jakąś pieprzoną Ellen DeGeneres, nie ma mowy, żebym wystąpiła. Czas, żebyśmy przeszli do planu B.

– Brett, nie ma planu B. Jeżeli chcesz spełnić życzenie matki i otrzymać spadek, musisz zrealizować całą listę.

– Nie! Nie rozumiesz? Nie chcę!

Brad podnosi się i podchodzi do okna. Jego sylwetka odcina się na tle sąsiednich wieżowców. Trzyma ręce w kieszeniach i wygląda jak filozof dumający nad zagadką życia.

– Elizabeth przyzwyczaiła mnie do myśli, że tymi zadaniami wyświadcza ci wielką przysługę. Wspominała, że możesz się opierać, ale nie sądziłem… – Przesuwa ręką po włosach. – Naprawdę bardzo mi przykro.

Jego delikatne zachowanie i zaniepokojenie powodują, że nieco mięknę.

– Skąd mogłeś wiedzieć? Mama pewnie myślała, że robi dla mnie coś dobrego. To była jej ostatnia próba, żeby zmienić bieg mojego życia.

– Nie uważała cię za osobę szczęśliwą?

Spuszczam oczy.

– Najwyraźniej. Ale to idiotyczne. Mama rzadko miała okazję widywać mnie bez uśmiechu. Nawet żartowała, że urodziłam się z uśmiechem na twarzy.

– A co się kryje za tym uśmiechem?

To miękko wypowiedziane, proste pytanie wybija mnie z rytmu. Z jakiegoś powodu nagle milknę. Przypominam sobie małego Trevora i rumieńce na jego buzi, kiedy zanosi się od śmiechu. Mama często mówiła, że kiedy byłam dzieckiem, bardzo go przypominałam. Zastanawiam się, gdzie i kiedy się rozpływa ta beztroska szczęśliwość? Pewnie odpływa razem z dziecięcą wiarą w siebie.

– Jestem całkiem szczęśliwa. Czemu miałabym nie być?

Brad uśmiecha się do mnie melancholijnie.

– Droga do szczęścia wiedzie przez solowy występ kabaretowy, jak mawiał Konfucjusz.

Nie mogę się powstrzymać od uśmiechu, kiedy słyszę, jak naśladuje chiński akcent.

– Ale Konfucjusz mawiał także, że kobieta bez talentu komediowego nie powinna się pchać na scenę.

Chichocze i wraca do naszych foteli. Siada na skraju swojego i splecione dłonie kładzie na kolanach, tak blisko mnie, że prawie mnie dotyka.

– Będę z tobą, jeżeli to ma ci pomóc.

– Tak? – Patrzę na niego, jakby zadeklarował, że razem ze mną popełni samobójstwo. – Ale dlaczego?

Prostuje się i przeciąga.

– Bo to będzie niezły ubaw.

– Jak to? Stworzymy duet komediowy?

Wybucha śmiechem.

– Ależ skąd! Miałem na myśli to, że będę blisko, mogę być na widowni, jeśli chcesz.

Mrużę oczy.

– Mięczak!

– Trafiłaś w sedno!

Patrzę na niego z uwagą.

– Czemu jesteś dla mnie taki miły? Matka ci to zleciła? Płaci ci za to? – Myślałam, że się roześmieje, ale nie.

– W pewnym sensie. Widzisz, wiosną twoja mama przyszła do fundacji pomocy chorym na Alzheimera, w której zarządzie pracuję. Tak się poznaliśmy. Mojego ojca zdiagnozowano w tym kierunku trzy lata temu.

Więc stąd się bierze ten smutek.

– Przykro mi.

– Mnie też. W każdym razie byliśmy w tarapatach finansowych i sądziłem, że nie uda nam się spiąć paru projektów, ale pojawiła się twoja mama. Jej donacja sprawiła, że wszystko znowu ruszyło w dobrym kierunku.

– I teraz czujesz się zobowiązany? To głupie. Mama ciągle coś takiego robiła.

– Po tym wszystkim przyszła do mnie paczka z całym zestawem kosmetyków Bohlinger. Mydła, szampony, balsamy, wszystko dla mojej mamy.

– Zaraz, wydawało mi się, że mówiłeś, że to twój ojciec…

– No właśnie.

Dopiero po chwili rozumiem.

– Twoja mama też ma Alzheimera.

– Tak. Płakała, kiedy otwierała tę paczkę. Niektóre jej potrzeby poszły w zapomnienie. A twoja mama rozumiała te sprawy.

– Tak. Mama była najbardziej wrażliwą kobietą, jaką znałam.

– Była święta. Więc kiedy powierzyła mi wykonanie testamentu, obiecałem, że wszystkiego dopilnuję.

Twarz Brada wyraża determinację.

– I tak będzie, zobaczysz.