Lista marzeń

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zachowuj się naturalnie. Nie patrz na Catherine.

– …synowej, Catherine Humphries-Bohlinger”.

Rozdział drugi

Co jest, do cholery? – mówię na cały głos.

Dociera do mnie, że nie dostałam tego pieprzonego Oscara i, o zgrozo, nie potrafię tego faktu przyjąć z wdziękiem. Jestem cholernie wkurzona.

Midar patrzy na mnie zza okularów:

– Życzy pani sobie, żebym przeczytał to jeszcze raz?

– Taak – zacinam się i wodzę wzrokiem od jednego członka rodziny do drugiego w poszukiwaniu oznak wsparcia. Jay patrzy współczująco, ale Joad nawet nie zwrócił na mnie oczu. Gryzmoli coś w notesie i rusza żuchwą, jakby gryzł. A Catherine? Cóż, naprawdę byłaby dobrą aktorką. Jej twarz wyraża najszczersze niedowierzanie.

Pan Midar pochyla się w moją stronę i mówi dobitnie, jakbym była niedołężną, starą babką:

– Udziały pani matki w firmie Bohlinger Cosmetics otrzymuje pani bratowa, Catherine. – Prawnik podnosi dokument w moim kierunku.

– Każde z państwa otrzyma kopię, ale jeżeli pani sobie życzy, może pani teraz spojrzeć na moją.

Kulę się i macham ręką. Staram się zapanować nad oddechem. Udaje mi się powiedzieć:

– Nie, dziękuję. Proszę, niech pan czyta dalej. Przepraszam.

Schylam głowę i przygryzam dolną wargę, żeby powstrzymać jej drżenie. Musiała nastąpić jakaś pomyłka. Tak ciężko pracowałam. Chciałam, żeby Mama była ze mnie dumna. Czy Catherine mnie wykopała? Nie. Nie byłaby taka okrutna.

– To w zasadzie wszystko – odzywa się Midar. – Mam już tylko pewną sprawę do omówienia z panną Brett. – Patrzy na mnie. – Ma pani czas teraz czy woli spotkać się w innym terminie?

Błądzę we mgle i nie widzę drogi wyjścia.

– Nie, może być dzisiaj. – Słyszę głos, który brzmi jak mój.

– Dobrze. – Prawnik spogląda na twarze osób zgromadzonych przy stole. – Czy zanim się rozstaniemy, mają państwo jakieś pytania?

– Nie, wszystko jasne – odpowiada Joad i rusza do drzwi ze skwapliwością więźnia wychodzącego na przepustkę.

Catherine tymczasem sprawdza wiadomości w komórce, a Jay podchodzi do Midara, żeby mu podziękować. Spogląda na mnie, ale szybko odwraca wzrok. Najwyraźniej jest zażenowany. Niedobrze mi. Jedyna osoba, która wydaje mi się bliska, to Shelley. Ma takie dobre, brązowe oczy i burzę naturalnych loków na głowie… Teraz rozkłada ramiona i mnie przytula. Ale nawet ona nie wie, co powiedzieć.

Członkowie mojej rodziny kolejno ściskają Midarowi rękę i wychodzą, a ja siedzę z boku, jak niegrzeczna uczennica, która została za karę po lekcjach. Kiedy już wszyscy opuszczają gabinet, Midar zamyka drzwi. Robi się dziwnie cicho. Słyszę szum krwi w skroniach. Mężczyzna wraca na swoje miejsce u szczytu stołu. Siedzimy dokładnie na dwóch końcach diagonali. Midar ma gładko ogoloną, opaloną twarz i brązowe oczy, które łagodzą jego twarde rysy.

– Jak się pani czuje? – pyta takim tonem, jakby naprawdę go to obchodziło. Pewnie płacimy mu według stawki godzinowej.

– Dobrze – odpowiadam.

Jestem biedna, osierocona, publicznie upokorzona, ale czuję się dobrze. Całkiem dobrze.

– Pani matka niepokoiła się, że dzisiejszy dzień będzie dla pani szczególnie trudny.

– Naprawdę? – mówię z dziwną chrypką. – Spodziewała się, że mogę się zdenerwować, że wykluczyła mnie w testamencie?

Midar poklepuje mnie po dłoni.

– To nie całkiem tak.

Wysuwam dłoń spod jego ręki i kładę na kolanie. Spuszczam oczy i w zasięgu wzroku mam teraz pierścionek ze szmaragdem. Przenoszę spojrzenie na zegarek marki Rolex i wreszcie na bransoletkę Cartier Trinity. Podnoszę oczy i dostrzegam w oczach Midara wyraz podobny do niechęci.

– Wiem, co pan myśli. Że jestem egocentryczna i rozpieszczona. Sądzi pan, że chodzi mi o pieniądze albo władzę. – Gardło mi się zaciska. – A tak naprawdę jedyne, czego chciałam wczoraj, to jej łóżko. Chciałam się na nim zwinąć i poczuć jej…

Ku swojemu przerażeniu zaczynam chlipać. Z początku bezgłośnie, ale po chwili już otwarcie szlocham. Midar rzuca się do biurka po chusteczki higieniczne. Podaje mi jedną i poklepuje mnie po plecach, a ja staram się pozbierać.

– Przepraszam – chrypię. – To wszystko… jest dla mnie bardzo trudne.

– Rozumiem. – Ma tak szczerze smutną minę, że wierzę, że tak jest.

Wpatruję się w chusteczkę. Oddychaj spokojnie. Nabierz powietrza. I jeszcze raz. Głęboko.

– Okej – mówię, gdy tylko zaczynam wracać do względnej równowagi. – Powiedział pan, że mamy omówić jakąś sprawę.

Prawnik wyjmuje ze skórzanej teczki drugą szarą kopertę i kładzie przede mną na stole.

– Elizabeth chciała dla pani czegoś innego.

Po czym wyciąga z koperty pożółkłą kartkę. Wpatruję się w nią. Gęsta siateczka zagnieceń pozwala się domyślić, że ktoś kiedyś zmiął tę kartkę w małą, zbitą kulkę.

– Co to jest?

– Lista. Lista pani celów.

Trochę trwa, zanim się orientuję, że to faktycznie moje pismo. Pełne zakrętasów pismo czternastolatki. Najwidoczniej sporządziłam kiedyś takie zestawienie, choć zupełnie sobie tego nie przypominam. Obok niektórych punktów są komentarze napisane ręką Mamy.

Moje postanowienia na życie

*1. Mieć dziecko albo dwoje dzieci.

2. Całować się z Nickiem Nicolem.

3. Być w drużynie cheerliderek. Gratulacje. To naprawdę było takie ważne?

4. Mieć same piątki na świadectwie. Perfekcja jest wartością przecenianą.

5. Pojechać na narty w Alpy. Ale było fajnie!

*6. Kupić psa.

7. Odpowiadać poprawnie, kiedy siostra Rose mnie wywołuje, a ja rozmawiam z Carrie.

8. Pojechać do Paryża. Cudowne wspomnienia!

*9. Do śmierci przyjaźnić się z Carrie Newsome!

10. Studiować w Northwestern. Jaka byłam dumna, kiedy moja córeczka dostała się do reprezentacji uczelni w lacrosse!

11. Zawsze być miła i przyjazna dla ludzi. Słuszna droga!

*12. Pomagać biednym.

*13. Mieć świetny dom.

*14. Kupić konia.

15. Wziąć udział w gonitwie z bykami. Nawet o tym nie myśl!

16. Nauczyć się francuskiego. Très bien!

*17. Zakochać się.

*18. Wystąpić na żywo na prawdziwej, dużej scenie.

*19. Mieć dobre relacje z tatą.

*20. Być cudowną nauczycielką.

– Mhm – odchrząkuję i odczytuję kolejne punkty. Całować się z Nickiem Nicolem. Być w drużynie cheerleaderek.

Uśmiecham się i przesuwam kartkę z listą z powrotem do Midara.

– Słodkie. Skąd pan to ma?

– Od Elizabeth. Zachowała ją przez te wszystkie lata.

Spuszczam głowę.

– I co, zostawiła mi w spadku tę listę?

Midar się nie uśmiecha.

– Można tak powiedzieć.

– O co tu chodzi?

Mężczyzna przysuwa krzesło bliżej mnie.

– Okej. Może wyjaśnię. Elizabeth przed laty wyjęła tę kartkę z kosza na śmieci. Zawsze gdy udało się pani osiągnąć któryś z tych celów, wykreślała go. – Midar wskazuje „Nauczyć się francuskiego”. – Widzi pani?

Mama skreśliła ten punkt i napisała obok Très bien!

– Ale dziesięciu celów z listy jeszcze pani nie osiągnęła.

– To śmieszne. Teraz mam inne cele.

Midar kręci głową.

– Pani matka uważała, że dzisiaj te cele są dla pani tak samo ważne.

Kulę się. Szkoda, że Mama nie znała mnie lepiej.

– Cóż. Myliła się.

– Pragnęła, żeby pani wypełniła pozostałe postanowienia z listy.

Otwieram usta i potrząsam mu kartką przed nosem.

– Pan chyba żartuje. Napisałam to dwadzieścia lat temu. Chcę uszanować wolę mojej Matki, ale nie w ten sposób.

Midar podnosi ręce jak policjant kierujący ruchem.

– Stop! Jestem tylko posłańcem.

Nabieram powietrza i kiwam głową.

– Przepraszam. – Opadam na krzesło i pocieram czoło. – Co właściwie Mama sobie myślała?

Midar wyjmuje z szarej koperty mniejszą, bladoróżową. Natychmiast rozpoznaję ulubioną papeterię Mamy marki Crane.

– Elizabeth napisała do pani list i życzyła sobie, żebym go pani głośno odczytał. Proszę nie pytać dlaczego. Nie mogę go pani po prostu dać. Stanowczo chciała, żebym go przeczytał. – Nagle uśmiecha się uroczo. – Umie pani czytać, prawda?

Ukradkiem także się uśmiecham.

– Proszę posłuchać. Nie mam pojęcia, dlaczego Mama tak postanowiła. Aż do dzisiaj powiedziałabym, że jeżeli chciała, żeby pan to przeczytał, to na pewno miała powód. Ale teraz po prostu nie mam pojęcia.

– A ja uważam, że nadal obowiązuje ten sam schemat. Pani matka miała swoje powody.

Serce bije mi szybciej, kiedy słyszę szelest rozdzieranej koperty. Zmuszam się, żeby usiąść prosto, krzyżuję ramiona na piersiach.

Midar wkłada okulary do czytania i odchrząkuje.

– „Kochana Brett, pozwól, że zacznę od tego, jak bardzo mi przykro, że musiałaś przechodzić przez to wszystko, co było naszym udziałem w ostatnich miesiącach. Byłaś moim oparciem i dobrym duchem. Bardzo Ci za to dziękuję. Nie chciałam Cię opuszczać. Tyle miałyśmy jeszcze razem przeżyć. Bardzo się kochamy, prawda? Ale, chociaż teraz pewnie mi nie wierzysz, przyjdzie dzień, że poczujesz się lepiej. Jeszcze będziesz szczęśliwa.

Wiem, że dzisiaj jesteś smutna. Pozwól sobie na ten smutek. Szkoda, że nie będzie mnie przy Tobie w tym czasie. Przytuliłabym Cię i trzymała w ramionach, aż byś się uspokoiła, tak jak robiłam, kiedy byłaś małą dziewczynką. Albo może wzięłabym Cię na lunch. Znalazłybyśmy przytulny kącik w The Drake i przesiedziałabym całe popołudnie, wysłuchując Twoich obaw i trosk. Głaskałabym Cię po plecach i wiedziałabyś, że Ci współczuję”.

 

Midar czyta jakby ciszej.

– Dobrze się pani czuje?

Nie jestem w stanie mówić. Kiwam tylko głową. Midar ściska mnie za ramię i wraca do czytania:

– „Na pewno byłaś bardzo zaskoczona, kiedy dzisiaj twoi bracia dostali spadek, a Ty nie. I wyobrażam sobie, jak się rozzłościłaś, kiedy najwyższe stanowisko przypadło Catherine. Uwierz mi, Brett, wiem, co robię. I wszystko, co robię, leży w Twoim najlepiej pojętym interesie”.

Prawnik uśmiecha się do mnie.

– Matka panią kochała.

– Wiem – szepczę i zakrywam dłonią trzęsącą się brodę.

– „Pewnego dnia, prawie dwadzieścia lat temu, opróżniając Twój kosz na śmieci, znalazłam zwiniętą w kulkę kartkę. Oczywiście byłam za bardzo wścibska, żeby ją przeoczyć. Możesz sobie wyobrazić, jak się ucieszyłam, kiedy odkryłam, że spisałaś listę postanowień. Nie bardzo wiem, czemu ją wyrzuciłaś, bo moim zdaniem jest cudowna. Zapytałam Cię o nią tamtego wieczoru. Pamiętasz?”

– Nie – odpowiadam głośno.

– „A Ty mi wtedy powiedziałaś, że marzenia są dla naiwnych. I że już w takie rzeczy nie wierzysz. Sądzę, że to miało coś wspólnego z Twoim ojcem. Miał wtedy po Ciebie przyjechać i dokądś Cię zabrać, ale jakoś nie dotarł”.

Fala bólu podchodzi mi do gardła i ściska serce. Znowu czuję tamten wstyd i złość. Przygryzam wargę i zaciskam powieki. Ile razy ojciec wystawił mnie do wiatru? Straciłam rachubę. Po pierwszej dziesiątce powinnam się już była nauczyć. Ale byłam za bardzo ufna. Wierzyłam w Charlesa Bohlingera, jak się wierzy w Świętego Mikołaja. Tylko że Mikołaj przychodzi do dzieci, które na niego czekają.

– „Twoje postanowienia bardzo mnie poruszyły. Niektóre były zabawne, jak numer siedem, a inne poważne. Postanowienie dwunaste, POMAGAĆ BIEDNYM, wynikało z Twojego współczucia dla ludzi. Zawsze dużo z siebie dawałaś, taką już masz naturę, Brett, wrażliwą i empatyczną.

Teraz widzę, jak wiele z Twoich postanowień nie doczekało się realizacji. To bardzo bolesne”.

– To już nie są moje postanowienia, Mamo. Zmieniłam się.

– „Zmieniłaś się, oczywiście” – odczytuje w tym momencie Midar.

Wyrywam mu list.

– Naprawdę tak napisała?

Mężczyzna wskazuje palcem właściwy fragment.

– Tak. Tutaj.

Przechodzi mnie dreszcz.

– Dziwne. Niech pan czyta dalej.

– „Zmieniłaś się, oczywiście, ale, Kochanie, obawiam się, że porzuciłaś swoje naturalne aspiracje. Czy teraz masz w ogóle jakieś cele, do których dążysz?”

– Oczywiście… – Staram się szybko wymyślić choćby jeden. – Do dzisiaj chciałam zarządzać Bohlinger Cosmetics.

– „Nie jesteś stworzona do biznesu”.

Zanim zdążę zabrać mu kartkę, Midar odwraca ją do mnie i wskazuje odpowiedni wers.

– O Boże, zupełnie jakby mnie słyszała.

– Może to dlatego chciała, żebym czytał głośno. Dzięki temu odbywa się jakby rozmowa między wami.

Wycieram oczy chusteczką.

– Mama miała szósty zmysł. Nigdy nie musiałam mówić, że coś mnie trapi. Ona zawsze wiedziała. Nawet jeżeli ją przekonywałam, że jest inaczej, mówiła: „Brett, najwyraźniej zapominasz, że jesteś moją córką. Mnie nie zwiedziesz”.

– To miłe. Takie porozumienie jest bezcenne.

Znowu dostrzegam w jego oczach autentyczne zrozumienie.

– Czy pan stracił któreś z rodziców?

– Oboje żyją. Mieszkają w Champaign.

Nie powiedział, czy są zdrowi, ale nie drążę.

– „Żałuję, że pozwalałam, żebyś przez te wszystkie lata pracowała dla Bohlinger Cosmetics”.

– Dzięki, Mamo!

– „Jesteś zbyt wrażliwa na biznesowe warunki. I jesteś urodzoną nauczycielką”.

– Nauczycielką?! Nie cierpiałam tego!

– „Nigdy tego naprawdę nie zakosztowałaś. Był tylko ten nieudany rok w Meadowdale. Pamiętasz?”

Kręcę głową.

– Miałabym nie pamiętać? To był najgorszy rok w moim życiu.

– „Kiedy przyszłaś do mnie, zapłakana, sfrustrowana i przerażona, zatrzymałam Cię w firmie. Znalazło się miejsce w dziale marketingu. Zrobiłabym wszystko, żeby z twojej ślicznej buzi znikł smutek. Pozwoliłam więc, żeby Twój dyplom leżał latami w szufladzie i żebyś porzuciła swoje marzenie. Patrzyłam, jak tkwisz na wysokim, dobrze opłacanym stanowisku i wykonujesz pracę, która Cię nie pociąga i nie rozwija”.

– Lubię swoją pracę – odzywam się.

– „Strach przed zmianą prowadzi do stagnacji. Znowu przychodzi mi na myśl lista Twoich postanowień. Proszę, spójrz na nią, kiedy Brad będzie czytał dalej”.

Midar układa kartkę na blacie przed nami, a ja ją odczytuję, tym razem uważniej.

– „Jest dwadzieścia punktów. Oznaczyłam dziesięć, które Ci pozostały. Zacznijmy od pierwszego. MIEĆ DZIECKO ALBO DWOJE DZIECI”.

– To chore! – jęczę.

– „Boję się, że przez całe życie będziesz miała smutek w sercu, jeśli nie będziesz miała dzieci, choćby jednego dziecka. Znam kilka kobiet, które nie będąc matkami, są zupełnie szczęśliwe, lecz Ty do nich nie należysz. Jako dziewczynka zawsze lubiłaś lalki, nie mogłaś się doczekać swoich dwunastych urodzin, bo w tym wieku mogłaś już pracować jako opiekunka. A pamiętasz, jak opatuliłaś kota Toby’ego kocykiem i próbowałaś go ukołysać do snu w fotelu na biegunach? Strasznie płakałaś, że Ci uciekł”.

Mój śmiech przechodzi w łkanie. Midar podaje mi kolejną chusteczkę.

– Kocham dzieci, ale… – Nie mogę skończyć tego zdania. Musiałabym zrzucić całą odpowiedzialność na Andrew, a to nie byłoby w porządku. Nie wiadomo dlaczego, nieustannie płyną mi łzy. Jakoś nie umiem ich powstrzymać. Midar czeka, aż w końcu wskazuję na list i kiwam ręką.

– Mogę już? – pyta i kładzie mi dłoń na plecach.

Z nosem w chusteczce kiwam głową. Midar patrzy na mnie nieco sceptycznie, ale wraca do czytania:

– „Pomińmy numer dwa. Mam nadzieję, że rzeczywiście całowałaś się z Nickiem Nicolem, i wierzę, że było bardzo miło…”

– Było. – Uśmiecham się.

Midar mruga do mnie i znowu spoglądamy na listę.

– „Przejdźmy do numeru szóstego. KUPIĆ PSA. Myślę, że to świetny pomysł. Kup sobie szczeniaczka, Brett!”

– Pies? Skąd ci przyszło do głowy, że chcę mieć psa? Nie mam czasu na rybkę, a co dopiero psa.

Patrzę na Brada.

– A co będzie, jeżeli nie spełnię tych postanowień?

Prawnik wyciąga spięty gumką plik różowych kopert.

– Pani matka życzyła sobie, żeby po wypełnieniu każdego z postanowień przychodziła pani do mnie po jeden list. Natomiast po wypełnieniu wszystkich dziesięciu ma pani otrzymać to. – Midar podnosi kopertę z napisem SPEŁNIENIE.

– A co jest w tej kopercie?

– Pani spadek.

– Oczywiście – mówię i pocieram skronie. – Wie pan, co to oznacza?

Midar unosi ramiona.

– Mogę tylko zgadywać, że to oznacza poważną zmianę w pani życiu.

– Zmianę? Proszę pana, moje życie właśnie zostało przewrócone do góry nogami, a teraz mam je poskładać w taki sposób, jak kiedyś sobie zaplanowało… dziecko?

– Proszę pani, jeżeli to za dużo jak na jeden dzień, możemy przełożyć spotkanie na inny termin.

Wstaję.

– Tak, jak na jeden dzień to dla mnie rzeczywiście za dużo. Przychodząc tu rano, spodziewałam się, że wyjdę jako dyrektor generalny Bohlinger Cosmetics. Chciałam, żeby Mama była ze mnie dumna. Zamierzałam rozwinąć firmę. – Gardło mi się zaciska. Przełykam ślinę. – I zamiast tego mam sobie kupić konia? Niewiarygodne! – Mrugam, żeby powstrzymać łzy, i wyciągam przed siebie rękę. – Przepraszam, wiem, że to nie pana wina, ale teraz po prostu nie mogę tego ciągnąć. Odezwę się.

Jestem już prawie za drzwiami, kiedy Midar mnie dogania i wręcza kartkę z listą.

– Proszę, niech pani to zatrzyma. Na wypadek, gdyby zmieniła pani zdanie. Zegar tyka.

– Jaki zegar?

Zażenowany Midar spuszcza wzrok na swoje eleganckie buty.

– Musi pani zaliczyć choćby jeden punkt do końca miesiąca. Za rok od dzisiaj, trzynastego września przyszłego roku, cała lista musi być zrealizowana.

Rozdział trzeci

Trzy godziny po wejściu do Aon Center opuszczam to miejsce. Targają mną sprzeczne uczucia. Pojawiają się i znikają, jak deszcz meteorów. Szok. Rozpacz. Furia. Żal. Otwieram drzwi taksówki i mówię do kierowcy:

– North Astor Street, sto trzynaście.

Czerwony dziennik. Muszę dopaść tę czerwoną książeczkę! Jestem silniejsza. Tak, dzisiaj jestem znacznie silniejsza i całkowicie przygotowana, żeby przeczytać dziennik Matki. Może Mama się w nim jakoś tłumaczy. Może wyjaśnia, dlaczego mi to robi. Może to zresztą wcale nie jest dziennik, tylko jakieś księgi rachunkowe, z których wynika, że firma jest na skraju bankructwa i dlatego Mama nie chciała mi jej zostawiać na głowie. Tak czy owak, musi istnieć jakieś wyjaśnienie.

Kiedy kierowca parkuje przy krawężniku, otwieram kutą bramę i biegnę po kamiennych stopniach. Nie zdejmując butów, gnam na górę po schodach, prosto do sypialni Mamy.

Rozglądam się po zalanym słońcem pokoju. Na toaletce stoi tylko lampa i pudełko z biżuterią. Otwieram drzwi garderoby, ale tam jej nie ma. Wysuwam szuflady, a potem rzucam się do nocnych stolików. Gdzie ona jest? Przeszukuję sekretarzyk, ale znajduję tylko wytłaczane karty wizytowe, pióra i pieczątki. Narasta we mnie uczucie paniki. Gdzie, u diabła, zostawiłam tę książeczkę? Wzięłam ją z garderoby i odłożyłam… gdzie? Na łóżko? Tak. A może… Unoszę kołdrę w nadziei, że zguba będzie ukryta w pościeli. Nie ma jej. Serce mi wali. Jak mogłam być taka nieuważna? Kręcę się w kółko i rozczapierzonymi palcami przeczesuję włosy. Co, na Boga, zrobiłam z tą książeczką? Pamiętam wszystko jak przez mgłę. Czy tak się upiłam, że nie pamiętam nawet, co się wydarzyło wcześniej? Aha! Może ją miałam, kiedy zwaliłam się ze schodów? Wypadam z pokoju i zbiegam na dół.

Dwie godziny później, po przeszukaniu podłogi pod wszystkimi meblami, wszystkich szuflad i garderoby, a nawet śmietnika, dochodzę do koszmarnego wniosku: dziennika nigdzie nie ma. Przerażona zadzwoniłam nawet do braci, ale oni nie mieli w ogóle pojęcia, o czym mówię. Opadam na sofę i chowam twarz w dłoniach. Boże, dopomóż. Zgubiłam swój drogowskaz, spadek i ostatni podarunek od Mamy. Czy można upaść niżej?

Kiedy w środę rano dzwoni budzik, otwieram oczy w błogiej nieświadomości wydarzeń poprzedniego dnia. Przeciągam się i na oślep wyciągam rękę, żeby wyłączyć alarm. Cisza. Przewracam się z powrotem na plecy. Jeszcze przez chwilę pozwalam sobie nie otwierać oczu. Nagle wszystko powraca. Oczy same się otwierają i ogarnia mnie strach. Mama umarła. Catherine jest dyrektorem generalnym Bohlinger Cosmetics. Mam odmienić swoje życie. Czuję się, jakby słoń na mnie nadepnął. Z trudem nabieram powietrza. Jak mam stanąć twarzą w twarz z moimi kolegami z pracy i z moją nową szefową, skoro oni wszyscy wiedzą, że moja Matka we mnie nie wierzyła? Serce mi wali. Unoszę się na łokciu. W lofcie są okropne przeciągi i teraz szczególnie mocno odczuwam, że jest jesień. Mrugam, żeby wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Nie mogę. Nie jestem w stanie wrócić do pracy. Jeszcze nie teraz. Opadam z powrotem na poduszki i wpatruję się w odsłoniętą metalową konstrukcję stropu.

Przecież nie mam wyboru. Wczoraj, kiedy nie pokazałam się w pracy po spotkaniu z panem Midarem, moja nowa szefowa do mnie zatelefonowała. Nalegała, żebyśmy spotkały się dzisiaj rano. I niezależnie od tego, jak bardzo chciałam powiedzieć Catherine, kobiecie, którą Mama obdarzyła zaufaniem, że ma iść do diabła, nie dostałam spadku, więc potrzebuję pracy.

Spuszczam nogi z łóżka. Staram się nie budzić Andrew. Zdejmuję frotowy płaszcz kąpielowy z wieszaka obok baldachimu i wtedy uzmysławiam sobie, że Andrew już wyszedł. Nie ma jeszcze piątej, a mój niewiarygodnie zdyscyplinowany chłopak już biega. Naprawdę. Owijam się szczelnie płaszczem kąpielowym, na bosaka przebiegam dębową podłogę i schodzę po zimnych metalowych stopniach.

Zabieram do salonu kawę, którą sobie zrobiłam, i zwijam się w kłębek na sofie z „Tribune”. Kolejny skandal w ratuszu, następni skorumpowani urzędnicy… nic nie jest w stanie odwrócić moich myśli od tego, co mnie czeka. Czy koledzy będą mi współczuć i opowiadać, jak niesprawiedliwa była decyzja Mamy? Biorę ołówek i przechodzę do krzyżówki. A może wszyscy, uszczęśliwieni, będą plotkować o hicie sezonu? Wyrywa mi się jęk. Muszę wyprostować ramiona, podnieść głowę wysoko i dać wszystkim do zrozumienia, że to, by Catherine zarządzała firmą, było moim pomysłem.

 

Mamo, czemu postawiłaś mnie w takiej sytuacji? Klucha rośnie mi w gardle. Przełykam ją wraz z kawą. Dzięki Catherine i temu cholernemu spotkaniu nie mam dzisiaj czasu na żałobę. Pewnie myśli, że jest taka nieprzenikniona, ale ja doskonale wiem, co zamierza. Zaofiaruje mi na pociechę swoje dawne stanowisko wiceprezesa. Zaproponuje mi je w zamian za spokój sumienia i moje posłuszeństwo. Ale myli się, jeżeli sądzi, że zgodzę się bezwarunkowo. Skoro nie dostałam spadku, nie zamierzam przyjąć posady bez dużej podwyżki.

Moja nadęta mina przeobraża się w szeroki uśmiech, kiedy widzę Andrew, jak wpada do domu cały mokry po porannym bieganiu. Ma na sobie granatowe szorty i koszulkę Chicago Cubs. Ze zmarszczonymi brwiami odczytuje wynik na stoperze. Wstaję.

– Dzień dobry, kochanie. Jak się biegało?

– Kiepsko. – Andrew zdejmuje czapkę, przeczesuje palcami krótkie, jasne włosy i pyta:

– A ty znowu zrobiłaś sobie rano wolne?

Czuję się strasznie nie w porządku, kiedy mówię:

– Tak, jeszcze nie mam siły na to wszystko.

Andrew się pochyla i rozsznurowuje buty.

– To już piąty dzień. Nie ma co dłużej czekać.

Idzie do pralni, a ja w tym czasie przygotowuję mu kawę. Kiedy wracam do salonu, siedzi już rozparty na sofie. Ma na sobie świeże spodnie treningowe oraz czystą koszulkę i rozwiązuje krzyżówkę, którą zaczęłam.

– Mogę ci pomóc? – Nachylam się za jego plecami i obejmuję go. Andrew sięga po kawę, którą trzymam, nie podnosząc oczu znad krzyżówki. Wpisuje właśnie słowo „birr”. Sprawdzam opis, dwanaście poziomo, jednostka monetarna w Etiopii. Dobry jest. Odzywam się: – Czternaście poziomo, stolica Montany, to chyba Helena.

– Wiem – odpowiada i w zamyśleniu stuka ołówkiem w czoło.

Kiedy właściwie przestaliśmy razem rozwiązywać krzyżówki? Kiedyś robiliśmy to, leżąc z głowami na jednej poduszce i sącząc kawę. A kiedy udało mi się wpaść na coś naprawdę trudnego, Andrew całował mnie w czubek głowy i mówił, że kocha mój mózg.

Odwracam się i wychodzę, ale zatrzymuję się w połowie drogi i pytam:

– Kochanie, będziesz przy mnie, kiedy będę cię potrzebować?

Wreszcie podnosi głowę.

– Chodź tu – mówi i klepie miejsce obok siebie na sofie. Podchodzę, a on obejmuje mnie ramieniem. – Wciąż się gniewasz, że nie byłem na stypie?

– Nie. Rozumiem, że miałeś ważną sprawę.

Andrew odkłada ołówek na stolik i uśmiecha się. Robi mu się wtedy cudny dołeczek w lewym policzku.

– Przyznaję, że kiedy tak mówisz, nawet mnie wydaje się to chore, ale… – Patrzy mi w oczy i dodaje, poważniejąc: – Odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak będę przy tobie, kiedy będziesz mnie potrzebować. Nie musisz się o to martwić.

Teraz przesuwa mi kciukiem po policzku.

– Będę przy każdym twoim kroku na tej drodze, ale ze mną czy beze mnie i tak będziesz piekielnie dobrym dyrektorem generalnym.

Serce zaczyna mi bić szybciej. Kiedy poprzedniego wieczoru Andrew wrócił, miał ze sobą butelkę szampana Perrier-Jouёt. Chciał uczcić moją nominację. Nie miałam serca – albo może odwagi – żeby mu powiedzieć, że nie jestem i nigdy nie będę dyrektorem generalnym Bohlinger Cosmetics. Zazwyczaj nie prawi mi komplementów, a teraz po prostu spływały mu z ust. Chciałam choć jeszcze przez jeden dzień pławić się w jego podziwie. Czy to tak wiele? Dziś wieczór wyjawię wszystko, co przyjdzie mi tym łatwiej, że będę mogła na osłodę powiedzieć, że jestem nowym wicedyrektorem.

Andrew przygładza mi włosy.

– Niech mi pani powie, pani dyrektor, jak wygląda plan na dzisiaj. Zamierza pani może w najbliższej przyszłości przyjąć do pracy jakiegoś prawnika?

Co? Nie spodziewa się chyba, że postąpię wbrew woli Matki. Uznaję to za żart. Chrząkam i odpowiadam:

– Niezupełnie. Dzisiaj rano spotykam się z Catherine. Mamy parę spraw do omówienia.

Mówię tak, żeby myślał, że to ja wezwałam ją na spotkanie. Andrew kiwa głową.

– Dobre posunięcie. Pamiętaj, że teraz ona pracuje dla ciebie. Działaj tak, żeby wiedziała, że to ty rozdajesz karty.

Czuję, że czerwienią mi się policzki.

– Idę pod prysznic.

– Jestem z pani bardzo dumny, pani dyrektor.

Powinnam mu powiedzieć, że to z Catherine powinien być dumny. To ją powinien tak nazywać. Powiem mu. Na pewno.

Wieczorem.

Mimo że stukot moich obcasów w marmurowym hallu rozlega się donośnie, przemykam przez pomieszczenia recepcyjne Chase Tower niezauważona. Wjeżdżam windą na czterdzieste dziewiąte piętro i wchodzę do wykwintnego wnętrza Bohlinger Cosmetics. Popycham podwójne szklane drzwi i z oczami wbitymi w podłogę wchodzę wprost do biura Catherine. Odwracam głowę w stronę gabinetu, który zajmowała Mama, i widzę Catherine, jak nieskazitelnie ubrana i uczesana siedzi przy biurku. Rozmawia właśnie przez telefon, ale macha do mnie zapraszająco i podnosi palec wskazujący, co ma oznaczać, że nie będzie przedłużać rozmowy. Rozglądam się po znajomym wnętrzu i zastanawiam, co Catherine zrobiła z rzeźbami i obrazami, które tak lubiła Mama. Na ich miejscu jest biblioteczka i kilka oprawionych dyplomów. Wszystko, co pozostało z sanktuarium Mamy, to zapierająca dech w piersiach panorama za oknami i tabliczka z nazwiskiem. Jednak po bliższym przyjrzeniu się dostrzegam, że na tabliczce nie ma nazwiska Mamy, tylko Catherine! Taką samą czcionką jak poprzednio na mosiężnej płytce przytwierdzonej do podstawy z marmuru widnieje napis: CATHERINE HUMPHRIES-BOHLINGER DYREKTOR GENERALNY.

Niesłychane! Od jak dawna wiedziała, że odziedziczy to stanowisko?

– Okej, wobec tego, jak już będziesz miał dane, prześlij je do mnie. Tak. Supashi-bo, Yoshi, Adiosu.

Catherine odkłada słuchawkę i odwraca się do mnie.

– Tokio – mówi, kręcąc głową. – Czternaście godzin różnicy czasu to coś okropnego. Muszę tu być przed świtem, żeby ich złapać. Na szczęście dla mnie pracują do późna. – Wskazuje mi parę krzeseł w stylu Ludwika XV po drugiej stronie biurka i dodaje: – Usiądź, proszę.

Siadam i dotykam jedwabnego obicia w kolorze kobaltowym. Zastanawiam się, czy Catherine miała te krzesła w swoim poprzednim gabinecie.

– Wygląda na to, że już całkiem się zadomowiłaś – odzywam się. Nie jestem w stanie powstrzymać sarkazmu. – Udało ci się nawet zdobyć tabliczkę z nazwiskiem w ciągu, ilu? Dwudziestu godzin? Kto by pomyślał, że można to zrobić w takim tempie.

Catherine przechodzi na moją stronę biurka i dostawia drugie stylowe krzesło do tego, na którym siedzę.

– Brett, to dla nas wszystkich trudny czas.

– Trudny dla wszystkich? Chyba nie mówisz poważnie. Ja właśnie straciłam Matkę i firmę, a ty odziedziczyłaś fortunę i przedsiębiorstwo. No i mnie oszukałaś. Mówiłaś przecież, że to ja będę dyrektorem generalnym. Pracowałam jak dzika, żeby się do tego przygotować!

Catherine patrzy na mnie z takim spokojem, jakbym właśnie pochwaliła jej sukienkę, i czeka. Aż mnie język świerzbi, żeby powiedzieć więcej, ale się nie odważam. W końcu jest moją bratową i, do diabła, także szefową.

Ona się pochyla. Blade dłonie kładzie splecione na kolanach.

– Przykro mi. Naprawdę. Wczoraj byłam tak samo zaszokowana jak ty. W lecie poczyniłam pewne założenie, nie konsultując się z Elizabeth. Nie chciałam, żeby wiedziała, że planuję, co będzie potem. Dzisiaj widzę, że to był kolosalny błąd. Uznałam za pewne, że to ty odziedziczysz udziały matki. – Catherine kładzie rękę na mojej dłoni. – Wierz mi, miałam zamiar pracować dla ciebie do końca swojej kariery. I wiesz, byłabym naprawdę dumna, gdyby tak było. – Teraz ściska mi dłoń. – Bardzo cię szanuję, Brett. Uważam, że dałabyś sobie radę jako dyrektor generalny. Naprawdę.

Dałabym sobie radę? Zastanawiam się, czy to komplement, czy obelga.

– Ale ta tabliczka mówi co innego. Skoro nie miałaś pojęcia, to jak ją zdobyłaś w takim tempie?

Catherine się uśmiecha.

– To Elizabeth. Zamówiła ją przed śmiercią. Kiedy wczoraj weszłam do gabinetu, już tu była.

Ze wstydu pochylam głowę.

– Cała Mama.

– Była niesamowita. Nigdy jej nie dorównam. Uznam za sukces, jeżeli uda mi się postępować dalej drogą, którą wyznaczyła.

Serce mi mięknie. Oczywiście Catherine także jest w żałobie po Elizabeth Bohlinger. Tworzyły razem świetny zespół. Mama była piękną twarzą firmy, a Catherine niestrudzoną asystentką, zawsze ukrytą w cieniu. Teraz ma na sobie kaszmirową suknię, czółenka Ferragamo i lśniący kok nad karkiem. Patrzę na nią i prawie rozumiem decyzję Mamy. Catherine wygląda jak dyrektor generalny. To naturalne, że ona jest dziedziczką. Ale to boli. Czy Mama nie wierzyła, że z czasem ja także mogę się przeistoczyć w taką Catherine?