Lista marzeńTekst

Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla moich rodziców, Franka i Joany Nelsonów

Kto patrzy na zewnątrz – śni,

Kto zwraca się ku wnętrzu – budzi się.

Carl G. Jung

Rozdział pierwszy

Orzechowa klatka schodowa ma złą akustykę. Głosy dochodzące z jadalni są zniekształcone, niewyraźne, natrętne. Trzęsącymi się rękami zamykam za sobą drzwi. Świat wokół mnie cichnie. Opieram głowę o framugę i głęboko wciągam powietrze. Pokój ciągle ma jej zapach – perfum Eau d’Hadrien i mydła z koziego mleka. Metalowe łóżko trzeszczy, kiedy się na nie wdrapuję. Ten dźwięk dodaje mi otuchy, jak pobrzękiwanie dzwoneczków w ogrodzie, który do niej należał, i łagodny ton głosu, kiedy mówiła, że mnie kocha. Przychodziłam do tego łóżka, kiedy dzieliła je z moim ojcem, żeby powiedzieć, że brzuch mnie boli, albo poskarżyć się na straszydła, które schowały się pod moim łóżeczkiem. Za każdym razem Mama brała mnie pod kołdrę, mocno przytulała, głaskała i szeptała do ucha:

– Poczekaj tylko. Zaraz będzie lepiej. – I rzeczywiście, stawał się cud. Otwierałam oczy i był już ranek, a przez koronkowe firanki sączyło się ciepłozłote światło.

Zrzucam nowe, czarne czółenka i z ulgą masuję stopy. Przesuwam się do tyłu i opieram o żółte poduszki w turecki wzór. Zatrzymam sobie to łóżko. Nieważne, kto będzie się go domagał, jest moje i koniec. Ale tego stylowego domu będzie mi brakowało.

– Jest niezachwiany, zupełnie jak babcia – mówiła o nim Mama. Jednak dla mnie żaden dom ani osoba nie zasługiwały na to określenie lepiej niż córka babci, moja Mama, Elizabeth Bohlinger.

Nagle coś przychodzi mi do głowy. Mrugam, żeby spłynęły łzy, i schodzę z łóżka. Gdzieś tu ją schowała. Jestem pewna. Ale gdzie dokładnie? Otwieram drzwi garderoby. Po omacku błądzę dłońmi po designerskich sukniach i kostiumach. Natrafiam na szereg jedwabnych bluzek, które rozstępują się jak teatralne kotary. Jest. Ułożona w pudełku po butach, jak w gniazdku, butelka kruga, która spędziła w tej garderobie ostatnie cztery miesiące. Kiedy już ją trzymam, ogarnia mnie poczucie winy. Ten szampan należy do Mamy, nie do mnie. Wydała masę pieniędzy na tę ekskluzywną butelkę, kiedy wracałyśmy z pierwszej wizyty u lekarza. Natychmiast po powrocie do domu ukryła ją, żeby się nie zawieruszyła wśród innych butelek na dole. Dla Mamy to był symbol nadziei. Po szczęśliwie zakończonej kuracji miałyśmy otworzyć tego wyjątkowego szampana i wypić toast za dalsze cudowne życie.

Przesuwam palcem po srebrnej folii i zagryzam wargę. Nie mogę go wypić. Był przeznaczony na świętowanie, a nie dla pogrążonej w żałobie córki, która nie miała nawet tyle siły, żeby do końca wysiedzieć na stypie.

Coś przykuwa moją uwagę. Między pudełkiem, gdzie znalazłam szampana, a parą zamszowych mokasynów tkwi cienka, czerwona książeczka, dziennik, jak sądzę, przewiązana żółtą wstążką. Skórzana okładka jest podniszczona i spękana. Na bileciku w kształcie serca, takim, jaki zwykle dołącza się do prezentu, Mama napisała: Dla Brett. Poczekaj z otwarciem, aż poczujesz się silniejsza. Dzisiaj otwórz tylko szampana i wypij za nas. Byłyśmy takim wspaniałym duetem. Kocham Cię, Mama.

Wodzę palcem po literkach. Ktoś tak piękny powinien mieć ładniejsze pismo. W gardle mnie piecze. Niezależnie od swojej wiary w szczęśliwe zakończenie, Mama wiedziała, że przyjdzie dzień, w którym będę potrzebowała ratunku. Zostawiła mi szampana na dzisiaj i kawałeczek własnego życia, swoje myśli i marzenia – na jutro.

Tylko że ja nie mogę czekać do jutra. Wpatruję się w dziennik. Strasznie potrzebuję jej słów. W tej chwili. Tylko jeden rzut oka. Kiedy jednak rozwiązuję żółtą wstążkę, przed oczami staje mi postać Mamy. Kręcąc głową, gani moją niecierpliwość. Jeszcze raz patrzę na bilecik. Chciała, żebym poczekała, aż będę silniejsza. Jestem rozdarta między jej a moją wolą. W końcu odkładam dziennik.

– Dla ciebie – szepczę i dotykam ustami okładki – zaczekam.

Nieoczekiwanie w ciszy słyszę swój szloch. Zasłaniam usta, żeby go powstrzymać, ale jest już za późno. Zwijam się w kłębek, czuję żebra pod palcami. Całe ciało boli mnie z tęsknoty. Jak ja sobie poradzę bez niej na tym świecie? Tak bardzo jestem jej córką.

Chwytam szampana. Trzymając butelkę między kolanami, zwalniam korek, który przelatuje przez cały pokój i ląduje na nocnym stoliku, obok buteleczki Kytrilu. Miał ją uchronić przed wymiotami. Przysuwam się do stolika, wysypuję garść trójkątnych tabletek i od razu sobie przypominam, jak zaczęłam je podawać Mamie. Była wtedy po pierwszej chemii i udawała przede mną, że to nic takiego.

– Naprawdę czuję się nieźle. Czasami przy menstruacji bywało gorzej.

Jednak w nocy wymioty nadeszły jak tsunami. Połknęła jedną tabletkę, a potem poprosiła o następną. Leżałam przy niej, aż farmaceutyki przyniosły ulgę i zdołała zasnąć. Tuliłam ją i głaskałam. Robiłam to tak, jak ona mnie nauczyła. Potem, w przypływie desperacji, zamknęłam oczy i błagałam Boga, żeby uratował moją Matkę.

Nie wysłuchał mnie.

Przesypuję tabletki do plastikowej buteleczki. Nie zamykam wieczka i umieszczam buteleczkę na skraju stolika, żeby łatwo mogła dosięgnąć. Ale nie… Mama odeszła. Nie połknie już żadnej tabletki. Muszę się napić.

– Twoje zdrowie, Mamo – szepczę. Głos mi się załamuje. – Byłam taka dumna, że jestem twoją córką. Na pewno o tym wiedziałaś.

Po jakimś czasie pokój zaczyna wirować, a ból na szczęście ustępuje. Odstawiam butelkę na podłogę i naciągam na siebie puchową kołdrę. Chłodna pościel pachnie leciutko lawendą. Trochę dziwne, że tak tu leżę, a piętro niżej kłębi się tłum obcych ludzi. Wsuwam się głębiej pod kołdrę. Podaruję sobie jeszcze chwilę ciszy, zanim wrócę na dół. Tylko minutkę.

Głośne stukanie wyrywa mnie z otępienia. Siadam. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, gdzie jestem… Cholera, stypa! Zsuwam się z łóżka i w drodze do drzwi potykam o butelkę.

– Au! Kurczę!

– Wszystko w porządku, Brett? – pyta, stojąc w drzwiach, moja szwagierka, Catherine. Po czym wzdycha i nie czekając, aż odpowiem, wchodzi do pokoju. Natychmiast kuca obok wilgotnego dywanu i podnosi butelkę.

– Boże! Wylałaś tu Closs du Mesnil rocznik 1995?

– Najpierw trochę wypiłam.

Siadam obok Catherine i wycieram orientalny dywan rąbkiem sukni.

– Jezu, Brett, ta butelka kosztowała ponad siedemset dolarów.

– Mhm.

Mozolnie wstaję i patrzę na zegarek.

– Która teraz jest?

Catherine wygładza czarną lnianą sukienkę.

– Już prawie druga. Właśnie podajemy lunch – odpowiada i zakłada mi włosy za ucho.

Chociaż jestem od niej dużo wyższa, często wywołuje we mnie wrażenie, jakbym była jej niesfornym dzieckiem. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby pośliniła palec, żeby przyklepać mi włosy nad czołem.

– Bardzo mizernie wyglądasz, Brett – mówi i poprawia mi perełki pod szyją. – Twoja mama by powiedziała, że niezależnie od żałoby, musisz o siebie dbać.

Nieprawda. Mama by powiedziała, że wyglądam ślicznie nawet z rozmazanym makijażem. Pochwaliłaby, że moje naturalne kędziorki tak się puszą pod wpływem wilgoci, zamiast krytykować zwariowany kołtun, który w ten sposób powstaje, a moje zapuchnięte oczy określiłaby słowem – uduchowione albo poetyckie.

Czuję, jak łzy napływają mi do oczu, i odwracam się. Kto będzie mi dodawał pewności siebie teraz, kiedy Mama odeszła? Schylam się, żeby podnieść butelkę, ale podłoga zaczyna falować i wirować. Boże! Jestem na pokładzie łódki w czasie cyklonu. Łapię się ramy łóżka jak liny ratunkowej i czekam, aż wichry ucichną.

Catherine przechyla głowę, dotyka idealnie pomalowanym paznokciem dolnej wargi i przygląda mi się.

– Kochanie, a może zostaniesz na górze? Przyniosę ci talerz.

Mam tu zostać? Co za pomysł. W końcu to stypa mojej Matki. Muszę zejść. Tylko że pokój tańczy, a ja nie mogę znaleźć butów. Kręcę się w kółko. Czego to ja szukam? Drepczę boso w kierunku drzwi i nagle sobie przypominam.

– A tak, buty. No, pokażcie się, buty.

Opadam na kolana i zaglądam pod łóżko. Catherine bierze mnie pod łokieć i stawia na nogi.

– Brett, przestań. Jesteś pijana. Położę cię do łóżka. Prześpisz to.

– Nie! – Wyrywam się z jej uścisku. – Nie mogę tego przegapić!

– Ależ możesz. Twoja matka nie chciałaby, żebyś…

– No, tu są. – Podnoszę swoje nowe czółenka i z trudem wpycham w nie stopy. Jezu, chyba mi urosły o dwa numery przez tę godzinę.

Idę korytarzem najprościej, jak potrafię, z palcami w butach, a piętami na zewnątrz. Rozpostarłam ramiona, żeby utrzymać równowagę. Odbijam się jak kula bilardowa raz od jednej ściany, raz od drugiej. Słyszę za sobą Catherine. Mówi stanowczo, chociaż cicho, trochę jakby przez zaciśnięte zęby:

– Brett, natychmiast przestań!

Myli się, sądząc, że odpuszczę stypę. Muszę oddać hołd mojej Matce. Pięknej, kochającej Matce…

Jestem już na klatce schodowej, a cały czas staram się wsunąć stopy w buty. Są małe, jakby je zrobiono dla Barbie. W połowie schodów noga wykręca mi się w kostce.

– Aj!

Cały ten tłum gości, wszyscy, którzy przyszli, żeby ostatni raz okazać szacunek mojej Matce, odwracają głowy i patrzą na mnie. Widzę, jak przerażone kobiety podnoszą ręce i zakrywają usta, a panowie rzucają się, żeby mnie podtrzymać. Ląduję na środku hallu w podkasanej czarnej sukience i bez jednego buta.

 

Budzi mnie brzęk talerzy. Wycieram strużkę śliny z kącika ust i siadam prosto. Mrugam kilka razy i rozglądam się. Jestem u Mamy. To dobrze. Będzie miała dla mnie aspirynę. Światła w salonie są częściowo wygaszone i kręcą się tu jacyś ludzie. Wkładają talerze i kieliszki do brązowych, plastikowych pudeł. Co tu się dzieje? Nagle jakbym dostała kijem baseballowym. Gardło mi się zaciska i zasłaniam usta. Cały ból, rozpacz i smutek znowu na mnie spływają.

Mówiono mi, że długa walka z rakiem jest gorsza niż krótka, ale nie mam pewności, czy to się sprawdza w przypadku tych, którzy zostają. Śmierć Mamy nastąpiła tak szybko po diagnozie, że wydaje mi się to zupełnie nierealne, jak sen, z którego zaraz z westchnieniem ulgi się obudzę. Zamiast tego często zaraz po przebudzeniu nie pamiętam o tej tragedii i potem muszę przechodzić przez uświadamianie sobie i przeżywanie wszystkiego od nowa, znów i znów, jak Bill Murray w Dniu Świstaka. Czy kiedykolwiek się przyzwyczaję, że w moim życiu już nie ma tej jedynej osoby, która kochała mnie bezwarunkowo? Czy przyjdzie dzień, kiedy będę myślała o Mamie bez uczucia, że serce mi pęka?

Kiedy masuję bolące skronie, pod powiekami pojawiają mi się obrazki z mojego upokarzającego upadku ze schodów. Chyba się zapadnę pod ziemię.

– Hej, śpiąca panienko! – Shelley, moja druga szwagierka, podchodzi do mnie, trzymając w ramionach trzymiesięczną Emmę.

– O Boże! – jęczę i chowam twarz w dłoniach. – Ale ze mnie idiotka.

– Czemu? Uważasz, że jesteś jedynym człowiekiem na świecie, któremu zdarzyło się urżnąć? Jak tam twoja kostka?

Podnoszę z nogi torebkę z lodem, który prawie całkiem się rozpuścił, i robię kilka kółek stopą.

– Nic mi nie będzie. – Kręcę głową. – Wydobrzeję szybciej niż moje ego. Jak mogłam zrobić coś takiego Mamie? – Odkładam torebkę z lodowatą wodą na podłogę i zbieram się z sofy. – W skali od jednego do dziesięciu jak źle wypadłam?

Shelley mnie poklepuje.

– Powiedziałam wszystkim, że jesteś wyczerpana. Kupili to. Nie brzmiało to nieprawdopodobnie, bo wyglądasz, jakbyś od tygodni nie spała – odpowiada i spogląda na zegarek. – Słuchaj, Jay i ja musimy już uciekać. Zrobiło się po siódmej.

W hallu widzę Jaya, jak pochylony nad trzyletnim Trevorem upycha jego rączkę do rękawa jasnożółtego przeciwdeszczowego płaszczyka, w którym chłopiec wygląda jak miniaturowy strażak. Błękitne oczka spoglądają na mnie i maluch krzyczy:

– Ciocia Błett!

Rozpływam się. Mam cichą nadzieję, że mój bratanek nigdy nie nauczy się wymawiać poprawnie „r”. Podchodzę do niego i przegarniam mu włoski.

– Jak się pan miewa?

Jay zapina metalowy zatrzask pod szyją synka i się prostuje. Gdyby nie wyraźne kurze łapki, Jay wyglądałby raczej na dwadzieścia sześć lat, a nie na trzydzieści sześć, które mu już stuknęło. Przygarnia mnie ramieniem.

– Dobrze się spało?

– Przepraszam – mówię i strząsam grudkę tuszu spod oka.

Jay cmoka mnie w czoło.

– Spoko. Wszyscy rozumiemy, że najcięższe to jest dla ciebie.

Ma na myśli to, że ze wszystkich dzieci Bohlingerów tylko ja jeszcze pozostaję singielką i nie mam własnej rodziny. I najbardziej z rodzeństwa byłam zależna od Mamy. Brat lituje się nade mną.

– Wszyscy za nią tęsknimy – mówię i cofam się.

– Ale ty jesteś jej córką – mówi mój najstarszy brat, Joad, który właśnie wychodzi zza zakrętu korytarza. Jego wielka postać prawie ginie pod niemal całym kwietnikiem. W odróżnieniu od Jaya, który starannie zaczesuje na bok rzednące włosy, Joad goli głowę całkowicie, na jajo, co w połączeniu z okularami w przezroczystych oprawkach przydaje mu stylu trochę wielkomiejskiego, a trochę pretensjonalnego. Teraz Joad się obraca i cmoka mnie w policzek. – Byłyście bardzo ze sobą związane. Jay i ja nie dalibyśmy rady bez ciebie. Szczególnie w ostatnim czasie.

To prawda. Kiedy minionej wiosny zdiagnozowano u Mamy raka jajnika, postanowiłam, że razem przez to przejdziemy. To ja opiekowałam się nią po operacji, siedziałam przy niej podczas chemioterapii i nalegałam, żeby zwrócić się do drugiego, a potem trzeciego specjalisty. I kiedy wszyscy eksperci potwierdzili, że rokowania są jak najgorsze, to ja byłam przy niej w dniu, w którym zdecydowała się przerwać tę ohydną kurację.

Jay ściska mi rękę. Niebieskie oczy ma pełne łez.

– Wiesz, że jesteśmy z tobą, siostrzyczko, prawda?

Kiwam głową i wyjmuję paczkę chusteczek higienicznych z kieszeni. Smutną ciszę przerywa głos Shelley, która wchodzi do hallu, niosąc fotelik samochodowy Emmy, i mówi do Jaya:

– Kochanie, zabierzesz to drzewko szczęścia, które przysłali moi rodzice? – Po czym spogląda na mnie i na Joada i dodaje: – Wy go nie chcecie, prawda?

Joad wymownie wskazuje głową przeogromny kwietnik, który trzyma, jakby można go było nie zauważyć.

– Już mam.

A ja dorzucam:

– Weź, oczywiście.

Trochę jestem zdziwiona, że ludzie mogą przywiązywać wagę do drzewka, kiedy Mama dopiero co umarła.

Moi bracia z rodzinami wychodzą w jesienną noc. Oddalają się od kamiennego domu, a ja stoję i przytrzymuję skrzydło drzwi, tak jak robiła to Mama. Ostatnia wychodzi Catherine. Poprawia apaszkę od Hermesa przy kołnierzu zamszowego płaszcza.

– Do jutra – mówi i odciska mi na policzku różową szminkę.

Wzdycham. Jakby nie dość było rozpatrywania, komu przypadnie które drzewko, jutro o dziesiątej trzydzieści wszystkie aktywa Matki zostaną rozdzielone pomiędzy jej dzieci. Nastąpi coś w rodzaju uroczystości wręczenia nagród Bohlinger. Za kilka godzin zostanę prezesem Bohlinger Cosmetics i szefową Catherine. Nie mam pewności, czy którejkolwiek z tych funkcji jestem w stanie sprostać.

Z kokonu wietrznej nocy wykluwa się bezchmurny, błękitny poranek. Uznaję to za dobry omen. Z tylnego siedzenia lincolna patrzę na brzeg jeziora Michigan i jeszcze raz myślę, co im powiem. Och! Jestem zaszczycona. To wielkie wyróżnienie. Nigdy nie zastąpię Matki, ale zrobię wszystko, żeby firma nadal się rozwijała.

Czuję tępy ból głowy i znów przeklinam fakt, że wypiłam tego cholernego szampana. Co ja sobie myślałam? Czuję się podle – i to nie tylko fizycznie. Jak mogłam to zrobić Mamie? Czy można się spodziewać, że po tym wszystkim moje rodzeństwo będzie mnie traktowało poważnie? Wyjmuję puderniczkę z torebki i pudruję nos i policzki. Dzisiaj muszę wyglądać na osobę opanowaną i kompetentną, bo taki powinien być dyrektor generalny. Bracia powinni sobie uświadomić, że poradzę sobie z zarządzaniem firmą, nawet jeżeli zdarzyło mi się nie zapanować nad plączącymi się po alkoholu nogami. Ciekawe, czy będą dumni ze swojej małej siostrzyczki, która w wieku trzydziestu czterech lat awansuje z kierownika działu marketingu na dyrektora wielkiej firmy? Niezależnie od wczorajszych wypadków, myślę, że tak. Każdy z nich ma swoją pracę i poza tym, że posiadają udziały firmy, nie mają za wiele do czynienia z rodzinnym biznesem. A Shelley jest logopedą i pełnoetatową mamą. Zupełnie jej nie obchodzi, kto poprowadzi firmę teściowej.

Jeśli kogoś się obawiam, to Catherine. Moja szwagierka ukończyła prestiżową Wharton School of Business i reprezentowała Stany Zjednoczone w pływaniu synchronicznym na olimpiadzie w 1992 roku. Ma wystarczająco dużo rozumu, uporu i ducha współzawodnictwa, żeby poprowadzić trzy firmy naraz. Przez ostatnie dwanaście lat była wicedyrektorem i prawą ręką Mamy. Bez Catherine Bohlinger Cosmetics pozostałaby małym, dobrze prosperującym lokalnym producentem. Kiedy weszła na pokład, zdołała przekonać Mamę, żeby rozwinąć markę. Na początku 2002 roku Catherine dostała cynk, że Oprah Winfrey pracuje nad nowym programem pod tytułem Rzeczy, które uwielbiam. Przez dwadzieścia jeden tygodni wysyłała do Harpo Studios przepięknie opakowane paczuszki zawierające naturalne mydła i balsamy Bohlinger oraz zdjęcia i artykuły poświęcone naszej przyjaznej środowisku, ekologicznej firmie. Pakowała właśnie dwudziestą drugą paczuszkę, kiedy zadzwonili. Oprah wybrała do programu organiczną maseczkę Bohlinger z czarnej herbaty i pestek winogron.

Po emisji programu nastąpiło coś na miarę eksplozji. Nagle każde spa i każdy dom handlowy chciały mieć w ofercie linię kosmetyków Bohlinger. W ciągu sześciu miesięcy produkcja wzrosła czterokrotnie. Trzy wiodące spółki zaoferowały niewiarygodne sumy w zamian za sprzedaż marki, ale Catherine wyperswadowała to Matce. Otworzyła za to sklepy w Nowym Jorku, Los Angeles, Dallas i Miami, a po kolejnych dwóch latach wprowadziła markę na rynki zagraniczne. I chociaż lubię sobie wyobrażać, że moja działalność marketingowa także przyczyniła się do tego sukcesu, to jednak jestem pewna, że gdyby nie Catherine Humphries-Bohlinger, nasza firma nie stałaby się przedsiębiorstwem obracającym milionami dolarów.

Nie można zaprzeczyć, że Catherine jest w tym ulu królową, a ja, kierując działem marketingu, jedną z lojalnych pszczół robotnic. Tymczasem za kilka minut role mają się odwrócić i to ja stanę się szefową Catherine, co mnie przeraża jak cholera.

W czerwcu Mama, poddawana kolejnym etapom terapii, rzadko bywała w firmie. Catherine wezwała mnie wtedy do swojego gabinetu.

– Brett, koniecznie musisz się nauczyć zasad, na jakich funkcjonujemy – powiedziała, opierając splecione dłonie na blacie biurka z wiśniowego drewna. – Niezależnie od tego, jak bardzo wszyscy tego nie chcemy, niedługo nasze życie bardzo się odmieni, a ty musisz być szczególnie dobrze przygotowana do swojej nowej roli.

Przewidywała, że Mama umrze! Jak mogła w ogóle brać coś takiego pod uwagę?! Jednak Catherine jest po prostu realistką. Staram się wyciszyć.

– Oczywiście z chwilą odejścia twojej matki wszystkie jej udziały przejdą na ciebie. Jesteś w końcu jej jedyną córką, a także jedynym dzieckiem zatrudnionym w firmie. I współpracujesz z nią dłużej niż ktokolwiek inny.

Czuję, jak rośnie mi klucha w gardle. Mama zawsze żartowała, że zaczęłam pracować w firmie już w pieluchach. Ładowała mnie do nosidełka i razem rozwoziłyśmy mydła i balsamy do lokalnych sklepów i na targowiska.

– Będziesz miała większość udziałów – ciągnęła Catherine – a to oznacza, że zostaniesz prezesem zarządu.

Coś w jej chłodnym, wyważonym tonie wywołuje we mnie myśl, że ma do mnie żal. Ale czy można mieć jej to za złe? Ta kobieta jest naprawdę błyskotliwa, a ja po prostu przypadkiem urodziłam się jako córka Elizabeth.

– Pomogę ci się do tego przygotować – kontynuowała Catherine, stukając w klawiaturę notebooka – chociaż oczywiście nie twierdzę, że to konieczne. Myślisz, że możemy zacząć od jutra? Powiedzmy o ósmej. – To nie było pytanie, tylko polecenie.

Codziennie rano siadałam na krześle obok Catherine i słuchałam o zawiłościach transakcji międzynarodowych, taks celnych i prowadzenia firmy. Pani wiceprezes wysłała mnie na tygodniowe seminarium z zakresu zarządzania do Harvard Business School, abym zapoznała się z najnowszymi trendami w tej dziedzinie, i zapisała mnie na cykl szkoleń online dotyczących różnorodnych zagadnień, począwszy od tworzenia budżetu, a skończywszy na relacjach z pracownikami. Czasem mnie to wszystko przytłaczało, ale nigdy nie pomyślałam, żeby się wycofać. Będę z dumą nosiła koronę, która należała do Mamy. Mam tylko nadzieję, że moja szwagierka nie będzie mi miała za złe, że od czasu do czasu poproszę ją o wypolerowanie moich insygniów.

Kierowca Mamy podwozi mnie pod numer 200 na Randolph Street. Patrzę w górę na zbudowaną z granitu i stali sylwetkę Chicago’s Aon Center. Biura w takim miejscu są pewnie obłędnie drogie. No, oczywiście, prawnik Mamy nie jest byle kim. Wjeżdżam na trzydzieste drugie piętro. Dokładnie o dziesiątej trzydzieści Claire, atrakcyjna rudowłosa asystentka, wprowadza mnie do gabinetu pana Midara, gdzie moi bracia z żonami zebrali się już wokół prostokątnego mahoniowego stołu.

– Czy napije się pani kawy, panno Bohlinger, a może herbaty albo wody?

– Nie, dziękuję.

Wybieram krzesło obok Shelley i rozglądam się. Biuro pana Midara jest zgrabnym połączeniem tradycji i nowoczesności. Proste wnętrze z marmuru i szkła zmiękczają orientalne dywany i kilka wyrafinowanych antyków. Całość tchnie luksusem.

– Ładnie tu – odzywam się.

– Prawda. To Stone. Uwielbiam go.

– Tyle tu granitu, że można by otworzyć kamieniołom.

Catherine chichocze, jakbym ją rozbawiła.

 

– Edward Durell Stone. To jego projekt.

– Aha.

Czy jest coś, czego ta kobieta nie wie? Inteligencja Catherine nie działa na mnie dobrze. Czuję się przy niej ignorantką. Poza tym jest bardzo silna, więc sama wydaję się sobie słabeuszem. I jest niezwykle kompetentna, więc jestem tu niepotrzebna, jak bielizna modelująca na Victorii Beckham. Uwielbiam Catherine, ale jej perfekcjonizm mnie przeraża, co wynika zarówno z mojego braku pewności siebie, jak i z jej arogancji. Mama kiedyś powiedziała, że mam tyle samo inteligencji, co Catherine, ale tylko niewielką część jej pewności siebie, i dodała: „I dzięki Bogu”. To był jedyny przypadek, kiedy Mama wyraziła się krytycznie o Katarzynie Wielkiej, ale ten maleńki incydent spowodował, że poczułam się dużo lepiej.

Tymczasem Catherine kontynuuje, jakby mnie to interesowało:

– Inwestorem był Standard Oil Company. Jeżeli się nie mylę, ukończyli budowę w siedemdziesiątym trzecim roku.

Jay odsuwa się na krześle, tak że znajduje się poza zasięgiem jej wzroku, i przeciągle ziewa, ale Joad wydaje się całkowicie pochłonięty tym, co mówi żona.

– Tak, kochanie – potwierdza. – I jest to trzeci co do wielkości budynek w Chicago. – Spogląda na Catherine, szukając aprobaty. Chociaż mój najstarszy brat jest jednym z najwyżej cenionych architektów młodego pokolenia, mam nieodparte wrażenie, że pozostaje nieco zastraszony przez kobietę, którą poślubił. – Wyższe są już tylko Trump Tower i Willis Tower.

A Catherine, zwracając się właściwie do mnie, dopowiada:

– Willis to dawniejsza Sears Tower.

– Sears? Jak ten dom handlowy? A na co im taki wielki budynek?!

Tym razem Catherine patrzy, jakby nie wiedziała, czy mówię poważnie, czy żartuję, a Jay z drugiego końca stołu uśmiecha się do mnie szeroko.

– Ten budynek ma osiemdziesiąt cztery kondygnacje – ciągnie Catherine.

Nasze dywagacje na temat architektury przerywa pospieszne wejście wysokiego, lekko potarganego i zadyszanego mężczyzny. Ma około czterdziestki. Przeczesuje włosy palcami i poprawia krawat.

– Witam państwa – pozdrawia nas w drodze do stołu. – Nazywam się Brad Midar, przepraszam, że musieli państwo na mnie czekać.

Mężczyzna okrąża stół i podaje rękę każdemu z nas, a my się przedstawiamy. Kiedy się uśmiecha, widać, że ma lekko krzywe zęby, co przydaje mu sympatycznego, trochę chłopięcego wdzięku. Ciekawa jestem, czy moje rodzeństwo myśli to samo, co ja. Czemu Mama zaangażowała tego młodego i zupełnie obcego człowieka, a nie pana Goldblatta, który od lat był adwokatem rodziny?

– Wracam ze spotkania na drugim końcu miasta – wyjaśnia Midar. – Nie sądziłem, że to mi zajmie tyle czasu.

Kładzie na blacie plik dokumentów. Spoglądam na Catherine, która ma przygotowany notes i pióro. Kulę się. Czemu nie pomyślałam, żeby robić notatki? Jak, do diabła, chcę prowadzić całą wielką firmę, skoro nawet nie pamiętam o notatniku?

Pan Midar chrząka.

– Pozwólcie państwo, że na wstępie powiem, jak bardzo mi przykro z powodu straty, jaką ponieśliście. Bardzo lubiłem Elizabeth. Spotkaliśmy się niedawno, dopiero w maju, zaraz po diagnozie, ale mam wrażenie, jakbym ją znał całe lata. Nie mogłem przyjść na stypę, ale byłem na pogrzebie. Odprowadziłem ją nie jako prawnik, lecz jako przyjaciel.

Z miejsca polubiłam tego zapracowanego człowieka, który znalazł czas, żeby przyjść na pogrzeb mojej Matki – kobiety, którą znał zaledwie szesnaście tygodni. Nasuwa mi się myśl o moim prawniku – i chłopaku – Andrew, który znał Mamę przez cztery lata, ale nie zdołał zmienić rozkładu dnia na tyle, żeby uczestniczyć w stypie. Staram się stłumić ból. W końcu Andrew prowadzi teraz ważną sprawę. I wyrwał się na pogrzeb.

– Jestem zaszczycony, że Elizabeth Bohlinger wybrała mnie na wykonawcę testamentu – ciągnie Midar. – Możemy zaczynać?

Po upływie godziny dobroczynność Mamy jest nam już lepiej znana, a Jay i Joad Bohlinger mają dość pieniędzy, żeby do końca swoich dni żyć rozrzutnie. Jak Mamie udało się zgromadzić taką fortunę?

– Brett Bohlinger otrzyma swoją część spadku w późniejszym terminie. – Midar zdejmuje okulary do czytania i spogląda na mnie. – W tym miejscu jest odnośnik. Przeczytam wyjaśnienie później.

– Okej – mówię i drapię się po głowie. Dlaczego Mama nie chciała, żebym dostała spadek już dzisiaj? Może wyjaśnienie jest w tym małym, czerwonym dzienniku, który mi zostawiła. Ale nagle spływa na mnie olśnienie. Dostaję całą firmę, która obecnie jest warta miliony. Bóg jeden wie, jak sobie z tym poradzę. Czuję w skroniach tępy ból.

– Teraz przechodzimy do sprawy domu. – Prawnik znowu zakłada okulary i odnajduje właściwe miejsce w dokumencie. – „Nieruchomość przy North Astor Street pod numerem sto trzynastym ma przez dwanaście miesięcy pozostać nienaruszona. W tym czasie ani budynek, ani jakikolwiek element wyposażenia nie ma być sprzedany ani wynajęty. Moje dzieci mają prawo zamieszkiwać w domu nie dłużej niż przez trzydzieści kolejnych dni i mogą używać wyposażenia dla swoich potrzeb”.

– Poważnie? – odzywa się Joad. – Mamy własne domy. Nie ma potrzeby, żebyśmy korzystali z tego.

Czuję, że twarz mi czerwienieje. Zaczynam oglądać paznokcie. Najwyraźniej mój brat sądzi, że jestem współwłaścicielką loftu, w którym mieszkam z Andrew. Jednak mimo że zamieszkaliśmy w nim razem trzy lata temu, zaraz po tym, jak Andrew go kupił, i zainwestowałam w urządzanie więcej pieniędzy niż on, nie mam tytułu własności. Z prawnego punktu widzenia loft nie należy do mnie. A z mojego punktu widzenia tak jest dobrze. Pieniądze nigdy nie miały dla mnie takiego znaczenia jak dla Andrew.

– Bracie – odzywa się Jay pojednawczo – Taka jest wola Mamy. Musimy ją uszanować.

Joad kręci głową.

– Ależ to nonsens. Dwanaście miesięcy niebotycznych podatków, nie mówiąc o kosztach utrzymania tego muzeum.

Kręcę głową. Joad odziedziczył charakter po naszym ojcu. Jest stanowczy, pragmatyczny i nie bawi się w sentymenty. Ta jego beznamiętność jest czasem przydatna. Na przykład w czasie przygotowań do pogrzebu. Ale dzisiaj takie zachowanie jest niegodne. Gdyby pozwolić działać Joadowi, jeszcze dzisiaj przed zachodem słońca postawiłby na podjeździe przed domem Mamy tabliczkę NA SPRZEDAŻ i kontener na śmieci. Będzie inaczej. Dała nam dosyć czasu, żebyśmy mogli przejrzeć jej rzeczy i stopniowo się z nimi pożegnać. Dla Andrew te przedmioty są nazbyt staroświeckie, ale możliwe, że chociaż jeden z moich braci zechce zatrzymać wiele cennych drobiazgów.

W tym samym roku, w którym wyjechałam do Northwestern, Mama kupiła zrujnowaną kamienicę od komornika. Ojciec bardzo ją za to krytykował, mówiąc, że bierze sobie na głowę taki problem. Tyle że wtedy był już jej eks-mężem. Mama mogła sama podejmować decyzje. Dostrzegła coś magicznego w spękanych sklepieniach i śmierdzących dywanach. Pochłonęło to całe lata wytężonej pracy i wyrzeczeń, ale w końcu upór i cierpliwość Mamy zwyciężyły. Dzisiaj dziewiętnastowieczny budynek, usytuowany w najbardziej pożądanej okolicy miasta, Gold Coast, jest perełką. Mama, która była córką prostego hutnika, żartowała, że jest jak Louise Jefferson. Szkoda, że mój ojciec nie żył dosyć długo, żeby zobaczyć, jak spektakularną metamorfozę przeszedł ten dom i ta kobieta, której, jak sądzę, nigdy nie doceniał.

– Jest pan pewien, że Matka była w pełni władz umysłowych, kiedy tworzyła testament? – pytanie Joada przerywa moje rozmyślania.

W szerokim uśmiechu prawnika dostrzegam jakiś podtekst.

– O, umysłowo była w znakomitej kondycji, zapewniam pana. Powiem więcej: nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak świetnie wszystko sobie zaplanował.

– Kontynuujmy – odzywa się Catherine, która zawsze pozostaje przede wszystkim menedżerem. – Ze sprawą domu uporamy się we właściwym czasie.

Pan Midar chrząka.

– Wobec tego przejdźmy do sprawy Bohlinger Cosmetics.

Głowa mi pęka. Czuję na sobie spojrzenie czterech par oczu. Pamięć podsuwa mi wczorajszą scenę i czuję, jak narasta we mnie panika. Jaki dyrektor generalny upija się na stypie własnej matki? Nie zasługuję na to stanowisko. Jednak jest już za późno. Staram się nadać twarzy jak najbardziej obojętny wyraz, zupełnie jak aktorka nominowana do nagrody Akademii. Catherine siedzi z piórem w ręce, gotowa zapisywać istotne szczegóły.

– „Wszystkie moje udziały w Bohlinger Cosmetics oraz stanowisko dyrektora generalnego przekazuję mojej…