Król Łotrów

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Dain podarował pannie Trent aż nadto okazji, by pojęła swój błąd. Nie zdołałby ostrzec jej bardziej czytelnie.

Tak czy owak, gdyby zawahał się w takiej sytuacji, zasygnalizowałby wątpliwości lub, gorzej nawet, słabość. Postąpić tak w relacjach z mężczyzną byłoby niebezpiecznie. W relacjach z kobietą równałoby się to zgubie.

Dlatego też lord Dain uśmiechnął się i nachylił jeszcze bliżej, aż jego wielki nos Usignuolów znalazł się ledwie na grubość palca od jej nosa.

– Radzę się pomodlić, panno Trent – rzekł cicho.

Następnie przesunął dłoń – wielką, ciemną, nagą dłoń, ponieważ przed jedzeniem zdjął rękawiczki i nie założył ich jeszcze z powrotem – w dół po rękawie jej pelisy, aż dotarł do pierwszego guziczka frywolnych szarych rękawiczek zdobionych perłami.

Uwolnił perełkę z dziurki.

Jessica poparzyła na jego dłoń, lecz ani drgnęła.

Świadom, że wszystkie oczy w lokalu są w nich utkwione, a hałaśliwe rozmowy przycichły do szeptów, zaczął mówić do niej po włosku. Tonem kochanka opisywał pogodę, siwego wałacha, którego sprzedaż rozważał, oraz stan paryskich kanałów ściekowych. Chociaż nigdy nie próbował ani nie potrzebował uwodzić kobiety, widział i słyszał różnych biednych sukinsynów uczestniczących w tej grze, i w szczegółach odtworzył ich groteskowe tony. Wszyscy wokół uznają, że oni dwoje są kochankami. Przy tym przez cały czas sprawnie sunął do jej nadgarstka.

Nie wyrwał jej się żaden dźwięk, jedynie od czasu do czasu z nieruchomą twarzą przenosiła wzrok z jego oblicza na dłonie i z powrotem, co zinterpretował jako przejaw niemego przerażenia.

Może trafniej zdefiniowałby jej reakcję, gdyby czuł się równie opanowany, jak wydawał się na zewnątrz. Wyraz jego twarzy pozostawał zmysłowo skupiony, głos niski i uwodzicielski. Dain miał jednak niepokojącą świadomość, że puls zaczął mu przyspieszać mniej więcej przy guziku numer sześć. Przy numerze dwunastym gnał już jak szalony. Przy piętnastym Dain musiał mocno się koncentrować, żeby utrzymać miarowy oddech.

Uwolnił z sukienek, gorsetów, halek, podwiązek i pończoch setki dziwek. Nigdy dotąd nie rozpinał jednak rękawiczki szlachetnie urodzonej panny. Dokonał tylu nieobyczajnych czynów, że któż by je zliczył. Ani razu nie czuł się tak zdeprawowany jak w tej chwili, kiedy wypchnął z dziurki ostatni guzik i ściągnął w dół miękką koźlęcą skórkę, obnażając jej nadgarstek i ciemnymi palcami pocierając delikatną skórę, którą wystawił na widok publiczny.

Zbyt pochłonęło go poszukiwanie definicji własnego stanu – i zbyt skonfundowało to, co sobie uświadomił – by uzmysłowił sobie, że w szarych oczach panny Jessiki Trent pojawił się ów wyraz upojnego oszołomienia, typowy dla przyzwoitej starej panny, która wbrew sobie daje się uwieść.

Nawet gdyby zrozumiał, co wyraża jej mina, nie dałby temu wiary, tak jak nie potrafił uwierzyć we własny niefortunny stan podniecenia – z powodu przeklętej rękawiczki i skrawka kobiecego ciała. I to nawet nie jednego z tych lepszych – tych, których mężczyzna nie posiada – ale drobnego fragmentu nadgarstka, niech ją szlag.

Najgorsze, że nie potrafił przestać. Najgorsze, że jego namiętnie skupiony wyraz twarzy jakimś sposobem stał się autentyczny i Dain nie opowiadał jej już po włosku o ściekach, lecz o tym, jak pragnie odpiąć, odczepić, rozwiązać każdy guzik, haftkę, sznurówkę… i zdejmować z niej ubrania, jedno po drugim, i sunąć monstrualnie wielkimi, ciemnymi dłońmi po jej białym, dziewiczym ciele.

Opisywał szczegółowo po włosku swoje ogniste fantazje i wolno ściągał jej rękawiczkę, obnażając delikatną, ponętną dłoń. Szarpnął lekko w kierunku jej knykci. Zrobił przerwę. Kolejne szarpnięcie. I przerwa. Jeszcze jedno szarpnięcie… i rękawiczka została mu w dłoni. Upuścił ją na stół, po czym ujął małą, chłodną, białą dłoń dziewczyny w swoją, wielką i ciepłą. Sapnęła cichutko. To wszystko. Żadnej walki. Nie żeby mogło to cokolwiek zmienić.

Było mu za ciepło, brakowało tchu, a serce waliło tak, jakby dopiero co gonił za czymś zaciekle. I dokładnie tak, jakby istotnie ścigał i wreszcie dopadł zdobycz, nie zamierzał jej puszczać. Zamknął palce wokół jej dłoni i posłał groźne spojrzenie, rzucając wyzwanie, by spróbowała – tylko spróbowała – się uwolnić.

Odkrył, że ona nadal siedzi z szeroko otwartymi oczami. Potem zamrugała i, opuściwszy wzrok na ich złączone dłonie, powiedziała cicho, na bezdechu:

– Bardzo mi przykro, milordzie.

Choć sam nadal nie panował należycie nad oddechem, zdołał wykrztusić:

– Nie wątpię. Ale, widzi pani, już za późno.

– Widzę. – Ze smutkiem pokręciła głową. – Obawiam się, że pańska reputacja nigdy się po tym nie podniesie.

Poczuł ukłucie niepokoju. Zignorował je i ze śmiechem omiótł spojrzeniem ich zafascynowaną publiczność.

– Cara mia, to pani rep…

– Markiza Daina widziano w towarzystwie damy – weszła mu w słowo. – Widziano i słyszano, jak o nią zabiega. – Podniosła nań wzrok z błyskiem w srebrnych oczach. – To było cudowne. Nie miałam pojęcia, że włoski jest taki… poruszający.

– Mówiłem o ściekach – rzekł cierpko.

– Nie wiedziałam. Podobnie jak z pewnością nikt z obecnych. Wszyscy myślą, że dawał pan wyraz miłości. – Uśmiechnęła się. – Do starej panny, siostry przygłupiego Bertiego Trenta.

Wówczas, zbyt późno, dostrzegł słaby punkt w swoim rozumowaniu. Przypomniał sobie komentarz d’Esmonda na temat legendarnej Genevieve. Tu obecni uwierzą, że dziewczyna poszła w ślady babki – femme fatale – i cały przeklęty Paryż uzna, że dał się jej zauroczyć.

– Markizie – powiedziała niskim, twardym głosem – jeśli natychmiast nie puści pan mojej dłoni, pocałuję pana. Na oczach wszystkich.

Trawiło go upiorne podejrzenie, że odwzajemniłby pocałunek. Przy świadkach. Oto Dain, Belzebub we własnej osobie, całujący damę – dziewicę. Zmiażdżył w sobie panikę.

– Panno Trent – rzekł równie nisko i twardo – z chęcią to zobaczę.

– Niech to licho! – rozbrzmiał tuż za Dainem wstrętnie znajomy głos. – Przeszedłem pół Paryża… i nie jest to dokładnie to, czego chciałeś, wiem, ale sam najpierw wypróbowałem i śmiem twierdzić, że się nie zawiedziesz.

Nieświadom pulsującego wokół napięcia, Bertie Trent położył pudełko z cygarami na stole tuż przy dłoni Daina. Zaciśniętej nadal na dłoni panny Trent.

Kiedy spojrzenie Bertiego tam padło, rozwarł szerzej niebieskie oczy.

– Niech cię diabli, Jess! – rzucił gniewnie. – Czy człowiek nie może ci ani na chwilę zaufać? Ile razy mam ci powtarzać, żebyś zostawiła w spokoju moich przyjaciół?

Panna Trent z opanowaniem zabrała rękę.

Trent posłał Dainowi przepraszające spojrzenie.

– Nie zwracaj na nią uwagi, Dain. Robi tak wszystkim chłopom. Nie wiem, po co, skoro ich nie chce. Całkiem jak te głupie koty ciotki Louisy. Tyle zachodu, żeby złapać mysz, a potem obmierzłe bestie nawet ich nie żrą. Porzucają truchła, gdzie popadnie, i niech kto inny je sobie zbiera.

Wargi panny Trent zadrżały.

Owa sugestia śmiechu wystarczyła, żeby ubić burzliwą mieszankę we wnętrzu lorda Daina w zimną furię. Formalną edukację rozpoczął od tego, że wepchnięto mu głowę do wychodka. Bywał już wykpiwany i dręczony. Ale nie trwało to długo.

– Na szczęście, Trent, masz talent do przybywania w samą porę – stwierdził. – Ponieważ słowa nie zdołają wyrazić mojej ulgi i wdzięczności, czyny muszą przemówić głośniej. Może przydrepczesz do mnie, kiedy już odstawisz do domu swoją nieodparcie pociągającą siostrę? Vawtry i paru innych mają zajrzeć na butelczynę lub dwie i prywatną partyjkę.

Przetrwawszy nieskładne wyrazy zachwytu ze strony Trenta, lord Dain pożegnał się chłodno i niespiesznie wyszedł z lokalu, z ponurym postanowieniem, by trzymać głowę Bertiego Trenta pod wodą tak długo, aż głupek utonie.

* * *

Lord Dain nie dotarł jeszcze do domu, a raporty naocznych świadków jego sam na sam z panną Trent już mknęły ulicami Paryża.

Zanim, tuż przed świtem, zakończyła się jego prywatna orgia pijaństwa i hazardu – a Bertiego, uboższego o kilkaset funtów, ponieśli do łóżka dwaj służący – robiono już zakłady co do zamiarów markiza Daina wobec panny Trent.

O trzeciej po południu u Tortoniego Francis Beaumont natknął się na Rolanda Vawtry’ego i zaproponował mu zakład o sto pięćdziesiąt funtów, że panna Trent schwyta Daina w małżeńskie sidła przed przypadającymi w czerwcu urodzinami króla.

– Dain? – powtórzył Vawtry, a jego orzechowe oczy zaokrągliły się ze zdumienia. – Ślub? Z przyzwoitą starą panną? Siostrą Trenta?

Dziesięć minut później, kiedy Vawtry przestał się śmiać i stopniowo odzyskiwał normalny oddech, Beaumont ponowił propozycję.

– To zbyt proste – orzekł Vawtry. – Nie mogę przyjąć twoich pieniędzy. Postąpiłbym nie fair. Znam Daina od czasów Oksfordu. Ta sprawa w kawiarni to był jeden z jego żartów. Żeby wywołać powszechne poruszenie. Zapewne w tej właśnie chwili zaśmiewa się do rozpuku, że wystrychnął wszystkich na dudka.

– Dwieście – rzucił Beaumont. – Dwieście, że przestanie się śmiać przed upływem tygodnia.

– Rozumiem – stwierdził Vawtry. – Chcesz wrzucać pieniądze do kolejnej studni bez dna. Doskonale, chłopcze. Określ warunki.

– W ciągu tygodnia ktoś zobaczy, jak się za nią ugania. Wychodzi za nią z pokoju. Ściga ją na ulicy. Bierze za rękę. Rany, nieważne, chwyta za włosy… Bardziej w jego stylu, no nie?

– Beaumont, uganianie się za kobietami nie jest w stylu Daina – tłumaczył cierpliwie Vawtry. – Dain mówi: „Biorę tę”. Po czym kładzie na stół pieniądze i wybrana kobieta idzie.

– Za tą będzie się uganiał – obstawał przy swoim Beaumont. – Dokładnie tak, jak powiedziałem. Na oczach wiarygodnych świadków. Dwieście, że zrobi to w ciągu siedmiu dni.

Nie po raz pierwszy dogłębne zrozumienie Daina pozwoli Rolandowi Vawtry’emu zarobić. W rzeczy samej, przewidywanie zachowań Belzebuba odpowiadało za co najmniej połowę jego dochodów. Pomyślał, że Beaumont powinien już do tej pory zmądrzeć. Ale nie zmądrzał, a pełen zadowolenia z siebie i wyższości uśmiech na jego twarzy zaczynał irytować Vawtry’ego. Z miną wyrażającą bezgraniczne współczucie – żeby zirytować Beaumonta – Vawtry przyjął zakład.

 
* * *

Sześć dni później Jessica stała przy oknie w mieszkaniu brata, chmurnie spoglądając na ulicę poniżej.

– Zabiję cię, Dain – wymamrotała. – Wpakuję ci kulkę dokładnie tam, gdzie ten twój włoski nos spotyka się z czarnymi brwiami.

Dochodziła szósta. Bertie obiecał, że wróci do domu najpóźniej o wpół do piątej, żeby wykąpać się i ubrać, a następnie eskortować siostrę i babkę na przyjęcie u madame Vraisses. Na godzinę ósmą zaplanowano odsłonięcie portretu gospodyni pędzla pani Beaumont. Jako że Bertie potrzebował na toaletę co najmniej dwóch i pół godziny, a wieczorem na ulicach bez wątpienia będzie spory ruch, nie zdążą na odsłonięcie.

A winę za to ponosił Dain.

Od spotkania w kawiarni nie mógł ścierpieć, gdy Bertie znikał mu z oczu. Dokądkolwiek Dain się udawał, cokolwiek robił, bawił się dobrze wyłącznie wówczas, gdy towarzyszył mu Bertie.

Bertie, oczywiście, wierzył, że pozyskał wreszcie dozgonną przyjaźń Daina. Będąc naiwnym półgłówkiem, nigdy nie wpadłby na to, że domniemana przyjaźń stanowi zemstę markiza na Jessice.

Co tylko pokazywało, jaki z Daina nikczemny łajdak. Spór miał z Jessicą, ale nie, nie mógłby stanąć uczciwie do walki z przeciwnikiem zdolnym odparować ciosy. Musiał karać Jessicę poprzez jej nieszczęsnego, przygłupiego brata, który nie miał bladego pojęcia, jak się bronić.

Bertie nie wiedział, jak nie upijać się do nieprzytomności albo odejść od gry w karty, albo oprzeć się zawarciu z góry przegranego zakładu, albo zaprotestować, kiedy ladacznica kosztowała trzy razy tyle, ile powinna. Jeśli Dain pił, to Bertie także, chociaż nie miał mocnej głowy. Jeśli Dain grał, zakładał się albo łajdaczył, Bertie musiał robić dokładnie to samo.

Zasadniczo Jessica nie potępiała żadnej z wymienionych praktyk. Więcej niż raz zdarzyło jej się być na rauszu i sporadycznie traciła pieniądze w karty lub w wyniku zakładu – tyle że dyskretnie i w rozsądnych granicach. Co do ladacznic, przypuszczała, że gdyby była mężczyzną, od czasu do czasu nabierałaby ochoty na taką rozrywkę – ale z pewnością nie zapłaciłaby ani pensa ponad bieżące stawki. Trudno jej było uwierzyć, że Dain płaci tak dużo, jak twierdził Bertie, niemniej brat przysięgał na honor, że na własne oczy widział, jak pieniądze przechodzą z rąk do rąk.

– Jeśli to prawda – oznajmiła mu rozdrażniona, nie dalej jak minionego wieczoru – może tak być wyłącznie dlatego, że ma nadmierne wymagania… że kobiety muszą ciężej pracować, nie rozumiesz?

Ale Bertie zrozumiał tyle, że Jessica sugeruje, iż nie jest tak pełnym wigoru ogierem jak jego idol. Zakwestionowała męskość brata, toteż wyszedł sztywnym krokiem i nie wrócił – czy też nie przyniesiono go – aż do siódmej dziś rano.

Tymczasem Jessica leżała bezsennie niemalże do tej godziny, zastanawiając się, czego konkretnie Dain wymaga od partnerki w łóżku.

Dzięki Genevieve jak najbardziej rozumiała podstawy, jeśli chodzi o to, czego przeciętny mężczyzna wymaga – czy też co dostarcza, w zależności od punktu widzenia. Wiedziała na przykład, co robił dżentelmen w peruce, ukryty pod spódnicami damy, podobnie jak wiedziała, że takie pozycje nie należą do powszechnie spotykanych w sprośnych zegarkach. Dlatego go kupiła.

Ponieważ jednak Dain nie był przeciętnym mężczyzną i z pewnością płacił za znacznie więcej niż byle podstawy, rzucała się gorączkowo w łóżku, pobudzona mieszkanką strachu i ciekawości, i… cóż, gdyby miała być się ze sobą całkowicie szczera, a zasadniczo była, także odrobiny pożądania, niech jej niebiosa dopomogą.

Nie umiała przestać myśleć o jego dłoniach. Nie należy przez to rozumieć, że nie kontemplowała również każdej innej części jego ciała, jednak tych wielkich, nazbyt wprawnych dłoni doświadczyła fizycznie w sposób bezpośredni i palący.

Na samą myśl o nich, nawet teraz, przy całej swej wściekłości, czuła, jak w głębi brzucha wiruje jej jakieś gorące, bolesne doznanie.

Co tylko zwiększało jej furię. Zegarek na kominku wyśpiewał godzinę. Najpierw zabije Daina, powiedziała sobie. Później brata.

Wszedł Withers.

– Wrócił posłany do domu markiza portier – poinformował ją.

Bertie, paryskim zwyczajem, zlecał portierowi w budynku zadania, które zwykle przydzielano lokajom, pokojówkom i chłopcom na posyłki. Pół godziny temu portiera, Tessona, wyprawiono do lorda Daina.

– Wnoszę, że nie przyprowadził Bertiego z powrotem – stwierdziła – gdyż w przeciwnym razie już słyszałabym nawoływania w korytarzu.

– Służący lorda Daina odmówił odpowiedzi na zapytanie Tessona – wyjaśnił Withers. – Kiedy Tesson lojalnie nalegał, ten zuchwały lokaj zepchnął go ze schodów. Służba, panno Trent, pod względem charakteru obrzydliwie dopasowała się do swego pana.

Jedna rzecz, pomyślała gniewnie Jessica, gdy Dain wykorzystuje słabości jej brata. Zupełnie inna, kiedy pozwala swoim pachołkom maltretować przepracowanego portiera, który usiłuje tylko doręczyć wiadomość.

Daruj jedną zniewagę, powiedział Publiliusz, a zachęcisz do popełnienia wielu.

Jessica nie zamierzała tego darować. Z zaciśniętymi pięściami pomaszerowała ku drzwiom.

– Nie obchodzi mnie, czy ten służący to Mefistofeles we własnej osobie – oświadczyła. – Z chęcią zobaczę, jak próbuje zepchnąć ze schodów mnie.

Niewiele później, podczas gdy jej przerażona pokojówka, Flora, kuliła się w brudnej paryskiej dorożce, Jessica wytrwale łomotała kołatką do drzwi wejściowych domu lorda Daina.

Otworzył jej angielski lokaj w liberii. Miał jakiś metr osiemdziesiąt wzrostu. Kiedy zuchwale zmierzył ją wzrokiem z góry na dół, Jessica bez trudu wydedukowała, jakie myśli chodzą mu po głowie. Każdy służący z choć krztyną inteligencji rozpoznałby w niej damę. Z drugiej strony, dama nigdy nie dobijałaby się do drzwi nieżonatego dżentelmena. Zarazem Dain nie był dżentelmenem. Nie czekała, aż lokaj rozwikła tę łamigłówkę.

– Nazwisko brzmi Trent – oznajmiła z werwą. – I nie nawykłam, by przetrzymywano mnie na progu, ponieważ leniwy gamoń udający służącego postanowił się na mnie pogapić. Masz dokładnie trzy sekundy, żeby zejść mi z drogi. Jeden. Dwa…

Cofnął się, a Jessica minęła go, wchodząc do westybulu.

– Przyprowadź mojego brata – poleciła.

Wpatrywał się w nią z tępym niedowierzaniem.

– Panno… panno…

– Trent – podpowiedziała. – Siostra sir Bertrama. Chcę się z nim zobaczyć. Teraz. – Dla pokreślenia swych słów stuknęła końcem parasolki o marmurową posadzkę.

Przybrała ton głosu i sposób bycia, które sprawdzały się, ilekroć musiała poradzić sobie z niesfornymi chłopcami większymi od niej lub z tymi spośród służących jej stryjów i ciotek, którzy wygłaszali nonsensowne uwagi w rodzaju „Panu by się to nie spodobało” albo „Pani mówi, że nie mogę”. Ów ton głosu i sposób bycia zapewniały słuchacza, że jego wybór sprowadza się do dwóch rozwiązań: posłuszeństwo albo śmierć. Metoda okazała się równie skuteczna w tym przypadku, jak w większości innych.

Lokaj zerknął spanikowany w stronę schodów na końcu holu.

– Ja… ja… nie mogę, panienko – szepnął z przestrachem. – On… on mnie zabije. Nie wolno mu przeszkadzać. Z żadnego powodu. Nigdy.

– Rozumiem – stwierdziła. – Wystarczy ci odwagi, żeby wyrzucić na ulicę o połowę mniejszego od ciebie portiera, ale…

Huknął strzał.

– Bertie! – krzyknęła Jessica.

Upuściwszy parasolkę, pobiegła ku schodom.

* * *

W zwykłych okolicznościach odgłos strzału z pistoletu, nawet jeśli, jak teraz, w ślad za nim rozbrzmiewały kobiece krzyki, nie wprawiłby Jessiki w panikę. Kłopot w tym, że jej brat przebywał w pobliżu. Jeśli Bertie przebywał w pobliżu rowu, było pewne, że do niego wpadnie. Jeśli przebywał w pobliżu otwartego okna, było pewne, że przez nie wypadnie.

Tym samym, skoro Bertie przebywał w pobliżu poruszającej się kuli, wypadało założyć, że wejdzie na jej tor.

Jessica nie była na tyle naiwna, by liczyć, że nie oberwał. Modliła się jedynie o to, żeby zdołała powstrzymać krwawienie.

Pomknęła w górę długimi schodami, a potem korytarzem, nieomylnie obierając kurs na piski – kobiece – oraz pijackie wrzaski – męskie.

Szarpnięciem otworzyła drzwi.

Pierwszym, co zobaczyła, był jej brat, leżący na wznak na dywanie.

Przez moment nie widziała nic innego. Pospieszyła do ciała. Akurat gdy klękała, żeby je zbadać, pierś Bertiego uniosła się nierówno i jej brat głośno zachrapał – donośne, cuchnące winem chrapnięcie, za sprawą którego Jessica natychmiast znalazła się znów w pionie.

Wówczas odnotowała, że w pokoju panuje grobowa cisza.

Rozejrzała się.

Na fotelach, sofach i stołach rozwaliło się kilkunastu mężczyzn w różnych stadiach dezabilu. Niektórych widziała po raz pierwszy. Innych – Vawtry’ego, Sellowby’ego, Goodridge’a – rozpoznała. Towarzyszyła im spora liczba kobiet, bez wyjątku przedstawicielek najstarszego zawodu świata.

Później jej wzrok spoczął na Dainie. Siedział w ogromnym fotelu, z pistoletem w dłoni, trzymając na kolanach dwie dziwki – jasną i ciemną – o nader bujnych kształtach. Wszyscy troje gapili się na nią, przy czym, jak pozostali, najwyraźniej zamarli w pozycji, w jakiej się znajdowali, kiedy Jessica wparowała do pokoju. Ta ciemna wyciągała akurat Dainowi koszulę ze spodni, podczas gdy druga kobieta wspomagała ją, rozpinając guziki rozporka.

Fakt, że znalazła się w otoczeniu bandy na pół rozebranych, pijanych mężczyzn i kobiet na wczesnym etapie orgii, ani trochę nie stropił Jessiki. Widywała już biegających tam i sam nagich chłopców – którzy robili to celowo, aby wywołać krzyki domowniczek – i więcej niż raz oglądała obnażone młodzieńcze pośladki, gdyż jej kuzyni często w ten właśnie sposób wyobrażali sobie dowcipną ripostę.

Bieżące okoliczności w najmniejszym stopniu jej nie zakłopotały ani nie wzburzyły. Nawet pistolet w dłoni Daina nie wzbudzał jej niepokoju, ponieważ już wypalił i wymagał ponownego nabicia.

Jedynym denerwującym doznaniem, jakiego doświadczała, było całkowicie absurdalne pragnienie, żeby wyrwać tym dwóm farbowanym ladacznicom włosy z korzeniami i połamać wszystkie palce. Powiedziała sobie, że to głupie. Były po prostu kobietami interesu, robiącymi to, za co im zapłacono. Wytłumaczyła sobie, że im współczuje i to dlatego czuje się na wskroś nieszczęśliwa.

Prawie w to uwierzyła. Niemniej, wierzyła w to czy nie, była panią samej siebie, a więc również każdej sytuacji.

– Myślałam, że nie żyje – powiedziała, ruchem głowy wskazując nieprzytomnego brata. – Ale tylko zalał się w trupa. Mój błąd. – Ruszyła ku drzwiom. – Nie przerywajcie sobie, panowie. I panie.

Po czym wyszła.

* * *

Do pewnego etapu, uznał lord Dain, wszystko przebiegało jak po maśle. Wreszcie wypracował rozwiązanie przejściowego problemu z dziwkami. Skoro nie tolerował obcowania z nimi w burdelu ani na ulicy, sprowadzi je do domu.

Nie będzie to pierwszy raz.

Dziesięć lat temu, na pogrzebie ojca, wpadła mu w oko miejscowa puszczalska dziewczyna, Charity Graves, i parę godzin później wziął ją w wielkim rodowym łożu. Okazała się całkiem zabawną towarzyszką, aczkolwiek ani w połowie nie tak zabawną jak myśl o dopiero co zmarłym rodzicu, który przewraca się w grobowcu Ballisterów – a większość szacownych przodków wraz z nim.

Pewna przykrość zaistniała dziewięć miesięcy później, lecz zaradzenie jej nie nastręczyło wielkich trudności. Przedstawiciel Daina w interesach załatwił problem kosztem pięćdziesięciu funtów rocznie.

Od tamtej pory Dain ograniczał się do dziwek, które wykonywały swój zawód zgodnie z zasadami interesów i były za mądre na to, żeby produkować rozwrzeszczane bachory – a tym bardziej wykorzystywać je do prób manipulowania mężczyzną i szantażowania go.

Denise i Marguerite rozumiały zasady, Dain zaś z pewnością zamierzał wreszcie zabrać się do dzieła, jak należy.

Kiedy tylko upora się z panną Trent.

Chociaż Dain nie wątpił, że panna Trent prędzej czy później zacznie go nagabywać, nie spodziewał się, że wparuje do jego salonu. Mimo wszystko zasadniczo pozostawało to w zgodzie z jego planami. Odkąd Dain aktywnie zaangażował się w doprowadzenie jej brata do upadku, ten pogrążał się w satysfakcjonującym tempie.

Panna Trent z pewnością odgadnie przyczynę. A jako bystra kobieta, wkrótce będzie zobowiązana przyznać, że popełniła poważny błąd, pogrywając z markizem Dainem jak z byle głupcem. Postanowił, że przyzna to na kolanach. Następnie będzie go błagać o litość. I tutaj właśnie sprawy ewidentnie skręciły w złym kierunku.

 

Rzuciła znudzone spojrzenie na brata, kolejne na gości, a wreszcie z lekka rozbawionym wzrokiem omiotła samego Daina. Później, absolutnie spokojna, ta nieznośna istota odwróciła się i wyszła.

Przez sześć dni Dain niemal każdą godzinę na jawie spędził z jej przeklętym bratem, udając serdecznego druha tego nieznośnego imbecyla. Przez sześć dni Trent jazgotał Dainowi do ucha, deptał mu po piętach, ślinił się i dyszał, dopraszając się uwagi, i potykał się o własne stopy tudzież dowolny pechowy przedmiot lub osobę na swojej drodze. Po blisko tygodniu, gdy ten bezmózgi szczeniak zdarł mu nerwy do żywego, Dain osiągnął tyle, że znienacka stał się obiektem rozbawienia panny Trent.

– Allez-vous en16 – polecił cichym głosem.

Denise i Marguerite natychmiast zeskoczyły mu z kolan i pomknęły na drugą stronę pokoju.

– No wiesz co, Dain… – zaczął łagodząco Vawtry. Dain posłał mu piorunujące spojrzenie. Vawtry sięgnął po butelkę z winem i spiesznie napełnił kieliszek.

Dain odłożył pistolet, ciężkim krokiem podążył do drzwi i wyszedł, z hukiem zatrzaskując je za sobą.

Później poruszał się szybko. Dotarł do podestu akurat w porę, żeby zobaczyć, jak siostra Trenta przystaje przy drzwiach wyjściowych i za czymś się rozgląda.

– Panno Trent – powiedział.

Nie podnosił głosu. Nie musiał. Gniewny baryton odbił się echem w holu niczym grzmot. Porywczo otworzyła drzwi i wypadła na zewnątrz. Przyglądał się, jak drzwi się zamykają, i nakazał sobie wracać do odstrzeliwania nosów gipsowym aniołkom na suficie, ponieważ jeśli za nią pójdzie, zabije ją. Co było nie do przyjęcia, Dain bowiem nigdy, w żadnych okolicznościach, nie zniżał się do tego, by dać się sprowokować przedstawicielce gorszej płci.

Udzielając sobie tych porad, pokonywał już biegiem ostatni odcinek schodów i pędził przez długi hol w stronę drzwi. Szarpnął je i wypruł na zewnątrz, z impetem zatrzaskując je za sobą.

16(fr.) Idźcie sobie.
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?