Król Łotrów

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Poprzez warkot i trzaski automatu Jessica usłyszała wahanie markiza równie wyraźnie jak dźwięk trąbki dającej sygnał do bitwy. Potem ruszył. Śmiałe, aroganckie kroki. Podjął decyzję i nadciągał z ciężką artylerią.

Bo też Dain był ciężką artylerią, pomyślała. Żadne słowa Bertiego czy kogokolwiek innego nie zdołałyby jej na to przygotować. Czarne jak węgiel włosy i śmiałe, czarne oczy, potężny, godny zwycięskiego Cezara nos oraz posępna zmysłowość ust – sama ta twarz uprawniała go do wywodzenia swego rodowodu bezpośrednio od Lucyfera, jak utrzymywał Withers.

Co do ciała…

Bertie powiedział jej, że Dain to wyjątkowo postawny mężczyzna. Na poły oczekiwała zwalistego goryla. Nie przygotowała się na ogiera: wielkiego, o wspaniałych proporcjach – i potężnie umięśnionego, jeśli przyjąć za wskazówkę to, co uwypuklały obcisłe spodnie. Nie powinna była tam patrzeć, nawet jeśli tylko zerknęła, ale postura taka jak jego domagała się uwagi i przyciągała ją… w każdym szczególe. Po tym niegodnym damy momencie Jessica musiała wykrzesać z siebie całą upartą siłę woli, żeby utrzymać spojrzenie na jego twarzy. Nawet wówczas wyczyn udał jej się wyłącznie dlatego, że bała się, iż w przeciwnym razie straci resztki rozsądku i zrobi coś potwornie szokującego.

– Doskonale, panno Trent – dobiegł głęboki głos gdzieś z wyżyn ponad jej prawym ramieniem. – Wzbudziła pani moją ciekawość. Cóż, u diaska, tak tam panią oczarowało?

Jakkolwiek głowę miał wysoko ponad nią, reszta jego mocnego ciała znalazła się niestosownie blisko. Jessica wyczuwała woń cygara, które niedawno palił. Oraz subtelnej – i skandalicznie drogiej – męskiej wody kolońskiej. Jej ciało znów zaczęło niespiesznie wrzeć, czego doświadczyła ledwie parę chwil wcześniej i po czym jeszcze nie do końca się otrząsnęła.

Będzie musiała odbyć długą rozmowę z Genevieve. Te doznania żadną miarą nie mogły być tym, co Jessica podejrzewała.

– Zegarek – odparła z zimną krwią. – Ten z obrazkiem kobiety w różowej sukni.

Nachylił się, żeby zajrzeć do gabloty.

– Stoi pod drzewem? To ten?

Położył na gablocie lewą dłoń w kosztownej rękawiczce, a jej zaschło w ustach. Była to wielka, silna dłoń. Jessicę fascynowała świadomość, że tą jedną ręką podniósłby ją z podłogi.

– Tak – odparła, opierając się pragnieniu, by oblizać spierzchnięte wargi.

– Na pewno zechce pani obejrzeć go z bliska – stwierdził.

Sięgnął w górę, zdjął klucz z wbitego w krokiew gwoździa, przeszedł na tył gabloty, otworzył ją i wyjął zegarek.

Wykluczone, by Champtois przeoczył to zuchwalstwo. Nie wyrwała mu się nawet sylaba. Jessica się obejrzała. Właściciel sklepu wydawał się głęboko zatopiony w rozmowie z Bertiem. „Wydawał się” było tu kluczowym określeniem. To, co zwykle rozumie się pod pojęciem rozmowy, w przypadku Bertiego ledwie mieściło się w granicach prawdopodobieństwa. Głęboko absorbująca rozmowa – w dodatku po francusku – absolutnie nie wchodziła w rachubę.

– Może lepiej zademonstruję, jak ten drobiazg działa – rzekł Dain, przyciągając z powrotem jej uwagę.

W jego niskim głosie Jessica rozpoznała owe zbyt niewinne tony, nieodmiennie poprzedzające typowo męski, idiotyczny żart. Mogłaby wyjaśnić, że nie urodziła się wczoraj i doskonale wie, jak działa ten czasomierz. Ale błysk w jego ciemnych oczach powiedział jej, że markiz wyśmienicie się bawi, a nie chciała psuć mu uciechy. Jeszcze nie.

– Jak miło z pana strony – mruknęła.

– Kiedy obróci pani to pokrętło – wyjaśnił, demonstrując – jak pani widzi, jej spódnice rozdzielają się i tam, między jej nogami, widzimy… – Udał, że przygląda się uważniej. – Wielkie nieba, toż to szokujące. Tam chyba klęczy jakiś jegomość. – Podsunął jej zegarek niemalże pod nos.

– Nie jestem krótkowidzem, milordzie – powiedziała, biorąc od niego zegarek. – Ma pan całkowitą rację. Rzeczywiście to jakiś jegomość… jej kochanek, ponieważ najwyraźniej świadczy jej miłosne usługi.

Otworzyła torebkę, wyjęła małą lupę i poddała zegarek skrupulatnym oględzinom, przez cały czas świadoma, że sama jest poddawana podobnej lustracji.

– Na peruce dżentelmena wytarła się odrobina emalii, a po lewej stronie spódnicy damy widnieje maleńkie zadrapanie – stwierdziła. – Poza tym oceniłabym, że zegarek jest w doskonałym stanie, biorąc pod uwagę jego wiek, choć mocno wątpię, czy precyzyjnie wskazuje czas. Ostatecznie, to nie Breguet. – Odłożyła lupę i popatrzyła w jego oczy o ciężkich powiekach. – Ile pańskim zdaniem Champtois sobie za niego zażyczy?

– Chce go pani kupić, panno Trent? Mocno wątpię, czy rodzina pochwali pani zakup. Czy może pod moją nieobecność angielskie wyobrażenia o przyzwoitości przeszły rewolucję?

– Och, nie jest dla mnie. Podaruję go mojej babce.

Musiała oddać markizowi szacunek. Nie drgnęła mu nawet powieka.

– Ach, no tak – stwierdził. – To co innego.

– Na urodziny – wyjaśniła Jessica. – A teraz, jeśli mi pan wybaczy, powinnam odciągnąć Bertiego od negocjacji. Z tonu jego głosu wnoszę, że próbuje liczyć, to zaś, jak pan wnikliwie zauważył, mu nie służy.

* * *

Przyglądając się, jak leniwie sunie przez sklep, Dain pomyślał, że uniósłby ją jedną ręką. Głową ledwie sięgała mu do mostka i nawet z tym przeładowanym bonetem nie mogła ważyć więcej niż pięćdziesiąt kilo.

Przywykł do tego, że góruje nad kobietami – nad większością osób – i nauczył się czuć komfortowo w swym ponadwymiarowym ciele. Dzięki sportom – zwłaszcza boksowi i fechtunkowi – opanował sztukę lekkiego stąpania.

Przy niej poczuł się jak gigantyczny patałach. Gigantyczny, brzydki, głupi patałach. Od początku doskonale wiedziała, co to za przeklęty zegarek. Pytanie brzmiało, z jakim to przeklętym okazem kobiety Dain miał do czynienia w jej osobie? Dziewczyna patrzyła prosto w jego łajdacką twarz i ani nie mrugnęła. Stanął o wiele za blisko niej, ale się nie odsunęła.

Następnie wyjęła lupę, kto by pomyślał, i oszacowała sprośny czasomierz z takim spokojem, jakby chodziło o rzadkie wydanie Księgi męczenników Foxe’a.

Żałował teraz, że nie słuchał uważniej, ilekroć Trent wspominał o siostrze. Problem polegał na tym, że gdyby człowiek słuchał uważnie jakichkolwiek wypowiedzi Bertiego Trenta, w nieunikniony sposób doprowadziłoby go to do obłędu.

Lord Dain ledwie zakończył tę myśl, kiedy Bertie wykrzyknął:

– Nie! Absolutnie nie! Tylko ją zachęcasz, Jess. Nie zgadzam się! Nie sprzeda jej pan tego, Champtois.

– Owszem, sprzeda pan, Champtois – powiedziała panna Trent bardzo zadowalającą francuszczyzną. – Proszę nie zważać na mojego małego braciszka. Nie ma nade mną żadnej władzy.

Uczynnie przetłumaczyła te słowa bratu, którego twarz przybrała odcień żywej czerwieni.

– Nie jestem mały! Jestem głową tej przeklętej rodziny. I…

– Idź pobawić się doboszem, Bertie – poradziła. – Albo, jeszcze lepiej, zabierz swojego czarującego przyjaciela na drinka.

– Jess. – W tonie Bertiego pojawiło się błaganie. – Wiesz, że pokaże go ludziom i… i mnie upokorzy.

– Rety, ależ od wyjazdu z Anglii zrobił się z ciebie skromniś.

Istniało ryzyko, że oczy Bertiego wystrzelą z orbit.

– Że co?

– Skromniś, kochany. Skromniś i świętoszek. Istny metodysta.

Bertie wydał z siebie kilka nieartykułowanych dźwięków, po czym odwrócił się do Daina, który zarzucił tymczasem wszelkie myśli o wyjściu. Oparty o gablotę z biżuterią z ponurą fascynacją obserwował siostrę Bertiego Trenta.

– Słyszałeś to, Dain? – zapytał gwałtownie Bertie. – Słyszałeś, co powiedziała ta nieznośna dziewczyna?

– Jakżebym mógł nie usłyszeć – odparł Dain. – Cały czas słuchałem z wielką uwagą.

– Ja! – Bertie dźgnął go kciukiem w pierś. – Skromniś.

– Rzeczywiście, dogłębnie szokujące. Będę zmuszony zakończyć naszą znajomość. Nie mogę pozwolić sobie na to, by cnotliwi towarzysze sprowadzali mnie na złą drogę.

– Ale, Dain, ja…

– Twój przyjaciel ma rację, kochany – powiedziała panna Trent. – Jeśli wieści o tym się rozejdą, nie będzie mógł ryzykować, że ktoś go z tobą zobaczy. Jego reputacja legnie w gruzach.

– Ach, zatem moja reputacja jest pani znana, panno Trent? – zainteresował się Dain.

– O tak. Jest pan najbardziej niecnym mężczyzną, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. I zjada pan dzieci na śniadanie, o czym nianie mówią niegrzecznym podopiecznym.

– Pani jednak nie wydaje się ani trochę zaniepokojona.

– Pora śniadania już minęła, ja zaś dawno nie jestem dzieckiem. Aczkolwiek rozumiem, biorąc pod uwagę, z jakich wyżyn spogląda pan na świat, że mógł mnie pan za takie wziąć.

Lord Dain zmierzył ją wzrokiem od głowy do stóp.

– Nie, nie wydaje mi się, by groziło mi popełnienie akurat tego błędu.

– No pewno, że nie, szczególnie że słuchałeś, jak ruga i obraża chłopa – wtrącił Bertie.

– Z drugiej strony, panno Trent – ciągnął Dain, jakby Bertie nie istniał, bo też we właściwie urządzonym świecie ktoś taki nigdy by się nie urodził – jeśli będzie pani niegrzeczna, może mnie kusić…

– Qu’est-ce que c’est7, Champtois? – zapytała panna Trent.

Przeszła wzdłuż lady do tacy z towarami, które Dain przeglądał, kiedy tych dwoje weszło do sklepu.

– Rien, rien. – Champtois osłonił tacę dłonią. Zerknął nerwowo na Daina. – Pas interessante8.

 

Spojrzała w tym samym kierunku.

– Pańskie zakupy, milordzie?

– Skądże – odparł Dain. – Zaintrygowała mnie, na moment, srebrna podstawka na kałamarz i pióra, która, jak sama się pani przekona, jest tam przypuszczalnie jedynym przedmiotem wartym drugiego spojrzenia.

Jednakże to nie podstawkę podniosła i poddała oględzinom przez lupę, lecz niewielki, pokryty warstwą kurzu obrazek w grubej, zapleśniałej ramie.

– Portret kobiety, jak się zdaje – oceniła.

Dain oderwał się od gabloty z biżuterią i dołączył do niej przy ladzie.

– A, tak, Champtois utrzymywał, że to mężczyzna. Ubrudzi pani sobie rękawiczki, panno Trent.

Bertie także się zbliżył, nadąsany.

– Cuchnie jak nie wiem co. – Wykrzywił się.

– Ponieważ gnije – wyjaśnił Dain.

– To dlatego, że jest dosyć stary – stwierdziła panna Trent.

– Raczej przeleżał dekadę w rynsztoku – skorygował Dain.

– Kobieta ma interesujący wyraz twarzy – zwróciła się panna Trent do Champtoisa po francusku. – Nie umiem ocenić, czy jest smutna, czy szczęśliwa. Ile pan za niego chce?

– Quarante sous.

Odłożyła obrazek.

– Trente-et-cinq9 – powiedział Champtois.

Roześmiała się.

Champtois poinformował ją, że sam zapłacił za obrazek trzydzieści sou. Nie może bardziej opuścić ceny.

Popatrzyła nań współczująco.

Oczy napełniły mu się łzami.

– Trente, mademoiselle10.

Wobec tego, powiedziała, weźmie tylko zegarek.

Ostatecznie zapłaciła dziesięć sou za brudny, cuchnący przedmiot, a Dain pomyślał, że gdyby jeszcze trochę pociągnęła negocjacje, skończyłoby się tym, że Champtois zapłaciłby jej, żeby go wzięła.

Dain nigdy jeszcze nie widział wyrachowanego Champtoisa w stanie takiej udręki, przy czym nie rozumiał, z czego to wynika. Z pewnością kiedy panna Jessica Trent wreszcie opuściła sklep – zabierając brata ze sobą, dzięki niech będą niebiosom – jedyną udręką, jakiej doświadczał lord Dain, był ból głowy, który przypisał okoliczności, że spędził blisko godzinę, na trzeźwo, w towarzystwie Bertiego Trenta.

* * *

Później tego wieczoru, w prywatnej salce swego ulubionego przybytku niegodziwości, funkcjonującego pod niewinną nazwą Vingt-Huit – numer dwadzieścia osiem, lord Dain raczył kompanów opisem owej, jak to określał, farsy.

– Dziesięć sou? – zapytał ze śmiechem Roland Vawtry. – Siostra Trenta nakłoniła Champtoisa, żeby spuścił z czterdziestu do dziesięciu? Rany, że też mnie tam nie było.

– No, to teraz już jasne, co zaszło, zgadza się? – odezwał się Malcolm Goodridge. – Urodziła się jako pierwsza. Zgarnęła całą inteligencję, a dla Trenta nie został ani okruszek.

– Zgarnęła też całą urodę? – zainteresował się Francis Beaumont, dolewając Dainowi wina do kieliszka.

– Nie są ani trochę podobni, jeśli chodzi o koloryt, rysy czy budowę ciała. – Dain pociągnął łyk wina.

– To wszystko? – drążył Beaumont. – Zamierzasz pozostawić nas w niepewności? Jak ona wygląda?

Dain wzruszył ramionami.

– Brunetka, szare oczy. Jakieś metr sześćdziesiąt wzrostu, między czterdzieści pięć a pięćdziesiąt kilo.

– Oszacowałeś ją, co? – zapytał Goodridge, szczerząc zęby w uśmiechu. – Twoim zdaniem te czterdzieści pięć do pięćdziesięciu kilo dobrze się rozkłada?

– Skąd, u diabła, miałbym wiedzieć? Skąd ktokolwiek miałby to wiedzieć, przy wszystkich tych gorsetach i krynolinach, i w co tam jeszcze wpychają się albo przypinają sobie kobiety? Same sztuczki i kłamstwa, dopóki nie są nagie. – Uśmiechnął się. – Wtedy rodzaj kłamstw się zmienia.

– Kobiety nie kłamią, milordzie – dobiegł od drzwi głos z lekkim akcentem. – Tak się jedynie wydaje, ponieważ funkcjonują w innej rzeczywistości. – Hrabia d’Esmond wszedł do pokoju, delikatnie zamyknąwszy za sobą drzwi.

Dain, choć powitał d’Esmonda jedynie niedbałym skinieniem, bardzo się ucieszył na jego widok. Beaumont w szczwany sposób wydobywał od ludzi dokładnie te rzeczy, które najmniej chcieli ujawniać. Dain wprawdzie bez trudu odpierał jego sztuczki, nie znosił jednak koncentracji niezbędnej do zmylenia parszywego kundla.

W obecności d’Esmonda Beaumont nie będzie zdolny zająć się kimkolwiek innym. Hrabia niekiedy dekoncentrował nawet Daina, aczkolwiek nie z tych samych powodów. D’Esmond był tak piękny, jak tylko może być mężczyzna, nie zaczynając przypominać kobiety. Smukły, niebieskooki blondyn o twarzy anioła.

Gdy Beaumont przedstawiał ich sobie przed tygodniem, zasugerował prześmiewczo, żeby poprosili jego żonę, artystkę, o namalowanie ich razem.

– Mogłaby zatytułować obraz Niebo i Piekło – powiedział.

Beaumont rozpaczliwie pragnął d’Esmonda. D’Esmond pragnął żony Beaumonta. A żona Beaumonta nie pragnęła nikogo.

Sytuacja ta bawiła Daina nieprzytomnie.

– Zjawiasz się w samą porę, d’Esmond – skomentował Goodridge. – Dain miał dziś przygodę. Do Paryża przybyła właśnie pewna młoda dama… i akurat na Daina od razu wpadła. A on z nią rozmawiał.

Powszechnie wiadome było, że Dain wzbrania się przed utrzymywaniem jakichkolwiek kontaktów z przyzwoitymi kobietami.

– Siostra Bertiego Trenta – wyjaśnił Beaumont.

Obok niego znajdował się wolny fotel, przy czym wszyscy wiedzieli, dla kogo jest przeznaczony. D’Esmond przeszedł jednak bliżej Daina i oparł się o tył jego fotela. Żeby dręczyć Beaumonta, oczywiście. D’Esmond tylko wyglądał jak anioł.

– A, tak – rzekł. – Zupełnie niepodobna do niego. Ewidentnie wdała się w Genevieve.

– Mogłem się domyślić – stwierdził Beaumont, ponownie napełniając sobie kieliszek. – Już ją poznałeś? I co, ty także przypadłeś jej do gustu?

– Dopiero co natknąłem się na Trenta i jego krewniaczki u Tortoniego – wyjaśnił d’Esmond. – W restauracji panowało nie lada poruszenie. Genevieve… to znaczy lady Pembury… nie pokazywała się w Paryżu od czasu pokoju w Amiens. Wyraźnie o niej nie zapomniano, pomimo upływu dwudziestu pięciu lat.

– Na Jowisza, tak! – wykrzyknął Goodridge, waląc dłonią w stół. – W tym rzecz, ma się rozumieć. Zadziwiające zachowanie Daina wprawiło mnie w takie osłupienie, że nie dodałem dwóch do dwóch. Genevieve. No tak, to wszystko tłumaczy.

– Tłumaczy co? – zapytał Vawtry.

Goodridge napotkał wzrok Daina. Na jego twarzy odmalował się niepokój.

– No, oczywiste, że byłeś troszkę… ciekaw – powiedział. – Genevieve odstaje od przeciętnej, a jeśli panna Trent reprezentuje ten sam rodzaj… anomalii, no, wówczas przypomina te drobiazgi, które kupujesz od Champtoisa. No i tam właśnie była, w jego sklepie. Jak to pudełko na lekarstwa w kształcie konia trojańskiego, które zakupiłeś w zeszłym miesiącu.

– Rzadki okaz, chcesz powiedzieć – podsumował Dain. – A także, bez wątpienia, horrendalnie kosztowny. Doskonała analogia, Goodridge. – Uniósł kieliszek. – Sam bym tego lepiej nie ujął.

– Mimo wszystko – rzekł Beaumont, przenosząc wzrok z Goodridge’a na Daina – trudno mi uwierzyć, że w paryskiej restauracji zapanowało poruszenie z powodu dwóch nietypowych kobiet.

– Kiedy poznasz Genevieve, zrozumiesz – zapewnił d’Esmond. – Ona nie jest po prostu pięknością. To prawdziwa femme fatale. Mężczyźni tak je oblegli, że ledwie mogły spożyć posiłek. Naszego przyjaciela Trenta bardzo to rozdrażniło. Na szczęście dla niego, mademoiselle Trent doskonale powściąga swe uroki. W przeciwnym razie, jak sądzę, doszłoby do rozlewu krwi. Dwie takie kobiety… – Ze smutkiem pokręcił głową. – To za dużo dla Francuzów.

– Pańscy rodacy mają dziwne wyobrażenia na temat uroku – skonstatował Dain, napełniając i podając hrabiemu kieliszek. – Ja zauważyłem jedynie zarozumiałą, przeintelektualizowaną starą pannę o ciętym języku.

– Lubię bystre kobiety – stwierdził d’Esmond. – Są takie stymulujące. Mais chacun a son gout11. Cieszy mnie wiadomość, że panu ona całkowicie nie odpowiada, milordzie. Konkurencja już jest zbyt wielka.

Beaumont się roześmiał.

– Dain nie konkuruje. On prowadzi wymianę. I to wyłącznie z jednym typem, jak wszyscy wiemy.

– Płacę dziwce kilka monet – rzekł Dain. – Ona daje mi dokładnie to, czego wymagam. A kiedy jest po wszystkim, jest po wszystkim. Skoro światu nie grozi nagły brak dziwek, dlaczegóż miałbym zadawać sobie nadmierny, jak wiemy, trud dla kobiet innego rodzaju?

– Pozostaje jeszcze miłość – zauważył d’Esmond.

Słuchacze ryknęli śmiechem.

Kiedy hałas przycichł, Dain skomentował:

– Chyba mamy do czynienia z przepaścią językową, panowie. Czy nie o miłości mówiłem?

– Myślałem, że mówi pan o nierządzie – odparł D’Esmond.

– W słowniku Daina to jedno i to samo – poinformował go Beaumont. Wstał. – Chyba przespaceruję się na dół wrzucić kilka franków do tej studni bez dna zwanej Rouge et Noir12. Ktoś chętny?

Vawtry i Goodridge podążyli za nim do drzwi.

– D’Esmondzie? – zapytał Beaumont.

– Może – odparł hrabia. – Zdecyduję później, kiedy dokończę wino.

Zajął zwolnione przez Vawtry’ego miejsce obok Daina.

– Nie moja sprawa, hrabio, ale mnie to ciekawi – odezwał się Dain, kiedy pozostali znaleźli się poza zasięgiem słuchu. – Dlaczego po prostu nie powie mu pan, że uderza pod niewłaściwy adres?

D’Esmond się uśmiechnął.

– Gwarantuję panu, że nie uczyniłoby to różnicy. Ma ze mną, jak sądzę, ten sam problem, co ze swoją żoną.

Beaumont spółkował praktycznie ze wszystkim, na czym zdołał położyć łapy. Jego zniesmaczona żona postanowiła, lata temu, że ma trzymać te łapy z dala od niej. Mimo to nie stała mu się obojętna. Beaumont był wściekle zaborczy, a zainteresowanie d’Esmonda jego żoną doprowadzało go do obłędu z zazdrości. Dain uważał, że to żałosne. I niedorzeczne.

– Może kiedyś w końcu zrozumiem, dlaczego traci pan na nią czas – stwierdził. – Wie pan, za kilka franków dostałby pan coś bardzo podobnego do Leili Beaumont. Przy czym jesteśmy akurat w miejscu najbardziej odpowiednim, żeby znaleźć to, co się lubi, nieprawdaż?

D’Esmond dopił wino.

– Sądzę, być może, że więcej tu nie zawitam. To miejsce… wzbudza we mnie złe przeczucia. – Wstał. – Dziś wieczorem wolę chyba zajrzeć na Boulevard des Italiens.

Zaprosił Daina, by do niego dołączył, markiz jednak odmówił. Dochodziła za kwadrans pierwsza, a o pierwszej miał na górze umówione spotkanie z blond amazonką imieniem Chloe.

Może to „złe przeczucia” d’Esmonda postawiły instynkty Daina w stan gotowości, a może wypił mniej wina niż zazwyczaj. Jakikolwiek był powód, markiz starannie zlustrował otoczenie, kiedy Chloe powitała go w przybranym w szkarłat pokoju.

Szykował się właśnie, by zdjąć surdut, kiedy spostrzegł wizjer. Znajdował się pośrodku ściany, na lewo od łóżka, nieco poniżej linii jego wzroku.

Dain ujął Chloe za rękę i poprowadził na miejsce bezpośrednio przed wizjerem. Polecił jej się rozebrać, powoli.

Następnie podążył, bardzo szybko, na korytarz, gdzie szarpnięciem otworzył drzwi na pozór kryjące bieliźniarkę, a później kopnął kolejne, które tam znalazł. Pomieszczenie za nimi, choć kompletnie ciemne, było także bardzo małe, toteż nie musiał sięgać daleko, kiedy usłyszał, że podglądacz się porusza – najwyraźniej rzucając się w kierunku innych drzwi. Ale nie dość szybko.

Dain szarpnął go z powrotem, odwrócił gwałtownie i, chwyciwszy za węzeł halsztuka, pchnął mocno na ścianę.

 

– Nie muszę cię widzieć – oznajmił niebezpiecznie niskim głosem. – Poznaję cię po zapachu, Beaumont.

Z niewielkiej odległości nie było trudno rozpoznać Beaumonta. Jego ubrania i oddech przeważnie cuchnęły alkoholem i zleżałym opium.

– Myślę o tym, żeby zająć się sztuką – ciągnął Dain, kiedy Beaumont walczył o oddech. – Zatytułowałbym moje pierwsze dzieło Portret martwego mężczyzny.

Beaumont wydał zdławiony dźwięk.

Dain minimalnie poluzował uchwyt.

– Jakieś uwagi, wieprzu?

– Nie możesz… zabić… z zimną krwią – wysapał Beaumont. – Gilotyna.

– Racja. Nie chcę przecież stracić głowy z powodu takiego ścierwa, zgadza się?

Puściwszy halsztuk, Dain trzasnął Beaumonta prawą pięścią w twarz, a potem lewą w brzuch. Beaumont zwalił się na podłogę.

– Nie drażnij mnie więcej – ostrzegł Dain. I wyszedł.

* * *

W tym samym czasie Jessica siedziała na łóżku babki. Dopiero teraz miały szansę odbyć dłuższą rozmowę, bez histeryzującego i dąsającego się Bertiego w pobliżu. Wyszedł jakąś godzinę temu do takiej czy innej spelunki, a wtedy Jessica zaordynowała, by podano im jego najlepszy koniak. Teraz skończyła właśnie opowiadać Genevieve o swoim spotkaniu z Dainem.

– Zwierzęcy pociąg, oczywiście – zawyrokowała Genevieve.

Przy tych słowach maleńka, rozpaczliwa nadzieja Jessiki – że jej wewnętrzne sensacje stanowiły efekt gorączki spowodowanej wyziewami z otwartego ścieku przed sklepem Champtoisa – zginęła szybką, brutalną śmiercią.

– Do licha! – Jessica spojrzała w migotliwe szare oczy babki. – To nie tylko żenujące, ale też niedogodne. Pożądam Daina. Akurat teraz. Akurat jego.

– Niezbyt dogodne, zgadzam się. Ale to interesujące wyzwanie, nie sądzisz?

– Wyzwanie to wyrwać Bertiego spod wpływów Daina i jego kręgu prostackich degeneratów – oznajmiła surowo Jessica.

– O wiele bardziej by ci się opłaciło wyrwać Daina dla siebie – zauważyła babka. – Zamożny, doskonały rodowód, młody, silny i zdrowy, a do tego wzbudza w tobie potężny pociąg.

– Żaden z niego materiał na męża.

– Opisałam właśnie doskonały materiał na męża – sprzeciwiła się babka.

– Nie chcę męża.

– Jessico, żadna kobieta nie chce, jeśli tylko potrafi spojrzeć na mężczyzn obiektywnie. A ty zawsze zachowywałaś wspaniały obiektywizm. Ale nie żyjemy w Utopii. Jeśli otworzysz sklep, bez wątpienia zarobisz pieniądze. Zarazem rodzina odwróci się od ciebie, spadniesz bardzo nisko w towarzyskich rankingach, a szlachetnie urodzeni będą spoglądać na ciebie z litością… nawet jeśli doprowadzą się do bankructwa, byle kupić twoje towary. I każdy bufon w Londynie będzie ci składał nieprzyzwoite propozycje. Tak, świadczy o odwadze, kiedy ktoś podejmuje takie wysiłki, będąc w rozpaczliwej sytuacji. Ale ciebie to nie dotyczy, moja droga. W razie potrzeby mogę cię dostatecznie dobrze wesprzeć.

– Rozmawiałyśmy już o tym niejeden raz – zaoponowała Jessica. – Nie jesteś krezuską, a obie mamy kosztowne gusta. Nie wspominając o tym, że tylko dodatkowo napsujesz krwi w rodzinie… podczas gdy ja wyjdę na ogromną hipokrytkę, po tym jak przez lata upierałam się, że nikomu z nas nie jesteś dłużna ani pensa i nie ponosisz za nas odpowiedzialności.

– Jesteś bardzo dumna i odważna, co szanuję i podziwiam, moja droga. – Babka pochyliła się, żeby poklepać Jessicę po kolanie. – I ty jedna mnie rozumiesz. Zawsze byłyśmy bardziej jak siostry lub przyjaciółki niż babka i wnuczka, nieprawdaż? Toteż jako twoja siostra i przyjaciółka mówię ci, że Dain to wspaniały łup. Radzę ci, przygotuj haczyki i przynętę, a kiedy ją połknie, ostrożnie nawijaj linkę.

Jessica pociągnęła długi łyk koniaku.

– To nie pstrąg, Genevieve. To wielki, głodny rekin.

– Wobec tego użyj harpuna.

Jessica pokręciła głową.

Genevieve oparła się o poduszki i westchnęła.

– Ach, cóż, nie będę ci się naprzykrzać. Wielce to niepociągające. Pozostanie mi nadzieja, że jego reakcja na ciebie nijak nie przypominała twojej na niego. Ten mężczyzna dostaje to, czego chce, Jessico, i na twoim miejscu za nic nie życzyłabym sobie, żeby to on nawijał linkę.

Jessica stłumiła dreszcz.

– To mi nie grozi. On omija damy szerokim łukiem. Według Bertiego, Dain zapatruje się na przyzwoite kobiety jak na zabójczy gatunek grzybów. Rozmawiał ze mną wyłącznie dlatego, że chciał się zabawić, próbując mnie zaszokować.

Genevieve zachichotała.

– Mówisz o zegarku. Cudowna urodzinowa niespodzianka. Jeszcze cudowniejszy był wyraz twarzy Bertiego, kiedy otworzyłam pudełko. Nigdy dotąd nie widziałam u niego akurat takiego odcienia szkarłatu.

– Przypuszczalnie dlatego, że postanowiłaś otworzyć prezent w restauracji. Na oczach hrabiego d’Esmonda.

I to było w tym wszystkim najbardziej irytujące, pomyślała Jessica. Dlaczego, u licha, nie mogła pożądać d’Esmonda? On także był zamożny. I oszałamiająco przystojny. I cywilizowany.

– D’Esmond jest tres amusant13 – oceniła Genevieve. – Szkoda, że już zajęty. W tych jego pięknych oczach pojawił się wielce interesujący wyraz, kiedy mówił o pani Beaumont.

Genevieve wspomniała d’Esmondowi o obrazku za dziesięć sou i przeświadczeniu Jessiki, że ów drobiazg jest czymś więcej, aniżeli się wydaje. D’Esmond podsunął, żeby poprosiła panią Beaumont o nazwiska ekspertów, którzy by go oczyścili i wycenili. Zaproponował, że przedstawi jej Jessicę. Umówili się na kolejne popołudnie, kiedy pani Beaumont będzie pomagać przy imprezie charytatywnej na rzecz wdowy po jej niegdysiejszym nauczycielu sztuki.

– No cóż, przekonamy się, czy jutro w jej oczach pojawi się cokolwiek interesującego… a raczej dzisiaj – stwierdziła Jessica. Dopiła koniak i ześlizgnęła się z łóżka. – Jakżebym chciała już tam być. Wzdragam się na myśl o pójściu spać. Mam paskudne przeczucie, że przyśni mi się rekin.

7(fr.) Co to jest?
8(fr.) Nic, nic (…) Nic interesującego.
9(fr.) Czterdzieści sou (…) Trzydzieści pięć.
10(fr.) Trzydzieści, panienko.
11(fr.) Ale o gustach się nie dyskutuje.
12Hazardowa gra w karty.
13(fr.) bardzo zabawny