Diabeł wcielony

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ujrzała siebie, małą dziewczynkę, siedzącą na stołku i czytającą dziennik matki.

Choć nigdy by tego nie uczyniła, mogłaby spisać własną historię w takim samym stylu, w jakim pisywała Tebańską Różę.

Londyn 1810

Wczesnym wieczorem, gdy Anna Grenville od kilku godzin spoczywała w zimnej ziemi, jej dziesięcioletnia córka Lydia znalazła dziennik. Leżał w koszyku z robótką, ukryty pod warstwą różnokolorowych ścinków i łatek.

Siostra Lydii, Sara, długim i rozpaczliwym płaczem ukołysała się do snu, a ojciec dziewczynek, John Grenville, wyszedł z domu, by znaleźć ukojenie w ramionach jakiejś ladacznicy czy też na dnie butelki. Prawdopodobnie zresztą w obydwu tych uciechach.

W odróżnieniu od siostry Lydia nie spała, a błękitne oczy miała suche. Nie była w stanie płakać przez cały dzień. Była zbyt wściekła na Boga, który odebrał jej niewłaściwego rodzica.

Na cóż jednak byłby Bogu ojciec? – zapytała siebie i odgarniając z czoła złote loki, przetrząsała koszyk w poszukiwaniu odpowiedniej łatki na fartuszek Sary. Wtedy natknęła się na niewielki notes, zapisany gęsto drobnym pismem matki.

Zapominając o fartuszku, skuliła się przy dogasającym ogniu i długo w noc czytała zdumiewające słowa. Pamiętnik nie był długi, a mama nie siliła się na rozbudowane opisy, więc Lydia skończyła czytać, zanim ojciec, tuż po świcie, wtarabanił się do domu.

Zaczekała jednak do południa, aż wytrzeźwieje i zacznie panować nad swoim temperamentem. Sara bawiła się na podwórzu z dziećmi sąsiadów.

– Znalazłam pamiętnik mamy – powiedziała bez ogródek. – Czy to prawda, że była kiedyś damą? A ty aktorem? Czy to zmyślona historia?

Ojciec przetrząsał kredens. Odwrócił się od niego z rozbawionym wyrazem twarzy.

– Cóż to ma za znaczenie, kim była? – prychnął. – Nigdy nie mieliśmy z tego żadnych korzyści, nieprawdaż? Czy mieszkalibyśmy w tej norze, gdybym ją dostał z jakimkolwiek posagiem? Jakież to ma znaczenie, jaśnie wielmożna panienko? Zdaje ci się, że teraz sama jesteś wielką damą?

– Czy to prawda, że jestem dziedziczką przodków mamy? – zapytała Lydia, ignorując sarkastyczne uwagi ojca. Już dawno nauczyła się, że nie warto się nimi przejmować.

– Przodków? – Pogrzebał chwilę w kredensie i zatrzasnął drzwiczki ze zniecierpliwieniem. – Cóż za wielkie słowo! Czy tak to ujęła twoja matka?

– Napisała, że pochodzi ze starej szlacheckiej rodziny – sprostowała Lydia. – Że jeden z jej kuzynów był markizem Dain. Że uciekła z tobą do Szkocji, a jej rodzina była tym zdruzgotana. I odcięła się od niej, jakby była „zatrutą gałęzią drzewa Ballisterów”. Chcę tylko wiedzieć, czy to prawda. Mama zawsze była bardzo… dystyngowana.

– Owszem, była. – Ojciec miał w spojrzeniu ten cwany błysk, gorszy niż drwina, gorszy niż pogarda dla swych córek, której chwilami nie był w stanie ukryć.

Lydia natychmiast zdała sobie sprawę z tego, że nie powinna była wspominać o pamiętniku. Najchętniej sama kopnęłaby się w kostkę za taką nieostrożność. Ukryła jednak swoje emocje – jak zwykle zresztą – gdy powiedział:

– Przynieś ten notes, Lydio.

Przyniosła i nigdy więcej go nie zobaczyła. Nie spodziewała się zresztą niczego innego. Zniknął, jak miały to w zwyczaju przedmioty w ich domu. Wszystko powoli rozpływało się w powietrzu. Lydia nie miała wątpliwości, że ojciec sprzedał pamiętnik. Sprzedawał wszystko, tak właśnie zdobywał środki do życia. Czasami przegrywał, czasem coś wygrał, ale córki nigdy nie oglądały żadnych pieniędzy.

Podobnie zresztą jak jego wierzyciele.

Dwa lata później, choć kilka razy zmieniali nazwisko i miejsce zamieszkania, pożyczkodawcy wreszcie go schwytali. Został skazany za długi i zesłany do więzienia Marshalsea w Southwark. Po roku spędzonym w nim wraz z córkami ogłoszono go bankrutem i wypuszczono na wolność.

Wolność jednak przyszła zbyt późno. Sara w więzieniu nabawiła się suchot i niedługo potem zmarła.

Na tej podstawie John Grenville uznał, że angielski klimat mu nie służy. Zostawił trzynastoletnią Lydię pod opieką wuja i ciotki. Obiecał jej, że wróci za kilka miesięcy, i pożeglował do Ameryki.

W noc jego odjazdu Lydia zaczęła pisać własny dziennik. Niezbyt ortograficzny początek brzmiał: „Papa odjehał, na zafsze, mam nadzieję. Pomyślnyh wiatruw!”.

* * *

W normalnej sytuacji Vere odrzuciłby propozycję Trenta równie łatwo, jak ignorował jego wylewne podziękowania. Ale teraz nie czuł się normalnie.

Wszystko zaczęło się rano od przynudzania Jaynesa o dziedzicu rodu Mallorych. Przecież każdy wiedział, że ród Mallorych jest przeklęty i za nic nie należy go przedłużać! Vere nie zamierzał mieć synów tylko po to, by parę lat później siedzieć bezradnie i patrzeć, jak umierają.

Potem stanęła mu na drodze walcząca dziewica! A gdy Jej Wysokość zebrała szaty i się oddaliła, jego tak zwani przyjaciele zaczęli debatować na tym, skąd się wzięła, kim jest i skąd zna techniki walki, którymi go pokonała. Jakby na serio brali pod uwagę, że kobieta – kobieta! – może uchodzić za jego przeciwnika. W walce!

Trent dla odmiany proponował stosowne dla dżentelmenów, spokojne i dystyngowane zawody w piciu. Dlatego właśnie zabrał go ze sobą do domu, a po kąpieli i zmianie odzieży – w asyście skwaszonego, lecz milczącego Jaynesa – postanowił dać młodemu człowiekowi przedsmak nocnego życia w Londynie.

Życie nocne zdaniem Vere’a nie zawierało, broń Boże, wizyt w eleganckich salonach, gdzie hordy niezamężnych panien i ich histerycznych matek rzucały się natychmiast na każdego mężczyznę z niewielkim nawet majątkiem. Ostatni z rodu diabeł wcielony wolałby raczej dać się zadźgać tępym narzędziem niż spędzić choćby trzy minuty w towarzystwie mdłych i mizdrzących się panien z londyńskiej elity.

Wycieczka obejmowała więc głównie przybytki, gdzie za napitki i towarzystwo płaci się jedynie w gotówce. Trent nie wiedział, że Jego Wysokość wybierał lokale słynące z plotkarstwa i spędzał w nich czas, słuchając nie swego towarzysza, paplającego bez ustanku, lecz szeptów i chichotów w tłumie otaczających ich gości. Książę wyłowił kilka razy nazwisko pewnej damy i za każdym razem zastygał z przykrym grymasem na twarzy. To także uszło uwagi uszczęśliwionego Trenta.

Jaynes z pewnością dostrzegłby to wszystko, lecz on był niezwykle spostrzegawczy, sir Bertram zaś… wręcz przeciwnie.

Największy cymbał na północnej półkuli – tak mawiał o swym szwagrze lord Dain.

Vere nie potrzebował wiele czasu, by zorientować się, że Belzebub oceniał Trenta bardzo łagodnie. Mężczyzna co chwilę cytował Biblię, wzywał na świadka Boga Wszechmogącego wraz ze wszystkimi jego aniołami, co więcej, przejawiał wielki talent do pchania się pod koła powozów, końskie kopyta, a także spadające przypadkiem przedmioty. Zderzał się z każdym obiektem – czy to ożywionym, czy martwym – i ześlizgiwał ze wszystkiego, na czym stał, siedział lub leżał.

Z początku, w krótkich chwilach, gdy jego umysł nie rozszarpywał na strzępy błękitnookich smoków, Vere patrzył na Trenta ze zdumieniem zmieszanym z rozbawieniem. I tak nie miał zamiaru przedłużać ich znajomości.

Zmienił jednak zdanie.

Niebawem po opuszczeniu Westminster Pit, gdzie mieli zaszczyt obejrzeć zdumiewający pokaz psa Billy’ego, uśmiercającego setkę szczurów w dziesięć minut, spotkali lorda Sellowby’ego. Był on paryskim przyjacielem Daina, w związku z czym doskonale znał Trenta. Zresztą Sellowby znał wszystkich i ze wszystkimi się przyjaźnił. Był największym plotkarzem w całej Anglii.

Gdy wymienili stosowne powitania, zapytał uprzejmie, czy Jego Wysokość odniósł jakieś trwałe obrażenia w historycznym starciu z lady Grendel. Dodał z wdziękiem, że przeglądając księgę zakładów w klubie, dostrzegł kilka wpisów obstawiających, ile zębów stracił książę Ainswood w tym… wypadku.

Przez krótką chwilę Sellowby ryzykował utratę własnych zębów wraz ze szczęką, w której były osadzone. Zanim jednak Vere zaczerpnął tchu, Trent oblał się purpurą i ryknął:

– Ile zębów stracił?! Wszak to było jedynie lekkie szturchnięcie i każdy, kto był przy tym, widział wyraźnie, że książę udawał zranionego, żeby odwrócić uwagę tłumu, odegnać dramatyczne chmury, jakie zawisły nad tą harpią na własne jej życzenie, i trochę rozładować sytuację! Gdybyś tam był, Sellowby, widziałbyś, jakie monstra wypełzły z okolicznych barów i bram, rade na awanturę między babami. Zresztą sam widziałeś w Paryżu, do czego jest zdolna moja siostra, kiedy nie ma humoru. Tylko fochy i pogróżki. Ta Grenville może i jest mojego wzrostu, a psa też ma niemałego, ale…

Trent krzyczał dobre kilka minut, nie dając nikomu dojść do słowa. Gdy baronet umilkł na chwilę, by zaczerpnąć tchu, Sellowby pożegnał się błyskawicznie i uciekł. Vere pierwszy raz w życiu nie wiedział, co powiedzieć.

Nie pamiętał, kiedy – i czy kiedykolwiek – ktoś stanął w jego obronie. Szybko jednak przypomniał sobie, że jak dotąd nie potrzebował wsparcia, wręcz przeciwnie, zwykle lawirował na granicy pojmania przez władze i powieszenia. Doszedł więc do wniosku, że tylko półgłówek taki jak Bertram mógł sobie wyobrazić, że Vere Aylwin Mallory marzy o obrońcy czy choćby lojalnym przyjacielu.

Serce księcia skamieniało dawno temu i mężczyzna nie był w stanie wzruszyć się obroną Trenta. Nie zamierzał też roztrząsać własnego zachowania w Vinegar Yard. Prędzej rzuciłby się do rzeki, niż przyznał, że niektóre riposty lady Grendel przebiły się przez ochronny pancerz, jaki przywdział.

Vere doszedł zatem do wniosku, że oniemiały Sellowby, kulący się pod wykrzyknikami, jest najśmieszniejszą rzeczą, jaką widział od miesiąca, a Trent najzabawniejszym imbecylem w mieście.

Dlatego też Jego Wysokość łaskawie zaproponował, by Bertie przewiózł swoje graty z gospody do Ainswood House i czuł się w nim jak u siebie w domu.

 

* * *

Podczas obiadu Lydia przekonała się, że panna Prideaux może się poszczycić nienagannymi manierami, znakomitym apetytem, umiejętnością błyskotliwej konwersacji i ciętym humorem. Miała też słodki, melodyjny głos, który przypomniał Lydii Sarę, choć dziewczyna była znacznie od niej starsza i bardziej energiczna.

Przy serach i owocach Lydia zaczęła ją delikatnie wypytywać:

– Domyślam się, że uciekłaś z domu?

Jej towarzyszka odłożyła nożyk, którym obierała jabłko, i spojrzała Lydii w oczy.

– Panno Grenville, wiem, że uciekanie z domu jest głupie, a ucieczka do Londynu to czyste szaleństwo, jednak każdy ma jakąś granicę tolerancji, a ja niestety doszłam do tej granicy.

Jej historia okazała się odmienna od dotychczasowych.

Dwa lata temu matka panny Prideaux popadła w religijny amok. Żadne ubrania stały się zakazane. Taniec i muzyka, z wyjątkiem pobożnych hymnów, zakazane. Wszelkie książki i pisma prócz Biblii i modlitewnika – również. Panna Prideaux przemycała do domu „Argusa”, który – jak twierdziła – był jej ostatnim kontaktem ze światem rozsądku.

– Czytałam pani materiały i eseje – opowiadała – i byłam w pełni świadoma, co może mnie spotkać w Londynie. Zapewniam panią, że przyjechałam przygotowana na wszelkie przeciwności. Jednak gdyby mnie nie obrabowano, zapewne nigdy w życiu bym pani nie spotkała. Miałam przy sobie dość pieniędzy na pierwsze miesiące, zanim znalazłabym jakąś pracę. Byłam gotowa robić cokolwiek uczciwego, naprawdę.

Oczy jej zalśniły, twarz skurczyła się w grymasie, lecz opanowała się prędko i ciągnęła:

– Mama i jej nawróceni przyjaciele wygnali tatę z domu. Nie widziałam go ponad dwa tygodnie, gdy weszła do mojej sypialni i zażądała biżuterii, którą dostałam od ciotki Lavinii. Sekta planowała wydrukować jakąś broszurę, lecz okazało się, że wszyscy drukarze to narzędzia szatana i żądają zapłaty. Matka uznała, że muszę poświęcić biżuterię, żeby ratować ludzkie dusze.

– Niezależnie od tego, czy dusze rzeczywiście pragną być uratowane, czy nie – mruknęła Lydia. – Mnóstwo mamy takich nawróconych. Trwonią pieniądze na Biblie i różne broszury, gdy ludzie potrzebują pracy, dachu nad głową i kawałka chleba.

– Jestem tego samego zdania – zgodziła się Tamsin. – Nie miałam zamiaru pozbywać się rodzinnej pamiątki dla takich bzdur. Dostałam tę biżuterię w spadku. Gdy ją nosiłam, przypominałam sobie ciotkę i to, jaka była dla mnie dobra, jak często śmiałyśmy się razem. Bardzo ją kochałam – dokończyła drżącym głosem.

Lydia wciąż miała medalik Sary. Gdyby nie był bezwartościowym kawałkiem cyny, ojciec na pewno by go sprzedał albo przegrał. Wtedy Lydia nie miałaby pamiątki ani po matce, ani po siostrze.

Nie mogła go nosić, bo barwił jej skórę na zielono, ale trzymała go w szkatułce przy łóżku, wyjmowała co wieczór i myślała o ukochanej siostrze.

– Tak mi przykro – powiedziała miękko. – Nie ma szansy na odzyskanie tych rzeczy, moja droga.

– Wiem, to beznadziejna sprawa – odchrząknęła Tamsin. – Nie miałabym żadnego żalu, gdyby wzięli cokolwiek innego. Teraz jednak pewnie rozpruli wszystkie moje rzeczy i znaleźli ukryte klejnoty. Wątpię, by chcieli mi je oddać.

Lydia się zastanowiła.

– Były zatem wartościowe?

– Nie potrafię dokładnie ocenić – wzruszyła ramionami Tamsin. – Miałam rubinowy naszyjnik z bransoletką i kolczykami. Komplet z ametystami, dość stary, ale śliczny, w srebrnym filigranie. I trzy pierścionki. Doprawdy nie wiem, czy są cenne.

– Jeśli miały realną wartość, jest spora szansa, że będą wystawione na sprzedaż – stwierdziła Lydia. – Mam kilku informatorów związanych z obrotem dobrami. – Uderzyła w dzwonek. Po paru chwilach w drzwiach stanęła Millie. Lydia poprosiła o papier i pióro.

– Sporządzimy listę – powiedziała do panny Prideaux. – Dasz radę je narysować?

Tamsin pokiwała głową.

– Świetnie. To bardzo zwiększy nasze szanse. Nie możemy jednak robić sobie zbyt wielkich nadziei – ostrzegła Lydia.

– W ogóle nie robiłabym wokół tego szumu – odparła dziewczyna – gdyby to nie było takie niesprawiedliwe. Starałam się ochronić mój skarb przed pobożnymi złodziejami mojej matki i zawiozłam je prosto w pazury złodziei niepobożnych. Gdyby o tym wiedziała, pewnie powiedziałaby, że to kara boska. Na szczęście nie muszę już jej słuchać i nie zamierzam tego robić nigdy więcej. – Zarumieniła się, przygryzając wargę. – Nie uzna pani za konieczne zdradzać im, gdzie jestem? Napisałam matce, że uciekam z kochankiem. Myślą, że jestem teraz na wybrzeżu, w drodze do Ameryki. Musiałam wymyślić coś niemoralnego i odrażającego, by uznali, że nie warto mnie gonić.

– To, czy czcisz ojca swego i matkę swoją, to wyłącznie twoja sprawa – powiedziała spokojnie Lydia. – Mają to, na co zasłużyli. To nie ma ze mną nic wspólnego. Jeśli jednak nie chcesz, by przypadkiem dowiedzieli się, gdzie jesteś, sugeruję zmianę nazwiska na mniej charakterystyczne.

To z pewnością nie ochroni jej przed londyńskimi zbirami. Wyglądała tak młodo i niewinnie.

Po krótkiej pauzie Lydia dodała:

– Wydaje mi się, że na ten moment twój los należy do mnie. Planowałam zatrudnić towarzyszkę. – Wcale nie planowała, ale nie miało to przecież znaczenia. – Gdybyś zechciała być tak miła i została ze mną, oszczędziłabyś mi kłopotów poszukiwania. Zapewniam mieszkanie, wikt i opierunek, a…

Panna Prideaux zaczęła szlochać.

– Proszę mi wybaczyć – wyjąkała, gwałtownie wycierając oczy. – Zwykle się tak nie rozklejam, ale pani jest dla mnie taka dobra!

Lydia wstała i wetknęła chusteczkę w mokre od łez dłonie dziewczyny.

– Nie martw się tym – powiedziała. – Przeszłaś naprawdę zbyt wiele. Inna dziewczyna wpadłaby w histerię. Powinnaś trochę popłakać, na pewno poczujesz się lepiej.

– Nie mogę uwierzyć, że pani nic nie wytrąca z równowagi – wyznała Tamsin, osuszywszy twarz. – Musiała sobie pani poradzić z całym tłumem w zaułku, a jednak głos nawet pani nie drgnął. Nie mam pojęcia, jak pani tego dokonała. Ja nigdy wcześniej nie spotkałam księcia, nie śmiałam nawet podnieść na niego oczu. Nie wiedziałabym, jak się odezwać do kogoś tak wielkiego. Wszystko zlało się w jeden chaos, nie wiedziałam, kto jest dobry, kto zły, kto chce mnie skrzywdzić. Nie wiedziałam, czy książę z nas kpi, czy mówi szczerze.

– On pewnie sam tego nie wiedział – rzuciła Lydia, czując nagłą falę gorąca. – To kretyn. Jego miejsce jest na salonach razem z resztą menażerii.

Millie przyniosła pióro i papier, Lydia nie miała więc problemu z odwróceniem uwagi gościa od lorda Ainswooda. Jej własna uwaga nie chciała jednak poddać się tak łatwo.

Kilka godzin później w zaciszu swej sypialni kobieta wciąż nie mogła otrząsnąć się ze wspomnień pocałunku ani stłumić pragnień, które w niej rozniecił.

Usiadła przy toaletce, trzymając w dłoniach medalik Sary.

Podczas długich, ponurych dni w więzieniu Marshalsea Lydia zabawiała siostrę opowieściami o księciu z bajki, który przybędzie na białym koniu, aby je uratować. W tamtym czasie Lydia była jeszcze młoda i na tyle płocha, by wierzyć, że pewnego dnia książę naprawdę się pojawi, że zamieszka z nią w pięknym zamku, a pokoje dziecięce zapełnią się szczęśliwymi maluchami. Sara także mogłaby wyjść za księcia i mieszkać w sąsiednim zamku.

W prawdziwym świecie jednorożce trafiały się częściej niż książęta z bajki.

W prawdziwym świecie nie musiałaby prosić księcia, by zabrał wiedźmę do lochu.

W prawdziwym świecie pocałunek nie rzuca panny na kolana. A na pewno nie taki, który miał zastąpić celny cios, jaki wymierzyłby jej książę, gdyby była mężczyzną.

Lydia westchnęła i kolejny raz napomniała się, że ma teraz ważniejsze sprawy na głowie. Choćby los panny Prideaux. Która płacze teraz pewnie w poduszkę, biedactwo. Ubranie można jednak odkupić, podobnie jak okulary. I nie jest sama, bo czuwa nad nią Lydia.

Ale biżuteria… Och, taka strata musi ją bardzo boleć.

Gdybyż tylko ten nadęty książę zabrał stręczycielkę na komisariat! Byłby to najlepszy sposób na odzyskanie rzeczy Tamsin. Było jasne, że złodzieje pracują dla Coralie. Że to ona uknuła cały plan, od samego początku. Szkoliła własne dziewczęta na kieszonkowców, trzymała też w pogotowiu armię uliczników gotowych na wszystko.

Lecz Ainswood nie był zainteresowany ratowaniem panny Prideaux. Nie jest szlachetnym bohaterem. On tylko wygląda jak książę z bajki, w dodatku mocno poszarpany.

Gdyby na świecie istniała jakaś sprawiedliwość, pocałunek, którym ją upokorzył, nie dałby mu spokoju.

* * *

Lydia doznałaby ukojenia, wiedząc, jak bardzo szamotał się lord Ainswood.

Vere od urodzenia szukał guza. Zawsze był w centrum zamieszania i celował w wywoływaniu skandali. Odkąd odziedziczył tytuł, gazety dosłownie prześcigały się w pikantnych doniesieniach na jego temat. Przygoda z Dainem w jego noc poślubną, epizod z bękartem Belzebuba parę dni później, plotki o czerwcowym wyścigu powozów – na wszystkie te opowieści zużyto tony papieru i litry atramentu. Przyjaciele Vere’a także drwili z niego bez opamiętania.

Artykuły, karykatury i towarzyskie docinki spływały po nim jak woda po kaczce. Vere przebierał w uległych karczmarkach i zapominał o wszystkim, co działo się dookoła. Jednak w poprzednich przypadkach przeciwnikami księcia byli mężczyźni, a awantury toczyły się według bezwzględnych męskich zasad.

Tym razem zaś jego wrogiem została kobieta.

Vere sam już nie wiedział, co jest gorsze: to, że wdał się w dyskusję z kobietą, choć było oczywiste, że są one najbardziej nieracjonalnymi stworzeniami, jakie Bóg zesłał na ziemię, czy to, że padł – dosłownie – ofiarą najstarszej sztuczki świata. Lady Grendel zrobiła to, co zwykle robi zwierzyna łowna – udawała martwą. On zaś, znając wszystkie te sztuczki od małego, dał się zmylić.

Wkrótce zaczął żałować, że zlitował się nad biedną, słabą kobietą. Powinien był ją znokautować, a być może uniknąłby całego zamieszania.

Dokądkolwiek szedł, znajomi śmiali się z niego do rozpuku.

Na przykład wtedy, gdy udali się z Trentem do sal bokserskich przy St Martin, ktoś musiał zapytać, dlaczego nie przyprowadzili panny Grenville, żeby każdy mógł się z nią zmierzyć. Reszta zgromadzonych dosłownie pokładała się ze śmiechu. Co i rusz jakiś idiota chciał wiedzieć, kiedy planują kolejny pojedynek lub czy Jej Wysokość Szczęka wydobrzała na tyle, by przyjmować stałe pożywienie, lub czy słyszał już, że babka tego czy ciotka tamtego jest w grupie wagowej Vere’a.

W tym samym czasie wszyscy ilustratorzy konkurowali na najśmieszniejszy wizerunek słynnego pojedynku.

Trzy dni po wydarzeniu Vere ponuro wpatrywał się w wystawę księgarni, na której wyeksponowano wielki plakat pod tytułem „Lady Grendel daje księciu A. nauczkę”.

Artysta przedstawił go jako ogromnego barbarzyńcę w stroju łotra, Gorgonę zaś jako drobną, wiotką kobietkę. W dymku nad jego gigantyczną głową widniał napis: „Moja droga, czyż nie słyszałaś wcześniej o prawie pana? Wszak jestem teraz księciem!”. Panna Grenville miała wzniesione do góry pięści i krzyczała: „Pokażę ci zaraz i prawo, i lewo!”.

Vere musiał wyjaśnić zbaraniałemu Trentowi grę słów: prawo pana z prawą pięścią panny Grenville. I lewą.

– To zrozumiałem – pokiwał głową Bertie. – Ale skoro pan ma prawo, to czemu ona się złości? Ten żart nie jest śmieszny.

– Prawem pana – wycedził przez zęby Vere – było spędzanie nocy poślubnej ze świeżo poślubioną żoną każdego wasala.

Trent oblał się purpurą.

– Och! To tym bardziej nie jest śmieszne! – I ruszył do drzwi, zapewne z zamiarem wywołania awantury. Vere chwycił go za ramię.

– Spokojnie, Trent, przecież to tylko karykatura. Żart, nic więcej.

I wprowadzając w życie zasadę „co z oczu, to z serca”, przeprowadził przyjaciela na drugą stronę ulicy, lawirując między powozami, pod które Bertie usiłował wpaść. Uszedłszy ledwo spod kół czarnego kabrioletu, chłopak ryknął nagle:

– Niech mnie piekło pochłonie! – I potknął się na krawężniku. – O wilku mowa!

To była ona! Przyczyna niewybrednych żartów i nędznych karykatur.

Przewalając się obok nich z turkotem, Wojowniczka Grenville zasalutowała im jak rasowy stangret, przykładając rączkę bata do kapelusza i uśmiechając się drwiąco.

Gdyby była mężczyzną, Vere dopędziłby ją, wyciągnął z pojazdu i pięściami wbiłby jej ten cholerny uśmiech w gardło. Była jednak kobietą i książę mógł jedynie gapić się na nią z nienawiścią, dopóki nie zniknęła mu z oczu. W jej przypadku jednak powiedzenie „co z oczu, to z serca” nie znajdowało zastosowania.