Diabeł wcielony

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Biuro „Argusa” mieści się przy Strand, nie przy Fleet Street – wycedził Jaynes. – To ożywczy powiew w świecie londyńskiego dziennikarstwa. Odkąd panna Grenville dołączyła do redakcji, gazeta zrobiła się naprawdę na poziomie. Mitologiczny Argus, jak pan zapewne pamięta…

– Wolałbym nie wspominać czasów szkolnych. – Ainswood sięgnął po kufel. – Jak nie łacina, to greka. Jak nie greka, to łacina. A jeśli żadne z tych, chłosta.

– Ewentualnie picie, hazard i dziwki – szepnął Jaynes. Pamiętał tamte czasy doskonale. Wstąpił na służbę do Vere’a Mallory’ego, gdy ten miał szesnaście lat, a od tytułu księcia dzieliło go kilku krewnych. Jednak wszyscy pomarli. Wraz ze śmiercią ostatniego z nich, dziewięcioletniego chłopca, pan Jaynesa został siódmym księciem Ainswood. Stało się to półtora roku temu.

Tytuł książęcy w żadnej mierze nie pasował do jego charakteru i nie poprawił zachowania. Przeciwnie, ze złego stał się gorszy, a potem nie do wytrzymania.

Jaynes westchnął i ciągnął:

– Mitologiczny Argus posiadał sto oczu, na pewno pan pamięta. Nazwa ta sugeruje, że mają ambicję uważnie obserwować miasto i o wszystkim informować czytelników. Niech pan zwróci uwagę na odważne artykuły panny Grenville dotyczące upadłych panien…

– Zdawało mi się, że był tylko jeden – prychnął jego pan. – A ta pannica z powieści! Utknęła w grobowcu faraona, doprawdy! Typowe – wyszczerzył się. – Jakiś biedak musi ruszyć jej na ratunek. I pewnie zginie po ukąszeniu przez jadowitego węża. Jeśli będzie miał szczęście.

Co za głąb, pomyślał Jaynes.

– Nie miałem na myśli powieści pana St Bellaira – ciągnął niewzruszenie – której bohaterka, zresztą samodzielnie, uciekła z grobowca. Mówiłem o…

– Nie wierzę. Wyjaw mi, proszę: zagadała węże na śmierć! – Ainswood jednym haustem opróżnił kufel.

– Mówiłem o artykułach panny Grenville – odrzekł z naciskiem Jaynes. – Jej eseje i reportaże cieszą cię wielką popularnością wśród dam.

– Niech Bóg nas strzeże przed feministkami. Wiesz, na czym polega ich problem? Nikt ich regularnie nie chędoży, a wtedy humory uderzają im do głowy i baby snują najbardziej zdumiewające fantazje. Na przykład, że potrafią myśleć. – Książę otarł usta wierzchem dłoni.

Jaynes w duchu po raz kolejny uznał swego pana za skończonego barbarzyńcę. Jego Wysokość powinien był uganiać się po Europie z hordą Wandali. Zwłaszcza że jego zdanie na temat kobiet znacznie się pogorszyło, od kiedy odziedziczył tytuł.

– Nie wszystkie damy są głupie – zaoponował lokaj z mocą. – Gdyby zadał pan sobie trud zapoznania paru dam z własnej klasy zamiast spędzania czasu jedynie z niepiśmiennymi dziwkami…

– Dziwki dostarczają mi tego, czego oczekuję od kobiet, i nie chcą ode mnie niczego więcej niż należne wynagrodzenie. Nie rozumiem, dlaczego miałbym się trudzić i zadawać z jakimiś durnymi pannicami.

– Nigdy nie pozna pan stosownej księżnej, skoro odmawia pan zbliżania się do dam.

Książę odstawił kufel.

– Niech cię diabli, Jaynes, znowu zaczynasz?!

– Za cztery miesiące skończy pan trzydzieści cztery lata – odparł z godnością lokaj. – Biorąc pod uwagę pański tryb życia, prawdopodobnie nie dożyje pan urodzin. Należy rozważyć, co się wtedy stanie z tytułem. Czasem trzeba brać pod uwagę swoje obowiązki, a pana głównym obowiązkiem jest posiadanie dziedzica.

Ainswood wstał gwałtownie.

– Dlaczego miałbym się martwić losem tytułu? Wątpię, by tytuł kiedykolwiek zastanawiał się nad moim losem. – Chwycił kapelusz i rękawiczki. – Powinien był zostać tam, gdzie był, i dać mi spokój. Ale nie! Skradał się ku mnie krok za krokiem, po trupach. Sądzę więc, że należy mu pozwolić skradać się dalej. Chętnie spocznę obok moich kuzynów. A tytuł pewnie znajdzie sobie kolejną ofiarę, z której wyssie krew jak cholerny wampir!

Wykrzyczawszy to, wybiegł z karczmy.

* * *

Dobiegł do końca ulicy Catherine i skręcił w lewo. Uznał, że nad rzeką zdoła uciszyć swój gniew kilkoma kuflami piwa ale. Ruszył ku oberży o wdzięcznej nazwie Lis pod Wzgórzem.

Już miał skręcić w Strand, gdy ujrzał kabriolet przedzierający się dzikim pędem przez stłoczone pojazdy. Powozik nieledwie musnął sprzedawcę drożdżówek, zatoczył się niebezpiecznie w stronę nadjeżdżającego z naprzeciwka wozu, wyprostował i raptownie przechylił – prosto na dżentelmena, który zszedł z chodnika, żeby przejść na drugą stronę.

Vere bez namysłu rzucił się ku biedakowi i wciągnął go z powrotem na chodnik. Sekundę później kabriolet z łomotem wpadł w ulicę Catherine.

Gdy z hukiem przejeżdżał obok, Vere zdołał dostrzec woźnicę: czarno odzianą kobietę z czarnym mastifem u stóp, spienionym koniem i bez lokaja. Nie namyślając się wiele, książę odstawił dżentelmena na chodnik i pobiegł za powozem.

* * *

Lydia zaklęła szpetnie, gdy jej zwierzyna skręciła błyskawicznie w Russel Court. Przeklęta alejka była za wąska dla jej kabrioletu, a gdyby pojechała dookoła przez Drury Lane Theater, na pewno zgubiłaby trop. Zjechała kabrioletem do chodnika i wyskoczyła z niego w biegu. Susan ruszyła w jej ślady. Podbiegł ku nim obszarpany chłopiec.

– Pilnuj klaczy, Tom, dam ci dwa szylingi! – krzyknęła Lydia i unosząc suknię, wpadła w Russel Court.

– Hej, ty! – krzyknęła. – Zostaw to dziecko!

Echo poniosło alejką głuche szczeknięcia Susan.

Madame Brees – gdyż to do niej krzyczała Lydia – rzuciła szybkie spojrzenie przez ramię i biegła dalej w głąb uliczki, ciągnąc za sobą dziewczynę.

Lydia nie wiedziała, kim jest ta panienka. Może służącą ze wsi, ale raczej jedną z niezliczonych sierot napływających każdego dnia z prowincji i wpadających od razu w szpony londyńskich stręczycieli.

Dziennikarka zauważyła je spacerujące po Strand. Dziewczyna gapiła się na wystawy jak sroka, a Coralie w wykwintnym czepku poważnej matrony pochylała się nad nią i nieubłaganie ciągnęła dziecko w stronę Drury Lane, gdzie zapewne czekali już jej pomocnicy.

Jeśli zdołają dotrzeć do burdelu, dziewczynka będzie zgubiona. Lydii na pewno tam nie wpuszczą. Biegnąc za nimi, kobieta dostrzegła, że pannica opiera się i ociąga, jakby chciała się wyrwać z uścisku Coralie.

– Tak, dziewczyno! – krzyknęła Lydia. – Uciekaj!

Zza jej pleców dobiegały męskie okrzyki, stłumione basowym szczekaniem Susan. Dziewczynka szarpała się coraz mocniej, lecz uparta stręczycielka nie odpuszczała i wciągała ją właśnie w Vinegar Yard. Zniecierpliwiona Coralie uniosła rękę, żeby uderzyć dziecko. Lydia rzuciła się ku nim i odepchnęła zmorę.

Coralie wpadła na brudny mur.

– Ty dziwko! Zostaw nas w spokoju!

Rzuciła się na nie z pięściami, nie była jednak dostatecznie szybka, żeby chwycić dziewczynę. Lydia błyskawicznie odepchnęła dziecko za siebie.

– Pilnuj, Susan – rzuciła do psa.

Susan przywarowała obok brunatnych, niezbyt czystych spódnic dziewczyny i zaczęła warczeć. Zmora się zawahała. Jej twarz wykrzywiła się z wściekłości.

– Wracaj do nory, w której się wylęgłaś! – zagrzmiała Lydia. – Spróbuj raz jeszcze wyciągnąć ręce do tego dziecka, a dopilnuję, by cię aresztowali i oskarżyli o napaść!

– Oskarżyli? – powtórzyła Coralie. – Będziesz się ze mną sądzić? A co niby teraz z nią zrobisz, wielka, durna dziwko? Co takiego powie w sądzie ta idiotka?

Lydia spojrzała na dziewczynę, która szeroko otwartymi oczami spoglądała to na nią, to na madame Brees. Najwyraźniej nie wiedziała, komu zaufać.

– B… Bow – zająknęła się panienka. – Napadli na mnie i okradli na Bow, a ta dama prowadziła mnie do…

– Do ruiny – ucięła Lydia.

Wysoki mężczyzna wślizgnął się cicho w Vinegar Yard, a za nim kolejny. Kilku następnych zaczęło wynurzać się z pobliskich tawern i bram.

Lydia wiedziała, że takie zbiegowiska zwiastują problemy, ale nie zamierzała porzucać dziewczyny. Udawała, że nie widzi nadciągających rzezimieszków.

– Bow jest w tamtym kierunku – wskazała ręką. – Ta wiedźma prowadziła cię właśnie do Drury Lane, gdzie znajdują się urocze burdele, jak może ci potwierdzić każdy z tych przystojnych dżentelmenów.

– Kłamczucha! – zaskrzeczała Coralie. – Ja ją pierwsza znalazłam! Poszukaj sobie własnych dziewcząt, przerośnięta krowo! Dam ci nauczkę za rządzenie się na moim podwórku.

Ruszyła w stronę ofiary, lecz gardłowy warkot Susan osadził ją w miejscu.

– Zabierz tę bestię! – wycedziła. – Albo pożałujesz.

Na pewno biedne dziewczęta w burdelach drżały przed nią ze strachu, domyśliła się Lydia. Musi być na wpół obłąkana, skoro podchodzi tak blisko do Susan. Nawet rzezimieszki – na pierwszy rzut oka bezwzględne draby – trzymały się na bezpieczny dystans.

– Nie zrozumiałaś mnie – powiedziała spokojnie Lydia. – Policzę teraz do pięciu i wszyscy znikniecie albo to ty bardzo pożałujesz. Raz. Dwa. Trzy…

– Drogie panie! – Wysoki drab odepchnął na bok jakiegoś pokurcza i przepchnął się do przodu. – Te kłótnie i groźby wstrząsną jedynie waszymi humorami, moje śliczne. I po co to wszystko? Jeden kurczak i dwie rozsierdzone kwoki. Wszak kurczaków mamy tu pod dostatkiem, czyż nie? Nie warto zawracać głowy władzom, denerwować policji, zgadzamy się? Z pewnością.

Wyciągnął portfel.

– Oto moja propozycja. Dam wam obydwu po papierku i zabieram dziewczynę ze sobą.

Lydia wychwyciła elegancki akcent wyższych sfer, ale była zbyt wściekła, by się nad tym zastanowić.

– Po papierku? – krzyknęła. – Tyle pana zdaniem jest warte ludzkie życie? Jeden funt?

Utkwił w niej lśniące zielone oczy. Jego wzrok był pełen wyższości. Co więcej, naprawdę był od niej wyższy, co Lydii nieczęsto się zdarzało.

– Widziałem, jak pani powozi, i zdaje mi się, że wartość ludzkiego życia jest pani zupełnie obca – odrzekł chłodno. – W ciągu minuty niemal rozjechała pani trzy osoby. – Jego bezczelny wzrok omiótł zgromadzenie. – Prawo powinno zakazać kobietom powozić – oznajmił głośno. – Należy karać je za to chłostą.

 

– Jasne, Ainswood! Nie zapomnij wspomnieć o tym na następnym posiedzeniu Parlamentu! – wrzasnął któryś z rzezimieszków.

– Następnym? – rubasznie zarechotał inny. – Raczej na pierwszym. O ile gmach się nie zawali, kiedy on tam wejdzie.

– Niech mnie diabli! – zaklął ktoś z tyłu. – To naprawdę Ainswood?

– A jak! W dodatku zgrywa się na króla Salomona – parsknął śmiechem jego kompan. – Ale trafił jak kulą w płot. Niech mu pani powie, panno Grenville. Niech mu pani wygarnie! On ma panią za burdelmamę!

– Nic dziwnego. – Łysy drab wzruszył ramionami i splunął na bruk. – Wziął markizę Dain za podfruwajkę, co nie?

W tej chwili Lydia zorientowała się, z kim ma do czynienia.

W maju pijany Ainswood natknął się na markiza Daina i jego świeżo poślubioną żonę w zajeździe, gdzie spędzali noc poślubną. Narobił rabanu i nie chciał uwierzyć, że dama jest żoną szlachcica. Dain był zmuszony rzucić się na kolegę ze szkolnej ławki z pięściami, co dla nikogo nie mogło się dobrze skończyć. Londyn wrzał przez parę tygodni.

Nic dziwnego zatem, że Lydia wzięła go za kolejnego przestępcę. Jego Wysokość książę Ainswood uchodził za najbardziej zdeprawowanego, rozpustnego i upartego szaleńca, jakiego wydała z siebie angielska arystokracja.

Okazał się również najbardziej niechlujny. Widać było, że ubrał się w świetnie skrojone ubranie kilka dni wcześniej i w tym czasie również w nim spał. Nie miał kapelusza i skłębiona kasztanowa czupryna spływała mu na jedno podkrążone na sino oko, które świadczyło dobitnie o niewyspaniu i nadużywaniu alkoholu. Jedynym śladem jakiejkolwiek higieny były ogolone policzki. Może ktoś ogolił księcia, gdy ten był w stanie całkowitego upojenia?

Jej bystre oczy dostrzegły teraz więcej szczegółów. Piekielny błysk we wściekle zielonych oczach, arogancko zadarty nos, wysokie kości policzkowe, silny zarys szczęki… i szatański wykrój warg obiecujący wszystko, o czym może marzyć kobieta: śmiech, rozkosz i grzech.

Zrobił na niej wrażenie. Diablik, którego na co dzień jakoś w sobie kryła, wychylił się z zaciekawieniem, żeby obejrzeć kompana. Lydia nie była jednak głupia. Wiedziała, co ciągnie ją do Ainswooda, i mogła to podsumować jednym słowem: kłopoty.

Był jednak księciem, a nawet najgorszy dżentelmen miał ogromne wpływy, znacznie większe niż jakikolwiek dziennikarz. A zwłaszcza dziennikarka.

– Wasza Wysokość, pomylił się pan tylko co do jednej z nas – odezwała się uprzejmie. – Nazywam się Grenville, pracuję dla „Argusa”. Ta kobieta jest stręczycielką. Właśnie ciągnęła tę dziewczynkę do burdelu pod pozorem zaprowadzenia jej na Bow. Jeśli byłby pan skłonny odprowadzić je na komisariat, chętnie udam się z wami, żeby złożyć zeznania…

– To wierutne kłamstwo! – zawyła Coralie. – Chciałam zabrać dziewczynę do Pearkesa. – Machnęła dłonią w stronę oberży. – Chciałam ją nakarmić. Biedaczka ma kłopoty i…

– A w twoich szponach będzie miała jeszcze większe – wcięła się Lydia. Odwróciła się do Ainswooda. – Wie pan, co się dzieje z dziewczynkami, które wpadną w jej ręce? Są bite, głodzone i gwałcone tak długo, aż staną się zupełnie uległe. Wtedy wysyła je na ulicę. Niektóre mają po jedenaście lat!

– Jak śmiesz, dziwko?! Zabiję cię! – ryknęła Coralie.

– Czyżbym uraziła twą cnotę? – drwiąco zapytała Lydia. – Żądasz może satysfakcji? Chętnie się stawię. Tu i teraz, jeśli sobie życzysz. – Podeszła do Brees i spojrzała na nią z góry. – Zobaczymy, jak sobie poradzisz z kimś, kto umie się bić.

Wielkie dłonie chwyciły ją za ramiona i osadziły w miejscu.

– Dość, moje panie. Zaczyna mnie już boleć głowa. Czas się uspokoić, dobrze?

– To paradne – zawołał ktoś z tylnego rzędu. – Ainswood nawołuje do spokoju. Piekło na pewno już zamarzło.

Lydia spojrzała na potężną dłoń na swoim ramieniu.

– Zabieraj łapy – wycedziła niezbyt elegancko.

– Zrobię to, jak tylko ktoś mi poda kaftan bezpieczeństwa. Kto cię wypuścił ze szpitala dla obłąkanych, niebogo?

Lydia wbiła łokieć w jego żołądek. Był twardy jak stal. Ból przeleciał prądem aż do nadgarstka. Mężczyzna musiał jednak coś poczuć, bo zaklął szpetnie i ją puścił. Tłum zawył i zafalował.

Uciekaj, dopóki możesz – ostrzegł ją wewnętrzny głos. I nie odwracaj się za siebie.

Był to głos rozsądku i Lydia może by go nawet posłuchała, gdyby inne głosy w jej głowie nie krzyczały głośniej. Od urodzenia nie przejawiała skłonności do ucieczki, a duma powstrzymywała ją przed wszelkimi działaniami zdradzającymi jakąkolwiek słabość czy, broń Boże, strach.

Odwróciła się ku mężczyźnie z oczami zmrużonymi z wściekłości.

– Dotknij mnie jeszcze raz – ostrzegła – a podbiję ci oko.

– Och, zrób to, panie! – nalegał rzezimieszek w obszarpanych portkach. – Dotknij ją!

– Stawiam na Ainswooda!

– Ja stawiam na pannę Grenville! Na pewno spełni swe ponętne obietnice. Sparing!

Książę tymczasem mierzył ją śmiałym wzrokiem, od czepka aż do praktycznych półbutów.

– Jest spora, to fakt, ale nie w mojej wadze – oznajmił. – Ma z metr siedemdziesiąt i jakieś sześćdziesiąt kilo wagi bez fatałaszków. Zapłaciłbym zresztą z dziesięć gwinei, żeby to zjawisko obejrzeć na ringu – dodał, wpatrując się uporczywie w jej gorset.

Rubaszny rechot i tradycyjne żarciki skomentowały jego słowa.

Ani śmiech, ani obsceniczne żarty nie mogły zdeprymować Lydii. Znała świat, znała londyńskie zaułki, spędziła w nich większość dzieciństwa. Hałasy jednak sprowadziły ją na ziemię. Dziewczyna, którą usiłowała uratować, stała jak skamieniała. Rozglądała się dookoła przerażonymi oczami, jakby znalazła się nagle w dżungli, otoczona przez kanibali.

Lydia nie była jednak w stanie powściągnąć języka.

– Och, po prostu wspaniale, Wasza Wysokość – zadrwiła. – Rozszerzmy nieco horyzonty tego dziecka, dlaczegóżby nie? Zaprezentujmy słynne londyńskie maniery i szacowny, godny zaiste naszej szlachty ton konwersacji.

Miała jeszcze wiele do powiedzenia, ale nagle przypomniała sobie, że równie dobrze mogłaby rzucać grochem o ścianę. Jeśli ten obwieś miał kiedykolwiek zdrowy rozsądek, zginął on śmiercią głodową dawno temu.

Sama miała się za dość rozważną, obrzuciła go więc wzgardliwym spojrzeniem i podeszła do dziewczyny.

Tłum zafalował. Lydia zrozumiała, że Coralie właśnie się rozpłynęła. Było to frustrujące, choć, prawdę mówiąc, jej obecność niewiele by zmieniła. Lydia nie zaniosłaby jej przecież na komisariat, a otaczający ją ulicznicy zbiegli się jedynie na darmowe widowisko. Nie mogła liczyć na ich pomoc.

– Chodź, moja droga – rzekła, podchodząc do dziewczyny. – Wśród tej hałastry nic nie osiągniemy.

– Panno Grenville – odezwał się książę.

Lydia odwróciła się gwałtownie i zderzyła z gigantycznym męskim ciałem. Było jak chodzący obelisk. Cofnęła się o pół kroku, zadarła głowę i wyprostowała się.

Ainswood się nie wycofał, Lydia także nie drgnęła, co nie było proste. Rozrośnięty tors dosłownie zasłonił jej cały świat, a z tej odległości wyraźnie widziała rysujące się na nim muskuły.

– Doskonały ma pani refleks – burknął książę. – Gdyby nie była pani kobietą, chętnie przyjąłbym tę ofertę. Sparingu. To znaczy…

– Wiem, co to znaczy – ucięła Lydia.

– Doprawdy, ma pani bardzo bogate słownictwo – odparł z uznaniem. – W przyszłości jednak zalecałbym najpierw korzystać z rozumu, a dopiero potem rzucać się z pięściami, droga moja gołąbko. Wierzę, że przy odrobinie wysiłku mogłaby pani poradzić sobie z tym ćwiczeniem. Bo jakiś inny mężczyzna może odczytać pani urocze żarciki jako wyzwanie. W takim przypadku mogłoby się okazać, że fatałaszki spadną prędzej, niż byś się spodziewała, i nie po to, by cię zważyć przed walką, wierz mi. Czy pojmuje pani, o czym mówię, dziewczynko?

Lydia szeroko otworzyła oczy.

– Och, mój książę, nie pojmuję – wyszeptała bez tchu. – Jest pan tak mądry i tajemniczy. Mój maleńki móżdżek po prostu nie ogarnia tej mądrości.

Zielone oczy zalśniły z rozbawienia.

– Może czepeczek za bardzo uciska? – Wyciągnął ręce do wstążek, ale się zatrzymał.

– Nie radzę – warknęła. Serce niemal rozsadziło jej żebra.

Roześmiał się i pociągnął za wstążki.

Pięść Lydii wystrzeliła w powietrze. Chwycił ją, roześmiał się raz jeszcze i przyciągnął kobietę do siebie.

Prawie się tego spodziewała, jej podświadomość wręcz oczekiwała, że to się stanie. Nie była jednak przygotowana na gwałtowną falę żaru, która spłynęła kaskadami po jej ciele. W następnej chwili książę zmiażdżył jej wargi pocałunkiem, gorącym, namiętnym i świadczącym o rozległych doświadczeniach w tej materii. Lydia zmiękła w jego ramionach, bezradna i zdezorientowana. Przez warstwy ubrania czuła ciepło jego dłoni na plecach i tętniące fale gorąca bijące od jego torsu.

Na krótką chwilę jej umysł poszedł w ślady ciała i poddał się, obezwładniony żarem, siłą i odurzającą mieszanką męskiego zapachu i smaku.

Jednak wkrótce odzyskała zmysły i skorzystała ze starej sztuczki, jakiej nauczyła się jeszcze w dzieciństwie. Zawisła nagle w ramionach mężczyzny całym ciężarem ciała.

Jego wargi oderwały się od jej ust.

– Na Boga, ta wiedźma zemdlała…

Lydia znienacka wymierzyła celny cios w szczękę arystokraty.

Rozdział 2

Vere ocknął się po chwili, leżąc na plecach w błocie. W uszach mu dzwoniło, ale słyszał też dzikie krzyki tłumu, gwizdy i oklaski.

Podniósł się na łokciach i powoli omiótł spojrzeniem czarne półbuty przeciwniczki, czarną ciężką suknię i męski surducik zapięty pod samą szyję. Nad guzikami widniała twarz tak zdumiewająco piękna, że chyba by oślepł, gdyby już nie był mocno oszołomiony. Była olśniewająca jak pani Zima, o lodowato błękitnych oczach i cerze białej jak śnieg pod wymykającymi się spod czepka jedwabistymi włosami w kolorze grudniowych promieni słońca.

W tej chwili lodowate spojrzenie przewiercało Vere’a na wylot. Uznał, że taki wzrok musiała mieć mityczna Gorgona. Czuł wyraźnie, że gdyby mit okazał się prawdą, padłby na trotuar, obrócony w kamień.

Stwardniał za to zupełnie realnie w tradycyjnym miejscu, lecz zdecydowanie za szybko, nawet jak na niego. Jej śmiałość, piękna twarz i smakowite kształty podnieciły go, jeszcze zanim chwycił ją w ramiona i pocałował.

Wpatrywał się teraz jak gamoń w czerwone wargi, których nagle tak rozpaczliwie zapragnął. Usta Gorgony drgnęły w pewnym siebie uśmieszku. Drwina tego grymasu wreszcie go otrzeźwiła.

Wiedźma, zdaje się, uważa, że go pokonała. Zdał sobie sprawę, że i tłum opryszków musi mieć podobne zdanie. Chwila, a cały Londyn dowie się, że kobieta powaliła na łopatki ostatniego wcielonego diabła z rodu Mallorych.

Vere wolałby raczej, by upiekli go na wolnym ogniu, niżby miała ucierpieć jego duma. I za nic w świecie nie przyznałby, co naprawdę czuje.

Więc odpowiedział na jej uśmieszek własnym, prowokującym i szyderczym, z którego słynął.

– I niech to będzie dla ciebie nauczka – roześmiał się.

– Mówi – zwróciła się do publiczności. – Zdaje się, że będzie żył.

Odwróciła się. Szelest jej halek brzmiał jak syczenie żmij.

Odtrącając wyciągające się po niego ręce, Vere poderwał się jak sprężyna. Nie spuszczał wzroku z dziennikarki. Widział aroganckie kołysanie się jej bioder, gdy maszerowała z wysoko zadartą głową. Spokojnie wzięła smycz psa, ujęła dziewczynę pod rękę i udała się ku wylotowi Vinegar Yard. Po chwili zniknęła.

Nawet straciwszy ją z oczu, Vere nie mógł się skupić na tym, co pokrzykują do niego zebrani wokół mężczyźni. Jego umysł wirował szaleńczo wokół położenia na łopatki panny Grenville.

Znał jednak trzech, stojących najbliżej: Augustusa Tollivera, George’a Carruthersa i Adolphusa Crenshawa. Oni zaś znali jego, a przynajmniej tak im się zdawało. Przywołał więc na twarz wyraz pijackiego rozbawienia, jakiego oczekiwali.

– Niech to będzie dla ciebie nauczka? – zachichotał Tolliver. – Niby jaka? Jak złamać facetowi szczękę?

– Złamać szczękę… – powtórzył drwiąco Carruthers. – Przecież nie mógłby się wtedy odezwać, idioto. Ślepy jesteś? To nie cios go obalił, tylko ta cholerna sztuczka akrobatyczna.

 

– Słyszałem o tym – potwierdził Crenshaw. – To miało jakiś związek z równowagą, o ile dobrze pamiętam. Sztuka walki z Chin czy Arabii, czy skądś tam. Zresztą czego można się spodziewać po takich dzikusach?

– A czego można się spodziewać po lady Grendel? – prychnął Carruthers. – Słyszałem, że urodziła się na bagnach Borneo i wychowały ją krokodyle.

– Raczej ulicznicy – sprostował Tolliver. – Słyszałeś, jak się wyrażała? Słyszałeś, jak wiwatowali na jej cześć? Ona jest jedną z nich. Wychowała się w najgorszych slumsach, pewnie w Seven Dials.

– Gdzie w takim razie nauczyła się egzotycznych sztuk walki? – spytał Crenshaw. – I dlaczego jeszcze parę miesięcy temu nikt o niej nie słyszał? Gdzie się chowała? Taka tyczka niełatwo się ukryje. Nietrudno ją dostrzec, co nie?

Vere otrzepywał błoto ze spodni.

– Gadałeś z nią, Ainswood, sam powiedz – zwrócił się do niego Crenshaw. – Słyszałeś w jej mowie zagraniczne akcenty? Przecież gada jak londyński pomiot, co nie? Czysta Święta Ziemia.

Seven Dials było czarnym sercem Londynu, jego najgorszym zakątkiem, a parafię St Giles znano pod ironicznym przydomkiem Świętej Ziemi.

Vere uważał, że Gorgona Grenville wcale nie musiałaby opuszczać londyńskich zaułków, by nauczyć się nieczystych zagrań. To, że nie słyszał w jej tonie typowego zaśpiewu uliczników, także o niczym nie świadczyło. Jaynes również wychował się w mrocznych dzielnicach, a wyzbył się akcentu i charakterystycznych powiedzonek.

Brzmiała chyba nieco bardziej jak dama niż Jaynes jak dżentelmen. Ale co z tego? Całe rzesze nisko urodzonych gryzetek nauczyły się małpować wyższe sfery. A to, że w tej chwili nie przypominał sobie żadnej, która czyniłaby to z tak naturalną gracją, niczego nie dowodziło. Okryty błotem i płonący z pożądania, nie miał nastroju na dyskusje z idiotami.

Pożegnał się i popędził na Brydges, szalejąc z wściekłości. Rzucił się wariatce na pomoc i czego dokonał? Zaproponowała mu wizytę w komisariacie! Jego interwencja uratowała ją zapewne od zdradzieckiego sztychu nożem! W nagrodę dostał tak, że do tej pory dzwoniło mu w uszach.

Panna Bezczelna zagroziła, że podbije mu oko. Zagroziła mu przy świadkach! Jemu, Vere’owi Aylwinowi Mallory’emu, którego nawet wielki i nadęty lord Belzebub nie był w stanie zmusić do uległości.

Nie miał wyboru, musiał ją uciszyć starą i sprawdzoną metodą uciszania gadatliwych panien.

A skoro jej się to nie spodobało, czemu go nie spoliczkowała jak normalna kobieta? Czyżby spodziewała się, że jej odda? Że sponiewiera ją w odrażającym Vinegar Yard na oczach pijaków, dziwek i alfonsów?

Jakby kiedykolwiek upadł aż tak nisko, prychał pod nosem. Jakby kiedykolwiek musiał używać przemocy wobec kobiet. Zmuszać je do czegoś. Ach, przeciwnie! Musiał się od nich oganiać!

W połowie drogi ktoś go zaczepił.

– Ainswood, jak mniemam?

Vere zatrzymał się i odwrócił. To był dżentelmen, którego wyciągnął spod kół pędzącego kabrioletu.

– W pierwszej chwili nie mogłem sobie przypomnieć pana nazwiska – ciągnął nieznajomy. – Ale potem w tłumie zaczęli coś szeptać o wcielonym diable i sobie przypomniałem. Pan jest przyjacielem Daina! Straszliwego męża mej przeklętej siostry! Powinienem był się od razu zorientować, ale powiem panu szczerze, biegam dziś od samego rana od Annasza do Kajfasza i czuję się jak ten Grek, jakkolwiek miał na imię, którego ścigały Furie, więc nic dziwnego, że mój mózg nie działa, jak powinien. Gdyby ta smukła bogini mnie przejechała, zapewne nawet bym nie zauważył, a może wreszcie udałoby mi się trochę odpocząć. Tak czy siak, jestem panu dozgonnie wdzięczny, bo zapewne nie byłoby przyjemnie zejść z tego świata pod kołami powozu, i pomyślałem sobie, że może zechciałby pan wypić ze mną butelkę wina?

Wyciągnął rękę.

– Bertie Trent znaczy się. To ja. Bardzo mi miło.

* * *

Lydia zepchnęła księcia Ainswooda do najciemniejszego kąta świadomości i skupiła się na dziewczynie. To nie była pierwsza panna, którą wyratowała z opresji. Zwykle odprowadzała je do jednego z londyńskich przytułków.

Jednak na początku lata Lydia przygarnęła dwie siedemnastolatki – Bess i Millie – które uciekły od okrutnej pani. Zatrudniła je jako panny do wszystkiego, bo czuła, że będzie im razem całkiem dobrze. Okazało się, że miała rację. Ten sam natarczywy wewnętrzny głos mówił jej teraz, że i ta dziewuszka powinna z nią zostać.

Gdy pakowała ją i Susan do powozu, nie miała już wątpliwości, że dziewczyna nie pochodzi z niższych sfer. Choć mówiła z delikatnym akcentem z prowincji, zdawała się wyedukowana. Jedno z pierwszych zdań, jakie wypowiedziała, brzmiało: „Nie mogę uwierzyć, że to pani! Panna Grenville z »Argusa«!”. Służące i dziewczyny ze wsi nie znały „Argusa”.

Nazywała się bardzo kornwalijsko – Tamsin Prideaux – i miała dziewiętnaście lat. Lydia na pierwszy rzut oka przypuszczała, że piętnaście, lecz po bliższym poznaniu dostrzegła swoją pomyłkę.

Tamsin była niska i drobna, tylko oczy miała ogromne, o głębokim brązowym odcieniu. Jak się okazało, była też krótkowzroczna. Oprócz sukni zostały jej tylko okulary, pogięte i z jednym szkłem.

Wyznała, że zdjęła je chwilę po przyjeździe do miasta, by wyczyścić szkła z kurzu. Zderzyła się z kimś w zajeździe, ktoś ją popchnął, a po chwili wyrwano jej z rąk torebkę i walizkę z taką gwałtownością, że się przewróciła. Kiedy wstała, zorientowała się, że kufer także zniknął. W tej chwili pojawiła się starsza dama, oferując przyjaźń i proponując odprowadzenie do komisariatu, by zgłosić kradzież.

To była stara sztuczka, ale Lydia pocieszyła Tamsin, że nawet rdzenni londyńczycy są okradani każdego dnia.

– Nie możesz się obwiniać – zapewniła dziewczynę, gdy dotarły do domu. – To się mogło przydarzyć każdemu.

– Poza panią – westchnęła panna Pridaux. – Pani jest gotowa na wszystko.

– Nie wygłupiaj się. – Lydia otworzyła drzwi. – Ja także popełniłam wszystkie błędy nowicjuszek.

Susan nie zdradzała oznak zazdrości ani niechęci – to był dobry znak. Powstrzymała się także przed czułościami, jakimi lubiła obdarzać nowe zabaweczki. To było miłe z jej strony. Dziewczyna była wystarczająco przerażona i źle interpretując zachowanie psa, mogłaby zacząć krzyczeć, a to zawsze źle wpływało na Susan.

Na wszelki wypadek, gdy weszły do hallu, Lydia powiedziała:

– To przyjaciółka. – Lekko poklepała Tamsin po ramieniu. – Bądź dla niej dobra, Susan. Słyszysz? Dobry pies.

Susan delikatnie polizała dziewczynę po dłoni.

Tamsin pogłaskała ją po szyi.

– Susan jest bardzo mądra – wyjaśniła Lydia – ale musisz używać prostych komend.

– Kiedyś szkolili mastify do walki z niedźwiedziami, prawda? – przypomniała sobie Tamsin. – Gryzie?

– Raczej pożera – roześmiała się Lydia. – Nie musisz się jej obawiać. Jeśli się zbytnio rozzuchwali, stanowczo powiedz: „Dość”. No, chyba że sama będziesz chciała, żeby cię obaliła i zawlokła do legowiska.

Tamsin zachichotała cicho. Lydia ukradkiem odetchnęła. Niebawem pojawiła się Bess i zaprowadziła gościa na herbatę, od razu ordynując gorącą kąpiel i drzemkę.

Odświeżywszy się, Lydia ukryła się w gabinecie. Tylko tam, za zamkniętymi drzwiami, pozwalała sobie zrzucać maskę niewzruszonej pewności siebie. Choć zwiedziła szmat świata – w przeciwieństwie do większości londyńskiej śmietanki towarzyskiej – wcale nie była tak obeznana z życiem, jak powszechnie sądzono.

Żaden mężczyzna nie całował wcześniej Lydii Grenville.

Nawet wujaszek Ste w chwilach największej czułości pozwalał sobie jedynie na delikatne poklepanie po głowie, a odkąd wyrosła na olbrzymkę – po dłoni.

To, co zrobił książę Ainswood, dalekie było od zwykłej poufałości. Lydia musiała przyznać, że do tej pory kręciło jej się w głowie. Opadła na krzesło przy biurku, wtuliła twarz w dłonie i czekała, aż wewnętrzny zamęt nieco się uspokoi, a na jego miejsce wróci zwykły uporządkowany spokój.

Nic z tego. Nagle zalały ją nieproszone i chaotyczne wspomnienia z dzieciństwa. Natłok obrazów wirował pod powiekami, ukazując w końcu scenę, która najmocniej utkwiła w jej pamięci. Chwilę, w której zmienił się cały jej świat.