Upadek OliveraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

BARNEY

Chodziliśmy ze sobą od dziesięciu miesięcy i Alice robiła ilustracje flory i fauny do jakichś książek o przyrodzie. Ilustracje były bardzo ładne, bardzo szczegółowe. Alice niezwykle się starała i oglądała pod mikroskopem każdą najdrobniejszą nawet żyłkę na każdym liściu. Była niezwykle oddana pracy. A potem wydawca przysłał jej do przeczytania zbindowany szkic książki dla dzieci i wszystko się skończyło.

Byłem u nich, kiedy pierwszy raz czytała ją Eugene’owi. Ponieważ był tam fragment o latającym krześle i ponieważ bawiłem się w to z Eugene’em, chłopak słuchał jej z otwartymi ustami. Chciał, żeby przeczytać mu wszystko jeszcze raz, a zaraz potem po raz trzeci. Alice uważała, że książka jest cudowna i najwyraźniej dużo dla niej znaczyło, że tak bardzo podoba się jej bratu.

Według mnie książka była taka sobie. Nawet teraz, gdy ta i pozostałe książki z serii sprzedają się na całym świecie, wciąż uważam, że są jak cię mogę. Na okładce widniało nazwisko autora: Vincent Dax. Ale kiedy zostaliśmy mu przedstawieni, powiedział, że tak naprawdę nazywa się Oliver Ryan. Nie rozumiałem tego. Na jego miejscu chciałbym, żeby wszyscy wiedzieli, że to ja ją napisałem.

Poznali się w marcu 1982 roku, nigdy tego nie zapomnę. Na wieczorze promocyjnym książki o przyrodzie, którą Alice ilustrowała. Nie znosiłem tych wieczorów, bo musiałem się elegancko ubierać, wbijać w przyciasny garnitur i zakładać krawat, w którym się prawie dusiłem. Oliver należał do tych pewnych siebie facetów w szpanerskich lnianych garniturach, którzy palą francuskie papierosy, są opaleni, męscy i przystojni. Miał ciemne oczy i wyglądał jak gwiazdor filmowy. Stałem obok Alice, kiedy nas przedstawiano i przysięgam, że nawet mnie nie zauważył. Patrzył tylko na nią, ale patrzył tak naprawdę, a Alice zaczerwieniła się ślicznie, jak tylko ona potrafi. Odkaszlnąłem, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale zabrzmiało to tak, jakbym miał zamiar zwymiotować i kiedy zaintrygowany wreszcie na mnie spojrzał, objąłem Alice za ramię, żeby dać mu do zrozumienia, że jest moja i nie powinien jej podrywać. Głupi ruch. Nigdy przedtem tak nie robiłem, bo nie byliśmy tego rodzaju parą, więc gdy moja ręka zadyndała krępująco nad jej lewą piersią, Alice poruszyła się, jakby chciała się wyswobodzić. Przedstawiła mnie jako swojego chłopaka, Barneya. Poczułem się trochę lepiej, ale wtedy on powiedział, że jego znajomy ma psa o tym imieniu i Alice roześmiała się lekko i dźwięcznie, śmiechem, jakiego nigdy u niej nie słyszałem. Wtedy on też się roześmiał i śmiali się w duecie. Dołączyłem do nich, a przynajmniej udałem, że się śmieję, ale wypadło to bardzo sztucznie. Gdyby była to scena z komiksu, w dymku nad moją głową widniałby napis „Rech-rech-rech”.

Zacząłem palić papierosy. Długo trwało, zanim się przyzwyczaiłem. Latem próbowałem złapać trochę opalenizny, lecz spiekłem tylko czubki uszu i głupio wyglądałem. Ale trzeba przyznać, że pojawienie się Olivera dobrze wpłynęło na karierę Alice. Robiła ilustracje do jego pierwszej książki, a wyglądało na to, że na jednej się nie skończy. Kilka razy zaprosił nas na kolację, zwykle w towarzystwie kilku innych par, jego starych znajomych. Byli bardzo mili, ale czułem, że niewiele mam z nimi wspólnego. Z jakiegoś powodu wydawali się dużo młodsi ode mnie, a jednocześnie jakby doroślejsi. Rozmawiali o książkach, których nie czytałem, filmach, których nie widziałem, i o polityce, która w ogóle mnie nie interesuje. Niektórzy byli razem gdzieś w Europie. Jak Cliff Richard w Letnich wakacjach, tyle że nie pojechali tam autobusem.

Pod koniec maja pojawił się pomysł kolejnego wspólnego wyjazdu, tym razem na jakąś grecką wyspę. Dla mnie sprawa od razu odpadła, bo, po pierwsze, nie miałem paszportu, a po drugie, parę miesięcy wcześniej wuj Harry przeszedł lekki zawał i cała robota spadła na moje barki. Nie żebym narzekał. Wujek był bardzo dobry dla mnie i mojej mamy. Poza tym, szczerze mówiąc, nie przepadam za podróżami. Słońce też mi nie sprzyja i robię się nerwowy wśród obcokrajowców. Wystarczą mi wyimaginowane loty na krześle. Widziałem, że Alice bardzo chce jechać, ale ona też znalazła się w trudnej sytuacji. Jej matka, bardzo już słabowita, na pewno nie pochwaliłaby takiej wycieczki, no i miałaby na głowie Eugene’a. Sama nie dałaby rady.

To był mój pomysł. Poszłem do niej i sam jej to zaproponowałem. Powiedziałem, że codziennie przed rozpoczęciem pracy będę do nich przychodził i pomagał Eugene’owi umyć się i ubrać, a potem będę odprowadzał go do ośrodka rehabilitacyjnego dla niepełnosprawnych, gdzie przebywał zwykle do końca dnia. Pani O’Reilly miała go odbierać, a ja przychodziłbym po kolacji, żeby trochę polatać z nim na krześle, przeczytać mu bajkę i położyć go spać. Pani O’Reilly była początkowo niechętna, ale udało mi się ją przekonać, że po latach opiekowania się świrniętym bratem Alice zasługuje na urlop. Powiedzieliśmy jej to razem. Byłem z siebie bardzo dumny. Nie robię zbyt wielu rzeczy wyłącznie dla innych, ale to chciałem zrobić tylko dla Alice, żeby wiedziała, jak bardzo ją kocham i żebym nie musiał ujmować tego w słowa. Jestem w tym zupełnie beznadziejny.

To były najdłuższe trzy tygodnie w całym moim życiu. Z Eugene’em nie miałem żadnych problemów. Przed spaniem trochę popłakiwał, bo nie czytałem bajek tak jak Alice, ale w sumie zachowywał się bez zarzutu. Ja też tęskniłem za nią bardziej, niż się spodziewałem. Tak bardzo, że dwa dni przed jej powrotem zamknąłem wcześniej warsztat, poszłem do Szczęśliwego Pierścionka przy O’Connell Street i kupiłem pierścionek zaręczynowy z brylantem. Długo na niego odkładałem, nie do końca zdając sobie sprawę, że to robię, a gość za ladą okazał się bardzo pomocny. Nie był to wielki brylant, ot, taki płaski maluszek na cienkiej złotej obrączce. Według sprzedawcy bardzo dyskretny. Facet był uprzejmy i pewnie nie chciał powiedzieć, że brylant jest tyci.

Miała wrócić w sobotę wieczorem. Chciałem pojechać po nią na lotnisko, ale jej matka powiedziała, że podrzuci ją ktoś z jej znajomych. Kończyła się niedziela, ona wciąż nie dzwoniła i pierścionek w aksamitnym pudełeczku omal nie wypalił mi dziury w kieszeni. Postanowiłem do nich zajrzeć.

Otworzyła mi pani O’Reilly. Pamiętam, że pomyślałem, jak to dobrze, że posadziła mnie w saloniku, mówiąc, że Alice zaraz przyjdzie. Nie chciałem oświadczać się przy kuchennym stole, w obecności jej matki i brata.

Kiedy Alice w końcu przyszła i kiedy zobaczyłem, że unika mojego wzroku, od razu wiedziałem, że coś jest strasznie nie tak. Chociaż miała zaczerwienione od płaczu oczy, wyglądała przepięknie. Od słońca jej skóra nabrała złocistobrązowego odcienia, a włosy zrobiły się kasztanowe. I miała piegi, których nigdy przedtem u niej nie widziałem. Przez chwilę myślałem, że wszystko będzie dobrze, że cokolwiek się stało, naprawię to dzięki pudełku w kieszeni.

– Barney – szepnęła. – Bardzo mi przykro.

Od razu wiedziałem, że przykro jej z mojego powodu, że mi współczuje. I mnie przeprasza. Jak mogłem być aż tak głupi? Coś zabolało mnie w brzuchu. Zabrakło mi tchu. Miała kogoś innego. Olivera. Alice i Oliver. Pchnąłem ją w jego ramiona, żeby udowodnić, jak bardzo ją kocham.

– Oliver – powiedziałem. I nie było to pytanie.

Chryste Panie, dlaczego nie wpadłem na to wcześniej? Nie zapraszał nas na kolacje dla mojego towarzystwa. Myślałem, że chodzi o pracę, o te książki, ale jak mogło chodzić o książki, skoro tak rzadko o nich rozmawiali? Ale nawet gdybym wiedział, że Alice mu się podoba, nigdy bym nie przypuszczał, że on podoba się jej. Przecież była moją dziewczyną.

Gość ze Szczęśliwego Pierścionka nie chciał zwrócić mi pieniędzy. Skończyło się na tym, że zamieniłem pierścionek na broszkę dla mamy, prezent z okazji urodzin, które wypadały kilka miesięcy później. Bardzo długo chodziłem jak struty. Bo widzicie, wszystko zaplanowałem, do najdrobniejszych szczegółów, włącznie z trójką dzieci i dodatkowym pokojem, który zamierzałem dobudować dla Eugene’a, żeby mógł tam wstawić swój adapter i tańczyć, kiedy tylko zechce. Nie myślałem o przyszłości bez Alice. Szalałem z zazdrości i zastanawiałem się, czy już ze sobą spali. Pewnie tak. Oliver był niezłym kombinatorem, ale ja osobiście mu pomogłem. Przez wiele miesięcy nie mogłem na nich patrzeć, ani na nią, ani na niego. Parę tygodni po naszym rozstaniu zobaczyłem, że Oliver parkuje przed domem Alice i wykręciłem świecę z silnika jego samochodu. A potem, w grudniu, jakby ktoś dał mi w gębę: dostałem zaproszenie na ślub z liścikiem od Alice, w którym pisała, że doskonale zrozumie, jeśli nie przyjdę, że zawsze mnie będzie lubiła i nigdy nie zapomni, jaki byłem dobry dla niej i Eugene’a.

Mama kazała mi iść. „Głowa do góry – powiedziała. – Niech ta nadęta suka nie myśli, że jesteś do niczego”. Nigdy przedtem nie słyszałem, żeby nazwała kogoś „suką”, ale wstrząsnęło nią to tak samo jak mną. Pewnie myślała, że awansujemy, poprawimy swoją pozycję społeczną. Nigdy nie uważałem, że Alice jest suką.

Ślub był skromny. Oliver nie zaprosił nikogo z rodziny. To dziwne. Może jej nie miał, ale żeby nie wytrzasnąć skądś jakiegoś wujka czy kuzyna? Nie urządzili wystawnego przyjęcia w hotelu. Trzymałem się jakoś, dopóki nie złożyli sobie przysięgi przed ołtarzem, a potem się rozsypałem. Susan i Dave ZTS wyprowadzili mnie z kościoła i obsztorcowali. Po ślubie była kolacja w restauracji należącej do kumpla Olivera, geja. Nie wiem, jak dotrwałem do końca. Gdybym wiedział, że będzie tak mało gości, pewnie w ogóle bym nie poszedł. Nie mogłem ukryć się w tłumie. Ale pogadałem trochę z Alice. Wyglądała wspaniale i jej to powiedziałem. Próbowała mnie przekonać, że kiedyś spotkam odpowiednią dziewczynę. Uśmiechnąłem się tylko i życzyłem im wszystkiego najlepszego.

Wkurzało mnie, że Oliver nigdy nie widział we mnie rywala. Jej chłopaka czy byłego chłopaka. Nigdy się do tego nie zniżył, bo uważał, że jestem od niego gorszy. I tak się wtedy czułem. Teraz wiem lepiej.

 

Pani O’Reilly powiedziała, że zawsze będę u nich mile widziany, a Eugene, że za mną tęskni i przeprasza, jeśli zrobił coś nie tak. I czy znów możemy być przyjaciółmi? Cholera, omal mi serce nie pękło. Zamiast traktować go jak debila, powinni byli mu to wytłumaczyć. Tak, potem bywałem u nich, zwykle w niedzielę, i zabierałem go na przejażdżkę. Nauczyłem go nawet kilku rzeczy. Myślę, że w pewnym momencie Alice i jej mama machnęły na niego ręką, lecz sam nie widziałem powodu, dla którego nie miałbym mu pomóc, i już po kilku miesiącach potrafił samodzielnie zjeść łyżką kolację, jeśli przedtem pokroiłem mu jedzenie, i nauczył się wycierać usta „czarodziejską” chustką, którą mu dałem. Pani O’Reilly była zachwycona. Pewnego wieczoru powiedziała, że jej zdaniem Alice popełniła błąd, wychodząc za Olivera, ale zaraz próbowała się z tych słów wycofać. Pewnie uznała, że nikomu nie pomogą, ale cieszyłem się, bo mnie pomogły.

Prawda jest taka, że Oliver miał kasę i styl. On był pisarzem o międzynarodowej sławie, a ja zwykłym mechanikiem, który dorabiał na boku, sprzedając używane samochody i mieszkał z matką na Willowej; po wyjeździe Susan mama potrzebowała opieki. W życiu nie byłem na żadnym uniwersytecie. Myślałem, że ten chujek będzie ją dobrze traktował, chociaż był trochę za wyniosły. Po ślubie przeprowadzili się do śródmieścia, więc przez kilka lat ich nie widziałem, ale po śmierci pani O’Reilly znów zamieszkali z Eugene’em i czasem się pokazywali. Zaprzyjaźnili się z sąsiadką, Moyą Blake, tą z telewizji, która kupiła dom obok. To ostatecznie załatwiło sprawę. Moya mogłaby urodzić się na Bulwarze, więc pasowali do siebie jak ulał. Wyższe sfery, i tak dalej. Nie żeby mnie ignorowali. Oliver kiwał mi na powitanie głową, Alice wyglądała tak, jakby miała wyrzuty sumienia, lecz w końcu nadeszła odwilż. Próbowałem nie chować urazy, ale szło mi jak po grudzie.

No i musiałem zostawić Eugene’a. Wytłumaczyłem mu, że ponieważ Alice wróciła do domu, teraz to ona będzie się nim opiekowała i już nie będę przychodził. Chyba zrozumiał. Oliver i Alice nie mieli dzieci. Dziwne. Zawsze uważałem, że Alice byłaby wspaniałą matką, ale pewnie nie mogła zajść w ciążę czy coś. Uznałem, że to nie moja sprawa i o nic nie pytałem.

Nie mogłem tylko zrozumieć, dlaczego wysłali Eugene’a do świętej Katarzyny na drugim końcu miasta. Naprawdę mnie to zaszokowało. Alice plątała się w zeznaniach, ale kiedy spytałem Johna-Joe, tego barmana, powiedział mi w tajemnicy, że wie od Olivera, że po śmierci matki Eugene stał się bardzo trudny i nie mieli innego wyjścia. Czasem spotykaliśmy się na ulicy i super się wtedy bawiliśmy, ale bardzo przytył i był trochę zdołowany. Mimo to nigdy nie przypuszczałem, że wyślą go do domu opieki. Wielki wstyd i wielka szkoda. Parę razy proponowałem im, że na kilka dni wezmę go do siebie, ale Oliver kazał mi zapomnieć o Eugenie i ostrzegł, że gdy o niego pytam, Alice tylko się denerwuje. Uważał też, że odwiedziny to zły pomysł, bo Eugene mnie nie pozna i może się na mnie rzucić. Biedak. Nie wierzyłem, żeby mógł to zrobić, ale Oliver obstawał przy swoim, a przyznaję, że myślałem wtedy, że jest mądrzejszy ode mnie.

Nigdy nie przypuszczałem, że znów będę mógł trzymać Alice za rękę i opiekować się jej bratem, ale cóż, dziwny jest ten świat. Dziwny, nie ma co.

6

MICHAEL

Mój homoseksualizm przerażał mnie już przed wyjazdem do Francji, ale wmówiłem sobie, że z tego wyrosnę. Chociaż nigdy nie widziałem się w roli szczęśliwego męża i ojca, zawsze zakładałem, że się kiedyś ożenię, spłodzę kilkoro dzieci i zrobię to, czego ode mnie oczekiwano. Ale tego lata nie mogłem utrzymać w ryzach moich prawdziwych namiętności. Tak, pragnąłem Olivera. Lecz nie mogłem mu tego powiedzieć. Homoseksualizm zalegalizowano w Irlandii dopiero w 1993 roku.

W baraku mieliśmy sąsiednie prycze, dlatego wiedziałem, kiedy wymyka się w nocy na spotkania z moją siostrą. To wstyd, ale raz ich śledziłem i w świetle księżyca widziałem ich pozbawioną wdzięku kopulację. Nie tego się spodziewałem. Dwa razy czytałem Kochanka Lady Chatterley. No dobra, tylko fragmenty. W każdym razie wiedziałem, że seks jest czymś przyziemnym, ale wyobrażałem sobie, że przypomina balet. Tymczasem oni robili to jak zwierzęta. Zdecydowanie bardziej podpadali pod Joyce’a (jego też czytałem we fragmentach) niż pod Lawrence’a. Czułem się jak zboczeniec, bo, po pierwsze, pożądałem mężczyzny, a po drugie, podglądałem własną siostrę. Co za wstyd.

Patrząc na to z perspektywy czasu, sądzę, że musieli wiedzieć, iż jestem gejem. Nie należałem do tych zniewieściałych, ale mój oczywisty brak zainteresowania miejscowymi pannami mógł wzbudzić podejrzenia. Pewnej parnej nocy pod koniec lipca, po kilku dzbankach lokalnego wina i kilku sztachach słodko pachnącym dymem z papierosa, też miejscowego, nie mogłem dłużej wytrzymać. Graliśmy w tę niewinną grę, „Prawda czy wyzwanie”, choć przechrzciliśmy ją na „Prawda czy dzbanek”. Ten, komu zadano osobiste pytanie, musiał albo szczerze odpowiedzieć, albo pociągnąć z dzbanka, tęgo, na dwa palce. Kiedy znów przyszła moja kolej, jedna z dziewczyn spytała, którą z nich chciałbym pocałować. Pomyślałem, super, dobry wstęp. I kiedy wszyscy zamilkli, czekając na odpowiedź, pochyliłem się nad koksownikiem, z gejowskim zapamiętaniem objąłem mojego wybranka i namiętnie oświadczyłem: „Kocham Olivera!”.

Laura mnie spoliczkowała. Oliver parsknął śmiechem. Śmiech zabolał bardziej niż uderzenie. Siostra wyciągnęła mnie z baraku, klnąc i wyrzucając mi, że się uchlałem. Była wściekła, powiedziała, że zrobiłem z siebie kompletnego durnia. Nie mogę być gejem. Ojciec mnie zabije. To niemoralne. Ksiądz Ignatius będzie wstrząśnięty. Co pomyśli Oliver? I tak dalej, i tak dalej.

Nie pamiętam, żebym tej nocy spał, ale nazajutrz rano obudziłem się przerażony, wystraszony i zawstydzony. Spojrzałem na Olivera. Leżał na plecach z rękami pod głową.

– Nie bądź pedałem – rzucił. – Nie lubię pedałów. Są obrzydliwi.

Odwróciłem się dobity i rozpaczliwie zamrugałem, żeby powtrzymać łzy.

– Po prostu nie znalazłeś jeszcze odpowiedniej baby – dodał. – Musisz jakąś przelecieć. Pieprzony prawiczek. Chorujesz na dziewictwo. Zostaw to mnie. Ja cię wyleczę.

Skocznie wstał, żartobliwie potargał mi włosy i rzucił ręcznik na mój tyłek przykryty przepoconym prześcieradłem. Jeśli próbował mnie do siebie zrazić, fatalnie mu szło. Mimo to postanowiłem ciągnąć tę maskaradę. Ostatecznie nie znosił gejów.

Zauważył, że madame Véronique jest wdową. Wdowy, powiedział, szaleją na punkcie seksu. Poza tym jako Francuzka jest na pewno bardzo zmysłowa. Była dwa razy starsza ode mnie, ale orzekł, że to zupełnie nie przeszkadza. Zachęcał mnie, żebym się do niej zbliżył. Abym zaproponował, że pomogę jej w kuchni, komplementował jej wygląd, włosy, i tak dalej. Totalny absurd, ale dzięki temu mógłbym mu się zwierzać i spędzać z nim więcej czasu.

Madame Véronique była oczywiście bardzo zaskoczona moimi podchodami. Cudowna kobieta! Nauczyła mnie wszystkiego, co umiem. W kuchni.

Co jak co, ale na pewno pobudziła moje podniebienie. W tamtych czasach Irlandia była gastronomicznym pustkowiem. Za szczyt kulinarnego wyrafinowania uchodził sos pietruszkowy. We Francji dowiedziałem się, że warzywa można nie tylko gotować, że ciasto jest artystycznym środkiem wyrazu, że mięso można wędzić, marynować, grillować i dusić, że zioła i przyprawy dodają smaku i że w ogóle istnieje coś takiego jak czosnek.

Moją kulinarną edukację zapoczątkował przypadek. A raczej wypadek. Dosłownie. Gdy rano wszedłem do kuchni z propozycją pomocy, byłem świadkiem wydarzenia, które ukształtowało moją przyszłość. Anne-Marie, kucharka w podeszłym już wieku, potknęła się, idąc do zlewu z dużą tacą świeżo ulepionych brioszek. Upadła i złamała prawą rękę. Złamanie nie należało do ciężkich – kość nie przebiła skóry ani nic takiego – ale na pewno było bolesne. Anne-Marie przeraźliwie krzyknęła i wybuchło zamieszanie. Posłano po wioskowego lekarza. Zawieziono ją do miejscowego szpitala i nie widzieliśmy jej do końca naszego pobytu. Ponieważ byłem już na scenie wydarzeń, a przedstawienie musiało trwać, madame Véronique pokazała mi, co trzeba zrobić z brioszkami (skropić wodą i wstawić do piekarnika), po czym na resztę tygodnia skierowała mnie do pracy w kuchni. Co za szczęście. Szybko się uczyłem i do wieczora zdążyłem przygotować swój pierwszy sos winegret, upiec na parze (na parze!) sześć świeżych pstrągów, opiec worek marchwi i usmażyć na głębokim tłuszczu kilka kabaczków. Oczywiście minęło trochę czasu, zanim dobrze ubiłem sos velouté czy własnoręcznie zrobiłem brzoskwiniowe barquettes, lecz szybko odkryłem, że czuję się w kuchni jak canard a l’eau. Madame była świetną nauczycielką, ale ja, jeśli wolno mi tak powiedzieć, byłem znakomitym uczniem. Poza tym pracowałem w domu, robiąc coś, co naprawdę lubiłem i chociaż przy dwóch rozgrzanych piecach w kuchni panował potworny upał, czułem się tam o wiele lepiej niż tyrając w winnicy.

Tego wieczoru wróciłem do baraku, promieniując z podniecenia. Oliver myślał, że zainteresowała mnie madame, tymczasem ja zupełnie zapomniałem, że miałem ją uwieść.

Oczywiście Laura była wściekła: jej brat wyżywał się w kuchni, jej chłopak wiódł jeszcze bardziej wykwintne życie w bibliotece, a ona musiała harować jak zwykła paysanne. Próbowałem ją udobruchać, mówiąc, że ładnie wygląda. Praca fizyczna wzmocniła jej mięśnie, a kiedy z twarzy zeszła jej w końcu skóra, okazało się, że Laura jest pięknie opalona i wygląda jak miniaturowa Amazonka. Nie przyjęła komplementu zbyt dobrze, narzekając, że ciągle czuje się zmęczona i wykluczona. Będę żałował tego do końca życia, ale prawie zupełnie się tym nie przejąłem.

Podjąłem kilka żałosnych prób flirtu z madame Véronique, lecz pozostała równie nieprzekonana jak ja. Sprawę utrudniała dodatkowo bariera językowa (choć i bez bariery była z góry skazana na niepowodzenie), mimo to nie ustępowałem w wysiłkach, nie chcąc zawieść Olivera. Dał mi kilka wskazówek i poleceń.

Pod koniec pewnego wyjątkowo gorącego dnia, odgarnąłem madame włosy z czoła i spytałem, czy mogę ją uczesać. Oliver twierdził, że to stuprocentowo pewny ruch. Madame była trochę zaskoczona, ale się zgodziła. Oliver miał rację. Kobiety uwielbiają, kiedy ktoś zajmuje się ich włosami. Czesząc je, wpadłem na cudowny pomysł. Były długie, więc ująłem gruby kosmyk i zacząłem splatać go z drugim, tak że koniec końców utworzyły coś w rodzaju koka z tyłu głowy. Très chic. Wymyśliłem nową fryzurę. Cały ja. Okazało się, że jest to chignon, typowa francuska fryzura, popularna w Paryżu w latach czterdziestych, ale skąd mogłem o tym wiedzieć? Nigdy przedtem nie bawiłem się damskimi włosami. Madame mogła odróżniać bain-marie od sabayon, lecz nie znała się na modzie. Ale nie była głupia.

– Tu es homosexuel? – spytała.

Na szczęście tego słowa nie musiała mi tłumaczyć.

– Oui – odparłem, a potem rozpłakałem się i przez godzinę nie mogłem przestać.

Madame podeszła do tego przecudownie. Nie miałem zielonego pojęcia, co do mnie mówiła, ale gdy przytknęła palce do ust, zrozumiałem, że nikomu nic nie powie. Wiadomość o mojej odmienności wcale jej nie poruszyła; madame nie wyrzuciła mnie, nie wyśmiała i nie wpadła w przerażenie. Uznała, że wszystko się zgadza. Tajemnica rozwiązana. Wyznałem jej na migi, że kocham się w Oliverze, co ją trochę oburzyło. Tak jak wszyscy pozostali wiedziała, że Oliver chodzi z moją siostrą. Objęła mnie po matczynemu i wskazując w stronę wzgórza, wygłosiła długą przemowę. Chodziło jej chyba o to, że powinienem pójść na spacer. Więc poszedłem. Nie pomogło.

Wieczorem Oliver z zaciekawieniem spytał, jak idzie mi uwodzenie.

– Świetnie – odparłem.

Codzienna walka trwała i trwała. Kiedyś madame zauważyła, że przyglądam się Oliverowi, gdy siedział na tarasie ze swoją nową rodziną, z monsieur d’Aigsem i Jean-Lukiem. Nie dość, że rywalizowałem o jego względy z własną siostrą, to teraz doszła do tego rodzina madame. Zastanawiałem się, czy ona też jest zazdrosna o czas, jaki jej ojciec i syn spędzają z Oliverem. Ale tylko uśmiechnęła się współczująco i wcisnęła mi grzebień do rąk. Zdusiłem zazdrość, wszedłem w moją nową rolę i robiłem wszystko, żeby nauczyć się gotować.

Parę dni później madame przedstawiła mnie Maurice’owi, krzepkiemu, dziwnie wyglądającemu producentowi warzyw, który miał farmę na szczycie wzgórza i mówił po angielsku lepiej niż ona. Dał mi do zrozumienia, że madame powiedziała mu, że jestem un homo. Wyznał, że on też jest gejem i może zawieźć mnie do nocnego klubu w Bordeaux, gdzie poznam innych gejów. Zrobiłem się wiśniowy ze wstydu, ale on roześmiał się serdecznie i przedstawił mnie boskiemu Thierry’emu, hodowcy świń z Saint-Émilion, który lubił się przebierać za kobietę i który mnie rozdziewiczył. Tej nocy łuski opadły mi z oczu. Zdałem sobie sprawę, że w pełni przynależę do tej dziwnej społeczności. Że pasuję do tego świata. Wciąż mi się śni, że budzę się u boku Thierry’ego.

 

Rano spóźniłem się do kuchni. Madame Véronique puściła do mnie oko, uśmiechnęła się i zrobiła kilka nieprzyzwoitych gestów rękami. Co za cudowna kobieta! Oliver zasypał mnie oczywiście pytaniami. Coś wymyśliłem, wiedział jednak, że nie byłem z madame i czułem, że jest zawiedziony. Ale to, że gardził moją odmiennością, co jeszcze poprzedniego dnia tak bardzo mnie bolało, nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Odkochałem się w ciągu jednej nocy. Wiedziałem, że w tym przypadku moje pożądanie pozostanie nieodwzajemnione, więc jaki to miało sens? Oliver domyślił się, gdzie byłem i przesunął swoją pryczę na drugi koniec baraku. Mimo to nie padło ani jedno słowo. Odkąd dałem mu wreszcie spokój, Laura była do mnie przychylniej nastawiona. Ba! nawet mi pomagała, organizując wyjazdy do miasta i przedstawiając mnie domniemanym gejom. Lato zakipiało hedonizmem, co w świetle późniejszej tragedii zdaje się teraz wielce niestosowne.

Minęła połowa sierpnia, a ona wciąż narzekała na zmęczenie, ku irytacji pozostałych pracowników. Na początku wszyscy narzekali, ale zdążyli już przywyknąć. Jej brat i chłopak pracowali w domu, a ona na polu i patrząc wstecz, dochodzę do wniosku, że musiała czuć się bardzo wyobcowana. W jej zespole byli oczywiście inni, lecz z nami łączyły ją dużo bliższe stosunki. Byłem zbyt pochłonięty swoim nowym życiem, by zauważyć, co się dzieje z moją siostrą, choć nie ulegało wątpliwości, że jej związek powoli dogorywa. Oliver spędzał coraz mniej czasu z nią, a coraz więcej ze starszym panem i jego wnukiem. Pewnego dnia przyniesiono ją półprzytomną do kuchni i wezwano lekarza. Madame jak zwykle wzięła sprawy w swoje ręce. Oliver i ja bardzo się zmartwiliśmy, ale madame wyjaśniła nam potem, że to tylko kłopoty żołądkowe i po tygodniowym odpoczynku Laura wróci do zdrowia. Umieszczono ją w pokoju w wieżyczce, dwa piętra w górę rozchwierutanymi schodami. Zaglądałem do Laury kilka razy dziennie. Była niekomunikatywna i płaczliwa. Wiedziałem, że im się nie układa, ale szczerze mówiąc, nie dziwiłem się, że Oliver stracił nią zainteresowanie. Jej ciągłe narzekanie zaczynało działać wszystkim na nerwy. Próbowałem delikatnie poruszyć ten temat, ale nie chciała mnie słuchać i powtarzała, że „tego nie zrozumiem”. Miała rację. Bo wciąż nie rozumiem.

Próbowałem też rozmawiać z Oliverem. Utrzymywał, że Laura jest po prostu zazdrosna o nasze warunki pracy. Przyznał, że chciał z nią zerwać, lecz nie potrafiła przyjąć tego do wiadomości. Twierdził, że praca w bibliotece monsieur d’Aigse’a jest po prostu bardzo czasochłonna i Laura się temu sprzeciwia.

Wydawało się jasne, że chociaż kiedyś kochał moją siostrę, jego uczucie całkowicie przesłoniła miłość do nowej „rodziny” i wolał teraz przebywać z nimi. Ostrożnie powiedziałem to Laurze i zasugerowałem, żeby dała mu trochę czasu. Przecież nie zostanie z nimi na zawsze, mówiłem. Wkrótce wszyscy wrócimy do Irlandii i chociaż to rzeczywiście dość dziwne zauroczenie, naprawdę nie widzisz, że jest tylko chwilowe?

Oświadczyła, że to już koniec i pozostaje jej tylko pogodzić się z odrzuceniem, ale nie chciała więcej o tym rozmawiać. Czułem, że chodzi o coś więcej, lecz nie naciskałem. A potem wydarzenia przytłoczyły nas do tego stopnia, że zmienne nastroje siostry stały się moim najmniejszym problemem.

Trzy tygodnie później, dzień po tym, jak pełną parą ruszyły winne żniwa, spaliśmy jak zabici w baraku. Lecieliśmy z nóg, bo do pracy rzucono dosłownie wszystkich. Moje kuchenne obowiązki i biblioteczne obowiązki Olivera zostały zawieszone, ponieważ pierwsze winogrona musieliśmy zerwać w krótkim, ściśle określonym czasie, gdy były najlepsze. Doszczętnie rozbity padłem na pryczę, lecz kilka godzin później obudziłem się zdezorientowany. Z zewnątrz dochodziły podniesione głosy. Oliver i Laura krzyczeli na siebie, choć prawdę mówiąc, głównie krzyczała ona. Pozostali poruszyli się niespokojnie, a kilku wyszło zobaczyć, co się dzieje. Miałem dość zmiennych nastrojów siostry. Po prostu się poniżała, poniżając przy okazji Olivera i mnie. Kiedy wyszliśmy na dwór, Oliver próbował właśnie uwolnić się z jej ramion. A ona szlochała i wrzeszczała.

– Kochasz mnie! Musisz mnie kochać! – Nie chciała go puścić.

– Lauro! – krzyknąłem ostro. – Idź spać! Skończ z tym przedstawieniem!

Oliver odwrócił się, jakby chciał odejść, lecz go zatrzymałem.

– Oliver, musimy porozmawiać.

Zrobił niepewną minę, ale wszedł ze mną do baraku i stopniowo wszyscy znów się położyli. Zacząłem przepraszać go szeptem za zachowanie siostry.

– Ona zwykle nie jest taka, nie wiem, co w nią wstąpiło. Może to wina nowego otoczenia albo zbyt ciężkiej pracy...

Poprosiłem go, żeby okazał jej więcej cierpliwości. Rozumiem, że już nie chcesz z nią być, mówiłem. Ale poświęć jej choć trochę uwagi, żeby nie czuła się ignorowana. Nie chciał spojrzeć mi w oczy i bawił się paskiem od zegarka. Byłem zażenowany tą sytuacją, tym bardziej że doszło do niej niedługo po tym, jak wyznałem mu miłość.

Kilka minut później wyczułem coś dziwnego w powietrzu. Nie umiałem sprecyzować co, ale instynkt wypchnął mnie z łóżka, więc wstałem ostrożnie, nie chcąc obudzić pozostałych, Oliver też wstał. Wyszliśmy z baraku. Noc była ciepła, lecz wszędzie unosił się wyraźny zapach i zdezorientowany, w pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś pali zioło. Oliwer wskazał dom. Księżyc świecił bardzo słabo, więc dostrzegliśmy tylko nagą sylwetkę budynku na tle nocnego nieba, lecz zaraz potem usłyszeliśmy głośny trzask i nagle stwierdziłem, że wbiegam na schody, wiedząc, że ten dziwny zapach to pożar, że powietrze jest gęste od dymu, a gdy dotarłem na ich szczyt, poczułem na twarzy uderzenie palącego gorąca i zobaczyłem, że parter wschodniego skrzydła stoi w płomieniach. Oliver popędził obudzić pozostałych.

Gdybym zachował większą czujność, gdybym szybciej zareagował, gdybym nie był tak zmęczony, gdybym wiedział, gdybym pomyślał, gdybym... Chryste, tym gdybaniem mógłbym wypełnić bezdenną otchłań. Zacząłem krzyczeć, lecz mój głos prawie się nie rozchodził i przypomniało mi się, że dom ma dziwną akustykę, że aby być słyszalnym, trzeba stanąć na tarasie, dokładnie naprzeciwko głównego wejścia.

Do moich obowiązków należało między innymi wzywanie robotników na lunch; robiłem to, dzwoniąc dzwonem w wieży nieczynnej już kaplicy w rogu dziedzińca. Przez dym zobaczyłem, że ogień tam jeszcze nie dotarł, więc nie przestając wzywać pomocy, pchnąłem ramieniem ciężkie drewniane drzwi i zacząłem ciągnąć za stary sznur, aż dzwon zadzwonił, rozpaczliwie i bez rytmu. Ogień trzaskał, syczał, jęczał – ryk pożaru stawał się coraz głośniejszy. Bałem się, że pomieszczenia mieszkalne mogą być także bezpośrednio nad biblioteką, która tonęła już w gniewnym blasku drapieżnych płomieni. Z dymu zaczęli wyłaniać się ludzie, chaotycznie rozproszeni, zdezorientowani i przerażeni. Szybko odszukałem Laurę, która przywarła całym ciałem do bladego jak kreda Olivera. Kazałem kilku chłopakom przyciągnąć węże irygacyjne z winnicy, ale trwało to wieki i kiedy w końcu je rozwinęli, stało się oczywiste, że przymocowane na stałe, są za krótkie i kończą się dziesięć metrów od ognia. Kilku robotników po mojej lewej stronie krzyczało i wymachiwało rękami, próbując odsunąć kamienną pokrywę starej, nieużywanej studni u stóp tarasu. Inni wywlekli zapomniany wąż ogrodowy z mieszczących się pod nim przepastnych piwnic. Reszta stała jak sparaliżowana, gapiąc się na dom. Z płomieni wychynął nagle stwór, w którym trudno było rozpoznać człowieka, ale pośród krzyków i ryku płomieni usłyszałem piskliwy głos kobiety, nie czysty, wyraźny głos archetypowej bohaterki filmu telewizyjnego, tylko brzydki, ohydny wrzask pełen smutku i niemocy. Nigdy przedtem czegoś takiego nie słyszałem i myśl, że mógłbym usłyszeć to jeszcze raz, napełnia mnie przerażeniem. To była madame Véronique, jej lament pełen bólu, rozpaczy i straty. Sczerniało jej ciało i to, co miała na sobie, spaliła się większość jej długich włosów, dymiła głowa. Chwyciłem ją i przytrzymałem, bo próbowała się wyrwać i skoczyć w paszczę pożaru, chrapliwie krzycząc: „Papa! Jean-Luc!”. Krzyczała tak, dopóki mogła, w końcu umilkła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?