Upadek OliveraTekst

Autor:Liz Nuget
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

OLIVER

Myślałem, że zareaguje bardziej żywiołowo, kiedy uderzyłem ją pierwszy raz. A ona po prostu leżała na podłodze, trzymając się za szczękę. I patrząc na mnie. Bez słowa. Nie sprawiała nawet wrażenia zaskoczonej.

Zaskoczony byłem natomiast ja. Bo nie zamierzałem tego robić. Kiedy słyszy się o takich rzeczach, zwykle przychodzą na myśl lata pięćdziesiąte, pijany mąż, który wraca z pubu do domu, do swojej flejtuchowatej żony, by stwierdzić, że czeka na niego zimna już kolacja. Tymczasem był 12 listopada 2011 roku, mroźny sobotni wieczór w południowej części Dublina, a Alice przygotowała na kolację same pyszności: tagine z jagnięciny z kuskusem, chlebek pita i miętowy jogurt. Chociaż tagine zdążyło nieco wystygnąć, zanim je podała, naprawdę nie mogłem nic mu zarzucić. Wypiłem do tego dwa kieliszki sancerre, tymczasem ona szykowała już deser, roladę malinową. Nie byłem pijany, zdecydowanie nie.

A tu proszę. Patrzę i widzę, że leży u moich stóp. Dolna połowa ciała na wpół ukryta za nogami mahoniowego stołu, ręce, głowa i tułów wykręcone jak znak zapytania – jakim cudem ułożyła się w taki kształt? W mojej zaciśniętej pięści musiała tkwić spora siła. Gdybym miał w ręku kieliszek, czy odstawiłbym go przed uderzeniem? A może roztrzaskałbym go na jej twarzy? Czy szkło rozleciałoby się na kawałki i poharatało jej bladą skórę? Oszpeciło ją na całe życie? Bardzo trudno powiedzieć. „Okoliczności poza naszą kontrolą” – przychodzą mi do głowy tylko te słowa. Z naciskiem na „naszą”, bo chociaż ja nie powinienem był tego robić, ona nie powinna była mnie prowokować.

Zadzwonił telefon. Nie wiem, może niepotrzebnie odebrałem, ale to mogło być coś ważnego.

– Halo?

– Oliver. Mówi Moya. Co słychać?

Retoryczne pytania zawsze mnie irytują. „Co słychać?”. No właśnie.

Bardzo cię przepraszam, Moya, ale przed chwilą uderzyłem Alice w twarz. Leży teraz na podłodze, a poza tym zjedliśmy przewyborną kolację.

Oczywiście nie powiedziałem tego. Wymyśliłem jakąś niezdarną wymówkę i pożegnałem się, mając nadzieję, że Moya też powie adieu.

Przez chwilę milczała i w końcu spytała:

– Nie chcesz wiedzieć, jak się miewam? Gdzie jestem?

Odpowiedziałem konkretnie i treściwie.

– Nie.

Znów chwila ciszy, a potem szept.

– No dobrze. Jest tam Alice?

Zgiń, przepadnij, ty głupia, upierdliwa babo!

Nie, tego też nie powiedziałem. Powiedziałem, że to nieodpowiedni moment. Próbowała wciągnąć mnie do rozmowy, zaczęła paplać o swoim nowym życiu we Francji. Mimo zdenerwowania wyczułem, że chce wzbudzić we mnie zazdrość. Niech ją szlag. Zakończyłem rozmowę grzecznie, lecz stanowczo.

Uznałem, że powinienem natychmiast wyjść z domu, że tak będzie najprzyzwoiciej. Wyjść, lecz oczywiście nie na zawsze. Po prostu pomyślałem, że jeśli nie będę nad nią wisiał, Alice szybciej wstanie z podłogi. Wyszedłem na korytarz i zdjąłem płaszcz z kołka. Z trudem zapiąłem guziki. Rękawiczki stały się nagle za ciasne.

Dwie godziny później piłem trzecią brandy u Nasha, nerwowo zapinając i rozpinając mankiety koszuli. To nawyk z dzieciństwa, coś, co robię, kiedy jestem roztrzęsiony. Mój niepokój zauważył nawet i skomentował John-Joe, barman. Bo rzadko kiedy zamawiam brandy. Ale cóż, przeżyłem szok. I teraz tak, teraz rzeczywiście byłem pijany.

Chciałem zadzwonić do Alice i sprawdzić, jak się czuje, lecz nie wziąłem komórki i pomyślałem, że gdybym pożyczył od kogoś telefon, zareagowałbym niewspółmiernie do sytuacji. Nie zrozumcie mnie źle, wiedziałem, że sprawa jest poważna. Popełniłem istotny błąd. Alice nie powinna była skończyć na podłodze.

*

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem najłatwiejszym człowiekiem. Alice mi to powiedziała. Na przykład nie mam przyjaciół. Kiedyś miałem, wiele lat temu, ale z żadnym z nich nie utrzymuję już bliskich relacji. Oddaliliśmy się od siebie, a ja pozwoliłem im odejść – przypuszczam, że celowo. Przyjaciele są kimś, kto przypomina nam o naszych niepowodzeniach. Mam kilku znajomych. I żadnej rodziny, o której warto by wspominać. Przynajmniej nie w znaczącym sensie.

Przez te wszystkie lata Alice nigdy nie wtykała nosa w moje sprawy, nigdy nie okazywała zbytniej ciekawości. Powiedziałbym nawet, że zwykle była posłuszna i tylko od czasu do czasu stawała okoniem. Natomiast ja nie jestem i nigdy nie byłem agresywny.

Poszedłem do baru i kupiłem paczkę papierosów. Mocnych. Martwiło mnie, że wciąż trzęsą mi się ręce. Przecież brandy powinna pomóc. A może to tylko bajki, opowieści starych bab? Najwyraźniej.

W „ogródku piwnym” (metr chodnika pod małym daszkiem obok drzwi) zapaliłem pierwszego papierosa od lat. Podszedł do mnie Barney Dwyer, sąsiad z Willowej. Więcej czasu spędzał w ogródku niż w barze.

– Myślałem, że rzuciłeś – powiedział.

– Bo rzuciłem.

– Jeeezu – mruknął chełpliwie, zaciągając się dymem z rothmansa. – Ja nie pękłem.

Znów to samo. Barney szczycił się swoim nałogiem, tym, że palił czterdzieści papierosów dziennie. Kiedy wprowadzono zakaz palenia w pubach, większość z nas spróbowała z tym skończyć. Mnie udało się jako pierwszemu, z czego jestem bardzo dumny. Zasłynąłem jako człowiek o „żelaznej woli”. Natomiast on nie podjął nawet najmniejszego wysiłku. Gdyby nigdy nie palił, zacząłby w dniu wprowadzenia zakazu. Zawsze przekorny robił wszystko wbrew i na opak. Głupi gnojek. Miał wielkie uszy i kiszkowatą głowę.

– Witaj z powrotem – dodał.

– To żaden powrót, zapaliłem tylko jednego. Miałem zły dzień.

– Jeeezu, Oliver, na jednym nigdy się nie kończy. Znów palisz. Spójrz prawdzie w oczy.

Cisnąłem prawie wypalonego papierosa na ziemię. Rozgniotłem go butem. Paczkę z dziewiętnastoma pozostałymi rzuciłem Barneyowi.

– Masz, trzymaj. Śmiało, pal dalej i się zabij.

Żona wydobyła w końcu ze mnie to, co najgorsze. Zupełnie nieoczekiwanie. Na swój sposób zawsze ją lubiłem. Na przykład za to, że po tych wszystkich kursach gotowania, na które ją wysyłałem, była cudowną kucharką. Była też wysportowaną kochanką, co jest bardzo miłe. Zważywszy jej obecny stan, to strasznie smutne, że myślę teraz o takich rzeczach.

Poznaliśmy się w 1982 roku, na wieczorze promocyjnym książki, którą ilustrowała. Mój agent próbował właśnie wcisnąć wydawcom moją książkę dla dzieci i chciał, żeby Alice ilustrowała i ją. Początkowo byłem temu przeciwny. Uważałem, że obrazki odciągną czytelnika od tekstu, ale, przyznaję, gość miał rację. Dzięki ilustracjom moje książki stały się dużo atrakcyjniejsze. Zostaliśmy sobie przedstawieni i lubię myśleć, że natychmiast coś między nami... „Zaiskrzyło” nie jest dobrym określeniem, ale tak, na pewno błysnęła wtedy iskierka czegoś w rodzaju akceptacji czy uznania. Niektórzy nazywają to miłością od pierwszego wejrzenia. Ja nie jestem aż tak naiwny.

Nie byliśmy już pierwszej młodości. Oboje dobijaliśmy chyba do trzydziestki. Alice była jednak naprawdę urocza i delikatna. Podobał mi się jej spokój i to, że niczego ode mnie nie chciała. Kiedy okazywałem jej zainteresowanie, chętnie je przyjmowała, a kiedy jej nie potrzebowałem, bez słowa protestu wycofywała się i wtapiała w tło.

Ślub wzięliśmy bardzo szybko. Po co mieliśmy zwlekać? Przed ołtarzem stali za nami jej słabowita matka i głupkowaty brat. Oczywiście z mojej strony nie było nikogo. Nie zawracaliśmy sobie głowy bezsensownym przyjęciem w hotelu. Zamiast tego zjedliśmy coś w hałaśliwym bistrze Michaela, mojego dawnego kumpla z uniwersytetu. Zaprosiliśmy i Barneya. Wtedy nawet go lubiłem. Podczas ślubu bardzo się wzruszył, chyba najbardziej ze wszystkich obecnych. Cóż, trudno mu się dziwić.

Wynajęliśmy na kilka lat przestronne mieszkanie przy Merrion Square. Nalegałem na coś dużego, bo do pisania potrzebuję prywatności. Mogę pisać tylko za zamkniętymi drzwiami.

To były dobre czasy. Zarabialiśmy spore pieniądze, podczas gdy inni z trudem wiązali koniec z końcem. Szybko stało się oczywiste, że z finansowego punktu widzenia jedynym sensownym rozwiązaniem będzie dalsza współpraca nad serią książek, które zaczynały się cieszyć coraz większą popularnością. Dlatego za dnia zaszywaliśmy się w swoich pokojach, żeby popracować. Ja pisałem. A ona zmyślnie dobierała ilustracje do moich tekstów. Robiła to bardzo dobrze. Jej prace dodawały stosownego uroku moim.

Wkrótce stałem się znany jako krytyk i autor okazjonalnych artykułów w weekendowych wydaniach gazet. Bywałem też, choć rzadko, gościem w telewizyjnych talk-show. W tamtych czasach ludzie byli dyskretniejsi i nie chwalili się tak swoimi osiągnięciami czy sukcesami. Nie to, co dzisiaj – nie potrafię nawet powiedzieć, ile razy nagabywano mnie i zapraszano do różnych reality show. Niech Bóg broni! Alice też tego unikała, co bardzo mi odpowiadało. Nie lubiła skupiać na sobie uwagi i umniejszała swój przyczynek do sukcesu moich książek, twierdząc, że tekst jest dużo ważniejszy, a ona tylko nieporadnie gryzmoli. Była bardzo nieśmiała, chciała nawet ukryć to, że jesteśmy mężem i żoną, na wypadek gdyby „zaciągnięto ją kiedyś do telewizji”. Co było doprawdy urocze i oznaczało, że przez większość czasu mogłem występować jako kawaler. Trzeba przyznać, że miało to swoje plusy. Z ręką na sercu, nie mogłem marzyć o lepszej towarzyszce życia.

 

Jej matka zmarła nagle w 1986, pod koniec czwartego roku naszego małżeństwa. I Bogu niech będą dzięki. Nie znoszę staruszek i staruchów. Nie znoszę tym bardziej, że wkrótce sam będę się do nich zaliczał.

Wymyślałem najróżniejsze preteksty, żeby unikać jej i jej okrytych koronkowymi serwetkami mebli. Kiedy nas odwiedzała, udawałem, że jestem zbyt zajęty, żeby zasiąść z nimi do stołu. Nie mogłem patrzeć, jak kłapie sztuczną szczęką i jak ślini się jej głupkowaty syn. Śmierć teściowej była prawdziwym błogosławieństwem losu, choć nie do końca. Dostaliśmy w spadku dom. Ale dostaliśmy również imbecylowatego brata Alice. Dom jest spory i stoi przy Pembroke Avenue. Brat ma na imię Eugene.

Żona błagała mnie, żebym pozwolił mu zostać. Była to największa zadra w historii naszego małżeństwa. Koszmarem jest już samo posiadanie dziecka, tymczasem my mówiliśmy o dwudziestosiedmioletnim, prawie dziewięćdziesięciosześciokilowym debilu. W końcu, dużym nakładem kosztów własnych, ulokowałem go w domu dla „niepełnosprawnych umysłowo”, czy jak to się aktualnie nazywa.

Kiedy się zaręczyliśmy, oświadczyłem jasno i wyraźnie, że nie przepadam za dziećmi, że po prostu nie chcę ich mieć, a ona się zgodziła. Szkoda, że nie dała mi tego na piśmie. Musiała być we mnie bardzo zadurzona, skoro na ołtarzu małżeństwa poświęciła coś, co miało dla niej tak fundamentalne znaczenie. Może liczyła na to, że zmienię zdanie, bo wielu mężczyzn zmienia. Albo wiedziała, że jeśli nie z nią, ożenię się z pierwszą spokojną dziewczyną, jaką poznam.

Oczywiście w piątym roku małżeństwa zaczęła jęczeć i biadolić, z miesiąca na miesiąc coraz głośniej. Przypomniałem jej o naszej umowie. Odparła, że wtedy też nie chciała mieć dzieci, ale teraz rozpaczliwie chce. Można powiedzieć o mnie wszystko, ale nie to, że nie dotrzymuję słowa.

Dlatego nie wierząc, że będzie się zabezpieczała, wziąłem sprawy w swoje ręce i zainicjowałem nowy wieczorny rytuał: kakao z małym dodatkiem w postaci rozkruszonej pigułki. Uważała, że to niezwykle romantyczne.

Nie byłem święty. Generalnie kobiety mają do mnie słabość, a ja nie lubię ich zawodzić. Kobiety, których nigdy byście o to nie podejrzewali. Chryste, nawet Moya. Te, które próbują się do mnie przyssać, na dłuższą metę budzą mój niesmak.

W późniejszych latach zacząłem korzystać z usług prostytutek znad kanału. Nigdy nie miałem nic przeciwko nim, nawet wtedy, kiedy jeszcze je omijałem. Bardzo mnie intrygowały. Dużo tańsze i bardziej zdesperowane, w większości ćpunki o umęczonych ciałach i pokancerowanych żyłach, znakomicie nadawały się do moich potrzeb. Zanim doszło co do czego, wpychałem je pod prysznic i zawsze dawałem im nową szczoteczkę do zębów. Niektóre zabierały ją na pamiątkę. Żałosne. Te kobiety są zwykle zbyt wyniszczone, żeby uchodzić za atrakcyjne. Można by pomyśleć, że powinny się chociaż postarać, ale nie, niestety. Sprzedają tylko prawo dostępu do różnych otworów ciała, więc opakowanie jest mało istotne. Mimo to szalenie mnie fascynowały. Ostatecznie moja matka też była dziwką, a przynajmniej tak twierdził mój ojciec.

Wieczorem, w dniu kiedy Alice przebrała miarkę, po powrocie do domu długo mocowałem się z kluczem. W końcu wszedłem do jadalni. Dzięki Bogu, Alice nie leżała już na podłodze. Siedziała w kuchni, przy herbacie. Pocierając ręką twarz. Spojrzała na mnie bez czułości. Zauważyłem, że ma zaczerwieniony prawy policzek. Ale siniaka nie miała. Jeszcze nie. Ja też na nią spojrzałem. Z uśmiechem.

Drewniana szkatuła, w której zamknąłem swoje najmroczniejsze tajemnice, stała na stoliku w korytarzu. Otwarta, z roztrzaskanym zamkiem i naruszoną zawartością.

– Kłamca! – krzyknęła Alice załamującym się głosem.

Stało się oczywiste, że zamierza mnie zniszczyć.

Więc uderzyłem ją drugi raz, a kiedy uderzyłem, nie mogłem przestać. Bardzo mi przykro. Panowałem nad swoim życiem, odkąd skończyłem osiemnaście lat, a utrata panowania to oznaka słabości. Nie muszę chyba dodawać, że nie wolno mi odwiedzać jej w szpitalu. To naprawdę głupie. Jest luty 2012 roku, minęły już trzy miesiące. Alice jest w takim stanie, że nie wiedziałaby nawet, czy do niej zajrzałem, czy nie.

Okazuje się, że jednak jestem agresywny. To dla mnie prawdziwy wstrząs. Poddano mnie badaniom psychologicznym. Postanowiłem powiedzieć im prawie wszystko. Najwyraźniej od dzieciństwa chowam w sobie rozgoryczenie, urazę i frustrację. Cóż za niespodzianka!

Co pomyślą sąsiedzi? I w ogóle wszyscy?

Naprawdę mam to gdzieś.

2

BARNEY

Alice O’Reilly mieszkała na Bulwarze, a my na Willowej. To była wielka różnica, wciąż jest. Domy na Bulwarze są cztery razy większe od naszych, a tyły ich ogrodów biegną pod ścianami szczytowymi naszych szeregowców. Ulica Willowa to głupia nazwa, bo można by pomyśleć, że mieszkamy za granicą, o kilka kroków od słonecznej plaży, podczas gdy tak naprawdę stoją tam tylko domy komunalne o żwirowych ścianach.

Picerzy z Bulwaru (bo tak ich nazywaliśmy) nie zadawali się z nami. Chodzili do innych szkół i należeli do innych ekip, ale rodzina Alice bardzo się od nich różniła. W przeciwieństwie do reszty tych z Bulwaru O’Reilly’owie nie byli snobami i nie patrzyli na nikogo z góry. Zapraszali na herbatę moją młodszą siostrę Susan i mama chwaliła się tym przed innymi mamami. Kiedy byliśmy małymi szkrabami, nie zwracałem na to uwagi, ale kiedy Alice przychodziła do nas, podświadomie wyczuwałem, że dzieje się coś wyjątkowego, bo mama kazała nam glansować buty. Szczerze mówiąc, trochę mnie to wkurzało. Jakby Alice zamierzała je oglądać. Była cicha i niezbyt ładna, ot, po prostu zwyczajna.

Jej matka, Breda, należała do kobiet bardzo religijnych i rzadko kiedy wypuszczała ją z domu. Alice nigdy nie chodziła na potańcówki i nie brała udziału w imprezach towarzyskich w dzielnicy, ani tych organizowanych przez nas, ani tych w ekskluzywnym klubie tenisowym, przynajmniej tak słyszałem. Prawdopodobnie przez Eugene’a. Moim zdaniem Eugene jest taki, jaki jest, bo matka urodziła go za późno. Breda była najstarszą spośród wszystkich matek w okolicy. Rodząc Alice, miała około czterdziestki, a Eugene przyszedł na świat pięć lat po siostrze. Zaczęliśmy coś zauważać dopiero wtedy, kiedy był trochę starszy. Nauczył się chodzić w wieku siedmiu lat, no i dziwnie mówił. Pewnie dlatego picerzy z Bulwaru nie chcieli utrzymywać kontaktów z O’Reillymi, żeby biedny Eugene nie nakapał im śliną na meble. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zmarł ich tata, ale chyba niedługo po narodzinach syna. A już na pewno nie pamiętam, żebym kiedykolwiek go widział. Pracował chyba w jakimś urzędzie. Na dość wysokim stanowisku. W wydziale ksiąg wieczystych czy czymś takim. I nieźle zarabiał.

Niektórzy z naszej paczki drażnili się z Eugene’em i się z niego nabijali, ale Alice zawsze go broniła, a z nią nikt nie chciał zadzierać. Ona też była trochę dziwna. Nieśmiała i uprzejma, nawet muchy by nie skrzywdziła. Dużo czasu spędzała nad książkami. Wszyscy mówili, że pójdzie do zakonu; myśleliśmy, że jej matka chce pchnąć ją w tym kierunku, bo odwiedzało ich sporo zakonnic. Susan mówiła, że w ich domu jest mnóstwo świętych obrazów. W większości namalowanych przez Alice. Kilka razy jadła u nich kolację i mówiła, że Alice karmi brata łyżką jak bobasa. Jedzenie jest straszne – tak twierdziła – zupełnie bez smaku i rozgotowane na papkę. Nie mogliśmy się temu nadziwić. Zawsze myśleliśmy, że ci z Bulwaru jadają kanapki ze świeżym ogórkiem podane na srebrnej tacy. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, jestem przekonany, że gotowali tak ze względu na Eugene’a, bo Eugene nie zjadłby niczego innego, chyba że poczęstowano by go herbatnikiem albo lukrowanym ciastkiem, ale herbatniki i lukrowane ciastka jadało się tylko w Boże Narodzenie albo z okazji urodzin. Breda uważała pewnie, że w ten sposób poświęcają się jak przystało na katolików. Mgliście pamiętam, że kiedy Alice przychodziła do nas na kolację, a zdarzało się to bardzo rzadko, zjadała wszystko do ostatniego okruszka i zawsze chwaliła mamę. Mama była zachwycona.

Susan i ona chodziły do klasy o tym samym profilu, ale do innych szkół, a ponieważ miały takie same podręczniki, czasem odrabiały razem pracę domową. Sądząc po stopniach, Alice uczyła się gorzej niż moja siostra. Susan była najbystrzejsza w naszej rodzinie i zawsze zawstydzała mnie swoimi piątkami i czwórkami. Alice dostawała zwykle tróje, tylko z rysunków miała piątki i czwórki. Ale wiem, że nie wynikało to z braku inteligencji. Po prostu nigdy nie miała czasu na odrabianie lekcji, bo ciągle zajmowała się bratem. Ich matka cierpiała na artretyzm, z biegiem lat coraz bardziej, ale chyba zdawała sobie sprawę, że byłoby nie fair, gdyby Alice musiała opiekować się Eugene’em do końca życia, bo kazała jej iść na studia. Kiedy Alice nam to powiedziała, byłem przekonany, że już jej nie zobaczymy. Nikt z Willowej nigdy niczego nie studiował. Dlatego trochę współczułem Susan, bo miała stracić dobrą kumpelę.

Byliśmy zaskoczeni, kiedy okazało się, że Alice przyjęto do wyższej szkoły sztuk pięknych. Nie mogłem uwierzyć, że poszła właśnie tam. Bo przecież albo umie się rysować, albo nie. Mówiła, że chodzi o „technikę” i inne rzeczy, ale według mnie to, co rysowała przed pójściem na studia, nie różniło się wcale od tego, co rysowała po ich ukończeniu. Dzisiaj prawie wszyscy młodzi farbują włosy i ubierają się jak ich rówieśnicy płci przeciwnej, więc trudno jest odróżnić chłopaka od dziewczyny – taka teraz moda – ale w latach siedemdziesiątych mogli pozwolić sobie na to tylko studenci sztuk pięknych. Niektórzy przechodzili nawet na wegetarianizm. To mówi chyba wszystko.

Myślałem, że Alice nie wytrzyma tam tygodnia, ale musiało nieźle jej iść, bo wytrzymała trzy czy cztery lata. Poza tym myliłem się, zakładając, że w ogóle zniknie. Nie, wciąż mieszkała tam, gdzie przedtem, ze względu na brata, i to raczej Susan zrezygnowała z łączącej je przyjaźni, bo zaczęła chodzić z ZTS-em, Dave’em „Zrób To Sam”.

Alice zawsze miała zręczne ręce. Pamiętam rzeźbę, którą zrobiła dla mojej siostry na urodziny, coś w rodzaju ceramicznego nosidełka w kształcie łabędzia. Powiedziałem jej wtedy, że mogłaby takie cuda sprzedawać, a ona uśmiechnęła się do mnie.

Wtedy też po raz pierwszy dotarło do mnie, że nie pójdzie do zakonu. Bo uśmiechnęła się trochę zawadiacko. Widocznie lata spędzone na uniwersytecie wybiły jej to z głowy. Ale wciąż ubierała się bardzo skromnie i nie jestem pewny, czy miała na studiach wielu chłopaków, a nawet choćby jednego. Może odstraszyli ją narkotykami i głośną muzyką.

Kilka lat później Susan wyjechała za ZTS-em do Londynu, gdzie dostała pracę jako kucharka w szpitalu, i w końcu za Dave’a wyszła. Już do nas nie wróciła. Wciąż tam mieszka, wciąż jest jego żoną. Mają czworo dzieci i mieszkanie w Chiswick; „w” się nie wymawia.

Tymczasem ja poszłem na mechanika. Wyuczyłem się zawodu, dostałem pracę w warsztacie wuja Harry’ego i miałem w kieszeni trochę grosza. Przeprowadziłem się do własnego mieszkania. Kupiłem samochód. Prawdziwe cacko. Forda granadę. Wóz w sam raz po to, żeby zaszpanować dziewczynom. Alice widywałem rzadko, bo Susan już nie było, a ja mieszkałem w śródmieściu. Ale kiedy wpadałem do mamy, kilka razy widziałem, jak Alice prowadzi brata za rękę do pobliskiego sklepu. Jakby się kto pytał, to uważam, że zrobiły dla niego za dużo. Gdyby mu tylko pozwoliły, na pewno nauczyłby się radzić sobie lepiej, niż radził.

Mama powiedziała, że Alice projektuje teraz kalendarze czy coś w tym rodzaju. I że jeden z pokojów przerobiła na „studio”. Niektóre stały puste od lat, więc miało to sens.

A potem mama doszła do wniosku, że powinienem ją gdzieś zaprosić. To znaczy Alice. Przeżyłem mały szok. Przecież Alice była z Bulwaru, a ja z Willowej. Ale mama powiedziała, że ponieważ nikt jej nigdzie nie zaprasza, powinienem spróbować. Nie sądzę, żeby liczyła na wielki romans czy coś. Nie, po prostu uznała, że Alice brakuje towarzystwa, poza tym tak nakazywało dobre wychowanie. Długo się wahałem. Miałem już dwadzieścia osiem lat, a Alice niewiele mniej. Była tak cicha, że nie wiedziałbym, co jej powiedzieć, poza tym wątpiłem, żeby poszła gdzieś bez Eugene’a, ale mama się uparła, jakby miał to być akt miłosierdzia. Rzecz w tym, że to nie był żaden akt. Bo Alice zawsze mi się podobała.

Pukając do drzwi, stwierdziłem, że się denerwuję. Trochę dziwnie się czułem. Dobrze radzę sobie w różnych sytuacjach. Chodziło o to, że tak naprawdę Alice była dla mnie zupełnie obcą osobą, chociaż znałem ją całe życie. Bardzo różniła się od dziewczyn, które obmacywałem na tylnym siedzeniu granady.

Kiedy otworzyła, zobaczyłem, że w korytarzu stoi również Eugene. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Byłem skrępowany. Ale wtedy znów posłała mi ten swój uśmiech. Jezu, był cudowny. Spytałem, czy nie zechciałaby pojechać ze mną na przejażdżkę, w niedzielę, do Killiney, na spacer po plaży, a potem na herbatę w hotelu. Spytała, czy zapraszam ją i Eugene’a, czy tylko ją. Odparłem, że tylko ją. Uśmiechnęła się szeroko, powiedziała, że bardzo chętnie i zgodziła się, żebym przyjechał po nią o trzeciej.

 

W sobotę umyłem samochód i obciąłem włosy. Pamiętam, bo fryzjer skaleczył mnie w lewe ucho. Już nigdy więcej do niego nie poszłem. Siedząc w samochodzie z obandażowanym uchem i rozmawiając z Alice, czułem się jak idiota. Była w brązowej sukience w kwiatki i miała wyszminkowane usta. Bardzo miły akcent. Rozmawiało nam się dużo łatwiej, niż się spodziewałem, chociaż nie pamiętam, co mówiłem. Właściwie to więcej mówiła ona. Przyjrzałem się jej dokładniej dopiero przy herbacie w hotelu. Okazało się, że jest całkiem ładna, chociaż nie ma w sobie nic z gwiazdy filmowej. No i nie zrobiła się na blondynę, jak pozostałe. Bo w końcu prawie wszystkie kończą jako blondynki. Kiedyś chuda jak patyk, wypełniła się w odpowiednich miejscach i była teraz okrąglutka. Ale nie, nie gruba. Raczej kształtna. Kiedy się uśmiechała, jaśniała jej twarz, a kiedy zauważyła, że się jej przyglądam, zaczerwieniła się i splotła palce. Wtedy dotarło do mnie, że naprawdę mi się podoba.

Spytała, czy nauczę ją prowadzić samochód. Boże, no jasne!

Tak to się zaczęło.

Lekcje były przerażające. Okazała się strasznie oporną kursantką. Po pierwszej jeździe musiałem wydłubywać żywopłot z grilla samochodu, mojej dumy i radości. Bałem się bardziej o siebie niż o wóz, ale warto było. Z biegiem czasu Alice bardziej się rozluźniła i choć wciąż nieśmiała, stała się nawet gadatliwa. Nie żeby ze mną flirtowała czy coś, ale była bardzo zabawna, a po lekcji często szliśmy na kawę i ciastka. Miała niezły apetyt, Susan nie przesadzała.

Martwiłem się trochę, że jej matka będzie mi niechętna, no bo wiecie, Bulwar, Willowa i te rzeczy, ale nie, oddając jej sprawiedliwość, trzeba powiedzieć, że była dla mnie bardzo miła, a Eugene ciągle chciał, żebym siłował się z nim na rękę. Jego też polubiłem. Nie jego wina, że jest inny, poza tym śmiał się jak osioł, naprawdę przekomicznie, chociaż nigdy nie wiedziałem z czego. On pewnie też nie.

Pod koniec trzeciej lekcji pocałowałem ją i spytałem, czy zostanie moją żoną. Roześmiała się, ale oddała pocałunek, co musiało coś znaczyć. Od tej pory zaczęliśmy się umawiać na prawdziwe randki, ale do moich oświadczyn już nie wróciła. Myślała chyba, że żartuję, ale ja nie żartowałem. Długo nie miałem odwagi spytać jej drugi raz. W sumie poznałem ją na tyle, na ile dała się komukolwiek poznać.

Byłem dla niej dobry, chociaż wszyscy myśleli pewnie, że to ona jest dobra dla mnie. Chodziliśmy do dyskotek i na dancingi. Uszyła sobie sukienkę z różowego jedwabiu. Powiedziała, że jest w kolorze „spopielałych róż”, ale dla mnie była różowa. Zaczęliśmy się trochę obmacywać, ale nie, nie na poważnie. Bałem się przesadzić, bo mogła się wystraszyć, poza tym wiedziałem, że jest bardzo religijna, jak jej matka. W tamtych czasach wszyscy byliśmy trochę religijni. Nie to, co teraz.

Mogliśmy pójść na całość na wyścigach w Galway. Zarezerwowałem mały hotel – oczywiście dwa oddzielne pokoje – i pojechaliśmy tam granadą. Alice musiała przynieść mi szczęście, bo dużo wygrałem. Nigdy przedtem nie miałem takiego farta. Wieczorem zamówiłem butelkę wina do kolacji (brała dokładki wszystkiego, czego się dało). Nie znałem się na winach, wiedziałem tylko, że są czerwone i białe, a ponieważ czerwone wydało mi się bardziej wytworne, wskazałem najdroższe w karcie (zdążyłem już wypić parę piw i byłem rozrzutny). Przemądrzały kelner spytał, czy na pewno życzę sobie akurat to, a ja odparłem, że na pewno. Alice też nie znała się na winach, więc już pół godziny później paplała coś bez sensu o tym, że chciałaby zamieszkać w domu z książek. Co dla niej niezwykłe, zaczęła też mnie uwodzić i dziwnie zmiękła w rękach i nogach. Nie wiedziałem, co robić, zwłaszcza że ni z tego, ni z owego nachyliła się i głośno pocałowała mnie w usta, przez stolik. Byłem w siódmym niebie, ale nadszedł kelner i zburzył tę chwilę, mówiąc, że przeszkadzamy innym gościom. Ci inni składali się z kobiety i mężczyzny w średnim wieku oraz dwóch starszych pań. Zgoda, na pewno ich zgorszyliśmy, ale miałem to gdzieś.

Na schody wpłynęliśmy pod rękę. Odstawiłem ją do drzwi jej pokoju, gdzie przez chwilę całowaliśmy się namiętnie. Spytała, czy chcę spędzić z nią noc. Cóż, raczej nie mogłem jej odmówić, prawda? Padła na łóżko i jeden po drugim, zrzuciła buty, celując do kosza na śmieci i za każdym razem chybiając o kilometr. Boże, była cudowna. Przeprosiłem ją i pobiegłem do łazienki na końcu korytarza (powiedzmy sobie szczerze: nie był to hotel Four Seasons). Wszedłem do plastikowego brodzika i przygotowując się gorączkowo do tego, co mnie czekało, zacząłem się namydlać. Potem kilka razy opłukałem się w strumyku letniej wody ledwo ciurkającej z zardzewiałego sitka i pospiesznie wytarłem ręcznikiem tak sztywnym i cienkim, że czułem się tak, jakbym tarł skórę papierem ściernym. Narzuciłem szlafrok i ruszyłem do pokoju. Na podeście zerknąłem w wiszące tam lustro: zęby i usta miałem pokryte czerwonawo-szarym nalotem od wina. Lepsze wrażenie zrobiłby nawet Drakula, więc na łeb, na szyję pognałem z powrotem do łazienki, żeby poszukać szczoteczki do zębów. Niczym galopujący Struś Pędziwiatr poślizgnąłem się w kałuży rozlanej przeze mnie wody, chwyciłem się umywalki i wylądowałem na prawym łokciu w fontannie wody tryskającej z rury, którą przy okazji zerwałem ze ściany. Jezus Maria, ten ból! To poniżenie, gdy podniósłszy wzrok, zobaczyłem kierownika hotelu w towarzystwie dwóch starszych pań i gdy zdałem sobie sprawę, że leżę w rozwiązanym szlafroku, wystawiając się wszystkim na pokaz.

Co gorsza, każdego pensa, którego wygrałem na wyścigach, musiałem oddać kierownikowi i lekarzowi. Gdy w końcu o wpół do czwartej rano wróciłem do pokoju, Alice leżała na łóżku dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej ją zostawiłem. Całkowicie ubrana, spała, cicho pochrapując. Byłem zmęczony i skacowany, a świeżo nastawiony łokieć doskwierał mi tak bardzo, że odczuwałem jedynie ból. Wróciłem do swojego pokoju i zapadłem w niespokojną drzemkę.

Podróż do domu była koszmarna. Alice paliła się ze wstydu za swoje skandaliczne, jak uważała, zachowanie, a ponieważ nie mogłem prowadzić ze względu na rękę, musiała usiąść za kierownicą. W drodze powrotnej omal się nie odkochałem. Pięć razy otarliśmy się o śmierć. Myślałem, że już nigdy nie oderwę ramion od uszu i po dziś dzień śni mi się ten zakręt w Kinnegad. Potem nasze stosunki uległy wyraźnemu ochłodzeniu.

Tydzień później opowiedziałem mojemu kumplowi Gerry’emu, co się stało w hotelu i pokazałem mu rachunek, żeby wiedział, ile mnie ta impreza kosztowała. Wyśmiał mnie niemożebnie za to, że zamówiłem całą butelkę porto.

Nasze relacje stopniowo wróciły do normy, chociaż temat ponownego wyjazdu za miasto już nigdy nie powrócił. W końcu przyznałem się jej, że zamiast wina, zamówiłem porto, co ostatecznie pozwoliło nam przełamać lody i całą winę za te tragiczne wydarzenia zrzucić na trunek.

Mama była zachwycona, że ze sobą chodzimy. Często zapraszała ją na herbatę. Alice przyprowadzała czasem Eugene’a, a wtedy mama robiła wielkie zamieszanie, przesadnie nam nadskakując i rycząc do niego, jakby był głuchy. Ale on tylko się śmiał. Miał gdzieś, co kto do niego mówi.

Błyskawicznie się z nim zaprzyjaźniłem. Moim zdaniem to świetny gość, szczęśliwe, zabawne dziecko w ciele dorosłego mężczyzny. Zawsze uśmiechnięte. Nie, nie twierdzę, że nigdy nie sprawiał kłopotów. Na przykład lubił tańczyć. W miejscach publicznych, zwykle na mszy czy w supermarkecie, na oczach wiernych czy klientów. Ale wszyscy rozumieli, że to tylko nieszkodliwy idiota, niech Bóg mu dopomoże. Mieliśmy taką zabawę: on siadał na swoim ulubionym krześle, a ja zachodziłem go od tyłu, podnosiłem mu ręce i udawaliśmy, że latamy po pokoju. Uwielbiał się tak bawić, nigdy nie miał dość, i wiecie co? Mnie też sprawiało to kupę radochy, sama zabawa i jego wesoły śmiech. Niewielu dałoby radę go podnieść, uwierzcie mi na słowo. Jestem silny jak byk, a on swoje waży.