Obsesja LydiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
Audiobook
Czyta Ewa Abart, Michał Lesień-Głowacki, Róża Cieślińska-Dziekiewicz
32,90  24,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Początkowo chciałem podrobić świadectwo. Byłem w tym dobry. W poprzedniej szkole robiłem to dla kolegów, a u Świętego Marcina szybko zaproponowałem swoje usługi, żeby uniknąć bicia. Podrabiałem zwolnienia od rodziców, świadectwa i bilety kolejowe. Raz kazali mi podrobić kilka banknotów dziesięciofuntowych, a potem spuścili mi manto, bo, tak jak ich uprzedzałem, nic z tego nie wyszło. Postanowiłem postawić sprawę otwarcie, bałem się tylko reakcji ojca.

Już rozczarowałem go tym, że nie jestem wysportowany i nie lubię rugby ani golfa. Kiedyś zmusił mnie do zaliczenia osiemnastu dołków w jego towarzystwie. Nigdy nie umiałem z nim rozmawiać i nie potrafiłem posłać piłki dalej niż na trzy metry. A wtedy narobiłem mu wstydu przed znajomym. Był to mecz z cyklu „ojcowie i synowie”, którego rozegranie zaproponował na pewno właśnie jego znajomy, członek klubu dużo bardziej ekskluzywnego niż klub ojca. Jego syn był dużo ode mnie młodszy, ale skompromitowałem się, mdlejąc na czwartym dołku, i musiano odwieźć mnie wózkiem do pawilonu. Kiedy Przeklęty Paddy Carey pokazał, na co go stać, tata zrezygnował z członkostwa, twierdząc, że po prostu brakuje mu czasu. Nie ma tego złego.

Mimo to, jak dotąd, zawsze udawało mi się utrzymać wśród najlepszych uczniów w klasie. Ojciec nie potrzebował kolejnego powodu, żeby wyjść z siebie. Poza tym nie byłem pewny, czy potrafiłbym nad sobą zapanować, gdyby jednak się zezłościł. Mama próbowałaby pewnie załagodzić sytuację, mówiąc, że czwórki i trójki nie są takie złe.

Pierwszego dnia ferii postanowiłem mieć to z głowy i wręczyłem mu świadectwo. Czekałem cały w nerwach, a on otworzył je roztargniony, przejrzał i wcale się nie wkurzył.

– Gdzie podziały się te wszystkie piątki? – spytał. – Opuściłeś się.

Włączyła się mama.

– Boże, Laurence! – wykrzyknęła, przeczytawszy wszystko od A do Z. – To nie katastrofa, ale co ci się stało? – I zanim zdążyłem odpowiedzieć, dodała: – To przez tę dziewczynę. Ona cię rozprasza. Kiedy tu jest, zupełnie się nie uczysz.

– Ta dziewczyna ma na imię Helen – wymamrotałem.

– Nie odszczekuj matce! – warknął człowiek podejrzewany o porwanie lub morderstwo. Ale zaraz potem wyszedł i już o tym nie wspominał.

Mama zrobiła mi wykład: zamierzała mieć mnie na oku, dopilnować, żebym przez święta odzyskał utracone piątki.

– Oczywiście to moja wina – mówiła. – Wiedziałam, że nic z niej dobrego, kiedy tylko mi o niej powiedziałeś. Powinnam była położyć temu kres.

Udało mi się zadzwonić do Helen i powiedzieć, że musimy trochę przybastować.

– Walić to – rzuciła. – Kim ty jesteś, facetem czy szmatą?

Nie odpowiedziałem.

Mama martwiła się, że ojciec wygląda coraz gorzej i starzej; starałem się o tym nie myśleć, lecz nie mogłem się uspokoić. Mówiła, że powinniśmy być dla niego łagodni i niczego od niego nie chcieć. Zwierzyła mi się, że tata ma poważne kłopoty finansowe, o których nie chce z nią rozmawiać. Udając, że jej wierzę, odrzekłem, że moja za mała marynarka jest dobra i nie ma sensu kupować nowej pięć miesięcy przed końcem szkoły. Przyznała, że po prostu nie stać nas na zbędne wydatki.

Nigdy nie widziałem ojca pokonanego przez stres. Stres i depresja były słabościami matki. I gdy tata wyglądał coraz gorzej, zacząłem zdawać sobie sprawę, że jestem prawdopodobnie jedyną osobą, która zna prawdziwe powody pogorszenia stanu jego zdrowia.

W Boże Narodzenie skończyłem osiemnaście lat. Dzień wcześniej, wieczorem Helen przyszła do mnie i wymieniliśmy prezenty. Powiedziała, że tani ze mnie chłopak, bo może dać mi tylko jeden, łączony, na świąteczne urodziny. Dostałem podkoszulek z Gwiezdnymi wojnami (widzieliśmy już Imperium kontratakuje), ale wstydziłem się go przy niej włożyć. Powiedziałem, że będzie świetny na lato. Tak jak się spodziewałem, był za mały. Ja dałem jej kolczyki z kolorowymi szkiełkami. Powiedziała, że są piękne i że od dawna chce przekłuć sobie uszy.

Namawiałem ją na powtórkę z seksu, ale powiedziała, że się zraziła. Miałem czerwoną rękę od klapsów, którymi próbowała ostudzić mój zapał. Właśnie to najbardziej pamiętam z tych świąt, moje namolne próby i jej klapsy.

Wielki dzień zaczął się jak typowa rodzinna impreza. Zjedliśmy w jadalni zamiast w kuchni. Na białym obrusie wylądowały kryształy, a tata, pierwszy raz od... od tamtego czasu, starał się pokazać, że jest w dobrej formie. Udając, że ma dobry humor i mu wesoło, czytał nam te same stare dowcipy ze strzelających zabawek bożonarodzeniowych z niespodzianką. Chwalił jedzenie i choć widziałem, że jest wkurzony, nie zwracał uwagi na mój kopiasty talerz. Postanowiłem wykorzystać urodzinowo-bożonarodzeniową amnestię i zjadłem całe pudełko mieszanki czekoladowej Quality Street. Rodzice tego nie skomentowali.

Otworzyliśmy prezenty. Dostałem między innymi Największe przeboje Roda Stewarta. Jak co roku, kupiłem mamie breloczek do bransoletki, tym razem była to malutka figurka baletnicy. Za młodu mama uczyła się baletu i jako nastolatka mogła kontynuować naukę w Londynie, ale nie chciała, bo bała się, że będzie tęskniła za domem. Nigdy nie wyjeżdżała na wczasy. Nie wytrzymałaby poza domem dłużej niż jeden dzień. Kiedy miała dwanaście lat, namalowano ją podczas ćwiczeń przy drążku, w stylu Degasa, i oprawiony w palisandrową ramę wielki obraz wisiał teraz nad kominkiem. Wciąż ćwiczyła kroki i codziennie rano godzinami rozciągała się przed lustrem w sali tanecznej na górze. Wiedziałem, że nowa figurka bardzo się jej spodoba i faktycznie tak się stało. Tacie dałem książkę, Rumpole of the Bailey, bo podobał mu się serial. Ciągle narzekał, że jest zupełnie nierealistyczny, ale nie opuścił ani jednego odcinka.

– Bardzo przemyślany prezent, dziękuję, synu. – Wydawało się, że jest autentycznie wzruszony. Zatliła się we mnie iskierka... jakiegoś uczucia i przemknęło mi przez głowę, że może jednak wszystko dobrze się skończy. Ale zaraz potem pomyślałem o świętach w domu Annie Doyle, o jej mamie, tacie i siostrze patrzących na puste miejsce przy stole. Dla nich nie był to dobry dzień.

Tata zrobił wielkie halo z tego, że skończyłem osiemnaście lat. Wygłosił ładną przemowę, w której powiedział, że jestem już mężczyzną, że wkrótce wyfrunę w świat i będę o sobie decydował i że wie, iż dam im liczne powody do dumy. Kiedy mówił o fruwaniu, mama wymownie zacmokała, ale nalała mi mały kieliszek wina, mojego pierwszego legalnego alkoholu, a potem dała mi dodatkowy prezent, coś specjalnego tylko od niej, jak nadmieniła. Wyglądało to jak szkatułka na klejnoty, ale kiedy podniosłem wieczko, zobaczyłem umoszczoną w aksamicie szczerozłotą maszynkę do golenia. Była to maszynka jej ojca, pamiątka rodowa.

Wiedziałem, że jest to dla niej wielka chwila i mama chce, abym też tak to odebrał, ale ojciec nie mógł się powstrzymać.

– Na miłość boską, Lydio, przecież do śmieszne! – powiedział szyderczo. – On się jeszcze nie goli. Późno weszliśmy w okres dojrzewania, prawda, chłopcze?

Rzeczywiście, nie potrzebowałem maszynki, ale pod każdym innym względem byłem już dojrzały i bardzo kusiło mnie, żeby mu powiedzieć, że nie jestem już prawiczkiem. Mama próbowała pospiesznie załagodzić sytuację, lecz nie miała żadnych zdolności dyplomatycznych.

– Może na razie nie potrzebuje, ale wkrótce będzie! – powiedziała promiennie, stanowczym gestem kładąc ojcu rękę na ramieniu.

Zakłopotany tata milczał przez chwilę, wiercąc się na krześle, i w końcu wykrztusił:

– Tak, tak, oczywiście! – Dał mi żartobliwego kuksańca w ramię, jak mężczyzna mężczyźnie. Omal się nie skrzywiłem, ale nie z bólu, tylko dlatego, że zrobił to tak nieszczerze.

– Na zdrowie! – rzuciła mama, podnosząc kieliszek do toastu. – Wszystkiego najlepszego, synku! – Trąciliśmy się szkłem.

Ojciec i ja spotkaliśmy się wzrokiem i przez ułamek sekundy widziałem, że próbuje patrzeć na mnie bez żadnego udawania, chcąc zobaczyć, kim naprawdę jestem. Wytrzymałem jego spojrzenie. Była to chwila wzajemnego zrozumienia, w której ja dostrzegłem w nim resztki przyzwoitości, a on we mnie syna ukrywającego się pod zwałami tłuszczu. Ale chwila minęła, gdy zadzwonił telefon. Mama poszła odebrać.

– To ta dziewczyna! – zawołała z korytarza i ciężko westchnęła.

Poirytowany tata wzniósł oczy do nieba.

– Jest Boże Narodzenie! – Jakby istniało prawo zakazujące dzwonienia w pierwszy dzień świąt.

– I moje urodziny – zauważyłem.

Ojciec przypomniał sobie, że rzeczywiście mam urodziny, i uśmiechnął się pobłażliwie. Z niepokoju znów ścisnęło mnie w brzuchu. Wyglądał tak nieszkodliwie, ale ja znałem prawdę.

Rozmowa z Helen była krótka.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! No i świąt! Co dostałeś?

Wymieniłem wszystkie prezenty.

– Tylko tyle? Myślałam, że dostaniesz więcej. – Uważała pewnie, że duży dom to bogactwo, a bogactwo to rozrzutność. Rzadko kiedy tak jest.

W tle słyszałem krzyk jej braci i głośny pop.

– Kurde, mama kompletnie odleciała i kupiła Jayowi i Stevo perkusję! Szurnięta wariatka. – Bracia mieli sześć i osiem lat. Potem usłyszałem ogłuszający brzęk czyneli i ryk trzech głosów, w tym głosu Helen: – Cicho!

Mama wyjrzała zza rogu garderoby i posłała mi spojrzenie z cyklu „kończ już”. Ponieważ w tym hałasie dalsza rozmowa z Helen była i tak niemożliwa, szybko się z nią pożegnałem. Wracając do kuchni, usłyszałem, że rodzice sprzątają ze stołu, a tata mówi:

– Kretynka. Dzwonić do kogoś w pierwszy dzień świąt.

– Andrew, ja też jej nie lubię, ale na miłość boską, nie możesz być dla niego milszy? Ma dziś urodziny!

– Co ona w nim widzi? Toż to chodząca góra tłuszczu. Z niej też żadna modelka, ale...

– To twój syn! Proszę, czy nie mógłbyś...

 

Odkaszlnąłem. Chciałem dać im do zrozumienia, że wszystko słyszałem. Zrobiło im się nieswojo, a ojciec choć raz miał na tyle przyzwoitości, że się zmieszał. Nigdy dotąd nie mówił o mnie tak bezceremonialnie. Zdenerwowałem się, zrobiło mi się gorąco. Uświadomiłem sobie, że ten zgorzkniały, nadęty i pełen pogardy człowiek stojący przy kuchennym zlewie patrzy w okno, udając, że Annie Doyle w ogóle nie istnieje i pragnąc, żebym ja też przestał istnieć. Nienawidziłem go. Pragnąłem, żeby to on umarł.

6

KAREN

Po tym, jak tata zawiadomił policję, że Annie zaginęła, myśleliśmy, że już parę dni później będą jakieś wiadomości, ale niezupełnie tak się stało. Na posterunek poszliśmy 21 listopada, w piątek wieczorem. Wyglądało na to, że detektyw Mooney traktuje nasze obawy poważnie. Opisaliśmy mu ubrania, których brakowało w jej szafie.

– Ma jakieś znaki szczególne? – spytał.

Wskazałam jej usta na zdjęciu.

– I nosi bransoletkę identyfikacyjną, której nigdy nie zdejmuje.

– Ze swoim nazwiskiem?

– Nie, z imieniem „Marnie”.

– To jej znajoma?

Tata przeszył mnie wzrokiem.

– Nieważne. To ktoś, kogo kiedyś znała. Imię jest nieistotne.

Wiem, że nazajutrz przesłuchali dziewczyny, które mieszkały w jej domu. Poszłam do sklepu z artykułami plastycznymi Clarksa, żeby spytać, czy w sobotę siostra kupiła ten zestaw do malowania. Pokazałam sprzedawczyni jej zdjęcie. Annie jest na nim bardzo pijana, ale lepszego nie mieliśmy. Zrobiono je rok wcześniej, na imprezie urodzinowej mojego wujka, który kończył wtedy pięćdziesiąt lat. Na wszystkich innych zdjęciach Annie trzyma rękę na ustach, zasłaniając swoją najbardziej widoczną cechę. Policja ich nie chciała, lecz wiedziałam, że Annie by się wściekła, że daliśmy im to, które zamierzała podrzeć. „Wyglądam na nim jak pieprzony mutant!”. Tak kiedyś powiedziała.

Sprzedawczyni pamiętała, że siostra była w sklepie przed kilkoma tygodniami, że oglądała zestaw i mówiła, iż wkrótce wróci z pieniędzmi. Sprzedawczyni zaproponowała, żeby Annie dała zaliczkę, ale siostra odparła, że przyjdzie i zapłaci pełną kwotę. Nie zaskoczyło mnie, że nie przyszła. Byłam na siebie zła, że w ogóle miałam nadzieję.

Zastanawiałam się, czy pojechałaby do Londynu na skrobankę. Gdyby była w ciąży, na pewno nie wróciłaby do Świętego Józefa. Ale gdyby chciała zrobić skrobankę, spakowałaby torbę i do tej pory byłaby już w domu. W akcie skrajnej rozpaczy przez cały ranek wydzwaniałam do wszystkich szpitali w Dublinie, ale do żadnego nie trafił nikt odpowiadający jej rysopisowi. Detektyw Mooney powiedział, że on też wydzwaniał po szpitalach, z takim samym rezultatem.

Musia cały czas siedziała w kościele, modląc się za powrót Annie, a Dessie i ja wzięliśmy wolne i wyruszyliśmy na poszukiwania. Rozmawialiśmy z bywalcami pubu U Wikinga. Pomyślałam, że chętniej pogadają ze mną niż z mamą. Niektórych kiedyś tam widzieliśmy. Wszyscy ją znali, uśmiechali się, kiedy o niej opowiadali. „Piła jamesona jak smok!”, wspominał barman, który na pewno nigdy nie pogardził jej forsą. Zastanawiali się, co się z nią stało. Spytałam, czy bywała w pubie z jakimś chłopakiem. Jedna z jej „znajomych” zrobiła nieufną minę. „Z niejednym”, odparła wymijająco. Zażenowany Dessie miał tego dość i wyszedł.

Byliśmy też u jej szefa w firmie zajmującej się sprzątaniem mieszkań. Policja już go przesłuchiwała i nie chciał z nami rozmawiać, twierdząc, że powiedział im wszystko, co wie. „Ona jest jak wrzód na dupie. I tak chciałem ją wyrzucić”. Nic więcej nie dodał.

Trzy dni później policja skontaktowała się z właścicielem domu, w którym mieszkała Annie. Był wściekły, bo właśnie zamierzał opróżnić jej mieszkanie i krzyczał, że traci pieniądze. Policjanci przeszukali wszystkie zakamarki. I myślę, że właśnie od tej chwili zaczęli traktować Annie zupełnie inaczej.

W środę 26 listopada zadzwonił detektyw sierżant O’Toole, który poprosił, żebyśmy przyszli na posterunek, Musia, tata i ja. Odetchnęliśmy z ulgą. Wmówiliśmy sobie, że ją znaleźli.

Na posterunku detektyw Mooney zaprowadził nas do małego pokoju bez okien. Były tam tylko dwa krzesła, więc ktoś poszedł po jeszcze trzy, żeby wystarczyło dla wszystkich. Nie chcieli nic powiedzieć, zanim nie usiedliśmy. Musia bardzo się zdenerwowała i kurczowo ściskając różaniec, spytała:

– Po co to przedstawienie? Nie możecie po prostu powiedzieć, gdzie ona jest?

W ciągu tych kilku dni rozmawialiśmy z detektywem sierżantem O’Toole’em przez telefon, ale żadne z nas nie poznało go osobiście. Mocno zbudowany, miał trzydzieści kilka lat i dwa razy skaleczył się przy goleniu, na podbródku i tuż pod lewym uchem. Przekonana, że zaraz usłyszymy złe wiadomości, wynajdywałam te nieistotne szczegóły, żeby o tym nie myśleć. Dotarło do mnie, że gdyby wiadomości były dobre, przekazano by je nam przez telefon. Mooney i detektyw sierżant O’Toole usiedli obok siebie po jednej stronie stołu, a my po drugiej. Stół, wielkości nauczycielskiej katedry, był stary i zniszczony. Z blatu powycinano scyzorykiem duże kawałki drewna i roiło się na nim od prymitywnych rysunków półnagich kobiet i napisów takich jak „Jebać psy”, zrobionych długopisami i markerami.

Przed detektywem leżały otwarte akta. Nie widziałam, co jest tam napisane, ale dostrzegłam zdjęcie Annie. Przyklejaliśmy je gdzie się dało, na słupach latarni, w sklepach, pubach i kruchtach.

O’Toole przedstawił się jako Declan i spytał o nasze imiona. Za długo mi się przyglądał i poczułam się trochę nieswojo.

– Widzieliście mnie wczoraj w telewizji? Podchodzimy do tej sprawy bardzo poważnie.

Musia widziała i traktowała go jak znaną osobistość. Tata i ja nie widzieliśmy wywiadu, bo szukaliśmy Annie.

– Szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się większego odzewu, dlatego na początku muszę powiedzieć, że jak dotąd jej nie znaleźliśmy.

Mama cicho zaszlochała. Napięcie doprowadzało nas do szaleństwa. O’Toole zignorował jej rozpacz.

– Ale dokonaliśmy kilku odkryć, o których zapewne nie wiecie. – Spojrzał na mnie. – Czy wie pani, że pani siostra jest heroinistką?

– Nieprawda – odparłam. – To znaczy, tak, trochę pije, ale od narkotyków trzyma się z daleka.

– Jezus Maria... – wymamrotał tata.

– Przeszukaliśmy jej mieszkanie i pod materacem znaleźliśmy przedmioty wskazujące na to, że jest uzależniona.

– Jakie przedmioty? – zapytała Musia.

– Strzykawki, folię aluminiową i opaskę uciskową.

Doznałam szoku. Widywałam narkomanów. Czasem włóczyli się po naszej okolicy. Same beznadziejne przypadki, ludzie mieszkający na ulicy i żebrzący o pieniądze na kolejną działkę. Widziałam ich na własne oczy. Annie do nich nie należała. Mama milczała, cicho płacząc.

– Ona nie jest taka – odezwał się tata. – Zgoda, czasem sprawia kłopoty, ale jest za inteligentna na narkotyki.

– Gerry... – O’Toole znów zignorował zrozpaczoną mamę i nie podobał mi się protekcjonalny sposób, w jaki wypowiedział imię taty. – Czy wie pan, że w zeszłym roku Annie przyłapano trzy razy na kradzieży sklepowej? Ostatnim razem sędzia ostrzegł ją, że jeśli zobaczy Annie jeszcze raz, pośle ją do więzienia. Pana córka nie prowadzi się najlepiej.

Tata umilkł, ale ja byłam wstrząśnięta i wściekła.

– Dlaczego pan tak mówi? Ona nie jest złodziejką! I nie miałaby pieniędzy na narkotyki. To nieprawda, a nawet jeśli, to gdzie ona jest? Zrobiliście wszystko, żeby ją znaleźć?

Mooney spojrzał na sufit; chyba był zażenowany.

– Pieniądze miała ze sprzedaży skradzionych rzeczy i... – O’Toole teatralnie odchrząknął – ...z innych źródeł.

Wyciągnął ręce, położył je płasko na stole i zwrócił się do mamy.

– Pauline, wszyscy musimy zachować spokój. Przyznaję, że nie wiem, gdzie jest Annie, ale wszystko wskazuje na to, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy regularnie spotykała się z pewnymi dżentelmenami... klientami, którzy mogli też pokrywać wydatki związane z jej nałogiem.

Chwilę trwało, zanim dotarło do nas, o czym mówi. Mama była oszołomiona, ale tata zerwał się na równe nogi, z trzaskiem przewracając krzesło.

– Chcesz powiedzieć, że Annie jest prostytutką? To chcesz powiedzieć? Bo jeśli tak, zaraz oberwiesz w mordę!

Pociągnęłam go za rękaw, a O’Toole szybko wstał i wypchnął przed siebie Mooneya. Ten stanął za tatą i położył mu rękę na ramieniu.

– Takie są fakty – powiedział spokojnie. – Jeśli nie stawimy im czoła, nie znajdziemy pańskiej córki.

Tata zaciskał pięści, ciężko oddychał, a potem zaczął wyrywać sobie włosy z głowy.

– Tatusiu, przestań! Usiądź.

W końcu osunął się na krzesło. O’Toole kiwnął głową do Mooneya i ten pozostał na straży. O’Toole nachylił się ku tacie i spokojnym głosem powiedział:

– Rozumiem, że jest pan zdenerwowany, ale sprawdziliśmy jej przeszłość. Wiemy, że spędziła dwa lata u Świętego Józefa. Sam pan ją tam wysłał, Gerry.

Tata ukrył twarz w dłoniach.

– Muszę zadać państwu pewne pytanie i chcę, żebyście dobrze zastanowili się nad odpowiedzią. Czy Annie mogła odebrać sobie życie?

Nie musiałam zastanawiać się ani chwili.

– Nie, to absolutnie wykluczone. – Mnie też przeszło to przez myśl, ale w czwartek, gdy widziałam ją ostatni raz, siostra tryskała optymizmem. Była pogodna, liczyła na to, że zdobędzie skądś pieniądze. Nie zostawiła listu. Nie było ciała. Nie, nigdy by nam tego nie zrobiła. Chociaż ciągle kłóciła się z tatą, zawsze istniała między nimi jakaś więź. Nawet jemu by tego nie zrobiła. Rodzice zgodzili się ze mną.

– Nie nasza Annie – oznajmiła Musia.

– Cóż, nigdy nie można tego wykluczyć i chętnie poprowadzę dalej śledztwo. Jak zapewne się domyślacie, mój wywiad w telewizji nie okazał się zbyt... owocny. Ale znam kilku dziennikarzy, którzy mogliby opisać tę sprawę z takiego bardziej... ludzkiego punktu widzenia. Gdybym po południu ściągnął ich na posterunek, czy bylibyście gotowi z nimi porozmawiać? Co, Gerry? – Widziałam, że O’Toole jest tym podekscytowany.

– Tylko ja? – nie zrozumiał tata.

– Nie, wszyscy. – Detektyw wskazał mnie ruchem głowy. – Piękna twarzyczka nigdy nie zaszkodzi. – Puścił do mnie oko. Byłam zdegustowana.

– I co, powiedzieć im, że Annie jest narkomanką i prostytutką?

– Nie, nie, po co ujawniać te bardziej... kłopotliwe szczegóły. Nie ma takiej potrzeby. Chodzi o zwykły apel do córki, żeby wróciła do domu. Nie mamy dowodów, że stało się coś złego, ale może przebywać... powiedzmy, w mało sympatycznym towarzystwie. Rozmawiać z reporterami będziecie tylko we troje, to nic takiego. Żadne inne... hm, informacje nie zostaną im przekazane.

Detektyw Mooney spojrzał poważnie na tatę.

– To wasza największa szansa, Gerry.

Pokłóciliśmy się o to. Musia chciała rozmawiać, tata nie. Doszło między nimi do potężnej awantury w obecności O’Toole’a i znalazłam się między młotem a kowadłem.

– Zawsze się jej wstydziłeś – mówiła mama.

– Dziwisz się? Mam się chwalić, że moja córka jest dziwką i ćpunką?

– Ucieszyłbyś się, gdyby znaleziono ją martwą w jakimś zaułku, co? Bo już nigdy więcej nie musiałbyś jej oglądać!

– Nie! Nieprawda! Po prostu martwię się, co będzie, jeśli kiedyś znów pójdzie w tango. Zamartwiam się na śmierć!

– To twoja krew. Musimy ją znaleźć.

– Zgadzam się z mamą – wtrąciłam. – Bo co, jeśli spotkało ją coś złego? Nie poszła w tango. Jeśli ci, z którymi jest, wiedzą, że policja jej szuka, może odeślą ją do domu?

– Nie wiemy nawet, czy gdzieś nie...

– Wiemy, tato. Zostawiła swoje rzeczy. Nie wyjechałaby, nie zabierając rzeczy.

Po południu wróciliśmy na posterunek. Dessie też przyszedł, ale siedział w pokoju na zapleczu. Powiedziałam mu o narkotykach i prostytucji. Był zszokowany. „Jezu, nie wiedziałem, że aż tak z nią źle”. I mocno uścisnął tacie rękę, jak na pogrzebie. „Przykro mi, że macie kłopoty”.

Tata łypnął na niego spode łba. Nie chciał rozmawiać z reporterami, a mama bardzo się denerwowała.

– Nie martwcie się, jeśli mówiąc o Annie, załamiecie się i rozpłaczecie – powiedział O’Toole.

Pomyślałam, że to dziwne pocieszenie, bo powiedział to tak, jakby dawał nam do zrozumienia, że powinniśmy się rozpłakać.

– Po prostu bądźcie szczerzy – radził detektyw Mooney. – Powiedzcie Annie, żeby wróciła do domu, że tego chcecie.

– Przecież ja chcę, żeby wróciła! – zjeżył się tata, jakby Mooney w to wątpił.

– Spokojnie, tato – wtrąciłam.

 

Zaprowadzono nas do większego pokoju z dużym stołem konferencyjnym, za którym zasiedliśmy po tej samej stronie co O’Toole. Nie mogłam mówić do niego „Declan”, nie potrafiłam. Zauważyłam, że po naszym porannym spotkaniu był u fryzjera. Dawałam głowę, że ma Annie gdzieś i chce tylko zaistnieć w prasie, bo tak pysznił się tym, że zrobili z nim wywiad w telewizji. Kiedy fotograf chciał zrobić nam zdjęcie, O’Toole zerwał się z krzesła, stanął między nami i rozłożył ręce jak Chrystus na świętym obrazie przedstawiającym ostatnią wieczerzę. Musia i tata opowiadali o Annie, a kilku reporterów notowało i robiło zdjęcia. W pewnym momencie O’Toole spojrzał na mnie znacząco, dając mi do zrozumienia, że powinnam coś powiedzieć, ale ja siedziałam ze zwieszoną głową i milczałam. Nie chciałam się rozpłakać przed obcymi.

Ja też wiedziałam coś, czego nie zdradziłam rodzicom; za bardzo by ich to zabolało. Przed konferencją O’Toole wziął mnie na bok. Objął mnie, niby w pocieszający sposób, ale omal się nie zakrztusiłam nieznośnym zapachem jego płynu po goleniu.

– Karen, jeśli mógłbym coś dla pani zrobić... Nie mogę patrzeć, jak pani cierpi.

– Nie wiecie, gdzie mogła wyjechać? Co się z nią stało? Nie macie żadnych tropów?

– Obawiam się, że nie, ale namierzyliśmy jej alfonsa. Jego zdaniem od kilku miesięcy Annie przyjmowała klientów na własną rękę. Nie wychodziła na ulicę, tak jak przedtem, ale miała skądś pieniądze na heroinę. Wie pani, dziewczynom jest czasem lepiej z alfonsem, bo zapewnia im ochronę...

– Aresztowaliście go?

O’Toole zrobił skonsternowaną minę.

– Za co?

– Za to, że jest alfonsem! Czy to nie jest nielegalne?

A on po prostu się roześmiał.

– Taka piękna dziewczyna i się denerwuje? Po co? Alfonsi przydają się nam do innych celów.

Kipiałam gniewem.

– A to na pewno!

Wtedy mnie puścił.

– Jestem po pani stronie. Na pani miejscu nie kąsałbym ręki, która panią karmi.

Wyraźnie mi groził. Byłam wstrząśnięta, ale musiałam grać, inaczej by nam nie pomógł.

– Przepraszam, to dlatego, że... że się martwię. Annie i ja jesteśmy bardzo zżyte.

– Nie dzieliła się z panią swoimi sekretami i wiem, że to boli. – Poszperał w papierach na biurku i wyjął notes podobny do starego szkolnego zeszytu. – Znaleźliśmy to pod materacem razem ze strzykawkami. Nam się nie przyda, więc może chciałaby pani to zatrzymać?

Wyciągnęłam rękę, ale podniósł zeszyt wysoko nad głowę.

– Co się mówi?

– Dziękuję, panie sierżancie.

Uśmiechnęłam się promiennie.

– Dziękuję, Declanie.

– Dziękuję, Declanie.

– Fatalnie pisze, co? Czy ona w ogóle chodziła do szkoły?

Miałam ochotę zabić go wzrokiem.

– Wymienia tu bardzo duże kwoty – ciągnął. – Nie wiemy, do czego się odnoszą. Gdyby mogła nas pani oświecić, bylibyśmy wdzięczni. Prostytutki tyle nie zarabiają. Bieżąca stawka to dziesięć funtów za pełny stosunek. – Dał mi do zrozumienia, że za kwoty wymienione w zeszycie Annie musiała oferować „bardzo specjalne usługi”. Nie od razu zrozumiałam, co ma na myśli. Pomyślałam o siostrze, z którą przez całe dzieciństwo dzieliłam pokój. Wciąż nie przyjmowałam do wiadomości, że może być prostytutką. O’Toole dodał, że wszystkie adresy i numery telefonów zostały sprawdzone i nie naprowadziły ich na żaden ślad.

Zapisał swój numer na karteczce.

– Proszę dzwonić o każdej porze, kiedy tylko zechce pani porozmawiać.

– O Annie?

– O czymkolwiek.

Od razu poznałam jej bazgroły. To było coś w rodzaju pamiętnika. Miała straszny charakter pisma i robiła okropne błędy ortograficzne. Ale w tych gryzmołach dostrzegłam całą Annie i kiedy wszystko przeczytałam, zrobiło mi się niedobrze. Mdliło mnie na myśl, że wertuję jej osobiste zapiski, ale ich treść rozdzierała mi serce. Pierwszy miał formę listu, który napisała przed czterema laty, zaraz po powrocie ze Świętego Józefa.

Kochana Marnie

Pewnie dali ci nowe imię ale dla mnie zawsze będziesz Marnie jak w tym filmie. Ta dziefczyna była świetna w tym filmie i myślę że ty tesz będziesz wspaniała jak dorośniesz. Jesteś naj piękniejszym dzeickiem jakie widziałam. Mam nadzieję że ta nowa rodzina dobrze cię traktóje. Nie chcieli mi powiedzieć gdzie cię zabierajo i nie chciałam cię zostawiać ale powiedzieli, że jak nie podpiszę papierów to mnie tam bedo czymać bez końca. Żałóję że nie zostałam i nie zabrałam cię do domu ale tata nie chciał o tym słyszeć. Powiedział że przyniosę fstyd rodzinie. Nie chcę przynosić ci fstydu. Będę cię szókała i niedługo znajdę. Szkoda że nie wiem gdzie jesteś bo tęsknię i pamiętam jak czymałam cię w ramionach i tuliłam. Moja siostra pytała o ciebie ale nie mogę nic powiedzieć bo jestem tą złą ktura cię pożuciła i teraz załóję że nie zostałam i cię oddali. Z całego serca tego żałóję i przyrzekam że cię znajdę.

Do kartki był przyklejony kosmyk mięciutkich, puszystych, niemal żółtych włosków.

W zeszycie znalazłam również bilety – przyklejone taśmą jak w albumie z wycinkami – oraz numery telefonów, zapisane kwoty i pełne błędów adresy hoteli. Ostatnie notatki były opatrzone literą „S” z jednej strony i „£300” z drugiej. Podobnie jak O’Toole, nie mogłam dopatrzeć się w tym żadnego sensu.

Kiedy opublikowano wywiad, policję zalała powódź informacji. Annie widziano w pięciu różnych pubach i dwóch restauracjach w Dublinie, pracowała w kawiarni w Galway, w hotelu w Greystones i w biurze w Belfaście. Spostrzeżeń dokonano w setkach miejsc i nawet detektyw Mooney, który informował nas na bieżąco, przyznał, że nie mają ludzi, aby sprawdzić każdy telefon. A przynajmniej – sprawdzić, jak należy. Wiele z tych miejsc odwiedziliśmy sami, ja i Dessie. Wsiadaliśmy do autobusu i z jej zdjęciem w ręku jeździliśmy po pubach, hotelach i sklepach, ale doprowadzało nas to do szału, bo wielu z tych, którzy ją „widzieli”, chciało jedynie zaznać ekscytacji związanej z poszukiwaniami zaginionej dziewczyny. Ich rewelacje nie trzymały się kupy albo nie wytrzymywały konfrontacji z zeznaniami ich znajomych. Często byli to ludzie, którzy mieli własne problemy i pragnęli uwagi. Każdy nowy trop na jakiś czas dodawał nam skrzydeł, ale żaden nie okazał się dobry.

Tydzień po opublikowaniu wywiadu zaczęło się grzebanie w brudach. W gazetach ukazały się nowe nagłówki: „Zaginiona Annie heroinistką!”, „Zatajona ciąża młodocianej Annie Doyle”. Pojawiły się zawoalowane wzmianki, że często odwiedzali ją mężczyźni i każdy z odrobiną oleju w głowie mógł się łatwo domyślić, o co chodzi.

Tata i mama byli roztrzęsieni. Poszłam z tatą prosto do O’Toole’a.

– Jak się dowiedzieli? Obiecał pan nie przekazywać im prywatnych informacji!

O’Toole udał zdruzgotane niewiniątko.

– Gerry, właśnie wszczęliśmy szeroko zakrojone śledztwo, żeby ustalić źródło przecieku. Zapewniam pana, że jesteśmy równie zdenerwowani jak wy.

Widziałam, że detektyw Mooney jest wściekły. Gdyby mógł, zabiłby O’Toole’a wzrokiem. Czułam, że to on, O’Toole, zrobił przeciek. Po konferencji prasowej widziałam, jak śmiał się i żartował z reporterami. Pozował z nimi do zdjęć. Dawałam głowę, że nie zawahałby się sprzedać im brudnych szczegółów, na które polowali. Może kazał im odczekać tydzień, żeby nikt nie mógł go z nimi powiązać.

Dla mnie wydźwięk tych artykułów był taki, że Annie zasługiwała na to, co ją spotkało, cokolwiek to było, i jeśli leży martwa w jakimś rowie, to tylko z własnej winy. Nawet Dessie się zdenerwował. „Jakby była nikim”, powiedział.

W ciągu trzech tygodni wszystko ucichło. Nie było tropów, nie było śledztwa. Nazwisko Annie Doyle stopniowo zniknęło z nagłówków. Moim zdaniem nikomu nie chciało się zajmować zaginięciem kogoś takiego jak ona. Gdyby chodziło o wytworną, bogatą dziewczynę bez „wątpliwej” przeszłości, nie zrezygnowaliby tak szybko.

Nie mogłam przestać myśleć o pierwszej notatce w jej zeszycie. Napisała ją przed czterema laty, ale bijący z listu ból wciąż był namacalny. A jeśli pojechała do Świętego Józefa, żeby sprawdzić, dokąd wysłano jej dziecko? Jeśli w Cork coś jej się stało?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?