Obsesja LydiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
Audiobook
Czyta Ewa Abart, Michał Lesień-Głowacki, Róża Cieślińska-Dziekiewicz
32,90  24,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

LYDIA

Przez jedenaście dni, które minęły od jej śmierci, odczuwaliśmy nieustanny stres... jakby nad naszymi głowami ciągle wisiał miecz. Kupowaliśmy wszystkie gazety i słuchaliśmy wszystkich wiadomości, czekając, aż powiedzą coś na temat jej zaginięcia, ale nic się nie działo. Andrew chodził do pracy, ja ćwiczyłam, robiłam zakupy, przygotowywałam kolacje, zajmowałam się synem i domem, a od czasu do czasu zamykałam się w sypialni i malowałam usta pąsową szminką matki. Nie używałam jej od dziesięcioleci, ale chociaż wyschła na wiór, pigment był jaskrawy jak przedtem. Rozsmarowywałam go na ustach wraz z warstwą kremu Pond’s, patrzyłam w lustro i widziałam, jak matka patrzy na mnie.

Czasem budziłam się i zastanawiałam, czy śmierć Annie Doyle nie jest tylko strasznym koszmarem nocnym, ale wieczór w wieczór, gdy Andrew wracał z pracy i widziałam jego coraz bardziej szarą twarz, dochodziłam do wniosku, że nie, to nie sen i nigdy się nie obudzimy. Za kuchennym oknem widniała świeżo usypana mogiła. Grób był nagi, więc poprosiłam męża, aby kupił jakieś rośliny i teraz, pod koniec zimnego listopada, ta część ogrodu mieniła się nieprzyzwoicie wszystkimi kolorami.

Mimo to wciąż nie opuszczała mnie nadzieja.

– Nikt jej nie szuka – powtarzałam. – Może nawet nie zgłoszono jej zaginięcia. Przecież gdyby to Laurence zaginął, już po kilku godzinach zawiadomilibyśmy policję, prawda?

– Ty pewnie tak – odparł Andrew. – Ja pozwoliłbym mu odetchnąć.

– Ale... ale ona... Ona najwyraźniej nikogo nie obchodzi.

– W końcu ktoś podniesie alarm, to tylko kwestia czasu. Oszukujesz się, myśląc, że będzie inaczej.

We wtorek 25 listopada podczas kolacji zadzwonił dzwonek u drzwi. Andrew poszedł otworzyć, a ja zaczęłam kroić szynkę. Usłyszałam początek rozmowy i dotarło do mnie, że to policja. Widziałam, że Laurence wytęża słuch, więc z trudem zachowując spokój, zamknęłam drzwi i włączyłam radio.

Mąż wrócił blady jak ściana. W obecności Laurence’a nie miałam odwagi spytać, co się stało, i zamiast tego spróbowałam wciągnąć go do rozmowy o wymianie izolacji bojlera. Ale on tylko skinął krótko głową i schował się za „Evening Heraldem”. Laurence patrzył na jego ręce. Duże ręce, zniszczone bardziej, niż można by się tego spodziewać u prawnika. Andrew gwałtownie rozprostował gazetę, żeby wygładzić kartki i omal nie podskoczyłam. Odłożył ją, spojrzał na syna i spytał:

– O której wróciłeś do domu po kinie z kolegami?

– Hm... nie pamiętam, ale na pewno przed dwunastą – odparł Laurence. – Powiedziałeś, że mogę do dwunastej... – Poczerwieniały mu policzki.

– To dobrze, dobrze... Nie słyszałem, jak wchodziłeś. Szybko zasnęliśmy, prawda, Lydio?

Nie wiedziałam, jak zareagować. Bo co powiedział policjant? Czy ktoś nas jednak widział na plaży? Andrew najwyraźniej próbował ustawić syna tak, żeby zapewnił nam alibi. Sprytny ruch, ale robił to w zbyt oczywisty sposób.

– Chyba tak... – odrzekłam.

– Tak, bardzo szybko – powtórzył mąż.

Laurence był zbity z tropu. Puściłam do niego oko, dając mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku.

To go jednak nie uspokoiło.

– Czego chciał ten policjant? – zapytał.

– To był policjant? – rzuciłam swobodnie. – Coś się stało? Coś w związku z twoją pracą?

Dwa lata wcześniej, jako sędzia Specjalnego Sądu Kryminalnego, mąż przewodniczył w procesie członków IRA i ktoś kilka razy groził mu śmiercią. Zastanawiano się nawet, czy na końcu naszego podjazdu nie postawić budki dla strażnika, ale Andrew tego nie zaaprobował. „Nie zamierzam żyć jak w fortecy”, oświadczył, a ja go poparłam. Owszem, starsi stopniem funkcjonariusze odwiedzali nas czasem, żeby omówić kwestie jego bezpieczeństwa i ochrony, ale zapraszałam ich zwykle do biblioteki, gdzie mogli porozmawiać z mężem w cztery oczy. Andrew rzadko kiedy wspominał o swojej pracy.

Chwilę zwlekał z odpowiedzią.

– Nie. Zaginęła młoda kobieta. Przyszedł spytać, co robiłem w weekend dwa tygodnie temu. Rutyna. Powiedziałem, że w ogóle nie wychodziłem z domu.

Obserwowałam twarz syna i zauważyłam, że jest lekko skonsternowany.

– Och, to straszne! Gdzie widziano ją ostatni raz? Gdzieś tutaj? Dlaczego rozpytywał akurat w tej okolicy? – Udałam, że jestem zaniepokojona, ale musiałam się dowiedzieć. Dlaczego policja odwiedziła akurat nas?

Andrew znów ukrył się za gazetą.

– W pobliżu domu zaginionej widziano samochód podobny do mojego – odparł.

Samochód. Ten samochód. Zabytkowy granatowy jaguar, przedmiot jego dumy i radości – mąż sam go naprawiał – żłopał benzynę jak smok, a jego utrzymanie kosztowało fortunę. Po tym jak Paddy Carey puścił nas z torbami, Andrew chciał sprzedać auto, ale nie znalazł kupca. Dlaczego nie był dyskretniejszy i nie zaparkował gdzieś dalej?

– Cóż to za absurd? Mieli czelność cię przesłuchiwać? Ciebie? Musisz o tym z kimś porozmawiać. Co za tupet!

– To wyjątkowy samochód, Lydio. Po prostu robią swoje. – W głosie męża zabrzmiała surowa nuta.

Laurence patrzył to na niego, to na mnie. Andrew przeprosił nas i wyszedł z jadalni.

– Mamo, czy tato... Czy tato na pewno nie wychodził w piątek wieczorem? Kiedy wróciłem, na podjeździe nie było samochodu.

Zaskoczyło mnie, że syn tak dobrze pamięta wydarzenia sprzed dwóch tygodni, ale miał rację. Z przykrością musiałam zaprzeczyć. Biedaczek był taki skonsternowany.

– Był, kochanie, był. – Ale myślałam też o swoim bezpieczeństwie. – Miałam migrenę i bardzo wcześnie poszłam spać, a tata musiał wejść na górę, zanim wróciłeś. Sam słyszałeś, był w domu, samochód też.

– Nie obudziłaś się, kiedy...

– Laurence! – Roześmiałam się. – Skąd te wszystkie pytania? Masz ochotę na jeszcze jeden kawałek ciasta z rodzynkami? – Zawsze umiałam go zagadać.

W garderobie zadzwonił telefon. Ucieszyłam się, że mogę wyjść z kuchni, bo bardzo chciałam porozmawiać z mężem i spytać go, co wie policja. Podniosłam słuchawkę: dzwoniła jakaś dziewczyna, do Laurence’a. Byłam zaskoczona. Od miesięcy nikt do niego nie dzwonił, a już na pewno nie dziewczyna.

– Do ciebie – zawołałam. – Helen.

Syn zaczerwienił się jak burak i podszedł do telefonu.

Andrew był na górze, chodził nerwowo po pokoju.

– Aresztują nas – powiedział. – Już wiedzą. Już wiedzą!

– Co wiedzą? Co dokładnie im powiedziałeś? Mów.

– Jej rodzina zgłosiła zaginięcie w piątek. Przesłuchali wszystkie lokatorki domu, w którym mieszkała, i jedna z nich przypomniała sobie, że Annie odwiedzał kierowca samochodu takiego jak mój.

– Samochodu jakiej marki? Zapamiętała markę? Dlaczego nie zaparkowałeś dalej? Co za dureń!

– Wiedzą, że to ciemny zabytkowy wóz. Zakładają, że jaguar albo daimler. O Chryste.

– Podała im twój rysopis? Widziała cię?

– Nie, nie mogła. Myślałem, że jestem ostrożny. Zawsze wkładałem ten stary filcowy kapelusz twojego ojca i naciągałem szalik na brodę. Nikt nie widział mojej twarzy, na sto procent. Nie chciałem, żeby mnie rozpoznano.

– Gdzie jest ten kapelusz?

– Co?

– Gdzie jest ten kapelusz?

– Kapelusz? W garderobie... O Chryste. Mogą tu wrócić z nakazem przeszukania. – Andrew zaczął się trząść.

– Przestań. Nie tak nerwowo, nie mogę tego znieść. Ile tych zabytkowych samochodów jest w Dublinie? Dziesięć? Piętnaście? Policja skreśla cię po prostu z listy. Nikt nie widział twojej twarzy. A ja zapewniam ci alibi. Byłeś w domu, ze mną.

– Ale myślę, że Laurence wie...

– Nic nie wie. Wmówimy mu, że nie wie. Tylko nie dawaj mu powodów do podejrzeń. Obmyj twarz, zejdź do nas do salonu.

Zbiegłam do garderoby, gdzie Laurence wciąż rozmawiał przez telefon, siedząc na drewnianym stołku dokładnie pod starym filcowym kapeluszem, który spoczywał na tej półce od trzydziestu lat. Pamiętam, jak tatuś go nosił. Nie chciałam go wyrzucać. Ale teraz musiałam.

– Chcesz czegoś, mamo?

– Nie, nie, tak tylko zajrzałam.

Postanowiłam zabrać kapelusz później.

Laurence przyszedł do nas do salonu. Próbowałam porozmawiać z nim o czymś wesołym, żeby nie zwracał uwagi na wstrząśniętego ojca.

– Więc któż to jest ta Helen? – zaczęłam, ale Andrew mnie uciszył i podkręcił głośność telewizora. Zaczynał się dziennik. Nie była to co prawda wiadomość dnia, ale znalazła się na trzecim czy czwartym miejscu.

„Rosną obawy w związku z zaginięciem dwudziestodwuletniej dublinianki Annie Doyle. Ostatni raz widziano ją jedenaście dni temu, w piątek czternastego listopada, w jej domu przy Hanbury Street...”.

Na ekranie ukazało się ziarniste zdjęcie. Ciemnowłosa, szczupła, mocno umalowana i ubrana w dżinsową kurtkę, ze szklanką piwa w ręku uśmiechała się do kogoś stojącego za fotografem. Zdjęcie zrobiono chyba z zaskoczenia, bo spod jej zdeformowanej górnej wargi wystawały krzywe zęby. Zerknęłam na męża. Skupiony, nie odrywał wzroku od ekranu.

– Tato, to chyba ta, o którą pytała policja – powiedział Laurence.

– Ćśśśśś! – syknął wściekle Andrew.

Mówił sierżant O’Toole, detektyw prowadzący śledztwo.

„...tygodni przed zaginięciem w okolicy jej domu widywano ciemny luksusowy samochód. Uważamy, że kierowca regularnie ją odwiedzał. Prosimy, żeby wszyscy ci, którzy zauważyli coś podejrzanego, natychmiast powiadomili o tym policję”.

A potem prezenter przeszedł do wiadomości o brakach paliwa. Laurence patrzył na ojca, bez wątpienia zastanawiając się, dlaczego tak go to pochłania. Musiałam rozładować atmosferę.

– Mam nadzieję, że go złapią, ktokolwiek to jest – powiedziałam. – Biedna dziewczyna.

 

Moi panowie milczeli.

– Kto ma ochotę na filiżankę herbaty?

Syn pokręcił głową, ale Andrew wciąż zaciskał ręce na podłokietnikach fotela. Musiałam wyrwać go z transu.

– Kochanie? – rzuciłam nieco ostrzej.

– Co? – warknął. – Nie. – Był bardzo blady. Zauważył, że Laurence mu się przygląda. Drgnął i spytał: – No więc? Co to za Helen?

– To moja... moja dziewczyna.

– Dziewczyna! – wykrzyknęłam uradowana, że mam wreszcie okazję, żeby porozmawiać o czymś weselszym. – Poznałeś ją w kinie? Na Garbie jedzie do Rio?

Ze względu na to, co się stało, nie spytałam go o tamten wieczór, ale kiedy wspomniał o „kumplach”, od razu nabrałam podejrzeń. Nie umiał kłamać, tak jak jego ojciec, i teraz prawda wyszła na jaw.

– Nie byłem w kinie. Byłem u niej w domu. Zaprosiła mnie. Jedliśmy pizzę i oglądaliśmy Diuków Hazzardu. Nic więcej nie powiem. – Spojrzał na ojca; czekał na jego reakcję. – Tato?

– To świetnie, Laurence, świetnie.

Było widać, że syn czegoś nam nie mówi. I to mnie zaniepokoiło. Przypomniało mi się, że coś wtedy prał. Z reguły nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Aż do teraz. Musiałam nad tym zapanować, więc kiedy mąż wyszedł bez słowa z pokoju, wzięłam syna za rękę.

– Laurence, proszę, żebyś mi nie przerywał. Nie wiem, co robiłeś z tą Helen i nie chcę wiedzieć, ale nas okłamałeś, ojca i mnie. Wróciłeś do domu ze skręconą kostką, próbowałeś wcisnąć nam bajeczkę, że idziesz do kina, poza tym nie wiem, co tego wieczoru robiłeś w pralni. Nie zamierzam cię o to pytać, ale ojciec dał ci dwa funty na kino, więc proszę, żebyś mi je zwrócił. Jesteśmy uczciwą rodziną i się wzajemnie nie okłamujemy. Czy to jasne?

Chociaż żadne z nas nie wymieniało jej nazwiska, przez pierwsze dwa dni trudno je było zignorować. Jej zdjęcie, to z wykrzywioną w uśmiechu zdeformowaną górną wargą i krzywymi zębami, ukazało się na drugiej stronie „Irish Timesa”. Ostatni raz widziano ją w piątek po południu, jak wchodziła do domu. Napływały niepotwierdzone doniesienia, że rano ktoś widział ją w mieście i policja apelowała do wszystkich, którzy kontaktowali się z nią tego dnia.

Dzień później w gazetach opublikowano wywiad z jej rodzicami. Przyjrzałam się zdjęciu: troje członków rodziny i stojący za nimi detektyw. Od razu było widać, że Doylowie są biedni. Ojciec miał wykrzywioną bólem twarz i szkliste ze zmęczenia oczy. Mocno zbudowany i nieogolony, robił wrażenie nieokrzesanego. Żona była nijaka. Towarzyszyła im druga córka. Stała ze spuszczoną głową, ukrywając twarz pod grzywą włosów. Cytowano matkę, która powiedziała, że Annie jest dobrą dziewczyną, inteligentną, i że kiedy dorastała, tryskała energią i była bardzo lubiana. Prosili ludzi, żeby jej wypatrywali. Chcieli tylko, żeby wróciła do domu. Czytając te słowa, nie czułam bólu matki. Próbowałam, lecz nie wystarczyło mi chyba wyobraźni. Ciekawiło mnie, co powiedziałby ojciec, gdyby wiedział, co Annie knuła. Może by mu ulżyło, gdyby odkrył, że córka nie żyje. Mimo to bardziej współczułam jemu niż jego żonie. W wywiadzie wyszczególniono, co Annie miała na sobie w dniu zaginięcia: była w szarej kurtce w jodełkę, fioletowych kozaczkach, a na ręku jak zawsze nosiła posrebrzaną bransoletkę identyfikacyjną. Tanie, niewyróżniające się rzeczy, w jakie ubierała się połowa młodych dziewczyn w kraju. Nadmieniono, że ma rude włosy, ale pofarbowała je na czarno.

To mnie uspokoiło. Tydzień później ukazały się bardziej pikantne doniesienia, z których wynikało, że, co godne ubolewania, Annie Doyle ma za sobą pobyt w domu samotnej matki i była karana za kradzieże sklepowe. Nie powiedziano tego wprost, lecz sugerowano, że jest prostytutką. Byłam zdegustowana. Andrew przysięgał, że nie miał o tym pojęcia, lecz przyznał, że Annie zgodziła się na nasze warunki chętniej, niż się spodziewał.

– Powinienem był wiedzieć – mówił. – Powinienem był się domyślić.

Mimo to, szczęśliwie dla nas, należała do dziewczyn szukających kłopotów i była ostatnią osobą, którą policja powiązałaby z rodziną taką jak nasza. Nie mieli żadnych dowodów, nic, oprócz samochodu podobnego jakoby do naszego. Nie przyszli z nakazem przeszukania. Filcowy kapelusz taty spaliłam w kominku przy pierwszej nadarzającej się okazji. Teraz nie znaleźliby absolutnie nic, chyba że dosłownie przekopaliby ogródek, a my nie daliśmy im ku temu powodu.

Nowy kwietnik początkowo mnie denerwował. Co naturalne, przywoływał wspomnienia o siostrze. Ale już dawno stwierdziłam, że można przywyknąć do wszystkiego.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia poszliśmy na kolację, Andrew i ja. Rzadko kiedy wychodziliśmy – po katastrofie z Paddym Careyem nie mogliśmy sobie na to pozwolić – ale uznałam, że mężowi należy się mała przyjemność. Ostatecznie tyle razem przeszliśmy. Poza tym chciałam z nim porozmawiać w publicznym miejscu, gdzie nie mógłby przesadnie zareagować. Poprosiłam szefa sali o narożny stolik, jak najdalej od wścibskich uszu.

Z rozmową zaczekałam do głównego dania i dopiero wtedy poruszyłam temat.

– Kochasz Laurence’a i mnie, prawda, kochanie?

– Co? Tak. Dlaczego o to pytasz? Oczywiście, że kocham.

– Widzisz, bo gdyby coś się wydarzyło... gdyby coś wyszło na jaw...

– Jezu Chryste, Lydio! – Andrew rzucił sztućce.

– Nie, nie, nic się nie dzieje, jestem pewna, że jesteśmy bezpieczni. Zamieszanie ucichło i nikt jej już nie szuka, ale gdyby...

– Gdyby co?

– Cóż, mam nadzieję, że pomyślałbyś wtedy o Laurensie...

– O czym ty mówisz?

– Gdyby cię złapali, gdyby jakimś cudem znaleźli dowody, gdyby cię aresztowali i nie było już żadnego wyjścia, mógłbyś powiedzieć, że zrobiłeś to sam.

Mąż spojrzał na mnie z otwartymi ustami i ucieszyłam się, że wybrałam tę spokojną restaurację, bo wiedziałam, że gdybyśmy rozmawiali w domu, zacząłby krzyczeć i ciskać wokoło czym popadnie. Zawsze umiałam zawiadywać jego temperamentem.

– Widzisz, kochanie, gdyby w tak strasznych okolicznościach Laurence stracił nas oboje, jego życie ległoby w gruzach. Ale gdyby coś na ciebie znaleźli, mógłbyś powiedzieć, że był to tylko skutek nieudanej transakcji. Sprzeczka kochanków. Że ta dziewczyna cię szantażowała, co jest zresztą zgodne z prawdą! A ja powiedziałabym, że nic o tym nie wiedziałam i kiedy byłoby po wszystkim, Laurence i ja moglibyśmy odbudować nasze życie. Czy nie tego byś nam życzył, kochanie?

Zadrżała mu szczęka i kiedy się odezwał, miałam wrażenie – o ironio! – że zaraz się udusi.

– Byłem głupi, że zgodziłem się na twój obłąkany plan. Poszedłem na to, bo cię kocham. I zrobię dla ciebie wszystko, co zechcesz. Znowu postawiłaś na swoim. Jak zawsze. Ale nie udawaj, że robisz to dla Laurence’a.

Nigdy nie rozumiał, jak silna jest matczyna miłość.

5

LAURENCE

Nie podobało mi się, jak o tym mówili. Powtarzali, że „zaginęła”, jakby rozpłynęła się w powietrzu, podczas gdy najwyraźniej coś się z nią stało, i to coś złego. Myśl, że ojciec mógłby maczać palce w czyimś „zaginięciu”, byłaby przedtem zupełnie niedorzeczna. Uchodził za szanowanego obywatela, a artykuł w „Sunday World” dawał czytelnikowi do zrozumienia – między wierszami – że Annie Doyle jest ćpunką i prostytutką. Ojciec nigdy nie miał romansu, chyba że mi to umknęło. Ale coś wiedział. Byłem tego pewny.

Po pierwsze, skłamał policjantowi, że piątkowy wieczór spędził w domu, a potem próbował mi wmówić, że spał, tymczasem dobrze wiedziałem, że to nieprawda, bo kiedy wróciłem, na podjeździe nie było jaguara. Mama miała migrenę i poszła wcześnie spać, więc musiał wymknąć się z domu, kiedy zasnęła. Już samo to rzucało na niego cień, ale kiedy przeczytałem w gazecie o posrebrzanej bransoletce identyfikacyjnej, poważnie mnie to zaniepokoiło. Pisali tam o rzeczach, które Annie Doyle miała na sobie w dniu zaginięcia.

Dwa dni przed ukazaniem się artykułu matka kazała mi wymienić worek w odkurzaczu. Nie lubiła brudzić sobie rąk, więc zawsze robił to ojciec albo ja. Kiedy wyjąłem worek, zobaczyłem, że jest w nim malutka dziurka, z której wystaje coś błyszczącego. Pociągnąłem za to i z worka wyślizgnął się brudny, pokryty kurzem cienki łańcuszek z klamerką poplamioną czymś ciemnoczerwonym. Zdmuchnąłem kurz i okazało się, że z jednej strony łańcuszek jest przymocowany do wąskiej metalowej blaszki. Na blaszce widniał napis: „Marnie”. Z drugiej strony ogniw nie było – trzymałem w ręku połowę bransoletki. Rozważyłem przelotnie, kim ta Marnie jest, po czym wrzuciłem świecidełko do kuchennej szuflady, zakładając, że należy ono do matki i przypadkowo wessał je odkurzacz. Ale zapomniałem jej o tym powiedzieć.

Dopiero czytając najświeższe doniesienia o Annie Doyle, zrozumiałem znaczenie mojego znaleziska i zdałem sobie sprawę, że matka, która nosiła tylko złotą, antyczną biżuterię, nigdy nie założyłaby takiej bransoletki. Posrebrzane świecidełko byłoby dla niej zbyt nowoczesne i tanie. Złapałem tatę samego w kuchni i mu je pokazałem.

– Znalazłem w odkurzaczu. To mamy, prawda?

– Daj mi to – warknął. – To jakiś śmieć.

Wrzucił bransoletkę do kosza i bez słowa wyjaśnienia szybko wyszedł. Rozgarnąłem obierki i kawałki tłuszczu z szynki, którą poprzedniego wieczoru jedliśmy na kolację, wyjąłem bransoletkę, umyłem pod kranem, zawinąłem w chusteczkę higieniczną i schowałem do kieszeni. Nie miałem pojęcia, co z nią zrobię, ale wiedziałem, że to jakiś dowód. Dowód czego – o tym bałem się myśleć, lecz uznałem, że powinienem ją zatrzymać.

A potem, kilka dni później, wróciwszy ze szkoły do domu, zobaczyłem przed bramą policyjny radiowóz. Omal nie zadławiłem się własnym oddechem. Przyjechali aresztować tatę, czy wpadli z rutynową wizytą? Kiedy skręciłem na podjazd, z radiowozu wysiadł przysadzisty mężczyzna. Widziałem go w dzienniku telewizyjnym. Prowadził śledztwo w sprawie zaginięcia Annie Doyle. Drugi siedział z tyłu, za umundurowanym kierowcą.

– Jak się masz, chłopcze. Jestem detektyw sierżant Declan O’Toole, a to... – Ruchem głowy wskazał kolegę. – To jest detektyw James Mooney. Mieszkasz tu? – Spojrzał na dom.

– Tak.

Detektyw Mooney też wysiadł i stanął za O’Toole’em.

– Jak ci na imię?

– Laurence Fitzsimons.

– Twój ojciec jest w domu?

– Nie wydaje mi się. Zwykle wraca po szóstej.

Detektyw Mooney skinął mi głową i chciał wrócić do radiowozu, lecz O’Toole kazał mu zaczekać. Miał na twarzy chytry, szyderczy uśmieszek. Nie podobał mi się.

– A więc jesteś synem sędziego Fitzsimonsa, tak?

– Tak. – Chciałem uciec do domu, ale położył mi rękę na ramieniu.

– No proszę, rosły z ciebie chłopak! – Chciał pokazać, że jest moim przyjacielem. Milczałem. – Powiedz mi, Laurence, czy pamiętasz weekend z czternastym listopada, dwa tygodnie temu?

– Pamiętam. A co?

– Byłeś wtedy w domu?

Zastanawiałem się, czy nie zażądać adwokata, ale rozmowa miała swobodny, niezobowiązujący charakter. O’Toole niczego nie zapisywał ani nic. Mimo to bardzo się bałem.

– W piątek wieczorem byłem u mojej dziewczyny. Może pan sprawdzić.

– Spokojnie, chłopcze, po co ta napastliwość? O nic cię nie oskarżam, to tylko rutynowa wizyta. – Był bardziej pewny siebie niż Mooney, który przesłuchiwał tatę. Był... wesoły.

– Dlaczego wypytuje mnie pan o ten weekend?

Puścił to pytanie mimo uszu.

– Powiedz, długo siedziałeś u dziewczyny? O której wróciłeś do domu, do własnego łóżka? A może wcale nie wróciłeś? – Trącił mnie łokciem i puścił do mnie oko, jakbyśmy byli komikami i występowali na scenie.

– Miałem być przed północą. Ale wróciłem po jedenastej.

– Godzina policyjna, co? Mama i tata czekali na pełny raport? – Znów puścił do mnie oko.

– Tak.

– Na pewno? Mama i tata?

– Tak. – Nad głosem jakoś zapanowałem, lecz nie mogłem zapanować nad rumieńcem. Kłamałem jak z nut, zaskoczyło mnie, że to takie łatwe.

– Czy tata wychodził gdzieś w ten weekend?

– Nie. Mama też nie.

– Ależ ty masz pamięć!

– Pamiętam, bo skręciłem wtedy kostkę i rodzice cały czas mi coś podawali.

– Świetnie, chłopcze, niczego więcej mi nie potrzeba. Po prostu skreślam ludzi z listy, to wszystko. Brudna robota, ale ktoś musi to robić, prawda? – Puścił do mnie oko po raz trzeci i ruszył do samochodu.

– Nie wejdziecie? – spytałem, ruchem głowy wskazując dom.

– Nie ma potrzeby, absolutnie żadnej.

Milczący dotąd detektyw Mooney zaczął niecierpliwie szeptać mu coś do ucha. Rozdrażniony O’Toole zbył go machnięciem ręki. Mimo to spytał:

 

– Aha, jeszcze jedno: czy twój tata nosi kapelusz? Taki filcowy. – Wyjął z kieszeni zdjęcie. – Tego kształtu. – Wskazał fotografię.

Odetchnąłem, głośno i z wielką ulgą.

– Nie. A skąd! On nie ma kapelusza.

O’Toole spojrzał na Mooneya z pyszałkowatą satysfakcją.

– Dobrze. Dobrze. W takim razie to już wszystko. Muszę uciekać.

– Ale dlaczego wypytuje pan o ten weekend, mojego tatę i kapelusz?

O’Toole postukał palcem w bok nosa.

– W związku ze śledztwem, które prowadzę, ale nie musisz się niczym martwić. No, a teraz leć! – Zatrąbił klaksonem i odjechał.

Szukali kogoś innego, kogoś, kto nosił kapelusz. Niepotrzebnie kłamałem. Mimo to tata miał coś na sumieniu – może tego wieczoru wyszedł z innego powodu? Niemal z ulgą pomyślałem, że zapewne ma jednak romans i bransoletka należy do jego flamy, jakiejś Marnie. W mediach nie wymieniano tego imienia, a przecież gdyby należała do zaginionej, na blaszce widniałoby imię „Annie”. Tak, Marnie musi być kochanką taty. To lepsze niż... cokolwiek się stało z tą zaginioną prostytutką. Przestało mnie ściskać w żołądku.

Kiedy wszedłem do domu, mama kroiła materiał na kuchennym stole.

– Mamo – rzuciłem wesoło od progu. – Tata jest czysty! Oni szukają kogoś w kapeluszu!

Nie podniosła wzroku.

– O czym ty mówisz, skarbie?

– Przed bramą czekało dwóch detektywów i jeden wypytywał mnie o ten piątek, no wiesz, ten, o który drugi z nich wypytywał tatę, ale oni szukają kogoś w kapeluszu.

Mama uśmiechnęła się promiennie.

– Wielkie nieba, przesłuchiwał cię policjant! Co mu powiedziałeś?

– Że kiedy wróciłem, byliście w domu i że tata w ogóle nie ma kapelusza.

Mama roześmiała się.

– Przesłuchiwać ucznia. Czysty absurd.

– Mam nadzieję, że go złapią.

– Kogo?

– Tego w kapeluszu! – Zacząłem przetrząsać lodówkę w poszukiwaniu sera, a potem ukroiłem dwie grube kromki chleba.

– Zostaw miejsce na kolację – powiedziała mama.

Akurat.

Ulżyło mi, że nie muszę już myśleć o tej dziewczynie. Wcześniej, gdy tata wyrzucał gazety, wyjmowałem je z kosza i wycinałem artykuły, w których o niej pisano. To niezwykłe, ale od jakiegoś czasu ojciec kupował wszystkie gazety, nawet te, których – jak dotąd twierdził – nie lubił. Nie należeliśmy do ludzi, u których widziano by na przykład „Sunday World”. Początkowo zamieszczano w nich tylko informacje na temat tego, w co zaginiona mogła być ubrana i gdzie widziano ją ostatni raz, ale z późniejszych artykułów wynikało, że mogła prowadzić rozpustne życie. Chcąc wykluczyć udział ojca, czytałem te artykuły wieczór w wieczór, wieczór w wieczór wypatrywałem tego uśmiechu, krzywych zębów i zdeformowanych ust. Przeszukałem nawet jego biurko z nadzieją, że znajdę tam dowód, iż tata ma romans, ale tak naprawdę szukałem jakiegoś potwierdzenia jego związku z Annie Doyle. Nie mam pojęcia, co spodziewałem się znaleźć – zdjęcie? Akta sprawy, w której wymieniono jej nazwisko? Czysty absurd, dobrze o tym wiedziałem. Prostytutki nie wydają pokwitowań ani nie rozdają wizytówek.

Nocą miałem koszmary, w których uprawiałem seks z Annie Doyle w zniekształconej sypialni Helen. W innych dźgałem ją brutalnie srebrnym nożem ojca, tym do otwierania listów, a potem widziałem twarz matki i budziłem się zlany potem i pełen poczucia winy. Teraz byłem od tego wolny.

Ale tylko przez dwa dni, bo dwa dni później zauważyłem lukę na półce, dokładnie tam, gdzie, odkąd pamiętam, leżał stary filcowy kapelusz dziadka. Spytałem mamę, gdzie się podział. „Och, ojciec go chyba w końcu wyrzucił”, odparła w roztargnieniu i serce znów zalała mi fala niepokoju i strachu. Nerwowo spytałem tatę, czy naprawdę go wyrzucił.

– Dlaczego pytasz? – Zdziwił się, a potem drżącym głosem oświadczył, że nie ma pojęcia, co się z nim stało.

I już wiedziałem. Wiedziałem, że kłamie.

Nic z tą wiedzą nie zrobiłem. Bałem się tego, co się za nią kryje. Skłamałem policji i ja też mogłem pójść do więzienia. Co on zrobił z tą dziewczyną? Zgoda, byliśmy spłukani, ale gdyby chciał kogoś porwać, czy nie wybrałby kogoś bogatego? Nie, nie mógł być aż tak zdesperowany. A okup? Co z żądaniem okupu? Owszem, IRA kogoś porwała, ale wszyscy wiedzieli, że to IRA i że porwała bogatego faceta, zagranicznego przemysłowca. Ojciec nie był głupi. To podsunęło mi myśl, że może Annie Doyle zadarła z IRA albo jakimś gangiem i tata dał jej kasę, żeby mogła wyjechać za granicę na lewych papierach. Po prostu pomógł dziewczynie, która miała kłopoty. Czy nie jest to bardziej prawdopodobne? Ale skoro tak, dlaczego nie zaangażowała się w to policja? Może nie powiedziano im o tym, bo sprawa była tak delikatna, że mogli powierzyć ją tylko sędziemu? Bardzo chciałem, żeby tak było, ponieważ inne rozwiązania, choć nieprawdopodobne, były zbyt koszmarne, żeby o nich myśleć.

Robiłem, co mogłem, żeby w następnych tygodniach unikać Helen, ale regularnie dzwoniła, niby po to, aby upewnić się, że nie powiedziałem nikomu o seksie.

– Nie chcę, żeby mieli mnie za dziwkę – mówiła.

Nie powiedziałem jej, że chłopaki z mojej klasy zaczęli ją tak nazywać na długo przed tym, jak odbyliśmy stosunek.

– Po prostu chciałam mieć to z głowy, rozumiesz? – ciągnęła. – Zobaczyć, o co tyle zachodu.

Czułem, że jest zawiedziona. Domyśliłem się, że gdyby chciała stracić cnotę, pewnie wybrałaby kogoś innego. Chociaż mnie to zabolało, zastanawiałem się, czy inni dali jej kosza, zanim postawiła na mnie. A potem pomyślałem, czy to prawdopodobne, żeby któryś chłopak z mojej klasy nie chciał uprawiać seksu z dziewczyną. Nie. A więc jednak mnie wybrała. Biedna Helen.

– Przepraszam – powiedziałem, kiedy rozmawialiśmy przez telefon następnego dnia po tamtej nocy.

– Boże, nie, to ja przepraszam, nie powinnam... Po prostu... Nie wspominajmy już o tym, dobra?

– Dobra.

Umilkliśmy, ale musiałem ją o to spytać, bo musiałem wiedzieć.

– Więc jesteś teraz moją dziewczyną czy jak?

– A chcesz, żebym była? – spytała tonem pełnym niedowierzania.

I jak miałem na to odpowiedzieć?

– No... chyba tak.

– Świetnie, super. – Pojaśniał jej głos.

Znów umilkłem, bo nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Jesteś tam?

– Tak.

– W takim razie mogę cię tak nazywać? Moim chłopakiem? I nie będziemy musieli...? No wiesz.

– Ale... nigdy?

– Może potem, ale nie teraz. Okej?

– No dobra. To dobranoc.

– Do jutra?

– Pewnie tak.

– Dobranoc.

Powinienem się cieszyć, że mam dziewczynę, nawet jeśli była nią Helen, ale bałem się komukolwiek zwierzyć. Gdybym dał wyraz swoim lękom, usankcjonowałbym ich prawdziwość. Helen stała się namolna i nerwowa. Dostała paranoi i twierdziła, że wykorzystuję ją dla seksu. Przysięgała, że jeśli powiem komuś, co robiliśmy, ona rozpowie, że mam małego penisa, a nawet jeśli jest duży, to i tak nie widać go spod zwałów tłuszczu na moim brzuchu. Nie ma co, moja pierwsza dziewczyna i od razu żyła czystego złota.

Odwiedzała mnie w domu, często bez zapowiedzi. „Kurwa! – wykrzyknęła podczas pierwszej wizyty. – Ale chałupa!”. Uciszyłem ją, prosząc, żeby była miła w obecności moich rodziców. Trochę poskromiła swój język, lecz widziałem, że gdzieś ma to, co inni o niej myślą. Na tacie i mamie nie zrobiła dobrego wrażenia. Mama, sztywna i chłodna, z grzeczności zamieniła z nią niezręcznie kilka słów i wyszła z pokoju. Tata przyłapał ją raz, jak przelewała wódkę z butelki w barku do małej butelki lemoniady. Wziąłem na siebie winę i powiedziałem, że to był mój pomysł. W normalnych okolicznościach ojciec dostałby szału, ale on odszedł, powłócząc nogami i mamrocząc pod nosem. Na pewno pomyślał, że Helen jest rozwydrzoną nastolatką, ale może ulżyło mu, że w końcu mam dziewczynę. O ile wiem, nie powiedział matce o wódce. A Helen to wisiało.

19 grudnia nareszcie zaczęły się ferie. Wolność miała swoje plusy i minusy. Z jednej strony nie musiałem stawiać czoła moim szkolnym prześladowcom, ale z drugiej w święta nie działały sądy i tata bywał w domu dużo częściej. Denerwowałem się w jego obecności. No i była jeszcze drobna sprawa mojego świadectwa semestralnego. Odkąd odwiedziła nas policja, przestałem odrabiać prace domowe i powtarzać materiał. Zupełnie zapomniałem o szkole, pochłonięty tym, że mieszkam pod jednym dachem z kłamcą i, prawdopodobnie, mordercą.