Obsesja LydiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
Audiobook
Czyta Ewa Abart, Michał Lesień-Głowacki, Róża Cieślińska-Dziekiewicz
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Richardowi – z całego serca

Na dole spała zimna ziemia;

Zimne jaśniało nad nią niebo;

Zewsząd, szeleszcząc

Grozy dreszczem,

Od śnieżnych pól, lodowych jam,

Jak śmierć dech nocy zimny wiał,

A w górze tonął księżyc.

Percy Bysshe Shelley

(tłum. Mateusz Rulski-Bożek)

CZĘŚĆ I

1980

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

LYDIA

Mój mąż nie chciał zabić Annie Doyle, ale ta zakłamana dziwka na to zasługiwała. Po tym, jak przezwyciężyliśmy początkowy szok, robiłam wszystko, żeby przestał o niej mówić. Nie pozwalałam mu na to, chyba że chodziło o nasze alibi czy ewentualne dowody rzeczowe. Ta sprawa bardzo go denerwowała, dlatego uznałam, że najlepiej będzie żyć dalej tak, jakby nic się nie stało. Ale chociaż o tym nie rozmawialiśmy, nie mogłam się powstrzymać i nie przestawałam analizować wydarzeń tamtej nocy, za każdym razem żałując, że niektóre ich aspekty, niektóre szczegóły, nie wyglądają inaczej, ale faktów nie da się zmienić i musimy do nich przywyknąć.

14 listopada 1980 roku. Wszystko było zaplanowane. Nie jej śmierć, tylko spotkanie, podczas którego mieliśmy sprawdzić, czy dziewczyna nie jest oszustką, i odzyskać pieniądze, gdyby się nią okazała. Spacerowałam brzegiem morza dwadzieścia minut, aby zyskać pewność, że nikogo tam nie ma, ale niepotrzebnie się martwiłam. W tę wyjątkowo paskudną noc plaża była opustoszała. Upewniwszy się, że jestem sama, usiadłam na ławce, żeby zaczekać. Od strony wzburzonego morza wiał silny wiatr, więc opatuliłam się płaszczem z kaszmirowej wełny i postawiłam kołnierz. Andrew przyjechał punktualnie i zgodnie z poleceniem zaparkował niedaleko miejsca, gdzie siedziałam. Obserwowałam ich z odległości trzydziestu metrów. Kazałam mu się z nią rozmówić. Poza tym chciałam ją zobaczyć i sprawdzić, czy się nadaje. Mieli wysiąść i przejść obok mnie. Ale tego nie zrobili. Po dziesięciu minutach wstałam i ruszyłam w stronę samochodu, zastanawiając się, dlaczego tak długo to trwa. Gdy podeszłam bliżej, usłyszałam podniesione głosy. A potem zobaczyłam, że się ze sobą szamoczą. Drzwi od strony pasażera otworzyły się i dziewczyna spróbowała wysiąść. Ale Andrew wciągnął ją do środka. Widziałam jego ręce na jej szyi. Widziałam, że dziewczyna gwałtownie się szarpie i jak zahipnotyzowana zastanawiałam się przez chwilę, czy sobie tego nie wyobrażam, lecz szybko się otrząsnęłam, oprzytomniałam, podbiegłam do samochodu i usłyszałam swój ostry, przenikliwy krzyk.

– Przestań! Andrew! Co ty robisz?

Dziewczyna spojrzała na mnie zaszokowana i przerażona, a potem oczy uciekły jej w głąb czaszki.

Andrew natychmiast ją puścił, ona charcząc, opadła na fotel. Była już prawie, lecz nie całkiem, martwa, więc chwyciłam z podłogi blokadę antykradzieżową i zdzieliłam ją w głowę, tylko raz. Trysnęła krew, dziewczyna dostała drgawek, a potem zapanował całkowity bezruch.

Nie jestem pewna, dlaczego to zrobiłam. Odruchowo?

Miała dwadzieścia dwa lata, ale mimo warstwy wulgarnego makijażu i farbowanych na czarno, niemal granatowych włosów wyglądała młodziej. Od brzegu zdeformowanej górnej wargi do przegrody nosowej biegła wystrzępiona biała blizna. Zastanowiło mnie, że Andrew nigdy mi o tym nie wspomniał. Podczas szamotaniny podwinął jej się rękaw kurtki i zobaczyłam krwawe strupy w zgięciu łokcia. Miała sarkastyczny wyraz twarzy, szyderczy uśmieszek, którego nie zatarła nawet śmierć. Lubię myśleć, że oddałam jej przysługę, jakbym uwolniła od cierpień śmiertelnie rannego ptaka. Nie zasługiwała na taką uprzejmość.

Andrew zawsze miał krewki temperament. Wybuchał przy byle okazji, z najdrobniejszych powodów, i niemal natychmiast ze skruchą się uspokajał. Tym razem jednak wpadł w histerię i zaszlochany krzyczał tak głośno, że obudziłby nieboszczyka.

– O Chryste! O Jezu! – powtarzał, jakby Syn Boży mógł cokolwiek naprawić. – Co myśmy zrobili?

– My? – Osłupiałam. – To ty ją zabiłeś!

– Śmiała się ze mnie! Miałaś rację. Powiedziała, że jestem naiwniakiem. Że pójdzie do gazet. Chciała mnie szantażować. Przestałem nad sobą panować, ale ty... ty to dokończyłaś. Nic by jej nie było i...

– Ani mi się waż tak mówić, ty durniu!

Miał zrozpaczoną, udręczoną twarz. Współczułam mu. Powiedziałam, żeby wziął się w garść. Musieliśmy wrócić do domu przed Laurence’em. Kazałam mu pomóc mi przenieść trupa do bagażnika. Zalany łzami, wypełnił moje polecenia. Co irytujące, większość bagażnika zajmowały kije golfowe, których nie używał od lat, ale na szczęście, tak jak przypuszczałam, dziewczyna była drobna i szczupła, a ponieważ jej ciało nie zdążyło jeszcze zesztywnieć, udało nam się ją wepchnąć do środka.

– Co my z nią zrobimy?

– Nie wiem – odparłam. – Trzeba się uspokoić. Jutro coś wymyślimy. Teraz musimy wrócić do domu. Co o niej wiesz? Ma rodzinę? Ktoś będzie jej szukał?

– Nie wiem... Chyba... chyba mówiła coś o... siostrze?

– Na razie nikt nie wie, że ona nie żyje. Ani że zaginęła. I tak musi pozostać.

Gdy kwadrans po północy wróciliśmy do Avalonu, po cieniu w oknie sypialni Laurence’a poznałam, że pali się tam lampka nocna. Bardzo chciałam z nim porozmawiać, spytać, jak spędził wieczór. Kazałam Andrew nalać nam brandy, a sama poszłam na górę zajrzeć do syna. Leżał w poprzek łóżka i nie poruszył się, gdy pieszczotliwie potargałam mu włosy i pocałowałam go w czoło.

– Dobranoc – szepnęłam, lecz spał jak zabity. Zgasiłam światło, zamknęłam drzwi, z szafki w łazience wzięłam valium i zeszłam na dół. Musiałam zachować spokój.

Andrew cały się trząsł.

– Jezus Maria, Lydio, mamy poważne kłopoty. Może lepiej zadzwońmy na policję.

Nalałam mu do pełna, a resztką brandy uzupełniłam swój kieliszek. Mąż był w szoku.

– Zadzwońmy i zniszczmy Laurence’owi życie? Jutro jest nowy dzień i jutro się zastanowimy, ale bez względu na to, co się wydarzy, musimy pamiętać o naszym synu. Nie może się o niczym dowiedzieć.

– Laurence? Co to ma wspólnego z Laurence’em? Ale Annie? Boże, zabiliśmy ją, zamordowaliśmy. Pójdziemy do więzienia.

Nie zamierzałam iść do więzienia. Bo kto doglądałby naszego syna? Spróbowałam pocieszyć męża i pogłaskałam go po ramieniu.

– Jutro coś wymyślimy – powtórzyłam. – Nikt nas nie widział. Nikt nas z nią nie skojarzy. Za bardzo by się wstydziła, żeby powiedzieć komuś, co knuła. Musimy tylko ukryć gdzieś ciało.

– Jesteś pewna, że nikt nas nie widział?

– Na plaży nie było żywego ducha. Przeszłam się i sprawdziłam. Idź spać, kochanie. Jutro będzie lepiej.

Popatrzył na mnie jak na wariatkę.

Spojrzałam na niego tak, że spuścił oczy.

– To nie ja ją udusiłam.

Jego policzki spłynęły łzami.

– Ale może gdybyś jej nie uderzyła...

– To co? Dłużej by umierała? Albo doznała trwałego uszkodzenia mózgu?

– Mogliśmy powiedzieć, że znaleźliśmy ją w takim stanie!

– Na pewno chcesz zawieźć ją tam z powrotem, zadzwonić z budki na pogotowie i wytłumaczyć im, co robisz na plaży o pierwszej w nocy?

Spojrzał na dno kieliszka.

– Ale co my teraz zrobimy?

– Pójdziemy spać.

Gdy wchodziliśmy na górę, usłyszałam szum pralki. Dziwne. Laurence postanowił uprać coś w piątek późnym wieczorem? To było zupełnie do niego niepodobne. I przypomniało mi, że my też powinniśmy uprać swoje ubrania. Rozebraliśmy się i rzuciłam je na kupkę, żeby rano znów włączyć pralkę. Zmyłam piasek z naszych butów i zamiotłam podłogę w miejscach, którymi przechodziliśmy. Piasek z szufelki wyrzuciłam do ogródka, na kawałek podwyższonego trawnika za kuchennym oknem. Przyglądałam mu się przez chwilę. Zawsze chciałam założyć tam kwietnik.

Potem wślizgnęłam się do łóżka, objęłam roztrzęsionego męża i gdy się do mnie odwrócił, zaczęliśmy się kochać, chwytając się siebie i tuląc jak ofiary strasznej katastrofy.

Przez dwadzieścia cztery lata nasze małżeństwo należało do solidnych. Andrew był bardzo dobrym mężem aż do zeszłego roku. Tatuś nie mógł się go nachwalić. Na łożu śmierci wyznał, że odczuwa ulgę na myśl, iż zostawia mnie w dobrych rękach. Andrew był jego aplikantem u Hylanda i Goldblatta. Tatuś wziął go pod swoje skrzydła i Andrew został jego protegowanym. Pewnego dnia, gdy miałam chyba dwadzieścia cztery lata, tatuś zadzwonił do domu i oznajmił, że będziemy mieli specjalnego gościa na kolacji i że muszę się ładnie ubrać i uczesać. „Tylko bez żadnych szminek”, dodał; nie lubił umalowanych kobiet. „Nie znoszę tych wytapetowanych lafirynd!”, mawiał na widok amerykańskich gwiazd filmowych. Miał dość ekstremalne poglądy. „Jesteś śliczna, córeczko. Po co poprawiać po Panu Bogu?”.

Byłam ciekawa naszego gościa i zastanawiałam się, czemu mam się dla niego ładnie ubrać. Oczywiście powinnam była się domyślić, że tatuś chce mnie wyswatać. Niepotrzebnie się denerwował. Andrew natychmiast zapałał do mnie uczuciem. Bardzo starał się mnie oczarować. Mówił, że zrobiłby dla mnie wszystko. „Nie mogę się na ciebie napatrzeć”, powtarzał. I rzeczywiście, ciągle wodził za mną oczami. Nazywał mnie swoim skarbem, bezcennym klejnotem. Ja też go pokochałam. Tatuś zawsze wiedział, co dla mnie najlepsze.

 

Nasze zaloty były krótkie i bardzo miłe. Andrew pochodził z dobrej rodziny. Jego zmarły ojciec był lekarzem pediatrą i chociaż stwierdziłam, że matka jest mi nie do końca przychylna, nie protestowała przeciwko naszemu związkowi. Ostatecznie po ślubie jej syn miał dostać Avalon, sześciopokojowy dom w gregoriańskim stylu, stojący na prawie półhektarowej działce w Cabinteely w południowej części Dublina. Andrew chciał, żebyśmy zamieszkali we własnym domu, ale tatuś tupnął nogą i oświadczył: „Wprowadzisz się tutaj. To jest jej dom. Nie zaglądaj w zęby darowanemu koniowi”.

I Andrew się wprowadził, a tatuś oddał nam główną sypialnię i przeniósł się do dużej sypialni na drugim końcu korytarza. Andrew trochę narzekał. „Ależ kochanie, nie widzisz, jakie to niezręczne? Mieszkam pod jednym dachem ze swoim szefem!”. Przyznaję, tatuś trochę nim komenderował, ale mąż szybko do tego przywykł. Na pewno wiedział, jakie ma szczęście.

Nie przeszkadzało mu to, że nie chcę wydawać przyjęć ani spotykać się z innymi parami. Mówił, że cieszy się, iż może mieć mnie tylko dla siebie. Był dobry, wielkoduszny i taktowny. Zwykle unikał konfrontacji, więc prawie się nie kłóciliśmy. W gniewie potrafił coś kopnąć czy czymś rzucić, ale od czasu do czasu wszyscy tak robią. I zawsze potem był bardzo skruszony.

Pracowicie wspinał się po kolejnych szczeblach zawodowej drabiny, aż w końcu, po wszystkich tych partyjkach golfa, trzy lata temu powołano go na stanowisko sędziego sądu kryminalnego. Był szanowanym obywatelem. Ludzie słuchali go, kiedy mówił, i cytowali w gazetach. Uważano, że przemawia głosem rozsądku w sprawach prawnych i sądowych.

Ale rok temu Paddy Carey, jego stary kumpel, księgowy i partner od golfa, uciekł z kraju z naszymi pieniędzmi. Myślałam, że Andrew będzie ostrożny przynajmniej w kwestiach finansowych. Bycie żywicielem rodziny i dbanie o jej dobrobyt to sprawa męża. Ale Andrew ufał Paddy’emu bezgranicznie, a Paddy wszystkich nas oszukał. Zostaliśmy z samymi długami i wierzytelnościami, na pokrycie których wysoka pensja Andrew ledwie wystarczała.

Czyżbym jednak źle wyszła za mąż? Miałam się dobrze prezentować, być piękna i czarująca. Miałam być gospodynią domową, towarzyszką życia, dobrą kucharką, kochanką i matką. No właśnie, i matką.

Andrew zaproponował, żebyśmy sprzedali trochę ziemi deweloperom. Doznałam szoku. Nikt o naszym statusie społecznym nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Spędziłam w Avalonie całe życie. Mój ojciec odziedziczył ten dom po swoim ojcu, tu się urodziłam. W tym domu zmarła moja siostra. Nie zamierzałam ustępować i sprzedawać choćby części posiadłości. Ani też zmieniać zdania w sprawie pieniędzy dla dziewczyny.

Musieliśmy jednak zabrać Laurence’a z koszmarnie drogiego Carmichael Abbey i przenieść go do St Martin’s. Pękło mi serce. Wiedziałam, że syn jest tam nieszczęśliwy. Wiedziałam, że nowi koledzy prześladują go za szyk i akcent, ale po prostu nie mieliśmy pieniędzy. Żeby spłacić długi, Andrew sprzedał po cichu rodzinne srebra, dzięki czemu nie przymieraliśmy głodem. Nie mogliśmy ryzykować i ogłaszać bankructwa, bo mąż musiałby wtedy złożyć rezygnację z zajmowanego stanowiska. Nigdy nie żyliśmy ponad stan, ale nieliczne luksusy, które jak dotąd braliśmy za pewnik, zaczęły znikać. Andrew zrezygnował z członkostwa w klubie golfowym, lecz uparł się, że nie zamknie moich rachunków w Switzers i u Browna Thomasa. Nigdy nie lubił sprawiać mi zawodu.

Ale to? Martwa dziewczyna w bagażniku samochodu w naszym garażu. Było mi przykro, że nie żyje, ale szczerze mówiąc, w tych okolicznościach pewnie udusiłabym albo mogłabym udusić ją sama. Chcieliśmy tylko odzyskać pieniądze. Nie przestawałam myśleć o strupach w zgięciu jej łokcia. W BBC widziałam film dokumentalny o narkomanach, w gazetach pisano o epidemii heroiny. Wydawało się oczywiste, że nie bacząc na nasze potrzeby, Annie Doyle wstrzyknęła te pieniądze do swojego krwiobiegu.

Dlatego podczas gdy Andrew niespokojnie spał, od czasu do czasu pojękując i popłakując, ja snułam plany.

Następnego dnia, w sobotę, Laurence wstał bardzo późno. Ostrzegłam męża, żeby jak najmniej mówił. Chętnie się zgodził. Miał zapadnięte oczy i głos, który po tej nocy już nigdy nie przestał drżeć. Zawsze utrzymywał z synem dość napięte stosunki, dlatego żaden z nich nie pałał chęcią do rozmowy. Zamierzałam wyprawić Laurence’a z domu na cały dzień, wysłać go do miasta po jakieś sprawunki, żeby Andrew mógł pochować dziewczynę w ogrodzie. Mąż był zaszokowany, że akurat w ogrodzie, lecz wytłumaczyłam mu, że w tym miejscu nikt jej nigdy nie znajdzie. To my sprawowaliśmy nadzór nad Avalonem. Nikt nie mógł wejść na teren posiadłości bez naszej zgody. Ogród za domem był duży i osłonięty. Dawno temu pod platanem rosnącym za kuchennym oknem był ozdobny staw, lecz po śmierci mojej siostry tatuś go zasypał. Kamienne obrzeża stawu, które prawie od czterdziestu lat spoczywały pod ziemią, doskonale nadawały się na grób.

Andrew miał zakopać ciało, a potem wyczyścić odkurzaczem bagażnik samochodu, żeby nie zostały tam żadne włókna czy odciski palców. Zamierzałam przedsięwziąć wszystkie możliwe środki ostrożności. Mąż dobrze wiedział, z doświadczenia zawodowego, że tego rodzaju rzeczy mogą bardzo obciążyć sprawcę. Na plaży nikt nas nie widział, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Laurence zszedł na śniadanie, mocno kulejąc. Starałam się być wesoła.

– Jak się masz, skarbie? – Andrew ukrył twarz za „Irish Timesem”, ale widziałam, jak mocno zaciska palce, żeby gazeta nie drżała.

– Kostka mnie boli – odparł. – Wieczorem potknąłem się na schodach.

Szybko ją obejrzałam. Była bardzo spuchnięta, prawdopodobnie skręcona, co zniweczyło plan wysłania go do miasta. Ale wciąż mogłam ograniczyć jego ruchy, zatrzymać go, powiedzmy, w areszcie domowym. Przewiązałam kostkę i kazałam mu przeleżeć na sofie cały dzień. Tym sposobem mogłam mieć go na oku, trzymać go z dala od ogrodu, gdzie miał się odbyć pochówek. Nie należał do aktywnych chłopców, więc leżenie, oglądanie telewizji i konsumowanie przynoszonego na tacy jedzenia nie było dla niego ciężką próbą.

O zmierzchu, gdy sprawa została załatwiona, w ogrodzie zapłonęło ognisko. Nie wiem, co konkretnie Andrew spalił, ale wbiłam mu do głowy, że musi pozbyć się wszystkich śladów. „Myśl o tym jak o jednej ze swoich spraw: jakie kłamstwo najczęściej zdradza przestępcę? Bądź dokładny!”. I trzeba przyznać, że rzeczywiście był.

Laurence jest jednak bystrym chłopcem. Ma intuicję, tak jak ja, więc zauważył, że ojciec jest w ponurym nastroju. Andrew, najpewniej przerażony, że w telewizji powiedzą coś o dziewczynie, kazał mu opryskliwie przełączyć się na dziennik. Nie powiedzieli absolutnie nic. Potem mąż oznajmił, że się przeziębił i idzie wcześniej spać. Gdy jakiś czas później do niego zajrzałam, wrzucał rzeczy do walizki.

– Co ty robisz?

– Nie zniosę tego. Muszę wyjechać.

– Dokąd? Dokąd wyjedziesz? Niczego już nie zmienimy. Za późno.

Wtedy, ziejąc gniewem, pierwszy raz na mnie naskoczył.

– To przez ciebie! Gdyby nie ty, nigdy bym jej nie poznał. Nie powinienem był tego zaczynać. To był obłąkany pomysł, od samego początku, ale ty nie chciałaś zrezygnować, wpadłaś w obsesję! Napierałaś na mnie i napierałaś! Nie jestem kimś, kto mógłby...

Nie dokończył, bo przecież, jak się okazało, był kimś, kto mógłby udusić kobietę. Tylko że przedtem tego nie wiedział. Poza tym mój plan był doskonały. To on go zepsuł.

– Kazałam ci wybrać zdrową dziewczynę. Nie widziałeś śladów na jej rękach? Ona była narkomanką! Nie pamiętasz tego filmu? Musiałeś zauważyć jej ręce.

Załamał się, rozszlochał i upadł na łóżko, a ja objęłam go, żeby stłumić odgłosy. Laurence nie mógł nic usłyszeć. Kiedy ramiona Andrew przestały się podnosić i opadać, opróżniłam walizkę i położyłam ją z powrotem na szafie.

– Ułóż swoje rzeczy. Nigdzie nie wyjedziemy. Będziemy żyli jak dotąd, normalnie. To jest nasz dom i jesteśmy rodziną. Laurence, ty i ja.

2

KAREN

Ostatni raz widziałam Annie w jej kawalerce przy Hanbury Street w czwartek 13 listopada 1980 roku. Pamiętam, że w mieszkaniu jak zwykle panowała nieskazitelna czystość. Bez względu na to, jak chaotyczne życie wiodła, od powrotu ze Świętego Józefa Annie była do obłędu schludna. Starannie złożone koce leżały w nogach łóżka, a przez szeroko otwarte okno do pokoju wpadało zimne powietrze.

– Nie zamkniesz okna? – spytałam.

– Kiedy skończę.

Leżała na łóżku, paląc krótkiego papierosa bez filtra, a ja robiłam herbatę. Kubki stały na półce równym rzędem, jak zwykle do góry nogami, z uchami skierowanymi w moją stronę. Otworzyłam pudełko, do sparzonego wrzątkiem dzbanka wsypałam dwie łyżeczki suszu i zalałam go gotującą się wodą. Annie spojrzała na zegarek.

– Dwie minuty – rzuciła. – Trzeba odczekać dwie minuty.

– Wiem, jak się parzy herbatę.

– Ale nikt nie wie, jak zrobić to dobrze.

Właśnie to doprowadzało mnie do szału. Jej upór. Albo robiło się coś tak, jak chciała, albo robiło się to źle.

– Zimno. – Owinęła się szczelnie długim rozpinanym swetrem, i jego rękawy zwisły poniżej rąk. Gdy minęły dwie minuty, kiwnęła głową i mogłam rozlać herbatę. Podałam jej kubek, a ona opróżniła popielniczkę do plastikowej torebki, którą starannie złożyła i wrzuciła do kosza na śmieci.

– Na pewno dobrze ją zamknęłaś? – spytałam sarkastycznie.

– Na pewno. – Mówiła poważnie. Wyciągnęła rękę, zamknęła okno i wysprejowała pokój jednym z tych śmierdzących odświeżaczy powietrza, od których zapachu można się udusić.

– Jak tam Musia?

– Martwi się o ciebie – odparłam. – Tata też.

– Jasne, jasne – mruknęła i podwinęła jej się połowa górnej wargi.

– W niedzielę szybko uciekłaś. Ciągle się gdzieś spieszysz. Tata naprawdę się o ciebie martwi.

– Jasne.

Zawsze bardzo się różniłyśmy. Lubię myśleć, że byłam dobrym dzieckiem, ale może tylko w porównaniu z nią. W szkole uczyłam się nieźle, ale zawsze miałam łatwiej. Kiedy szłyśmy razem do sklepu, sprzedawcy kompletnie ją ignorowali i obsługiwali mnie. Wszyscy chcą mi pomagać i coś dla mnie zrobić. Annie zawsze powtarzała, że to dlatego, że jestem ładna, ale nigdy nie przemawiała przez nią zazdrość. Do pewnego stopnia wyglądałyśmy podobnie. Kiedy byłyśmy małe, nazywano nas „Marchewkami”, bo miałyśmy ogniście rude włosy, choć różnił nas jeden oczywisty szczegół. Annie urodziła się z zajęczą wargą. Lekarze spaprali operację i jej górna warga była rozciągnięta i spłaszczona, a od ust do nosa biegła blizna. Kąciki moich ust są zakrzywione do góry, więc wyglądam tak, jakbym ciągle się uśmiechała. Moim zdaniem to właśnie dlatego wszyscy mówią, że jestem ładna. Ale tak naprawdę to nie jestem. Patrzę w lustro i widzę tylko „Marchewkę”.

W dzieciństwie Annie ciągle gdzieś znikała. Bawimy się na przykład przed domem z dziećmi sąsiadów, nagle wychodzi do nas Musia i pyta: „A gdzie jest Annie?”. Biegniemy jej szukać i znajdujemy ją gdzieś, gdzie nie wolno nam się bawić. Raz wskoczyła do miejskiego autobusu, na szczęście pani Kelly spod czterdziestego drugiego zauważyła ją i przyprowadziła do domu. Myślę, że Annie była po prostu ciekawa. Chciała wiedzieć, co jest za każdym rogiem. Ona i tata bardzo się wtedy lubili. Tata często nosił ją na barana po domu, a ona śmiała się i piszczała z radości; ja byłam mniejsza i bałam się siedzieć tak wysoko. Ale kiedy weszła w wiek dojrzewania, rozpętała się między nimi wojna.

Moja siostra miała złą reputację. Mama mówiła, że Annie wyszła z jej łona, kopiąc i wierzgając i od tej pory nie przestaje wierzgać. W gimnazjum cały czas miała kłopoty, bo odszczekiwała nauczycielom, celowo niszczyła sprzęt szkolny, kradła, wagarowała i biła inne dziewczęta. Na pewno była bystra, lecz nie potrafiła wziąć się do nauki. Wolno uczyła się czytać, a jeszcze wolniej pisać. Jestem trzy lata młodsza, ale kiedy miałam siedem lat, czytałam i pisałam lepiej od niej. Próbowałam jej pomóc, naprawdę, ale mówiła, że litery nie zawsze układają się dla niej w sensowną całość. Nawet kiedy prosiłam, żeby przepisała jakieś zdanie, wychodził z tego groch z kapustą. Zanim w wieku czternastu lat rzuciła naukę, dwa razy zmieniała szkołę. Ledwo umiała pisać, a jej ulubionym zajęciem było palenie i picie. Musia próbowała z nią rozmawiać, przemówić jej do rozsądku, pertraktować, a kiedy to nie poskutkowało, tata uciekł się do przemocy. Zlał Annie, zamknął ją w pokoju i wiem, że omal go to nie zabiło. „Chryste, Annie, spójrz tylko, do czego mnie zmusiłaś!”, powiedział, a potem zamilkł i nie odzywał się przez kilka dni. Ale to też nie poskutkowało i w końcu zdarzyła się najgorsza rzecz, jaka mogła przydarzyć się wtedy rodzinie. Dowiedzieliśmy się, kiedy Annie była w czwartym miesiącu.

 

Rozpętało się piekło. Miała dopiero szesnaście lat. Ojcem był chłopak w jej wieku, który oczywiście wszystkiemu zaprzeczył, twierdząc, że dziecko mógł jej zrobić ktokolwiek inny. Wkrótce potem wraz z rodziną wyjechał z miasta. Tata zadzwonił do naszego proboszcza, proboszcz przyjechał z policjantem i czarnym samochodem zabrali Annie do Świętego Józefa. Nie widziałam jej prawie dwa lata.

Wróciła całkowicie odmieniona. To wtedy zaczęły się te wszystkie tiki i obsesyjna potrzeba sprzątania. Nigdy przedtem taka nie była. Jej wygląd nas zaszokował. Ogniście rude włosy zniknęły, bo miała ogoloną głowę. I była strasznie chuda. Spałyśmy w jednym pokoju i gdy pierwszego wieczoru po powrocie spytałam, jak to jest być zamkniętą w domu dla samotnych matek, odparła, że przeżyła piekło i chce o tym zapomnieć. Opowiedziała mi o pierwszym sierpnia, dniu, kiedy urodziła. Marnie – tak nazwała swoją córeczkę. „Była doskonała, nawet usta miała idealne”. Kiedy spytałam, co się z nią stało, odwróciła się do ściany i rozpłakała. Przez pierwsze dwa miesiące po powrocie ukrywała jedzenie pod łóżkiem. Podskakiwała przy najmniejszym hałasie. Ani ona, ani rodzice nigdy nie wspominali o dziecku. Próbowaliśmy zachowywać się normalnie, a ona próbowała się zaaklimatyzować. Tata załatwił jej pracę sprzątaczki w piekarni, gdzie pracował. Odrosły jej włosy, ale pofarbowała je na czarno. Na ostry, atramentowy odcień czerni. Na znak buntu.

Kilka miesięcy później, 1 sierpnia, kupiłam jej prezent w Dandelion Market, bransoletkę identyfikacyjną. Kazałam wyryć na niej imię „Marnie”. Przez jakiś czas musiałam na nią oszczędzać, ale nie była z prawdziwego srebra i szybko sczerniała. Mimo to Annie nigdy jej nie zdejmowała. Pewnego dnia tata zwrócił na to uwagę.

– Co ty tam nosisz?

Annie podsunęła mu nadgarstek pod nos, lecz nie mógł odczytać napisu.

– Marnie – powiedziała siostra. – Jeśli już musisz wiedzieć, tak ma na imię twoja wnuczka.

Stopniowo powróciła do starych nawyków. Szef taty wyrzucił ją z pracy, bo leserowała. Wtedy panujący między nią a tatą chłód stał się nie do zniesienia i wyprowadziła się z domu. Przyznaję, że się z tego ucieszyłam.

Chociaż sama ciągle się buntowała, zawsze powtarzała, żebym odrabiała pracę domową i unikała kłopotów.

– Masz łeb na karku i urodę – mówiła. – Musisz wykorzystywać jedno i drugie.

Jestem chyba dość bystra i lubiłam szkołę, ale musiałam ciężko pracować, żeby usunąć piętno, jakim mnie naznaczyła. Nauczyciele to docenili. „Ty i twoja siostra jesteście jak dzień i noc!”, powiedziała kiedyś panna Donnelly, dając mi czwórkę z testu z angielskiego. Gdy w wieku piętnastu lat chciałam skończyć naukę i pójść do pracy w fabryce słodyczy Lemons, w rozmowie z moimi rodzicami panna Donnelly powiedziała, że mogłabym zostać i zdawać maturę. W mojej rodzinie nikt nie miał matury. Rodzice bardzo się przejęli, a Annie była wniebowzięta. „Zmyjesz ze mnie tę plamę!”, powiedziała.

Nie należę do urodzonych geniuszek, ale bardzo się starałam nie zawieść dumnych ze mnie mamy i taty. A potem, gdy całkiem nieźle zdałam maturę, zaczęto mówić o uniwersytecie. Wiedziałam, że moje utrzymanie było dla rodziców dużym wydatkiem, bo zamiast się uczyć, powinnam była pracować, ale chociaż na uniwerku pewnie dałabym sobie radę, nie mogłam się zdecydować, co chcę studiować. Najlepsza byłam z angielskiego i sztuk pięknych, ale gdybym poszła na anglistykę i chciała zostać nauczycielką, musiałabym zaliczyć trzy lata na wydziale sztuk pięknych, a potem w rok zrobić dyplom, gdybym zaś postawiła na malarstwo, musiałabym ukończyć akademię, a mama twierdziła, że dla artystów nie ma pracy. Zresztą i tak z moim fatalnym akcentem nigdzie bym się nie dostała.

Musia uważała, że powinnam zrobić kurs dla sekretarek. Pracę dla maszynistki wciąż można było dostać, chociaż coraz rzadziej. Ten pomysł podobał mi się dużo bardziej, zwłaszcza że AnCO, państwowa agencja zatrudnienia dla młodych, organizowała półtoramiesięczny kurs dla dziewczyn z dobrymi wynikami na maturze. Annie była zawiedziona. „Mogłaś pójść na studia, dostałabyś stypendium”. Nie rozumiała mojej niechęci. A ja nie byłam po prostu tak ciekawa jak ona. Bardzo się cieszyła, że postanowiłam zdawać maturę, ale ilekroć się upiła, szydziła ze mnie, kiedy używałam obcych dla niej, skomplikowanych słów.

Czasem gdzieś sprzątała, ale żyła głównie z zasiłku. Mieszkała w kawalerce niedaleko naszego domu i Musia dawała jej ukradkiem pieniądze. Gdy odwiedzała nas w niedzielę, tata udawał, że się z tego cieszy, ale myślę, że się jej wstydził, chociaż później temu zaprzeczył. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Annie tak bardzo się od nas różni. Rodzice i ja zawsze ciężko pracowaliśmy. Byliśmy spokojni i unikaliśmy kłopotów. Natomiast Annie ich szukała.

Po ukończeniu kursu dostałam pracę w pralni chemicznej, gdzie wypisywałam faktury i trochę księgowałam. Nie mogę powiedzieć, że skakałam z radości, ale poznałam tam Dessiego Fenlona. Niektórzy mężczyźni, z którymi miałam do czynienia, byli ordynarni. Komentowali moją figurę i robili sprośne uwagi, ale Dessie do nich nie należał i zawsze okazywał mi... chyba szacunek. Raz widziałam, jak dał w ucho jakiemuś chłystkowi za to, że źle się do mnie odezwał. Był jednym z kierowców. Cichy i nieśmiały, pół roku zbierał się na odwagę, żeby mnie gdzieś zaprosić. Pewnie uważał, że dzieli nas zbyt duża różnica wieku. Miał dwadzieścia sześć lat, a ja niecałe osiemnaście. Najbardziej lubiłam, kiedy przyjeżdżał odebrać albo zostawić pranie, bo chichotaliśmy wtedy i flirtowaliśmy jak szaleni. W końcu zaczęliśmy ze sobą chodzić. Powiedział, że nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu, kiedy zgodziłam się z nim umówić. Kiedy dla wszystkich pracowników pralni stało się oczywiste, że jesteśmy parą, wszelkie komentarze ustały. Owszem, Dessie był spokojny, ale kiedy ktoś go rozgniewał, potrafił się odwinąć. Miał reputację zabijaki i swego czasu niejednemu nieźle przyłożył.

Praca była nieciekawa i większość czasu się nudziłam, ale zarabiałam tyle, że mogłam wyprowadzić się z domu. Zaproponowałam Annie, żebyśmy wynajęły razem mieszkanie, lecz nie okazała entuzjazmu. Sprawiła mi zawód. Wspomniałam o tym Musi, która powiedziała tacie. A tata mnie ostrzegł: „Nie wynajmuj z nią mieszkania, ta dziewczyna sprowadzi cię do swojego poziomu”. Zastanawiam się teraz, czy gdybyśmy jednak zamieszkały razem, wszystko nie potoczyłoby się inaczej. Czy tata pamięta swoje słowa? I czy go prześladują? Nie chcę mu ich przypominać. Już i tak bardzo cierpi. Wszyscy cierpimy.

Kiedy widziałam ją ostatni raz, była poruszona i podekscytowana zarazem. Wiedziała, że wciąż lubię szkicować i malować, więc obiecała mi kupić porządny zestaw do malowania. Wspaniały prezent i powinnam była się ucieszyć, ale za dobrze ją znałam. Zirytowało ją to, że nie szaleję z radości, ale nie pierwszy raz przysięgała, że coś mi kupi albo że zrobimy coś razem. Po prostu rzadko kiedy dotrzymywała słowa.

– Porządny zestaw – mówiła. – Widziałam go na wystawie u Clarksa, farby w tubkach i od groma różnych pędzli w dużym drewnianym pudełku. Same akwarele, bez olejnych. Widzisz? Pamiętam wszystko, co mi mówiłaś i wiem, że nie lubisz olejnych. Jest wspaniały. Pudełko wygląda na stare, ale jest nowiutkie i pełne różnych różności. Kupię ci je w sobotę rano. Naprawdę. Słowo. Wpadnij do mnie w sobotę po południu.

– Skąd weźmiesz pieniądze? – spytałam.

– Nieważne, grunt, że będą.

– Jasne.

– Zobaczysz. Nie wierzysz mi?

Łatwiej mi było udać, że wierzę, ale wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Tak jak wtedy, kiedy umówiłyśmy się na kolację w Sheries przy Abbey Street kilka tygodni wcześniej: pół godziny czekałam, marznąc na ulicy, a ona nie przyszła. Kiedy do niej zadzwoniłam, powiedziała, że jest zajęta i pójdziemy innym razem.

Mimo to bardzo ją kochałam. Chciała, żebym miała wszystko, co najlepsze i uczyła się na jej błędach. Ostrzegała mnie przed mężczyznami, mówiła, że jestem za dobra dla tych, wśród których się obracamy, i powinnam zaczekać na kogoś wyjątkowego. Nie zawsze się jej słuchałam. Nikt nie potrafił rozśmieszyć mnie tak jak ona i chociaż pobyt w domu samotnej matki przygasił jej pogodę ducha, wyraźnie widziałam, tuż przed tym, jak zniknęła, że znów rozpala się w niej iskra dawnej wesołości.