Herbaciana dziewczynaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W końcu i my, dziewczęta, możemy spróbować. Aby zachować przyzwoitość, musimy siadać na desce umieszczonej w pętli. Ci-teh i Trzecia Bratowa popychają mnie i już za chwilę przelatuję pomiędzy słupami i wzbijam się w górę. Wiatr szarpie moim nakryciem głowy. Pobrzękują dzwonki i srebrne zdobienia. Trzepoczą kurze piórka. Srebrna ozdoba na piersi lśni w słońcu. Dla San-py szybuję jak ptak; nie potrafię powstrzymać śmiechu, gdy przemykam kilkakrotnie nad jego głową. On odpowiada tym samym.

Wieczorem, po kolejnej uczcie, zabieram San-pę do Kwiecistej Izby. Niektórzy chłopcy i dziewczęta już dobrali się w pary. Nie znajduję dla nas spokojnego zakątka, ale to bez znaczenia. Rodzice nas nie widzą, mamy więc pełną swobodę. Kiedy San-pa bierze mnie w ramiona, oboje wiemy, co robić. Jego usta są delikatne. Z jękiem, jaki do tej pory zdarzało mi się słyszeć tylko z chaty nowożeńców, ukrywa twarz w mojej szyi, a potem długo całuje. Ledwo stoję na nogach.

*

– Z kim byłaś wczoraj wieczorem? – pyta A-ma, gdy następnego ranka mielimy ziarno pod domem. – Czy to był Law-ba?

Mama i tata zawsze lubili Law-bę z Bambusowego Lasu. Chodziliśmy razem do szkoły podstawowej i rodzice ciągle mieli nadzieję, że go poślubię. Nosi okulary w wielkich, czarnych oprawkach, przez które wygląda jak sowa, tyle że brak mu jej legendarnej mądrości. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby pójść z nim do Kwiecistej Izby.

Pochylam głowę nad żarnami, licząc na to, że A-ma znajdzie inny temat do rozmowy. Dociekliwość jest jednak jej matczynym obowiązkiem.

– Czy to był ten obcy chłopak, który się w ciebie wpatrywał? – naciska.

– Chyba tak – odpowiadam, ponieważ doskonale wiem, że ma na myśli San-pę.

– A czy to nie on ukradł przed laty tamten placek? – Nie beszta mnie za pójście z nim do Kwiecistej Izby. Zamiast tego od razu przechodzi do sedna sprawy: – Urodził się w Dniu Tygrysa, a ty w Dniu Świni. To się nigdy nie zmieni. Twój A-ba i ja nigdy nie wyrazimy zgody na to małżeństwo.

– Ale ja kocham San-pę.

– Kochasz San-pę? – wymawia jego imię, jakby przełykała gorzkie zioło. – Ty po prostu lekkomyślnie kusisz los.

Nie zamierzam się jednak poddać. Nigdy.

– Będzie dobrym mężem. Jego ród jest lepszy od naszego. Jesteśmy oboje wykształceni...

– Świetnie wiesz, że to wszystko nie ma znaczenia! Jego wizyta byłaby bezcelowa – oznajmia stanowczo. – Będziesz musiała znaleźć innego chłopca.

Kilka godzin później, po ucztach i kolejnych rundach na huśtawce, pozwalam San-pie zaprowadzić się do lasu. Wokół nas buzuje życie: kwiaty, ziemia i dzikie zwierzęta roztaczają swoją woń; żaby bezustannie wyśpiewują swe pieśni, zwierzęta parzą się z rykiem, ptaki ćwierkają, w zadumie spoglądając na nas z wysoka; wietrzyk ogrzewa naszą skórę ciepłym oddechem. Znajdujemy miejsce usłane liśćmi i sosnowymi igiełkami, które z upływem czasu stały się miękkie. Siadamy obok siebie i wpatrujemy się w nieodległy masyw górski. Spowija nas wilgotna mgła, przyciąga nas dal, aż całkowicie wtapiamy się w szarobłękitne niebo.

– Na pewno tego chcesz? – pyta.

– Na pewno.

Odwracamy się do siebie. Całuje mnie i powoli kładzie na ziemi. Walczy z moim ubraniem. Jego stwardniałe dłonie dowodzą, jak ciężko pracuje dla swojej rodziny. Kiedy ściska mój sutek, wydaję okrzyk, o jaki bym się wcześniej nie podejrzewała. Nie miałam doświadczeń z innymi chłopcami, ale pragnę dotknąć ciała pod jego tuniką. Jego tors jest gładki. Wyczuwam dłońmi twardość mięśni. Podciąga mi spódnicę, sięga do rajtuzów i dotyka tego miejsca, które stało się mokre i śliskie. Teraz to on jęczy. Wpatruje się w moje oczy. Widzę jego duszę. To, co znajduje się między jego nogami, musi dostać się pomiędzy moje. Może i nigdy tego nie robiłam, ale widywałam koguty pokrywające kury. Spółkujące świnie, psy i koty też. San-pa pomaga mi się odwrócić, ląduję na kolanach i podpieram się dłońmi. Coś gorącego i twardego uderza o moją pupę. Pod dotykiem jego palców wyginam plecy w łuk. Cieszę się z rady Ci-teh, ponieważ chłopiec świetnie sobie radzi.

– San-pa. – Jego imię wypływa spomiędzy moich warg jak ocean, który unosi mnie do miejsc, o których istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia.

Opiera ręce na moich biodrach. Potem ta gorąca rzecz odnajduje wejście i zaczyna napierać. Staram się ją odepchnąć... Waaa! Co za ból! – jakby dźgnął mnie rozżarzonym pogrzebaczem. Opadam na łokcie. Oboje zamieramy w bezruchu. Pochyla się do mnie i przysuwa usta do mojego ucha.

– Mam iść dalej?

Robię głęboki wdech i kiwam głową. Powoli, powoli wycofuje się i wraca. Obezwładniający ból mija, ale towarzyszące mi dotąd podniecenie zniknęło bez śladu. W przypadku San-py jest najwyraźniej inaczej: znajduje własny rytm, tak jak wszystkie samce, które miałam okazję widzieć. Kończy i przewraca się na plecy obok mnie. Gorącą rzecz chowa pod tuniką, zanim zdążę ją zobaczyć.

– Następnym razem będzie lepiej – mówi. – Obiecuję. – Całuje mnie i wygładza mi spódnicę wokół nóg. – Zostaniesz ze mną na noc?

Kiedy kiwam głową, otacza mnie ramionami i przyciąga do piersi. Zamykam oczy i słucham bicia jego serca.

*

– Sama też byłam kiedyś panną na wydaniu – rzuca A-ma, gdy następnego ranka wracam do domu. – Tylko pamiętaj, że dzisiaj cała wioska musi zachować rytualną wstrzemięźliwość. A to oznacza...

– Wiem, co to oznacza – odparowuję. W rzeczywistości myślę tylko o tym, że moje zbolałe ciało wreszcie odpocznie.

– Ta twoja szkoła, twoje plany... Miałaś być inna...

– Nic się nie zmieniło.

Nie wierzy mi.

– Nie różnisz się od pozostałych dziewcząt z tej góry. Miłość cię ogłupia. – Z westchnieniem wraca do mielenia ziarna.

Wymóg baczenia na swoje kończyny nabrał dla mnie nowego znaczenia. Może i nastał dzień rytualnej wstrzemięźliwości, ale i tak idziemy z San-pą do lasu.

– Tylko porozmawiać – zarzeka się.

Powracamy w to samo miejsce. Kiedy siadamy, San-pa mówi mi, że pokochał mnie od pierwszego wejrzenia, już wtedy, w punkcie skupu herbaty. Żadne słowa nie sprawiłyby mi większej radości. I nic nie uszczęśliwiłoby mnie bardziej niż pawie oko, które wyciąga z kieszeni.

– Do twojego nakrycia głowy – mówi.

– Skąd je masz? – pytam.

Wysuwa podbródek.

– Wystarczy ci wiedzieć, że znalazłem coś, co może cię uradować.

Nasza przyszłość jest jasna. Skoro dał mi prezent, to jego rodzice muszą tylko wysłać do moich pośredników z pytaniem, czy może mnie poślubić i zabrać do swojej wioski. Skończymy szkołę... Pójdziemy na studia... Włączymy się w krwioobieg gospodarki rynkowej...

*

Nadchodzi kolejny tydzień. Podczas przerwy obiadowej zaskakuje mnie widok Nauczyciela Zhanga na dziedzińcu szkolnym. Plotki szybko się rozchodzą, zakładam więc, że przybywa z gratulacjami. Mylę się.

– Na pewno chcesz wyjść za tego chłopca? – pyta. – Tak ciężko pracowałaś.

– Był pan moim największym mentorem. – Staram się być uprzejma.

– A co z gaokao?

– Będziemy zdawać razem.

Nauczyciel Zhang potrząsa ze smutkiem głową.

– Wiesz, że nigdy nie dopuszczą go do egzaminu. A gdyby zdarzył się cud, to i tak nie zda. Ty zaś masz przed sobą przyszłość. Mogłabyś jako pierwsza z tej góry pójść do Etnicznego Kolegium Nauczycielskiego, a może nawet na Uniwersytet Yunnański.

– Myli się pan co do San-py...

– Jeżeli go poślubisz, tradycja będzie ci ciężarem – upiera się. – Wasze rodziny zechcą, żebyś została w domu, rodziła dzieci i leczyła jak twoja matka.

Uważa to za realne zagrożenie, ale San-pa nigdy do tego nie dopuści.

– Powiedz, że nie przerwiesz nauki – naciska.

– Nie przerwę nauki – przyrzekam. – Podejdę do egzaminu, nawet bez San-py.

Nauczyciel Zhang po trzykroć kiwa gwałtownie głową i porusza ukrytymi pod bluzą ramionami. Potem odchodzi, by zdążyć na popołudniowe lekcje w szkole podstawowej.

Rozglądam się po dziedzińcu w poszukiwaniu San-py. Dostrzegam go wśród innych chłopców; siedzą na murze z opuszczonymi swobodnie nogami. Domyślam się, że obserwował całą rozmowę z Nauczycielem Zhangiem, ale nie podchodzi do mnie, żeby o nią zapytać.

*

Nadal kocham moją rodzinę i przykładam się do obowiązków domowych. Ci-teh jest mi droga jak dawniej, ale nie wyjawiam jej zbyt wiele z marzeń o przyszłym życiu z San-pą. Przyjaciółka wyczuwa chyba ten nowy i stale rosnący dystans między nami, dlatego wynajduje wymówki, dzięki którym możemy opuszczać wioskę: „Idziemy zbierać drewno na opał. Niedługo wrócimy”. Chce, żebym otworzyła przed nią serce bez obaw, że ktoś nas podsłucha. Rozumiem jej pragnienie, ponieważ zawsze dzieliłyśmy się wszystkim. Ci-teh chciałaby poznać każdy szczegół, ja strzegę ich jednak zazdrośnie. Plotę coś o uczuciach albo unikam odpowiedzi, dopytując, czy po Święcie Huśtawki ktoś prosił ojca o jej rękę. (Jej ród jest znowu najbogatszy na całej górze. Udało im się odrobić straty po ofiarach, jakie miały ich oczyścić po wydarzeniach z ludzkimi odrzutami. Dzięki temu Ci-teh otrzyma sowity posag). Opowiada mi o różnych chłopcach, ale to nie rozwiązuje mi języka.

Te uniki muszą ją ranić, bo zaczyna mnie atakować.

– Ludzie powiadają, że San-pa dalej spotyka się z innymi dziewczynami w Kwiecistych Izbach w ich wioskach – oznajmia.

– Nie wierzę w to – odpowiadam i naprawdę tak jest.

Kiedy wymienia konkretne imiona i miejsca, dochodzę do jednego wniosku.

– Jesteś zazdrosna? – pytam.

– O co? – Spogląda na mnie wyniośle.

– O niego. Chodzisz z różnymi chłopcami do Kwiecistej Izby i kradniesz z nimi miłość w lesie, ale żaden nie poprosił cię o rękę.

– To podłe z twojej strony. Chcę być twoją przyjaciółką.

 

– Waaa! A powtarzanie plotek nie jest podłe? Zresztą, nawet jeśli to robi, w czym ustępuje tobie albo innym młodym ludziom z góry Nannuo? Wszyscy chcą przed ślubem wypróbować partnerów. Jesteśmy Akhami, tego się od nas oczekuje.

Milczy przez dłuższą chwilę.

– Czy zaliczasz się do tych dziewczyn, które po pierwszym zbliżeniu zapominają o swoich przyjaciółkach? – pyta w końcu prosto z mostu. – Ja o tobie nie zapomniałam, kiedy zaczęłam to robić.

Nie znajduję odpowiedzi, co sprawia ból nam obu. Czyż nie było tak między nami już wcześniej? Jedna zawsze miała pod górkę, gdy drugiej się powodziło.

*

San-pa często bywa w Źródlanej Studni. Spotykamy się w Kwiecistej Izbie. Chodzimy do lasu. Pierwsza zapytałam go o inne dziewczyny, a wtedy on mnie o chłopców. Moja odpowiedź brzmiała: „Żadnych”. Jego: „Ani żadnych dziewcząt”. Zaczęłam lubić nasze zbliżenia. Zdarzyło nam się nawet współżyć twarzą w twarz, a nie jak zwierzęta. To podoba mi się szczególnie. Patrzeć mu w oczy. Całować go. Obejmować go nogami. Kiedy odchodzi do domu, przysiadam na wysłanym sosnowymi igłami łożu, a wśród wzgórz niesie się nasza pieśń miłosna.

– Rozkwitły już pąki, czy motyle wiedzą?...

– ...A na plastrach w lesie miodne pszczoły siedzą...

– ...I piękny kwiat wzywa swej pierwszej miłości...

– ...Owad go wyczuwa z wielkiej odległości...

– ...Już spija jej nektar...

– ...Już go pieści płatkiem...

Refren wyśpiewujemy w unisonie, żeby wszyscy wiedzieli, jak przemożna jest nasza miłość:

– ...Zbierzmy razem to kwiecie, choćby i ukradkiem! Alloo sae, ah-ee, ah-ee-o, ah-ee, ah-ee-o!

Jesteśmy szczęśliwi, ale pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne. Jak przypomniała mi A-ma, urodziłam się w Dniu Świni, a San-pa – w Dniu Tygrysa. To nie wróży dobrego małżeństwa, dlatego nasze rodziny są mu oczywiście przeciwne. Jak to mają w zwyczaju ojcowie z ludu Akha, A-ba przekazuje mi wiadomości przez pośredników.

– Słaby chłopiec wyrośnie na słabego mężczyznę – szepcze konfidencjonalnie Pierwsza Bratowa, trzymając mnie pod ramię.

– Wszyscy na górze wiedzą, jaki to leń – oznajmia szorstko Druga Bratowa.

– Nie będziesz miała co jeść, jeśli wyjdziesz za tego nicponia – mamrocze Trzecia Bratowa, moja ulubiona.

Niech mówią, co chcą, to nic nie przesądza.

A-ba wpuścił San-pę do domu i odbył z nim rozmowę. Na jej przebieg wpłynął fakt, że ostatnio naszej rodzinie powodzi się lepiej. Trzy lata temu ojciec kupił za nadwyżkę ryżu młodą świnkę. Odchowana locha urodziła prosięta i teraz pod podłogą naszego domu śpią już trzy świnie. Nigdy nie dorównamy bogactwem rodowi Ci-teh, ale wyższy status pozwala A-bie spokojnie czekać na jak najlepszą partię dla córki.

Usadowiwszy się tuż przy ścianie rozdzielającej obie części domu, mogę przysłuchiwać się rozmowie ojca z San-pą. Chłopak obwieszcza, że przybył tu, żeby wziąć sobie żonę – tak mężczyźni z ludu Akha określają zawarcie małżeństwa.

– Nie – odpowiada ojciec.

San-pa recytuje imiona swoich przodków do pięćdziesiątego pokolenia wstecz.

– Nie – odpowiada ojciec.

San-pa podkreśla, że w ostatnich siedmiu pokoleniach nie mieliśmy żadnych wspólnych przodków, co oznacza, że nie złamalibyśmy tabu, jakim jest kazirodztwo. A-bę to nie interesuje.

– Nie – odpowiada. I dodaje: – Dla mojej córki nie nadszedł jeszcze czas, żeby „chodzić – pracować – jeść”. – W ten sposób kobiety Akhów opisują małżeństwo. – Moja córka zamierza zdawać gaokao i jako pierwsza z góry Nannuo iść do szkoły wyższej.

Oto, jak bardzo ojciec nie lubi San-py!

Mija pięć księżyców i nadchodzi Miesiąc Odpoczynku. Według zachodniej rachuby czasu wypada on mniej więcej w lutym. Mężczyźni nie muszą pracować, dokładają więc wszelkich starań, by zrealizować swoje plany małżeńskie. Niezamężne kobiety zaś tkają w oczekiwaniu na oświadczyny. Z tych powodów okres ten nazywa się niekiedy Miesiącem Małżeństwa i Tkactwa. Jak dotąd sporo już utkałam, ale weselnych przygotowań ani widu, ani słychu.

Pod koniec drugiego cyklu San-pa przybywa po raz kolejny, żeby znowu poprosić o zgodę na ślub. Odpowiedź brzmi tak samo: „Nie”.

– Będę dobrym mężem...

– Nie sądzę. – Zamiast użyć typowych argumentów o niedobranym małżeństwie, dziś A-ba kieruje rozmowę na inne tory: – Może sądzisz, że mieszkasz daleko i nic tu o tobie nie słychać. Mimo wszystko coś słyszeliśmy. Handlujesz, czym nie trzeba, i próbujesz, czego nie powinieneś. Gdybyś był tak przyzwoity, jak sam się przedstawiasz, twoi rodzice przysłaliby dwóch starszych wioski z prośbą o rękę Dziewczyny. Przysłaliby prezenty. Gdybyśmy się dogadali, spędziłaby noc w twoim domu, upewniłaby się, że będzie tam szczęśliwa, a trzy dni później wzięlibyście ślub. Nic takiego nie miało miejsca, ponieważ twoi rodzice również są przeciwni. Chłopcze, wspominam twojego ojca jako człowieka honoru. Nawet przed tylu laty gotów był chronić reputację mojej córki, by nie ucierpiała wskutek działań jego własnego syna.

San-pa nie może się bronić.

– Ta sprawa jest zamknięta – dodaje A-ba.

Później, już w lesie, pytam San-pę, co miał na myśli ojciec.

– Cóż takiego niby o tobie usłyszał, że tak cię oczernia?

Lecz San-pa zamyka mi usta pocałunkiem i zaczynamy rozmawiać zupełnie innym językiem.

Tego popołudnia przystępujemy do opracowania planu.

– Przeniesiemy się – mówię. – Pójdziemy do Menghaiu. Tam się pobierzemy i nikt nas nie powstrzyma.

Wsuwa niesforne kosmyki pod moje codzienne nakrycie głowy.

– Jestem mężczyzną – oznajmia. – A ty jesteś kobietą. Moim obowiązkiem jest dbać o ciebie. To ja podejmę decyzję. Zostaniesz tutaj i podejdziesz do gaokao. Opuszczę górę Nannuo i poszukam zajęcia w którymś z krajów, po których wędrują Akhowie...

– Ale dlaczego nie możemy być razem? Pójdę z tobą. Laos leży tak blisko. Mjanma też...

– Nie! – Zaskakuje mnie jego ostry ton. – Twój ojciec nigdy by mi nie wybaczył. Ja pójdę. Do Tajlandii. – Czy wybrał akurat ten kraj, żeby przypomnieć mi, że to on tu rządzi? – To długa wędrówka. Na mapie to dwieście pięćdziesiąt kilometrów, lecz przez góry znacznie więcej. Ale co to dla mnie? Dotrę tam w dziesięć dni, może nawet szybciej. A ty się ucz i podejdź do gaokao. Kiedy powrócę z kieszeniami pełnymi pieniędzy, znajdę cię w kolegium. Włączę się w gospodarkę rynkową i zarobię jeszcze więcej. Gdy skończysz studia, poprosimy w jakiejś wiosce, gdzie nikt nas nie zna, o przydział kawałka ziemi. Ja będę gospodarzył, a ty staniesz na czele kobiet. – Patrzy mi w oczy, najwyraźniej sprawdzając siłę mojego uczucia. – Jako datę moich urodzin podamy ludziom jakiś odpowiedniejszy dzień...

– Nie wolno kłamać na temat swojego pochodzenia!

– Nie będziemy musieli. Proponuję zmienić tylko jeden wyraz: „tygrys” na „owca”. Od dzisiaj wszystkim nieznajomym będę przedstawiał tę wersję. Dzięki temu będziemy mogli zacząć od nowa.

Nie jestem pewna, czy ta mistyfikacja jest dobrym pomysłem ani czy fałszywy szyld zmieni jego prawdziwe ja. Mimo wszystko przystaję na ten plan. Pewnego dnia będziemy mężem i żoną. Muszę nauczyć się posłuszeństwa, jeżeli mamy być razem szczęśliwi.

Wypruwa z rąbka tuniki dwie grube nici.

– „Przed daleką drogą zwiąż nadgarstki sznurem”. Będziemy do siebie przywiązani. – Okręca jedną z nici wokół mojego nadgarstka i mocno zaciska supeł. Gdy robię to samo, kontynuuje: – To dowodzi, że jesteśmy ludźmi, ponieważ duchy nie używają sznurów. Obiecuję, że powrócę z pieniędzmi, które pozwolą na zakup pola ryżowego, i poślubię ciebie, dziewczynę, którą znam i kocham od dzieciństwa. A teraz pójdziemy do twoich rodziców, żeby im to ogłosić.

Kiedy zbieramy się we wspólnej izbie, cała rodzina – bracia i bratowe, bratankowie i bratanice, A-ma i A-ba – słucha tego, co mamy do powiedzenia. Hanowie mają powiedzenie o uśmiechniętym obliczu, które skrywa złe zamiary. Właśnie to widzę na twarzach moich bliskich. Ich usta wypowiadają odpowiednie formułki, ale z tyłu czają się inne treści, od których aż gęsto w pomieszczeniu.

– Czy chcesz zrezygnować z szansy skończenia szkoły i pójścia na studia? – pyta ojciec San-pę, a tak naprawdę myśli: Odejdź i nigdy nie wracaj.

– Twoi rodzice będą z ciebie dumni – oznajmia matka, ale całe jej ciało wysyła jasny komunikat: Masz język wzlatującego orła, ale dłonie jak chińskie pikle. To znaczy, że może się przechwalać do woli, lecz w jej oczach na zawsze pozostanie złodziejem placków.

– Historia twojego życia podąży w innym kierunku – dodaje Pierwszy Brat. Równie dobrze mógłby powiedzieć: Kiedy odejdziesz, zapomnisz o mojej siostrze. Niech i tak będzie.

Rodzina odprowadza San-pę do bram wioski, co oznacza, że nie ma szans na pożegnanie sam na sam. Mimo wszystko San-pa stwierdza głośno, żeby wszyscy go usłyszeli:

– Przyrzekam, że po ciebie wrócę, Li-yan.

Cofa się powoli, bardzo powoli i ani na chwilę nie odrywa ode mnie wzroku. Oślepiają mnie łzy i nie dostrzegam niebezpieczeństwa, a moja rodzina – niech będą przeklęci! – nie ostrzega San-py, zanim jest za późno. Zamiast przejść środkiem, chłopak uderza plecami w jeden ze słupów podtrzymujących bramę duchów. To jak najgorszy omen i poważne naruszenie tabu. Nawet San-pa wygląda na strwożonego. Odwraca się i czmycha do lasu.

– Mam nadzieję, że rodzice odprawią dla niego rytuał oczyszczający – komentuje całe zajście A-ba.

– To bez znaczenia. Zło już się stało – odpowiada A-ma, z trudem maskując pogardę. – Chodźmy. Musimy odwiedzić rumę. Potrzebujemy oczyszczenia.

Zachłanne oczy tygrysa

Dzień po odejściu mojego ukochanego odwiedzam Ci-teh. Siadamy na podłodze i rozmawiamy, jakbym nigdy nie traktowała jej chłodno, gdy San-pa tu jeszcze był.

– Jesteśmy jak leśne pnącza – oznajmia, chociaż ją skrzywdziłam. – Nasze korzenie będą zawsze związane węzłem przyjaźni.

– Nasza przyjaźń będzie sięgała gwiazd – potwierdzam i w końcu opowiadam jej wszystko o San-pie.

Przyjaciółka nie ostrzega mnie przed nim ani go nie krytykuje. Po prostu zamyka oczy i wzdycha.

– Kiedyś będę równie szczęśliwa jak ty. Czyż nie byłoby wspaniale znaleźć mężów z tej samej wioski, razem zajść w ciążę i postarać się, żeby nasze dzieci były sobie tak bliskie jak my?

Ściskam jej dłoń i bezgłośnie powtarzam to samo życzenie.

*

Kilka dni później usiłujemy nadrobić zaległości w obowiązkach domowych, zanim rozpocznie się sezon zbierania herbaty. Nagle z lasu dochodzą nas jakieś przerażające dźwięki. Są coraz głośniejsze i bliższe. Dzieci z płaczem kryją się w tunikach matek. Starszyzna dygocze na matach. Psy wczołgują się pod domy, zbyt przestraszone, by szczekać. Odgłosy są mechaniczne, lecz nie monotonne: coś buczy i zgrzyta. Dźwięki przechodzą w okropne rzężenie, które niespodziewanie ustaje. Zapewne każdy mieszkaniec wioski dziękuje w głębi serca rumie za zbudowanie potężnej bramy duchów, która zamknęła tej strasznej rzeczy dostęp do Źródlanej Studni.

Nikt nie śmie pójść do bramy, żeby zbadać sprawę, ale ptaki znowu świergoczą, a psy wychodzą z kryjówek. Parę minut później słyszymy męski głos.

– Halo! Halo! Halo! – woła po mandaryńsku.

Nikt nie odpowiada. Głos rozbrzmiewa ponownie.

– Halo! Halo! Halo! Jest tu kto? Wyjdźcie! Spotkajmy się!

Ten ktoś mówi po mandaryńsku, ale trochę dziwnie, melodyjniej, jakby śpiewał. Mimo wszystko to na pewno głos człowieka, nie ducha. Nawet ja to słyszę.

– Dziewczyno, co on mówi? – pyta A-ba przez ścianę rozdzielającą dom.

Tłumaczę.

– Lepiej chodź ze mną, skoro uczyłaś się jego języka – odpowiada.

Spotykam się z ojcem na zewnątrz, gdzie już zgromadzili się wódz, ruma i kilku innych mieszkańców wioski. Wszyscy trzymają kusze. Kiedy zbliżamy się do bramy duchów, dostrzegam mężczyznę, chłopca i samochód. Samochód! Zielony, z blaszaną czerwoną gwiazdą na masce. To stary samochód terenowy Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Widywałam takie na rozwieszonych w szkole plakatach upamiętniających wojnę wyzwoleńczą. Drzwi auta otwierają się i wysiada z niego drugi mężczyzna, który do tej pory siedział za kierownicą. Pozostajemy po naszej stronie bramy duchów. Goście trzymają się swojej strony. W milczeniu lustrujemy się wzrokiem. Kierowca jest ubrany niemal identycznie jak Nauczyciel Zhang: ma na sobie niebieskie spodnie i bluzę, jak każdy członek większości Han, którego do tej pory miałam okazję widzieć. Dwaj pozostali przybysze są jednak tak odmienni, jak to tylko możliwe. Po pierwsze, chłopczyk jest łysy, chociaż ojciec szybko zakłada mu na głowę niewielką czapeczkę z dużym daszkiem. Spodnie dziecka – jaskrawożółte! – kończą się znacznie powyżej kolan. Wierzch jego bucików jest z materiału, ale podeszwy wyglądają jak z giętkiego plastiku. Opięta koszulka ma krótkie rękawy. Nie widzę żadnych guzików ani innych zapięć. Za to jej przód ozdabia rysunek przedstawiający żółtego chłopca z włosami sterczącymi jak ostre kolce. Próbuję wymówić słowo, które wydobywa się z ust postaci. Nadruk w obcych literach głosi: Cow-a-bunga! Nie znam takiego wyrazu.

 

Występuję naprzód.

– Zgaduję, młoda damo, że powinienem rozmawiać z waszą starszyzną za twoim pośrednictwem – oznajmia mężczyzna. Wmaszerowuje prosto przez bramę, a więc musiano go ostrzec, żeby jej nie dotykał, i wyciąga dłoń. – Po mandaryńsku nazywam się Huang Benyu. Jestem z Hongkongu.

A więc jego pierwszym językiem jest kantoński. To wyjaśnia akcent i dodatkowe tony. Mimo to mówi po mandaryńsku lepiej ode mnie.

– Z Hongkongu... – mamroczę. Równie dobrze mógłby być z Księżyca.

– To jest mój syn – mówi, przywołując chłopca gestem. – Podczas pobytu na kontynencie używamy jego mandaryńskiego imienia, Xianrong. Ma pięć lat i jest moim jedynym synem. Jedynym dzieckiem.

Tłumaczę wszystkie informacje zgromadzonym wokół mnie mężczyznom. Myślę, że wszyscy mamy takie same miny: gapimy się na obcych z rozdziawionymi ustami i wybałuszonymi oczami. Żadne z nas nie spotkało nigdy nikogo spoza naszej prowincji, oprócz Nauczyciela Zhanga. O zagranicy nawet nie wspominając. Z Hongkongu...

Nikt się nie odzywa, przybysz mówi więc dalej:

– Przebyłem długą drogę, by kupić waszą herbatę. Jestem biznesmenem. Produkuję i dostarczam żurawie. Chiny bardzo ich teraz potrzebują.

Dlaczego potrzebujemy ptaków? Nie mam pojęcia, ale słucham dalej.

– To moja profesja. Moim hobby jest natomiast herbata. Jestem jej koneserem.

– Huang Xiansheng – odpowiadam, zwracając się do niego grzecznościowym mandaryńskim terminem „pan”. – Nie umiem tego wszystkiego przetłumaczyć.

Odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem, ukazując wszystkie zęby. Mężczyźni wokół mnie cofają się. Sama odsuwam się jeszcze dalej, szukając schronienia wśród A-by i braci. Z tej bezpiecznej pozycji przyglądam się dokładniej obcemu. Ma głowę w kształcie rzepy i pucołowate, lekko zaróżowione policzki. Jego włosy są czarne niczym ślepia jaszczurki. Jest pulchny jak Przewodniczący Mao na plakatach. Nigdy nie wierzyłam w autentyczność tych wizerunków; nie mogłam pojąć, że ktoś mógłby tak wyglądać, być tak grubym, mieć taki opasły brzuch. Teraz chce mi się śmiać na widok paska wrzynającego się w jego talię. Myślę o tym, jakie ilości jedzenia musiały ją ukształtować. Spodnie przybysza mają z tyłu i z przodu mocno zaprasowane kanty. Materiał nie przypomina niczego, co widziałam do tej pory. Krótkie rękawy idealnie wyprasowanej koszulki również mają kanty.

Przybysz też się nam przypatruje. Taksuje nas jak rolnik, który zagląda do pyska bawołu. Chyba nie podoba mu się to, co widzi. Ja natomiast formułuję na jego temat pewien pogląd: jest bogaty. Nie dobrze sytuowany, jak rodzina Ci-teh – to coś zupełnie innego.

– Czy moglibyśmy gdzieś usiąść i porozmawiać? – pyta. – Chciałbym spróbować waszej herbaty i może trochę kupić.

Gdy przekładam jego słowa, większość mężczyzn zawraca pędem do wioski. Nie chcą z tym mieć nic wspólnego. Zostają tylko wódz i ruma oraz A-ba i bracia, którzy muszą mnie chronić. Mężczyźni szepczą między sobą. My, Akhowie, słyniemy z gościnności, mają jednak wątpliwości co do wpuszczenia nieznajomego do któregoś z naszych domów. Decyzję podejmuje wódz.

– Dziewczyna mówi językiem obcego, a jej klan uchroni ją od krzywdy. Pójdziemy tam, gdzie mieszka.

Bracia piorunują mnie wzrokiem, jakbym przyniosła rodzinie wielki wstyd. Spojrzenie ojca jest stalowe, jak wówczas, gdy patroszy jelenia. Nigdy nie pochwalali mojego wykształcenia, a teraz rodzina znalazła się przez nie w nieprzyjemnej sytuacji.

– Chcę tylko kupić herbatę – zapewnia nas Pan Huang irytująco przyjacielskim tonem. – Macie tu herbatę, prawda? Tak, napijmy się herbaty – mówi, jakbyśmy nie mieli zamiaru go poczęstować. – Ale tylko na wodzie źródlanej. Macie tu wodę źródlaną?

A jaką inną wodę moglibyśmy mieć? Deszczówkę? Wodę ze stawu? Z kałuży?

– Nasza wioska nazywa się Źródlana Studnia – odpowiadam.

– Oczywiście! – Znowu wybucha śmiechem. – Właśnie dlatego odwiedzam ją w pierwszej kolejności.

Idziemy w osobliwym pochodzie. Chłopiec wyrywa się naprzód, jakby znał drogę. Jego ojciec nie wydaje się tym przesadnie zaniepokojony. Któryś z sąsiadów musiał uprzedzić A-mę i bratowe, ponieważ gdy docieramy na miejsce, herbata jest już zaparzona. Kiedy mężczyźni sadowią się na podłodze w głównej izbie, bratowe zostają wyproszone. Matka opiera się plecami o bambusową ścianę, splotła dłonie, jest czujna. Stoję przy niej i tłumaczę w razie potrzeby. A-ba wskazuje obcemu gestem, żeby spróbował herbaty Pierwszego Brata. Wziąwszy łyk, przybysz krzywi się, jakby przepłukał usta sokiem z niedojrzałych persymon.

– To musi być herbata tarasowa, z krzaków – stwierdza Pan Huang. – Od pierwszego do ostatniego parzenia zachowuje jednostajny smak. Brak jej qi, siły życiowej, intensywności.

W następnym imbryku zaparza się herbata z ogłowionych drzew Drugiego Brata. Tym razem obcy upija łyk i odstawia czarkę na podłogę.

– Ogławianie nie wzmacnia korzeni, ponieważ rosną na boki, symetrycznie do tego, co nad ziemią – oznajmia. – Smak jest słodkawy, ale pusty. Szukam herbaty pu-erh. Znacie pu-erh?

Nie, nie znam tego słowa. Brzmi równie niezrozumiale jak „profesja” i „koneser”.

Kiwa na mnie, żebym podeszła.

– Młoda damo, widzę, że masz szerokie horyzonty. Uczyłaś się mowy powszechnej. Rodzina musi być z ciebie bardzo dumna, ponieważ podążasz za narodowym pragnieniem transformacji. Tutaj... – Robi szeroki gest. – ...możecie tego nie rozumieć, ale w całych Chinach zachodzą wielkie przemiany.

Tłumaczę jego wypowiedź tak, żeby zabrzmiała bardziej uprzejmie.

– Musicie powitać nowe czasy z podniesionym czołem! – nawołuje mężczyzn Pan Huang. – Nadeszła era reform i otwarcia na świat. Nawet Amerykanie przyjeżdżają do Chin, żeby zobaczyć Wielki Mur, Zakazane Miasto i rzekę Jangcy.

Ruma mlaszcze i mruczy w naszym dialekcie:

– Zbyt gadatliwy.

Chichotanie braci działa na gościa otrzeźwiająco.

– Tam, skąd pochodzę – ciągnie – omawiamy interesy przez wiele godzin. Wyjaśniam wam, czego chcę. Wy mówicie, czego chcecie w zamian. Tak postępują cywilizowani ludzie, ale może wy macie inne sposoby. Nie jestem aż tak biegły w obyczajach górskich plemion. Nikt nie jest.

Zgromadzeni mogą nie rozumieć mandaryńskiego określenia „górskich plemion”, ale obraźliwy, protekcjonalny ton Pana Huanga znają aż za dobrze.

– Zapytaj obcego, czego chce. – Ruma uderza dłonią w podłogę.

Gdy przekazuję pytanie, Pan Huang odpowiada:

– Już wam powiedziałem. Przybyłem w poszukiwaniu waszej wyjątkowej herbaty. Przyjechałem kupić pu-erh.

Posłusznie tłumaczę odpowiedź.

– Pu-erh? Co to jest pu-erh? – ruma zadaje pytanie, które sama wstydziłam się postawić.

– To specjalna zestarzała herbata. – Pan Huang jest wyraźnie zdumiony. – Stąd pochodzi...

– Może chodzi mu o herbatę ze starych drzew – sugeruje Trzeci Brat.

Pomysł zaserwowania człowiekowi z Hongkongu herbaty z bezwartościowych drzew Trzeciego Brata rozbawia wszystkich. Niebawem przed gościem ląduje gotowy napar. Pan Huang i jego syn równocześnie podnoszą czarki, biorą wdech przez usta i hałaśliwie siorbią płyn. Chłopiec z uznaniem kiwa głową, a ojciec odpowiada mu uśmiechem.

– Ta jest lepsza. Kiedy drzewa wyrastają z nasion, główne korzenie rosną w nieskończoność, a rozrost pod i nad ziemią jest symetryczny. To dodaje herbacie aromatu i bogactwa – mówi Pan Huang życzliwie. – Od zawsze słyszałem, że herbata z góry Nannuo ma wyjątkowe cechy: bardziej kwiatowe nuty i wyważony posmak. Wyczuwam aromat moreli z nutką tytoniu. Jest też umiarkowanie cierpka. – Wącha pustą czarkę, rozkoszując się ulotną wonią. Chłopczyk dokładnie naśladuje ruchy ojca.