Herbaciana dziewczynaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Koguty obwieszczają nadejście poranka. Przez bambusowe ściany przenika światło. Głos kapłana duchowego przebija się przez uporczywy szum deszczu.

– Przybądźcie, mieszkańcy Źródlanej Studni!

Posłusznie wychodzimy i zostawiamy Deh-ję samą. Kapłan stoi na werandzie z laską w dłoni, czeka, aż wszyscy się zbiorą. Ci-do z dwoma starcami zatrzymał się w pewnym oddaleniu. Ma ten sam gniewny wyraz twarzy, dokładnie tak jak kazała A-ma.

Zwracając się do tłumu, ruma wznosi ramiona:

– Wielka moc zesłała na naszą wioskę niewłaściwe narodziny. To prawdziwa tragedia dla Ci-da i Deh-ji. To prawdziwa tragedia dla nas wszystkich. Ci-do spełnił swój obowiązek. Spalił ludzkie odrzuty w lesie. Ich duchy nie będą już nas niepokoić. Ci-do to dobry człowiek, pochodzi z zacnej rodziny, wszyscy jednak wiemy, co musi się stać. – Uderza laską w deski werandy: stuk, stuk, stuk. – Przez jeden cykl wszyscy w wiosce zachowają rytualną wstrzemięźliwość. Niech każdy baczy na swoje kończyny. – Co oznacza, że wszyscy mają powstrzymać się od współżycia. – Naszą wioskę trzeba opasać magicznym pnączem dla ochrony przed złymi duchami. Dzieci nie pójdą do szkoły. I...

Matka i siostra Ci-da łkają z twarzami ukrytymi w dłoniach. Jego ojciec wbija wzrok w ziemię.

– ...rodziców ludzkich odrzutów należy wygnać, a ich dom zniszczyć – kończy ruma.

Ci-do, ruma i nima wchodzą do chatki nowożeńców. Pozostali czekają. Wiatr wzmaga się, deszcz chłoszcze nasze twarze. Z chaty wyłania się ruma z kuszą Ci-da. Nima prezentuje wszystkim srebrne bransolety ślubne Deh-ji. Mają prawo zabrać, co im się spodoba, jako zapłatę za swoje usługi. I wybierają najcenniejsze rzeczy Ci-da i Deh-ji.

Na zewnątrz pojawia się Ci-do. Nie ma na głowie zawoju. Na plecach taszczy pakunek, w ramionach trzyma wszystko, co udało mu się unieść. Za nim wychodzi Deh-ja. Jej widok bez tradycyjnego nakrycia głowy szokuje mnie bardziej niż wszystko, co widziałam do tej pory. Deszcz natychmiast wsiąka w jej włosy, ich mokre pasma przyklejają się do twarzy i odzienia Deh-ji. Na plecach niesie kosz do zbierania herbaty; do umieszczonej na czole deseczki przytwierdzono pasy, które pomagają utrzymać ciężar upakowanych w środku rzeczy. Po kilku krokach Deh-ja zatacza się. Chcę jej pomóc, ale powstrzymuje mnie A-ma.

Kiedy Ci-do i Deh-ja zmierzają ku bramie duchów, ruma woła za nimi:

– Duchy chaosu i destrukcji, opuśćcie tę wioskę i nigdy nie wracajcie!

Gdy tracimy parę z zasięgu wzroku, do akcji wkraczają mężczyźni z naszej wioski. W ciągu kilku minut niszczą należącą do Ci-da i Deh-ji chatę nowożeńców. Następnie idą grupkami do lasu, żeby zebrać spokrewnione z imbirem meh. Jest to magiczne pnącze o długiej łodydze i czerwonych kwiatach, których bardzo boją się duchy. Trzeba nim opasać całą Źródlaną Studnię.

– Widzisz, Dziewczyno? – odzywa się matka. – Właśnie dlatego taki dobry jest nakaz, żeby dzieci rodziły się w chatce nowożeńców. W przeciwnym razie trzeba by spalić główną siedzibę rodu.

– Dokąd pójdą Ci-do i Deh-ja? Gdzie będą spali?

– Ileż pytań!

– Mamo, czy oni kiedykolwiek wrócą do domu? – Szarpię ją za rękaw.

Zniecierpliwiona mlaszcze językiem i opędza się ode mnie wierzchem dłoni. Jestem taka zagubiona... Chciałabym ukryć twarz w jej spódnicy.

Mgnienie oka jaskółki

Przez następne dwanaście dni wioska zachowuje rytualną wstrzemięźliwość. W Dniu Tygrysa nie wolno nosić wody. Posyłają mnie po nią w Dniu Osła, ponieważ osły dźwigają ciężary. W Dniu Królika zbieram drewno na opał, podczas gdy deszcz nie ustępuje ani na chwilę. A-ma nie zauważa mnie, nie chwali, jej milczenie spowija mnie niczym ciężka chmura. Moja rodzina jest taka duża, ale nikt się do mnie nie odzywa. Nigdy nie czułam się tak samotna i opuszczona.

Czwartego dnia dobiega nas głos kapłana duchowego.

– Czas na ofiary! – woła. – Potrzebuję dziewięciu worków ziarna, dziewięciu świń, dziewięciu kur i dziewięciu psów.

Ale rodzina Ci-teh nie posiada dziewięciu świń. W całej wiosce nie znajdzie się ich aż tyle. Rodzina Ci-teh przekazuje swoje ziarno, cztery świnie i wszystkie kury. Młodzi mężczyźni wyłapują w wiosce bezpańskie psy. Ceremonia znacznie uszczupliła majątek rodu Ci-teh.

*

Gdy pełny cykl rytualnej abstynencji dobiega końca, życie zdaje się wracać do normy. Kobiety powracają do haftu, tkactwa i obowiązków domowych. Mężczyźni znów palą fajki, polują i wymieniają się opowieściami. Narodziny bliźniąt i ich los odmieniły mnie jednak na zawsze, niczym barwnik pozostawioną w kadzi tkaninę. Nie potrafię zaakceptować tego, czego byłam świadkiem. Chociaż moja dusza przeszła przemianę, to jednak ciało musi posłusznie podążać szlakiem, który dla mnie wytyczono. Oznacza to również powrót do szkoły.

Moi rodzice są analfabetami. Bracia zaczynali pracować z A-bą, gdy tylko kończyli osiem lat, nie mają więc wielkiego pojęcia o czytaniu i pisaniu. Jako pierwsza w naszej rodzinie osiągnęłam w szkole podstawowej tak wysoki poziom edukacji. Zawsze lubiłam tu przychodzić, a dzisiaj szkoła wydaje mi się prawdziwym azylem. Usytuowany na błotnistej działce jednoizbowy budynek szkolny wygląda jak inne domy na górze Nannuo: stoi na palach, zbudowano go z bambusa krytego trzciną, pomieszczenie oświetla ogień płonący pośrodku w dymiącym palenisku. Uczniów jest dziewiętnaścioro, w wieku od sześciu do dwunastu lat, wszyscy pochodzą z wiosek rozsianych na naszym zboczu góry. Starsze dziewczęta dzielą matę, a trzej duzi chłopcy zbierają się po przeciwnej stronie pomieszczenia. Najmłodsze dzieci wiercą się i kręcą na oddzielnej macie. Siedzę z Ci-teh. Jeszcze nie rozmawiałyśmy o tym, co spotkało jej brata, Deh-ję i ich dzieci. Na pewno przytłaczają ją wstyd i ból po ich stracie. Chyba nigdy nie opowiem jej o tym, co widziałam w chacie nowożeńców.

Nauczyciel Zhang wchodzi do klasy, powłócząc nogami. Ma na sobie niebieskie wełniane spodnie, takąż bluzę i niebieską czapkę z czerwoną gwiazdą z przodu. Wszyscy na górze Nannuo mu współczują. Dziesięć lat przed moimi narodzinami, podczas Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej, wydalono go ze stołecznego uniwersytetu i „zesłano na wieś, by uczył się od chłopów”. Kiedy rewolucja kulturalna dobiegła końca i ludzie wrócili do domów, jemu odmówiono zgody na powrót do rodziny. Z pewnością nie przekroczył jeszcze pięćdziesiątki, ale wieloletnia gorycz sprawiła, że wygląda jak jeden z wioskowych starców. To takie smutne. Zresztą w obecnym stanie ducha smuci mnie w zasadzie wszystko.

My, mieszkańcy Źródlanej Studni, byliśmy nieobecni przez dwa – jak on to określa – tygodnie, ale nauczyciel ani się z nami nie wita, ani nie daje nam reprymendy. Zamiast tego przypina do bambusowej ściany mapę Chin i sąsiednich krajów.

– Kto powie, jak się nazywa wasza mniejszość etniczna? – pyta.

Zapamiętaliśmy odpowiedź, jaką Nauczyciel Zhang lubi słyszeć. Dzisiaj cieszy mnie ten powrót do normalności.

– Przewodniczący Mao zaliczył nas do Hani – skandujemy – jednej z pięćdziesięciu pięciu chińskich mniejszości etnicznych.

– Zgadza się.

Tyle że wcale się nie zgadza. Użytkownicy języka mandaryńskiego nazywają nas Hani. W miejscowym dialekcie zwą nas Aini. Ale to nie my. My jesteśmy Akhami. Kiedy Przewodniczący Mao ogłaszał, że Chiny są domem dla pięćdziesięciu pięciu mniejszości etnicznych, o nas nikt jeszcze nie słyszał. Kiedy nas odkryto, rezydujący daleko stąd decydenci oznajmili, że jesteśmy częścią Hani, ponieważ Przewodniczący Mao nie może się mylić. Z biegiem czasu do Hani zaliczono kolejne trzydzieści ludów, w tym Juewei, Biyue, Amu i Enu.

Nauczyciel Zhang pociąga nosem i wyciera go wierzchem dłoni.

– Skoro jesteście Hani, to musicie uczyć się w języku hani – dodaje.

Języki Akhów i Hani mają większość słów wspólnych. Wymowa i budowa zdań są jednak tak odmienne, że nie moglibyśmy się porozumieć, gdyby nie przymusowa edukacja szkolna. Nauczyciel Zhang rozgląda się ukradkiem po klasie, jakby któreś z nas miało na niego donieść.

– Dziękujcie losowi. Od trzydziestu jeden lat Hani mają własne pismo. Używają liter zapożyczonych z imperialistycznego Zachodu. Komiczne, nieprawdaż? – Wybucha śmiechem, potrząsa głową i w jego głosie pojawia się coś, czego nie potrafię rozgryźć. – Już wkrótce jednak będę prowadził wszystkie lekcje w języku mandaryńskim, języku narodowym większości Han – oznajmia z namaszczeniem, żebyśmy na pewno wychwycili różnicę między ludem Hani (nieliczni) i Hanami (potężni, ponieważ stanowią ponad dziewięćdziesiąt procent ludności Chin). – „Nauka języka obcego to nauka innego stylu życiu” – cytuje. – Powiedziano mi, że w ten sposób dowiecie się, jak podchodzić naukowo do uprawy ziemi, i zaczniecie przykładać wagę do odpowiednich warunków sanitarnych. Ułatwi to również indoktrynację polityczną, dzięki której wzrośnie poziom waszej lojalności wobec państwa.

Czasami nie wiem, czy Nauczyciel Zhang używa swoich komentarzy, żeby się z nami podrażnić, czy żeby nas podręczyć.

Odwraca się do mapy usianej zielonymi, niebieskimi i brązowymi plamami. Miejsce, w którym żyjemy, oznaczył na niej czerwonym iksem. Musiałam kiedyś podejść do mapy, żeby wskazać stolicę kraju. Zauważyłam wówczas, że pod iksem nie zapisano nazw naszych wiosek ani gór. Na mapie nie było nawet Jinghongu, największego miasta w prefekturze Xishuangbanna. Zapytałam, dlaczego tak jest.

– Ponieważ miejsce, w którym żyjecie, jest pozbawione znaczenia. Nikt nie wie, że tu jesteście.

Ktoś jednak musiał wiedzieć i dlatego zesłał tu Nauczyciela Zhanga, ale zrozumiałam, co miał na myśli. Wszystkiego, co wiem o świecie zewnętrznym, nauczyłam się z jego map i plakatów. Objaśniał nam ich treść. Tylko po co mi „szpital”, skoro mam A-mę? Dlaczego miałabym pragnąć pracy w „fabryce”, tak daleko od lasów? Widziałam na rysunkach „sekretarki” i zachodzę w głowę, dlaczego kobiety chcą nosić proste niebieskie bluzy i spodnie, jak te Nauczyciela Zhanga.

 

Teraz nauczyciel prosi, żeby ktoś podszedł do mapy na ochotnika i wskazał miejsca, gdzie żyją Akhowie. Słabeusz zawsze próbuje skrzywdzić bezbronnego, zakładam więc, że dzisiaj będzie bardzo surowy dla mnie i Ci-teh. Szybko podnoszę rękę, żeby ochronić przyjaciółkę, która straciła przecież tak wiele, nawet własnego brata. Lecz nauczyciel i tak wywołuje ją.

Ci-teh podchodzi do mapy i zaczyna ją studiować. Znam odpowiedzi i korci mnie, żeby jej podpowiedzieć, ale mam nadzieję, że przypomni sobie zasłyszane od matki opowieści o wędrówkach naszego ludu, chociaż nie potrafi wskazać na mapie innych krajów. Jestem jednak zaskoczona, bo Ci-teh przykłada palec do pomarszczonego papieru.

– Tu jest Tybet – mówi w końcu. – Może tysiąc lat temu, a może trochę mniej, mróz dał się we znaki ludowi Akha. – To jest historia, której nauczyłyśmy się od starszyzny. Nasi przodkowie strasznie marzli. – Akhowie... przepraszam... my, Hani... – Kilku chłopców chichocze po tej poprawce – ...zeszliśmy z Wyżyny Tybetańskiej. Niektórzy osiedli w Birmie. Inni w Tajlandii. Część w Laosie. – Jej palec przesuwa się od państwa do państwa, aż w końcu nieruchomieje na czerwonym iksie. – A niektórzy przybyli tutaj, do prefektury Xishuangbanna.

– Czy Nannuo znajduje się na liście Sześciu Wielkich Gór Herbacianych Yunnanu?

– Nie, Nauczycielu Zhangu. Są to Mansa, Yibang, Youle, Gedeng, Mangzhi i Manzhuang, które leżą na wschodnim brzegu rzeki Lancang. Ale tutaj, na zachodnim brzegu rzeki, mamy sześć kolejnych co do wielkości gór: Hekai, Banzhang, Bada, Mengsong, Jingmai i naszą Nannuo. W naszej prefekturze są jeszcze mniej znane góry, na których również rośnie herbata.

Kiedy Ci-teh wraca na naszą matę, z dumą ściskam jej dłoń.

– Zrobiłam to – szepcze. – I to lepiej, niż ty byś potrafiła.

Te słowa bolą, więc odsuwam się od niej. Czy nie rozumie, że mi też jest smutno, że ja także potrzebuję jej ciepła?

Oczywiście Nauczyciel Zhang wszystko widział i słyszał.

– Tak, Ci-teh, jak na jedną z Akhów jesteś bardzo bystra – oznajmia. Tym razem użył prawdziwej nazwy naszego ludu, co nigdy nie wróży dobrze. Nauczyciel uważa mieszkańców naszej prowincji za bezmózgich prymitywów, a Ci-teh właśnie dowiodła, że jest w błędzie. – Wszyscy wiedzą, że Akhowie są obiektem żartów w całym kraju. Nawet Hani wyśmiewa się jako tu. – To słowo z mandaryńskiego, ale tutaj rozumie je każdy, włącznie z najmniejszymi dziećmi. Oznacza „ziemię”. Czyli uważają nas za brudnych, zacofanych, przywiązanych do ziemi. Nauczyciel Zhang peroruje dalej: – W dawnych wiekach zsyłano tu na wygnanie poetów i uczonych. – A podczas rewolucji kulturalnej artystów, nauczycieli i studentów takich jak on. – Jakby tego było mało, macie też krechę za bliskość Birmy, bo tamtejsi Akhowie zapracowali sobie na złą reputację uprawą opium i przemytem narkotyków.

Zerkam na drugi koniec klasy i widzę, że starsi chłopcy przewracają oczami. Ludzie pokroju Nauczyciela Zhanga nic o nas nie wiedzą, tak samo jak Daiowie, Bulangowie i inne mniejszości. A co dopiero większość Han. Tak, uprawiamy opium, i owszem, A-ma robi z niego lekarstwa, ale to nie to samo co przemyt narkotyków.

– Żadne z górskich plemion nie lubi Akhów – kontynuuje Nauczyciel Zhang. – Jesteście głupi i agresywni. A Ci-teh chce udowodnić, że oni wszyscy się mylą.

Trudno się słucha Nauczyciela Zhanga, gdy jest w takim nastroju. Zastanawiam się, czy oprócz krążących po górze pogłosek o rodzinie Ci-teh i moim zachowaniu w chacie nowożeńców stało się coś jeszcze, coś bardziej osobistego, co pcha go dziś do takiego okrucieństwa. Może odrzucono jego kolejną prośbę o zgodę na powrót do domu? A może dowiedział się, że była żona, która rozwiodła się z nim dawno temu, ponownie wyszła za mąż? A może to przez ten deszcz, który pada nieprzerwanie już od tygodni i sprawia, że wszędzie unosi się woń stęchlizny? Tę niesłabnącą ulewę, która dręczy uszy bezustannym bębnieniem w strzechy domów i korony drzew?

Przez cały poranek Nauczyciel Zhang zadaje pytania związane z mapą, a ja mogę choć na chwilę oderwać się od swoich trosk.

– Tak! – skandujemy jednym głosem. – Mieszkamy na Zwrotniku Raka. – I dalej: – Tak! Rzeka Lancang wypływa z Tybetu. – Rzeka ta przepływa przez nasze góry, zmienia nazwę na Mekong na styku Chin, Laosu i Birmy, płynie dalej przez Tajlandię, Kambodżę i Wietnam, aż w końcu wpada do Morza Południowochińskiego. – Tak! Nazywana jest Dunajem Wschodu.

Nadchodzi przerwa obiadowa. Dzieci biegną w deszczu pod zadaszenie na dworze, ale Ci-teh łapie mnie za rękę i zatrzymuje pod okapem przy wyjściu z klasy.

– Co się teraz stanie z moją rodziną? – pyta, spoglądając na błotnisty krajobraz. – Jak się z tego podniesiemy? I mój brat...

Jest mi jej żal i chcę ją pocieszyć, ale to trudniejsze, niż sądziłam. Dalej ma piękniejszy czepek. Jej rodzina nadal posiada uprawy warzyw i opium. Ich rodowi dalej powodzi się najlepiej w całej Źródlanej Studni. Mimo tych nieżyczliwych odczuć, to jednak moja przyjaciółka. Próbuję dodać jej nieco otuchy.

– Wszystkim będzie brakowało Ci-da i Deh-ji.

Zaciska usta, najwyraźniej walczy z emocjami.

– Nie mów nic więcej – mamrocze wreszcie. – To zbyt bolesne.

A potem już drugi raz tego dnia wypuszcza moją dłoń, wychodzi w deszcz i dołącza do innych dzieci pod zadaszeniem. Zastanawiam się, jak bym się czuła jako tak dumny człowiek, któremu nagle odebrano majątek, dobre imię i pozycję społeczną.

Wracam do klasy, żeby porozmawiać z Nauczycielem Zhangiem.

– Słyszałem, że przeszłaś trudne chwile – mówi dość życzliwie, gdy podchodzę. – Wasza tradycja bywa surowa.

Po tym, jak potraktował Ci-teh, jego współczucie mnie zadziwia. Tak jak i moja odpowiedź.

– Dziękuję panu za zrozumienie.

– Pracuj ciężko, a może zajdziesz do szkoły drugiego etapu, a nawet wyżej. Nie musisz tkwić na tej górze przez całe życie.

Słyszałam, że istnieje szkoła drugiego, a nawet trzeciego etapu. Nikt z okolicznych wiosek nigdy do nich nie zdał, sam pomysł wydaje się więc równie nieprawdopodobny jak myśl, że Nauczycielowi również pozwolą kiedyś stąd odejść.

– Z czym więc przychodzisz? – pyta, gdy milczę.

Sięgam do kieszeni i wyciągam kawałeczek materiału związany suchą łuską kukurydzy. W zawiniątku znajduje się szczypta herbaty, którą moja rodzina uzyskała z liści najniższej jakości. A-ma chce, żebym dzieliła się z Nauczycielem Zhangiem tą herbatą z dwóch powodów. Po pierwsze, jest samotny i smutny. Po drugie, powinnam okazywać mu szacunek. Może to marzenie ściętej głowy, ale dzisiaj dodałabym trzeci powód: muszę odwrócić jego uwagę od Ci-teh, żeby dać jej więcej czasu na poradzenie sobie z rodzinnym dramatem.

Po południu widzę, że moje liście pływają już w szklanym słoiku, z którego nauczyciel pija herbatę.

*

Nowy cykl rozpoczyna się co dwanaście dni od Dnia Owcy, na cześć boga, który zrodził wszechświat. Nikt nie pracuje, szkoła jest zamknięta. Matka czeka, aż jej wnuki się uspokoją, a synowe zasiądą do tkania. Dopiero wtedy zwraca się do mnie:

– Chodź. Załóż czepek.

Mimo obaw pochylam głowę i wychodzę za nią na deszcz. Niebawem mijamy bramę duchów i zostawiamy za sobą wioskę. Nawet w śliskim błocie A-ma porusza się szybko i pewnie, muszę przyspieszyć, żeby dotrzymać jej kroku. Wspinamy się głównym szlakiem wiodącym aż do tarasów herbacianych mojego brata, ale nie skręcamy na boczne ścieżki, które pozwalają do nich dotrzeć. Dźwięk kropli deszczu uderzających o mój czepek zdaje się podsycać milczącą determinację matki. Bez słowa mija szlak prowadzący do punktu skupu. Wkraczamy w chmury. Wszystko staje się upiornie szare. Ścieżka stale się zwęża, aż prawie znika. Jesteśmy w królestwie duchów. Cieszę się, że jestem z A-mą, bo ona zawsze mnie ochroni i wskaże mi drogę do domu. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co mogłoby się stać, gdybyśmy się rozdzieliły. Nawiedza mnie straszna myśl. Może matka zaplanowała, że mnie tu zostawi. Może aż tak ją rozczarowałam. Wspinamy się dalej.

Zatrzymuje się po jakimś czasie. Ledwie widoczną ścieżkę tarasuje wielki głaz. Nie możemy iść dalej. Przeszywa mnie dreszcz.

– Rozejrzyj się, Dziewczyno – nakazuje. – Co widzisz?

Deszcz... Potoki wody spływające po chropowatej powierzchni głazu... Duchy drzew w mrocznym oparze...

Tak bardzo się boję. Ciało drży, ale usta ani drgną.

– Patrz, Dziewczyno. Zobacz. – Ledwie słyszę jej cichy głos w strugach deszczu. – Spójrz w głąb.

Zlizuję krople deszczu z warg, zamykam oczy i biorę głęboki wdech. Kiedy otwieram oczy, staram się spojrzeć na świat tak jak ona.

Jestem gotowa, spróbuję.

– Myśliwy mógłby to wziąć za tropy zwierząt, ale tak nie jest.

– Dlaczego tak twierdzisz? – pyta.

– Widziałam połamane gałązki na tej wysokości. – Wskazuję ramię A-my. – Ktoś często tu przychodzi i przeciska się zbyt blisko roślin i drzew. No i popatrz na te skały. – Pokazuję rozrzucone na ziemi kamienie. – Ktoś je tu ułożył, żeby łatwiej się chodziło.

To chyba najpiękniejszy uśmiech matki, jaki zdarzyło mi się widzieć.

– Na przyszłość będę bardziej uważać.

Nabrawszy śmiałości, przyglądam się głazowi. Tuż za nim wyrastają ogromne drzewa – to kamforowce. Na pierwszy rzut oka skała wydaje się okrągła, ale jej fragment wystaje i tworzy nad stromym spadkiem zakrzywioną w prawo półkę. Wiedziona intuicją, przykładam dłonie do powierzchni głazu i ruszam wzdłuż krzywizny. Po chwili półka się kończy, zostają tylko otwory, o które mogę zahaczyć palce stóp. Pełznę powoli wokół głazu, przyciskając ciało do jego pradawnej powierzchni. Tyle że to nie głaz. Raczej rodzaj wychodni, mur, naturalna fortyfikacja, której przemożnego ducha wyczuwam pod palcami.

Odzyskuję grunt pod nogami i wkraczam do zagajnika kamforowców, które dostrzegłam wcześniej. Pod osłoną ich rozłożystych konarów rośnie kilkanaście starych drzew herbacianych. Pośrodku, otoczone mniejszymi drzewkami, stoi pojedyncze drzewo. Wyrasta z zadbanego spłachetka ziemi, nad nim rozpościera się baldachim utkany z gałązek kamforowców. Poskręcane gałęzie tego drzewa herbacianego dobitnie świadczą o tym, jak jest prastare.

– Czy to moja ziemia? – pytam.

– Kiedy wychodziłam za twojego A-bę, stare tradycje miały zniknąć. Koniec z kupowaniem i sprzedawaniem kobiet w niewolę małżeństwa. Koniec z posagami. Słowa rządzących nic jednak nie znaczą. Ta ziemia należy do kobiet z naszego rodu. Tylko my nią rozporządzamy. Dano mi ją w posagu, a pewnego dnia ty wniesiesz ją do swego małżeństwa.

Czuję takie rozczarowanie, że słucham tylko jednym uchem. Jest dokładnie tak, jak mówił A-ba i pozostali członkowie mojej rodziny. Otrzymałam coś kompletnie bezwartościowego. Ciężko będzie zebrać wokół głazu choćby kosz liści, który trzeba potem zataszczyć w dół, do punktu skupu. Skrywana w sercu nadzieja, że moja ziemia nie okaże się aż tak kiepska, jak wszyscy sugerowali, właśnie się rozwiewa, A-ma tego jednak nie zauważa. Bierze mnie za rękę i prowadzi w głąb zagajnika.

– Popatrz, jak po tej stronie kamień otworzył się na to wyjątkowe miejsce – szepce. – Spójrz na ten występ skalny, mogłabyś przespać pod nim sucho całą noc.

Owszem, z tej strony skała jest jakby wydrążona i tworzy grotę. Tylko co mi to da?

Mówi, że kamforowce mają co najmniej osiemset lat, a „drzewa siostrzane”, które otaczają prastare drzewo herbaciane, liczą ich ponad tysiąc. Ciężar na sercu staje się jeszcze większy. Nie tylko nikt nie mógłby odnaleźć tego miejsca – nikt nie chce też liści ze starych drzew. Krzewy i ogłowione drzewa herbaciane dają zarobek i żywność. Może niewiele, ale to zawsze coś. A liście z tych drzew? Po głowie tłucze się słowo, które ostatnio często przychodzi mi na myśl. Bezwartościowe. Bezwartościowe. Bezwartościowe.

– A oto drzewo matka – ciągnie A-ma. Jej głos natychmiast mięknie i wypełnia się uczuciem znacznie silniejszym niż podczas składania rytualnych ofiar. Kładzie dłonie na pniu tak delikatnie, jak w czasie badania brzucha Deh-ji. – Czyż nie jest piękne?

Niespecjalnie. Drzewo jest znacznie wyższe od tych, jak określiła je matka, „siostrzanych”, ale wiek odcisnął na nim swoje piętno tak samo jak na wioskowej starszyźnie. Kora popękała. Konary są powykręcane i sękate. Liście wyblakły. Dziwaczne narośle – nie tyle znamiona czy połamane paznokcie, co porosty i grzyby – znaczą plamami korę, toczą konary i podstawę pnia. Widywałam podobne rzeczy podczas wypraw do lasu, tu dostrzegam jednak coś nowego. Są to jaskrawożółte nici, szczelnie oplatające inne pasożytujące tu organizmy. Drzewo wygląda, jakby jutro miało już nie żyć. Bezwartościowe.

 

– Ryż odżywia – mówi A-ma. – Herbata leczy. Zawsze pamiętaj, że jedzenie jest lekarstwem, a lekarstwo jedzeniem. Jeżeli zaopiekujesz się drzewami, one zaopiekują się tobą.

– Ale A-ba nienawidzi tego miejsca. Słyszałam, jak inni nazywali je pechowym. Jest...

– Nic o nim nie wiesz. – Chwyta mnie za ramię i niezbyt delikatnie wciąga pod łukowato sklepiony nawis skalny, który daje osłonę przed deszczem. – Ten ogród herbaciany należy do kobiet z mojego rodu, od kiedy Akhowie przybyli na tę górę trzydzieści trzy pokolenia temu. Drzewa siostrzane cieszyły się wtedy młodością, ale matka już wówczas była sędziwa. Moja babka powiedziała mi, że musi rosnąć już od ponad stu pokoleń. I od zawsze pozyskiwano z niej herbatę.

Sto pokoleń? Po raz pierwszy korzystam poza lekcjami z wpajanej nam wiedzy matematycznej Nauczyciela Zhanga. To daje ponad trzy tysiące lat. Las rośnie tutaj, odkąd stworzyli go bogowie, ale czy oni pijali herbatę?

– Widzisz, jak wyrosło? – pyta matka. Wychodzi na deszcz i wspina się na drzewo! Porusza się lekko i z gracją, z gałęzi na gałąź, coraz wyżej.

– Stopnie – oznajmia, gdy do mnie powraca. – Dawno temu opiekunowie tego drzewa przycinali je i kształtowali tak, by ułatwić wspinaczkę... i zbiór liści. Przyjrzyj się każdemu drzewu herbacianemu na naszej górze, a zobaczysz to samo. To drzewo jest jednak najstarsze.

– I najbardziej pechowe.

– Dziewczyno! – Wzrok A-my mówi mi, że przeze mnie była bliska złamania tabu, jakim jest uderzenie dziecka. I to kolejny raz.

– Przykazano mi, żebym nigdy nie przyprowadzała do tego zagajnika mężczyzny – mówi po dłuższej chwili. – Ale gdy wyszłam za mąż, twój dziadek, a mój teść, zaczął naciskać. Nękał mnie dniem i nocą. Twierdził, że skoro zostałam jego synową, to ziemia ta należy do niego. Miałam tylko szesnaście lat i nie potrafiłam twardo odmówić. W końcu dałam za wygraną. Przyprowadziłam go tutaj, a on wspiął się aż do korony. Kiedy spadł...

Matka wyprowadza mnie znowu na deszcz, przechodzimy pomiędzy drzewami przez cały zagajnik, na sam skraj urwiska. Mieszkam na górze Nannuo od urodzenia, ale jeszcze nigdy nie widziałam tylu szczytów naraz. Nawet ja pojmuję, że mariaż gór i wiatru, mgły i deszczu tworzą idealne feng shui tego miejsca. Wszystko tutaj – drzewa, klimat, owady i zwierzęta – istniało w naturalnej harmonii przez stulecia, tysiąclecia. Nienaturalny był tylko wypadek mojego dziadka...

– Kiedy do niego dotarłam, już nie żył – zwierza się A-ma głosem tak cichym, jakby nie chciała, żeby usłyszały ją drzewa. – Skręcił kark. Musiałam go zaciągnąć do wioski.

Wokół głazu i w dół zbocza? Jak?

– Przez tę tragedię – ciągnie mama – A-ba i twoi bracia znienawidzili dziką herbatę. Od tamtego dnia nawet twój ojciec nie ośmielił się tu ze mną przyjść. Moim obowiązkiem jest opieka nad tymi drzewami, szczególnie nad drzewem matką. Pewnego dnia będzie to twój obowiązek. Musisz przyrzec, że nigdy nie wpuścisz do tego zagajnika żadnego mężczyzny.

– Przyrzekam, ale... A-mo, to drzewo jest chore. Widzisz te żółte nici? One je zaduszą.

Zaczyna chichotać.

– Gdybym pozwoliła twojemu A-bie i braciom tu przyjść, spryskaliby drzewo matkę trucizną, żeby wybić wszystkie pasożyty, które znalazły w jej korze dom. Oderwaliby wszystkie grzyby, zdrapali pleśnie i zmiażdżyli paznokciami robaki. Ale w dawnych czasach rolnicy pozwalali drzewom herbacianym wzrastać naturalnie. Spójrz w górę, Dziewczyno. Czy widzisz, jak kamforowce chronią i osłaniają matkę przed duchami? Nam woń kamforowców wydaje się kojąca, ale ona odstrasza insekty i szkodniki. W innych częściach lasu wokół podstawy prastarych i zapomnianych dzikich drzew herbacianych często wyrastają trujące rośliny. Liście tych drzew mogą przez to powodować rozstrój żołądka, a nawet śmierć. Czy jednak widzisz coś trującego tutaj? Nie. Próbuję ci wyjaśnić, że mężczyźni z naszej rodziny nie wiedzieliby, czym są te żółte nici, dlatego nie mogliby ich polubić ani im zaufać. – Skóra w kącikach jej oczu marszczy się. – Ja widzę nasze drzewa inaczej.

Nasze drzewa. Nadal nie wiem, co o tym sądzić.

– Te drzewa są święte – stwierdza A-ma z prostotą. – A te żółte nici są najcenniejszym darem drzewa matki. Wielu ludziom pomogłam tymi liśćmi i nićmi, kiedy wszystko inne zawiodło. Pamiętasz, jak Lo-zeh miał tę narośl pod pachą? Zniknęła dzięki mojej herbacie. A Da-tu? Jego twarz spurpurowiała, a żyły na skroniach pulsowały. Prawo Ludu Akha zakazuje mężczyźnie bicia żony, wiemy jednak, że to się zdarza. Rytuały nie przyniosły efektów, nima i ruma zwrócili się więc do mnie po radę. Napoiłam Da-tu moją specjalną herbatą. Jego twarz odzyskała normalny odcień, a emocje opadły.

Podała dwa przykłady, ja przypominam sobie jednak wielu ludzi, których nie wyleczyła, którzy okropnie cierpieli, którzy zmarli. Mam tylko dziesięć lat i dręczą mnie różne wspomnienia. Kobiety, która mizerniała, aż opuściło ją życie... Mężczyzny, który rozpłatał sobie nogę i w końcu umarł od zielonej ropy płynącej z rany... Moich własnych bratanków i bratanic, którzy zmarli w niemowlęctwie od gorączki... Nie pomogły im żadne liście, żółte nici ani nic z zawartości toreb A-my i nie było dla nich ratunku...

– A co z Deh-ją? – pytam. – Co z...

– Musisz przestać myśleć o tych ludzkich odrzutach.

– Nie umiem.

– Dziewczyno, wtedy nie chodziło o to, czy te dzieci można wyleczyć. Mamy tradycję. To nasz obyczaj.

– Ale Deh-ja i Ci-do też zostali ukarani...

– Zamilcz! – Uspokaja się przez kilka sekund. – Pamiętasz, jak Ci-teh zjadła miód? – pyta w końcu.

Oczywiście, że tak. Miałyśmy po około pięć lat. Ojciec Ci-teh przyniósł do wioski plaster miodu, który znalazł w lesie. Poczęstował Ci-teh i mnie tym smakołykiem. Paplałyśmy w najlepsze, gdy nagle Ci-teh zaczęła się dusić: walczyła o oddech i w panice wymachiwała rękami. Natychmiast pojawił się ruma i zaintonował zaklęcie. Potem przybiegła matka...

– Włożyłaś jej coś do buzi.

– Gdybym czekała, aż przybędzie nima i wejdzie w trans...

– Uratowałaś Ci-teh.

– Uratowałam? – Znowu chichocze. – Kapłan duchowy wyrecytował odpowiednie zaklęcia, a szaman przyniósł ze sobą swą moc. – Przyklęka przede mną, żeby spojrzeć mi prosto w oczy. – Lepiej zawsze pozwolić, żeby to sobie przypisali zasługi. Rozumiesz?

Kocham A-mę i jestem jej wdzięczna za ocalenie przyjaciółki, ale nadal się waham. Rozglądam się po zagajniku, lecz zamiast kuracji i uzdrowień widzę zabobony i tradycje, które krzywdzą ludzi.

– A więc – oznajmia matka, wstając – zaczniesz tu ze mną przychodzić. Nauczę cię, jak dbać o drzewa i szykować leki.

Widzę, że drzewo matka i cały zagajnik znaczą dla A-my więcej niż jej mąż, dzieci i wnuki. Powinnam się cieszyć, że mnie wyróżniła, ale wiedza, którą mi przekazała, jest dla mnie jak rany zadawane tępym nożem.

– Czas nam w drogę – dodaje matka. – Pamiętaj, Dziewczyno, że nie może tu przyjść żaden mężczyzna. Nikt nie powinien tu przychodzić.

– Nawet Ci-teh? – pytam.

– Nawet ona. Ani twoje bratowe i bratanice. To miejsce przeznaczone jest tylko dla kobiet z naszego rodu. Dla ciebie, dla mnie, dla mojej matki, dla... – milknie. Przesuwa dłonią po chropowatej korze drzewa matki. Delikatna pieszczota.

Kiedy schodzimy w dół, milczy tak samo jak podczas wspinaczki na górę. Ciężar tej ciszy i sztywne ramiona A-my dowodzą dobitnie, jak bardzo ją rozczarowałam. Nie przyjęłam mojego dziedzictwa z odpowiednią dozą radości, zachwytu i wdzięczności. Czego jednak oczekiwała? Matka jest najważniejszą kobietą w wiosce, ale i tak każdy mężczyzna i chłopiec stoi wyżej w hierarchii. Wierząc jej, a nie słowom któregokolwiek z nich, złamałabym Prawo Ludu Akha. A-ba twierdzi, że ten zagajnik jest przeklęty i pełen starych, niechcianych drzew, z których jedno stało się przyczyną śmierci jego ojca. Właśnie taki posag dla mnie przygotował – może to kara, którą wymierza kobietom z rodu A-my za wniesienie go do rodziny, a może po prostu ma o mnie tak niskie mniemanie, ponieważ jestem dziewczyną.