Herbaciana dziewczynaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Trzeba było rozdzielić ludzi i duchy, bawoły i tygrysy oraz kurczaki i orły – recytuję nerwowo.

– Rozdzielić. Otóż to – potwierdza. – Decyzję o podziale wszechświata podjęto za dnia, dlatego to ludzie mogli jako pierwsi wybrać, w którym królestwie chcą żyć. Wybrali ziemię, jej drzewa, góry, płody i zwierzynę. Duchom oddano niebo, co wywołało ich wściekłość na wieczność. Po dziś dzień biorą odwet, szkodząc ludzkości.

Słyszałam tę historię wielokrotnie, ale świadomość, że opowiada ją z mojego powodu, rani mi serce.

– W porze mokrej – ciągnie – duchy zstępują na ziemię z deszczem i przynoszą ze sobą chorobę i powodzie. Wiosną, gdy zaczyna się pora sucha, hałasujemy, żeby skłonić złe duchy do odwrotu. Ale one nie zawsze odchodzą. Szczególnie aktywne są w nocy. To jest ich czas, nie nasz.

Rodzina i sąsiedzi słuchają uważnie. Ten czy ów mlaszcze, okazując dezaprobatę dla mojego czynu. Nie chcę przyglądać się nikomu zbyt uważnie, żeby nie widzieć wstydu, który przeze mnie czują. Mimo to moje oczy odnajdują Ci-teh. Patrzy na mnie współczująco. Mojej hańby nie da się ukryć.

– Czcimy wielu bogów, ale najpotężniejszym spośród nich jest A-poe-mi-yeh, którego imię oznacza „przodka o wielkiej mocy”. To on stworzył świat i tę duszę przede mną. – Ruma przerywa, żeby sprawdzić, czy wszyscy słuchają. – Mamy wiele tabu. Przy przechodzeniu przez bramę duchów mężczyznom nie wolno palić, a kobietom żuć betelu. Ciężarnej, jak Deh-ja, nie wolno odwiedzać innej wioski, bo może tam poronić. Kobiecie nie wolno przechodzić nad nogą męża śpiącego na macie. Jesteśmy stale ostrożni i zawsze staramy się zadośćuczynić przewinom, lecz zaprawdę, nasza Li-yan nie zamierzała popełnić występku.

Czy chce powiedzieć, że nic złego mnie nie spotka?

Umieszcza palec wskazujący pod moim podbródkiem i pochyla ku sobie moją twarz. Widzi to, czego nie mogła zobaczyć we mnie A-ma. Wiem, że widzi. Wszystko. Ale do zgromadzonych mówi coś zupełnie innego.

– To tylko mała, głodna dziewczynka – wyjaśnia. – Tak jak słońce zawsze wschodzi, tak jak ziemia jest zawsze pod naszymi stopami, tak jak rzeki spływają z gór, a drzewa wzrastają ku niebu, tak i my pomóżmy wspólnie Li-yan wrócić na właściwą drogę Akhów.

Trzykrotnie uderza laską w ziemię. Opryskuje mnie wodą i klepie po głowie. Był dla mnie tak litościwy i wielkoduszny, że postanawiam już nigdy więcej się go nie bać. Kiedy jednak odwraca się, żeby odprawić rytuał, który dopełni mojego oczyszczenia, znów ściska mi się żołądek. Ruma wyjmuje kurę z rąk Pierwszego Brata, przyciska ją do kamienia, który uprzednio oczyścił Trzeci Brat, i odcina jej łeb. Mamy tak niewiele kur, co oznacza bardzo mało jajek. Teraz rodzina straciła przeze mnie pożywienie. Bratowe piorunują mnie wzrokiem. Lecz wówczas...

A-ma odbiera rumie kurę i sprawnie oczyszcza drgający zewłok z piór. A potem ciach, ciach, ciach – kawałki kury wpadają do kociołka zawieszonego nad ogniem, którego pilnuje Pierwsza Bratowa.

Dwadzieścia minut później matka rozlewa zupę do misek. Mężczyźni gromadzą się po jednej stronie naszego domu rodzinnego, kobiety – po przeciwnej. Przykucamy, czekając na miseczki. Zachłanne siorbanie, ssanie i żucie to jedne z najradośniejszych odgłosów, jakie do tej pory słyszałam. Z drugiej strony dźwięki wydawane przez żaby, komary i nocne ptaki uświadamiają mi, ile godzin snu już straciliśmy. Odgryzam chrząstki z kości, a w głowie buzują mi myśli. Zeszłej nocy śnił mi się pies; to był zły omen, ostrzeżenie, że wpadnę w tarapaty. I tak się stało. Ale teraz, właśnie w tej chwili, każdy członek mojej rodziny – a także ruma – ma kawałek mięsa do zjedzenia i pożywny bulion do picia. Tak jak w moim śnie. Tyle że tym nieprawdziwym... tym, który zmyśliłam... No i w tamtym śnie każdy dostał całą kurę. Mimo wszystko...

Bez zbiegów okoliczności nie ma historii.

Wodospad z niebiańskich łez

Jesteśmy ludem lubiącym wędrówkę. Przemieszczamy się z miejsca na miejsce, tradycyjnymi metodami wycinamy i wypalamy lasy, by tworzyć pola uprawne, a gdy ziemia przestaje nas darzyć swoimi płodami, ruszamy dalej. W ostatnich kilku pokoleniach pozyskiwanie nowej ziemi na górze Nannuo lub na innych herbacianych górach prefektury Xishuangbanna było jednak coraz trudniejsze, dlatego zatrzymaliśmy się. Jak inni. Osiedliśmy, jak mówi A-ba, chociaż jest to sprzeczne z naszą naturą. Mimo wszystko nasz dom – jak każdą konstrukcję w Źródlanej Studni – wzniesiono jako tymczasowy. Zanim się urodziłam, ojciec i dziadek zebrali trzcinę, z której zrobili dach. Ścięli w lesie bambusy i odarli je z liści, a następnie powiązali tyczki ręcznie wyplecionymi linami. Tak powstały ściany, które miały rozdzielać część przeznaczoną dla mężczyzn od tej dla kobiet. Dom stoi na bambusowych palach, dzięki czemu pod naszymi stopami znajduje się osłonięta przestrzeń dla żywego inwentarza, chociaż nie mamy świń, wołów, mułów ani bawołów, a tylko kilka wyłysiałych kur, koguta i dwie kaczki. Główne siedlisko i trzy chaty nowożeńców tworzą jedyny dom, jaki kiedykolwiek miałam. A jednak coś w mojej krwi sprawia, że chciałabym go porzucić i ruszyć ku jakiemuś nowemu miejscu, gdzie moi bliscy mogliby ustawić ołtarz przodków i zbudować nową siedzibę, równie chwiejną i nieszczelną jak ta. Ten niepokój wzmaga się w porze monsunowej, gdy władzę obejmują duchy.

Dzisiaj kobiety i dziewczynki z naszego gospodarstwa zebrały się wokół paleniska po kobiecej stronie domu na robótki ręczne. Ogień daje nam światło i ciepło, a duszący dym odstrasza komary. Pierwsza i druga bratowa skłoniły ku sobie głowy, pogrążone w prywatnej rozmowie. Puszyste, kolorowe kule na drucikach owiniętych nicią do haftowania wyrastają z nakrycia głowy Pierwszej Bratowej niczym kwiaty na łące. Nakrycie głowy Drugiej Bratowej ozdabia sznur wydrążonych srebrnych kulek wielkości ziarnka grochu, które zwisają na jej czole jak grzywka. Wiercę się, gdy Trzecia Bratowa sprawdza efekty mojej pracy. Zazwyczaj w takich chwilach mam przy sobie Ci-teh, ale nie pozwalają jej do mnie przychodzić od czasu mojego złego zachowania w punkcie skupu, wiele cyklów temu.

Popołudniowe zajęcia przerywa przybycie Deh-ji i jej teściowej, które przynoszą matce orzechy w prezencie. Nigdy nie jest za wcześnie, by przypieczętować więź z kobietą, która sprowadzi twoje dziecko na świat. Biedna Deh-ja. Najczęściej trudno zauważyć, że któraś z kobiet jest brzemienna. Nasze ubrania mają luźny krój dla wygody, a ich wiele warstw zapewnia dodatkowe ciepło, świadczy o zamożności rodziny i sprytnie ukrywa to, co pod spodem. Poza tym dziewczynki już w dzieciństwie uczone są zachowań, które przystoją ciężarnej, żeby w chwili zawarcia małżeństwa gruntownie znały swoje obowiązki. Kiedy nadchodzi czas rozwiązania, zamiast obnosić się ze swoim stanem, powinnyśmy przyjmować pozy, które pomagają choć trochę ukryć brzuch. Mamy nawet uprzejmy zwrot opisujący kobietę w ciąży jako „tę żyjącą pod nim”. To dlatego, że musi ona słuchać męża i nie wolno jej od niego uciec. Trudno sobie jednak wyobrazić ciężarną po raz pierwszy Deh-ję pod Ci-dem lub uciekającą od niego, ponieważ jej brzuch jest tak wielki, że dziewczyna wygląda jak melon pozostawiony zbyt długo na polu i gotów w każdej chwili eksplodować.

– To musi być duży chłopak – mówi A-ma, zdejmując imbryk z ognia. – Spieszno mu, żeby wyjść i przywitać się z mamą i tatą, a przede wszystkim z rodzicami swojego a-by.

– Niechże to będzie syn. – Deh-ja uśmiecha się radośnie. – Niech to będzie syn. Niech to będzie syn.

Jest bardzo żarliwa w swoich zaklęciach. Widzę, że teściową cieszy wiernopoddańcza poza Deh-ji, z przyjemnością przyjmuje również komentarze A-my o dziecku, które chciałoby poznać już dziadków. Ciąża to dar dla całej wioski. Nawet ja umiem rozpoznać, która kobieta „dojrzała”; oczywistym symptomem są poranne mdłości. A-ma nauczyła mnie, jak rozpoznać płeć dziecka po tym, w jakiej pozycji śpi w brzuchu matki. Jeżeli układa się bardziej po prawej, to będzie chłopiec. Jeśli po lewej – dziewczynka. Muszę nauczyć się takich rzeczy, jeżeli mam pójść w ślady A-my i zgodnie z jej życzeniem zostać wioskową akuszerką.

Deh-ja nie tylko wytrwale deklamuje. Przyswoiła sobie także zasady, które wprowadzą jej dziecko do Źródlanej Studni. Pilnuje się, żeby nie przeklinać i nie jeść na odkrytej werandzie, przez co ściągnęłaby na siebie zbyt dużo uwagi.

– Zachowamy z Ci-dem wstrzemięźliwość przez dziesięć cyklów od narodzin naszego syna, tak jak należy – recytuje.

– Obyś miała łatwy poród – radośnie spieszy z właściwą odpowiedzią teściowa, promieniejąc dumą.

– Dobrze, że Ci-do też się przykłada – mówi A-ma, nalewając wszystkim herbaty. – Unika chodzenia po drzewach, bo wszyscy wiedzą, że przez to dziecko mogłoby okazać się płaczliwe, a tego nie chciałby nikt w wiosce.

– I zajmuje się tylko męskimi sprawami, głównie polowaniem – przechwala się matka Ci-da – żeby pierwszy na pewno był syn.

– W takim razie wszystko powinno być w porządku – podsumowuje A-ma, chociaż wcześniej podsłuchałam, jak w rozmowie z bratowymi martwiła się rozmiarami Deh-ji.

Trzecia Bratowa całkowicie zignorowała tę wymianę zdań. Marszcząc w skupieniu brwi, już drugi raz liczy moje ściegi – to zły znak. Jej własne robótki uchodzą za najwspanialsze w całej Źródlanej Studni. Nakrycie głowy bratowej pokrywają hafty i aplikacje wyobrażające przeróżne stworzenia o specjalnym znaczeniu: zabawa żaby z małpą to symbol harmonii, a ptak z robakiem w dziobie oznacza matczyną miłość; jest tam również motyl o głowie przypominającej lawendowo-żółtego kraba. Idzie jej tak dobrze, że może z czystą przyjemnością obnosić się ze swoją biegłością i inwencją.

Ostatecznie kończy kontrolę i rzuca mi kawałek materiału z powrotem na kolana.

 

– Musisz spruć wszystkie ściegi i uszyć to od nowa.

Trzecią Bratową lubię najbardziej, ale czasami wydaje mi się, że chciałaby ciągle mną dyrygować. A-ma toleruje jej zachowanie, ponieważ bratowa ma syna, a ja wyjdę kiedyś za mąż i opuszczę dom rodzinny. Trzecia Bratowa posuwa się jednak za daleko, bo ma niewyparzoną buzię i zbyt ostry język.

– Z takim szyciem nigdy nie znajdziesz męża.

A-ma gwałtownie unosi dłoń, żeby powstrzymać jej dalsze słowa. Tak niestosownych uwag nie należy wygłaszać bezpośrednio.

– Daj jej spokój – oznajmia matka tonem, który ma definitywnie uciąć temat. – Dziewczyna dostanie duży posag. Choćby dlatego chętny się znajdzie.

Siedzimy w małym pomieszczeniu i A-ma z pewnością dostrzega spojrzenia, jakie trzy bratowe wymieniają z naszymi sąsiadkami. Owszem, mam posag, ale trudno go nazwać dużym. To odległy gaj herbaciany, wysoko, wysoko w górach, przekazywany kobietom z jej rodziny z pokolenia na pokolenie. Jego położenie pozostaje tajemnicą, bo tak każe tradycja. Poza tym uważa się, że odwiedziny w nim przynoszą nieszczęście. Niektórzy twierdzą nawet, że jest przeklęty...

– Usiądź przy mnie, Dziewczyno – ciągnie matka w krępującej ciszy. – Chcę ci coś dać.

Czy może chodzić o jej najcenniejszy przedmiot – srebrną bransoletę z dwoma stykającymi się paszczami smokami, którą przekazują sobie kobiety w jej rodzie? Nie, ponieważ sięga w górę i lekko manipuluje palcami przy nakryciu głowy. Pracowała nad nim latami, dodając paciorki, srebrne kule, dzwoneczki i skrzydełka żuka. Nakrycie głowy Trzeciej Bratowej zdobią najpiękniejsze hafty, ale to A-ma posiada najwspanialsze nakrycie głowy w Źródlanej Studni, stosowne do pozycji akuszerki. Jej palce znajdują to, czego szukały. Odcina coś małymi nożyczkami i chowa skarb w dłoni. Powtarza całą operację jeszcze dwukrotnie, aż w końcu odkłada nożyczki. W pomieszczeniu panuje absolutna cisza, wszystkie czekamy na jej kolejny ruch.

– Skończyłam czterdzieści pięć lat i weszłam w wiek, w którym kobieta powinna porzucić myśli o macierzyństwie. Nadszedł czas, bym skoncentrowała się na mojej jedynej córce: kobiecie, żonie i matce, którą kiedyś zostanie. Daj mi rękę.

Zgromadzone wyciągają szyje jak gęsi lecące w kluczu. Kryjąc pozostałe skarby, matka upuszcza jeden z nich na moją dłoń. To srebrna moneta ozdobiona z jednej strony obcym pismem, a z drugiej – miniaturowym wizerunkiem bajecznych świątyń.

– Ta moneta pochodzi z Birmy – wyjaśnia. – Nie wiem, co na niej napisano.

Widziałam Birmę na szkolnej mapie. To najbliższe nam państwo, ale ja też nie umiem odczytać birmańskiego pisma.

– A tu jest muszelka.

Słyszę, jak po drugiej stronie pokoju Pierwsza Bratowa wciąga z sykiem powietrze przez zaciśnięte zęby. Wielokrotnie słyszałam, jak chwali tę muszlę. Pewnie łudziła się, że to jej przypadnie ona w udziale. Jest wyraźnie rozczarowana, ale to jeszcze nie czas, by bratowe dzieliły między siebie amulety z nakrycia głowy matki.

– I na koniec jedna z moich ulubionych rzeczy. To pióro przybyło na naszą górę Drogą Herbacianego Konia z Tybetu. Pomyśl, Dziewczyno. Te przedmioty podróżowały przez rzeki i oceany, przełęczami i szlakami handlowymi. Niebawem będziesz mogła wpiąć je w nakrycie głowy, nad którym pracujesz, jako znak, że osiągnęłaś wiek odpowiedni do zamążpójścia.

Serce bije mi z radości, chociaż wiem, że zrobiła to wszystko tylko po to, żeby skierować rozmowę jak najdalej od pechowej ziemi, którą dostanę w posagu.

*

Tydzień później osadę obiega wieść, że Deh-ja zaczęła rodzić. Teściowa dogląda jej na tym wczesnym etapie, jak to jest w zwyczaju. Przez cały ranek A-ma przetrząsa półki, wyciąga z koszyków i pudełek medykamenty i narzędzia, po czym układa je w torbie, żeby wszystko było gotowe, gdy Ci-do po nią przyjdzie. Pełną skupienia ciszę przerywa odgłos szybkich kroków na schodach wiodących na werandę mężczyzn. Zanim Trzeci Brat zdąży zapukać w ścianę rozdzielającą obie części domu, matka wstaje i podnosi torbę. Pierwsza Bratowa czeka przy wyjściu z peleryną z kory i liści.

– Daj ją Dziewczynie – mówi A-ma i zdejmuje z haka inne okrycie. Szuka mnie wzrokiem. – Dzisiaj pójdziesz ze mną. Jesteś już duża. Jeżeli masz zostać akuszerką, to pora rozpocząć naukę.

Trzy bratowe spoglądają na mnie z mieszaniną dumy i strachu. Sama czuję się podobnie. Ekscytująca myśl o przywdzianiu peleryny matki sprawia, że czuję mrowienie w kończynach. Ale pomagać jej przy porodzie?

– Jesteś gotowa? – pyta A-ma.

Nie czekając na odpowiedź, otwiera drzwi na werandę kobiet. Ci-do obszedł dom i stoi teraz na błotnistej drodze biegnącej przez środek wioski. Zaciera ręce tak nerwowo, że z trudem powstrzymuję się przed ucieczką do środka.

– Chodźmy! – nakazuje matka, najwyraźniej wyczuwając moje emocje.

Znaki są wyjątkowo niepomyślne. Trwa pora duchów. Pada deszcz. A dziecko Deh-ji przychodzi na świat wcześniej, niż oczekiwano, chociaż jej brzuch był ogromny już od wielu cyklów. Jedyny dobry omen stanowi przypadający dzisiaj Dzień Szczura. Szczury żyją w żyznych dolinach, co powinno pomóc Deh-ji w nadchodzących godzinach.

Kiedy zbliżamy się do domu rodzinnego Ci-da, widzę Ci-teh zerkającą zza drzwi. Jej odważny uśmiech dodaje mi chwilowo pewności siebie. Idziemy z A-mą dalej, do chaty nowożeńców. Ci-do opuszcza nas przy schodach. Słońce i Księżyc uczą, że mąż może umrzeć od widoku rodzącej żony. Gdy wchodzimy do środka, starsza ciotka Ci-da pomaga nam zdjąć peleryny. A-ma ociera mokre czoło i rozgląda się po pomieszczeniu, które jest jeszcze bardziej zadymione niż nasze. Matka Ci-da kuca przy macie porodowej, trzyma ręce pod ciałem Deh-ji, masuje ją.

– Odsunąć się. – A-ma odrzuca wszystkie niepotrzebne słowa. Nie jest już córką, siostrą, żoną, matką czy przyjaciółką. Przyszła tu jako akuszerka.

Jakby w jednej sekwencji, niczym trzy drzewa gnące się razem pod naporem burzy, matka Ci-da przesuwa się w prawo i ustępuje miejsca przy macie, A-ma zaś przypada do niej i pociąga mnie za sobą. Byłam ciekawa, co robiła matka Ci-da, kiedy weszłyśmy, bezwiednie spoglądam więc między nogi Deh-ji. Leży w kałuży krwi i śluzu. Waaa! Tego się nie spodziewałam! Mrugam i podnoszę wzrok na twarz rodzącej. Jej szczęki zwarły się w bólu, twarz jest czerwona z wysiłku, oczy zaciśnięte. Coś zdaje się chwilowo ustępować, ręce A-my poruszają się prędko, najpierw operuje pomiędzy nogami Deh-ji, a potem kilkakrotnie uciska jej brzuch.

– Twój syn daje ci w kość – mówi A-ma.

Deh-ja odpowiada uśmiechem. Nie wiem, czy sprawiły to słowa matki – „twój syn” – czy kojąca melodia jej głosu, którym daje do zrozumienia, że to nie pierwszyzna, bo każda rodząca na górze Nannuo przechodzi przez to samo.

A-ma rozpościera na macie haftowaną tkaninę w kolorze indygo. Umieszcza na niej nóż, kawałek sznurka i jajko.

– Deh-jo, chcę, żebyś wypróbowała inną pozycję – oznajmia matka. – Oprzyj się na rękach i kolanach. Tak, w ten sposób. Kiedy nadejdzie ból, zaczerpnij powietrza i wypuść je powoli. Nie przyj.

Trzy godziny później nadal nic się nie dzieje. A-ma przysiadła na piętach, w zadumie obraca na nadgarstku smoczą bransoletkę.

– Myślę, że musimy wezwać kapłana duchowego i szamana.

Matka i ciotka Ci-da zastygają jak para wytropionych w lesie mundżaków.

– Rumę i nimę? – W głosie matki Ci-da wyraźnie słychać panikę.

– Proszę. Natychmiast – nakazuje A-ma.

Po dziesięciu minutach matka Ci-da powraca z oboma mężczyznami. Nie ma czasu do stracenia. Nima wchodzi w trans, ale bóle Deh-ji nie ustępują, przeciwnie – nasilają się. Ma nadal zamknięte oczy. Nie umiem sobie wyobrazić koszmarów, jakie widzi w tej ciemności. Czerwona męczarnia. Pewną ulgę przynosi mi myśl, że nie każda kobieta przez to przechodzi.

W końcu nima powraca do naszego wymiaru.

– Zła nie można ukryć. Jeden z zewnętrznych duchów poczuł się znieważony, ponieważ Deh-ja popełniła błąd przy składaniu ofiar przodkom.

Nima nie wchodzi w szczegóły występku, ale to mogło być cokolwiek. Ofiary należą się górom, rzekom, smokom i niebu. Oraz cyklicznie naszym przodkom. Wszystkie składają się z pożywienia, może więc któraś ofiara była niewłaściwie rozdzielona albo pies porwał kawałek i pożarł go pod domem.

Teraz pałeczkę przejmuje ruma. Prosi o jajko, ale nie to przygotowane na macie.

– Surowe – żąda.

Podają mu jajko, które ruma przenosi trzykrotnie nad ciałem rodzącej, przemawiając równocześnie do ducha.

– Nie posilaj się już w tym domu. Wracaj do siebie. – Chowa jajko do kieszeni i zwraca się do Deh-ji: – Rodzisz już bardzo długo, nastał Dzień Bawołu. Bawół pomaga ludziom w pracy. Duch tego dnia pomoże ci oczyścić pomieszczenie ze złych mocy.

Deh-ja jęczy, teściowa i A-ma pomagają jej się podnieść. Nie może ustać prosto. Wloką rodzącą przez całe pomieszczenie, do miotły. Otwieram usta, żeby zaprotestować. A-ma dostrzega to i posyła mi tak surowe spojrzenie, że natychmiast zaciskam wargi. Stoję bezradnie, a nima z rumą pilnują, żeby Deh-ja zamiotła wszystkie kąty. Pod tuniką jest naga, po jej nogach spływają strużki krwi.

Kiedy nima i ruma są pewni, że zły duch opuścił pomieszczenie, przyjmują w darze pieniądze, ryż i jajko z kieszeni, po czym wychodzą.

– Masz siłę, żeby przykucnąć? – pyta A-ma, gdy Deh-ja opada na matę. Rodząca przemieszcza się ze skowytem. – Wyobraź sobie, jak dziecko wyślizguje się z ciebie, mokre i gładkie jak ryba.

Deh-ja wydaje straszne dźwięki, jak duszony pies. Matka stale dodaje jej otuchy i masuje otwór, którym wyjdzie dziecko. Dla mnie wszystko jest zbyt czerwone, ale nie odwracam wzroku. Nie mogę, przecież już raz zawiodłam A-mę. Dała mi prezent, muszę więc dowieść, że na niego zasługuję. Deh-ja spina się, prze z całych sił. I wtedy, tak jak przepowiedziała matka, dziecko wyślizguje się z jej wnętrza i upada na matę. Deh-ja osuwa się na bok. Starsze kobiety wpatrują się w noworodka. To chłopiec, ale nikt nie spieszy, by go dotknąć lub podnieść.

– Dziecko nie jest naprawdę urodzone, dopóki nie zapłacze trzykrotnie – recytuje A-ma.

Jest dużo mniejszy, niż oczekiwałam, biorąc pod uwagę, jak duży był brzuch Deh-ji, gdy go nosiła. Liczymy wspólnie: po dziesięć palców u nóg i rąk; kończyny się zgadzają – dwie ręce, dwie nogi, wszystko równych rozmiarów; nie ma zajęczej wargi ani rozszczepionego podniebienia. Jest idealny. Słyszałam pogłoski, co by się stało, gdyby był ludzkim odrzutem. Ci-do musiałby...

W końcu maluch płacze. Brzmi jak dziki ptak.

– Pierwszy krzyk dla błogosławieństwa – matka wypowiada rytualne słowa.

Chłopiec wciąga powietrze do swoich nowych płuc. Tym razem krzyczy jeszcze głośniej.

– Drugi krzyk dla duszy.

I wreszcie rozdzierający wrzask.

– Trzeci krzyk dla jego życia. – A-ma podnosi dziecko z uśmiechem i podaje je babce.

Następnie matka zaciska sznurek na pępowinie noworodka i przecina ją nożem. Deh-ja prze kilkakrotnie i na matę spada to, co A-ma nazywa „przyjaciółką żyjącą z dzieckiem” – oślizgła czerwona bryła. Odkładają ją na bok, żeby Ci-do zakopał ją później pod domem rodziców, dokładnie pod ołtarzem przodków.

Matka nabiera powietrza w płuca. Szykuje się, by nadać dziecku tymczasowe imię, które ochroni je przed złymi duchami, zanim ojciec obdarzy je właściwym imieniem. Nagle Deh-ja jęczy. Z wyrazu twarzy starszych kobiet wnioskuję, że dzieje się coś okropnego. Deh-ja podciąga kolana pod brodę, zwija się w kulkę. A-ma dotyka jej brzucha, po czym szybko cofa ręce, jakby się poparzyła.

– Tsaw caw – syczy. – Bliźnięta. Ludzkie odrzuty.

Przerażona ciotka Ci-da zakrywa usta dłonią. Babka upuszcza chłopca na podłogę. Noworodek spazmatycznie zasysa pełne dymu powietrze, macha ramionkami, jakby szukał matki. A Deh-ja? Cierpi tak bardzo, że nawet nie zdaje sobie sprawy, że stało się najgorsze. Matka i ciotka Ci-da wychodzą, żeby przekazać mu straszną nowinę. Przesuwam się po macie, gotowa do ucieczki, ale A-ma chwyta mnie za ramię.

– Zostań!

Pierworodny leży porzucony, nagi i bezbronny. Drugie dziecko – dziewczynka – wychodzi szybko. Nie dotykamy jej. Nie liczymy jej krzyków.

– Bliźnięta to największe tabu w naszej kulturze, bo tylko zwierzęta, demony i duchy rodzą mioty – wyjaśnia mi A-ma. – Zwierzęce odrzuty też są sprzeczne z naturą. Jeżeli maciora rodzi jedno prosię, trzeba natychmiast zabić ich oboje. Jeżeli suka rodzi jedno szczenię, ich także trzeba od razu zabić. Nie wolno również jeść ich mięsa. Nigdy wcześniej w Źródlanej Studni nie przyszły na świat bliźnięta. Ich narodziny to katastrofa nie tylko dla matki, ojca i krewnych tych dzieci, ale i dla całej wioski.

 

Z zewnątrz dobiegają mnie krzyki i zawodzenie.

Do pomieszczenia wchodzi Ci-do. Na jego policzkach łzy mieszają się z kroplami deszczu. Niesie misę, palce mieszają jej zawartość w upiornym rytmie.

– Wiesz, co musisz zrobić – stwierdza A-ma ze smutkiem.

Ci-do spogląda na Deh-ję. Oboje są równie bladzi. Kobieta usiłuje stłumić łkanie. Nie potrafi. Ledwie słyszę jej słowa:

– Przepraszam. Bardzo przepraszam.

Ci-do klęka przy pierwszym dziecku.

– Zamknij oczy – poleca mi matka. – Nie musisz na to patrzeć.

W końcu okazano mi łaskę, a jednak nie mogę zacisnąć powiek.

Łzy Ci-da spadają na chłopca, który nadal wierci się i dziwnie popłakuje, jakby miał czkawkę. Deh-ja wpatruje się w męża oczami pełnymi żalu. Patrzę i ja, przerażona, jak nabiera z misy odrobinę mieszanki plew ryżowych i popiołu, po czym delikatnie umieszcza ją w ustach i nozdrzach synka. Przez kilka sekund noworodek rzuca się rozpaczliwie. Moje jestestwo odrzuca ten widok. To się nie stało. To nie mogło się stać.

Ci-do przechodzi do dziewczynki.

– Nie! – Mój okrzyk to zaledwie cichutki, metaliczny jęk.

– Dziewczyno! – Głos A-my chłoszcze mnie jak bicz.

– Ale on nie może...

Otwarta dłoń matki spada tak szybko i niespodziewanie, że gdy czuję ją na twarzy, prawie upadam. Kłujący ból jest dla mnie mniejszym szokiem niż samo uderzenie. Nasza kultura wyklucza bicie i kopanie dzieci.

– Jesteśmy Akhami – oznajmia A-ma szorstko. – To nasze zasady. Jeżeli masz zostać akuszerką, to musisz przestrzegać naszych obyczajów. Musisz! Ludzkie odrzuty trzeba odesłać do Wielkiego Jeziora Wrzącej Krwi. W ten sposób chronimy wioskę przed osobnikami niedorozwiniętymi, zdeformowanymi i zbyt małymi, żeby długo pożyć. To my, akuszerki, dbamy o czystość naszego ludu i trwałość jego przymierza z boginią natury. Gdybyśmy pozwoliły ludzkim odrzutom na rozmnażanie, z czasem opanowałyby całą wioskę.

Jej słowa są przeznaczone dla mnie, ale dodają też odwagi Ci-dowi. Kiedy przyklęka przy swojej córeczce, ukrywam twarz w spódnicy matki. Spoczywająca na moim ramieniu dłoń A-my zdaje się ważyć dziesięć tysięcy kilogramów. Śmierć zabiera dziewczynkę szybciej niż jej brata, ale jest dla mnie równie przerażająca. Uczono mnie, że każda żywa istota posiada duszę. Czy w takim razie bliźnięta Deh-ji były jej pozbawione? Skoro bóg darowuje każdemu członkowi ludu Akha reprezentujące go w świecie duchów drzewo, to czy dwa z nich właśnie runęły? Czy nie powinniśmy usłyszeć tego huku, nawoływania ptaków, okrzyków wystraszonych małp? Gdy matka wreszcie zabiera dłoń, czuję się tak lekka, że chyba mogłabym poszybować aż do sufitu, przez strzechę, aż ku gwiazdom.

A-ma sięga do kosza, wydobywa kawałek materiału i podaje go Ci-dowi. Ten w milczeniu rozpościera tkaninę, układa na niej noworodki i ciasno je zawija. Skąd wie, co powinien zrobić? Skąd w ogóle wiedział, czego się od niego oczekuje?

– Ci-do, zapanuj nad twarzą! – żąda matka. – Kiedy stąd wyjdziesz, musisz pokazać sąsiadom, jak zły, wściekły, jesteś na duchy, które pozwoliły, by to fatalne zdarzenie dotknęło ciebie i twoją rodzinę. Taki jest obyczaj. To ci pomoże.

Mężczyzna niedbale ociera łzy wierzchem dłoni. Potem kiwa żonie głową, wkłada pod pachę zawiniątko i wychodzi.

– Pilnuj go – rozkazuje A-ma. – Przyłóż się do tego. – Już wiem, że nadal ma mi za złe próbę powstrzymania Ci-da. – Upewnij się, że kogoś spotkał. Nie może iść sam do lasu.

Pędzę do drzwi. Na zewnątrz szaleje ulewa – wodospad niebiańskich łez. Dwaj starcy stoją w błocie pod schodami. Ci-do nie jest już tym samym załamanym człowiekiem, którego widziałam w chacie nowożeńców. Schodzi ze schodów ze ściągniętymi barkami i wypiętą piersią. Kiedy dociera do obu mężczyzn, zaczyna gwałtownie gestykulować wolną dłonią. Deszcz zagłusza jego słowa. Starcy zajmują miejsca po obu bokach Ci-da i eskortują go poza wioskę.

W pomieszczeniu panuje teraz taka cisza... Deh-ja łka cichutko, jej łzy kapią na matę porodową. Nadal cierpi. Z otworu, którym wydostały się dzieci, płynie krew. A-ma okłada to miejsce liśćmi i ziemią, ale już po chwili nasiąkają one czerwonym płynem. Matka rozgląda się wokół i wreszcie mnie dostrzega.

– Dziewczyno, biegnij do domu – nakazuje. – Przynieś mi trzeci koszyk od lewej z górnej półki w pomieszczeniu kobiecym.

Na zewnątrz potop. Rozdzielająca wioskę droga zmieniła się w błotnistą rzekę. Nie dostrzegam żadnego człowieka ani zwierzęcia.

Kiedy wkraczam do części kobiecej, bratowe odwracają się do mnie plecami i zasłaniają dzieciom oczy. Chwytam kosz, o który prosiła matka, i biegnę z powrotem do chaty nowożeńców. Deh-ja jest jeszcze bledsza, ale już nie płacze. Na podłodze obok niej piętrzy się nasiąknięta krwią ziemia zmieszana z liśćmi. Co prawda Deh-ja sprowadziła na świat ludzkie odrzuty, lecz jej śmierć byłaby kolejnym zwycięstwem złych duchów.

A-ma przeszukuje koszyk.

– Pancerz pangolina – oznajmia łagodnie.

Nie wiem, czy mówi do mnie, czy do Deh-ji. Być może – i ta myśl przeraża mnie chyba bardziej niż wszystko, co wydarzyło się do tej pory – zwraca się do duchów.

Matka pociera pancerz, jakby go ogrzewała. Potem masuje nim brzuch cierpiącej.

– Widzisz, co robię? – pyta mnie. – Weź ten pancerz. Masuj nim ciało koliście, żeby macica zaczęła się obkurczać.

Drżącą ręką przesuwam pancerz po brzuchu Deh-ji. W zetknięciu z gładkimi, twardymi łuskami jej ciało wydaje się niepokojąco gąbczaste. Krew nadal płynie, pod leżącą utworzyła się już cała kałuża. Odwracam wzrok i widzę, że A-ma otwiera jakieś pudełeczko.

– Patrz uważnie, co robię – mówi. Wyciąga pasma włosów, które związano w pętlę, żeby się nie splątały. – Należały do kobiety, w którą uderzył piorun.

Stawia między nami lampę, spala włosy w jej płomieniu i zbiera popiół do czarki z wodą. Gdy mikstura jest gotowa, podaje naczynie Deh-ji.

– Wypij wszystko – poleca. – Kiedy skończysz, krwawienie ustąpi i poczujesz się lepiej.

Krwawienie ustępuje, ale może Deh-ja nie ma już po prostu więcej krwi. Nie widzę też znaczącej poprawy samopoczucia.

Matka wydobywa z torby kawałeczek gładko wypolerowanego wapienia i wręcza go kobiecie.

– Nic nie zdoła całkowicie uśmierzyć bólu, jaki sprawi ci wzbierające mleko, którego dziecko nie wyssie na czas. Możesz jednak zmniejszyć cierpienie, jeżeli pomasujesz tym piersi. – A-ma milknie. Gdy odzywa się ponownie, jej głos brzmi tak, jakby miała do przekazania najgorszą wiadomość: – Niedługo będziesz musiała wstać.

Jestem zdezorientowana, ponieważ w naszej wiosce każda kobieta wstaje po porodzie. Widziałam, jak robiły to bratowe. Matka pomaga im urodzić. Czekają na rytuał trzech krzyków, a potem wstają i wracają do pracy. Deh-ja urodziła jednak bliźnięta, najgorsze spośród ludzkich odrzutów. To gorsze nawet od dziecka bez palca czy niewidomego, które jego ojciec też musiałby udusić. Boję się tego, co ma się wydarzyć.

– Podejrzewam, że będziesz jeszcze krwawić i odczuwać bóle. – A-ma delikatnie dotyka podbrzusza Deh-ji. Następnie wyciąga ptasie gniazdo, zawinięte do tej pory w kawałek materiału. Deh-ja śledzi jej ruchy zapadniętymi oczami. Matka odłamuje kawałeczek nie większy od koniuszka palca. – Pochodzi z gniazda dzioborożca wielkiego – wyjaśnia. – Ptak ten buduje swój dom z błota i krwi swych ofiar. Ziemia i krew pomagają w takich przypadkach. I na koniec... – Podnosi jajko, które przez cały czas leżało na macie. – Musisz zjeść to jajko zapomnienia. Ma ci pomóc zapomnieć ból porodu. Może pomoże ci też zapomnieć ból po...

Nie musi kończyć.

Siedzimy przy Deh-ji przez całą noc. W ciągu tych długich godzin rozczarowanie A-my moją postawą promieniuje z jej ciała niczym pełgający ogień. Mogłaby zapewne przymknąć oko na moje potknięcia, uznając je za naturalną część procesu zdobywania wiedzy. Celowe usiłowanie powstrzymania Ci-da przed wypełnieniem jego obowiązku może być jednak uznane za złamanie Praw Ludu Akha, które naznaczy mnie na zawsze. Nienawidzę siebie za zawód, jaki sprawiłam matce, ale jeszcze bardziej za to, że jednak nie powstrzymałam Ci-da. Samo połączenie tych dwóch myśli dowodzi, że nie jestem wzorową przedstawicielką mojego ludu.