Wyspa kobiet morzaTekst

Autor:Lisa See
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa kobiet morza
Wyspa kobiet morza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Wyspa kobiet morza
Audio
Wyspa kobiet morza
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk
39,90  31,52 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dzień pierwszy, 2008

Część 1. Przyjaźń

Chwytanie wodnego oddechu

Jak się zakochujemy?

Banieczki życia

Dzień drugi, 2008

Część 2. Miłość

Praca na obcych wodach

Gdy myśli biegną ku ślubom

Na sypialnej macie

Złoty sznur

Rąbek spódnicy

Dzień trzeci, 2008

Część 3. Strach

Widmo koszmaru

Pierścień ognia

Życiodajne powietrze

Osada wdów

Duże oczy

Dzień czwarty, 2008

Część 4. Wina

Lata tajemnic

Bezkresne, nieznane morze

Nadal dzień czwarty, 2008

Część 5. Wybaczenie

Urodzić się krową

Gość na sto lat

Dzień czwarty (ciąg dalszy), 2008

Od autorki

Podziękowania


Tytuł oryginału

THE ISLAND OF SEA WOMEN

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Anna Landowska

Korekta

Maciej Korbasiński

Zuzanna Juźwik

Copyright © 2019 by Lisa See

By arrangement with the author

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Joanna Hryniewska, 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9796-4

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dzień pierwszy, 2008

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Staruszka siedzi na plaży, na przytroczonej do pośladków poduszce. Przebiera glony, które fale wyrzuciły na brzeg. Nawykła do życia w wodzie, ale na lądzie także nie traci czujności. Jej domem jest Jeju, wyspa słynąca z Trzech Obfitości: wiatru, kamieni i kobiet. Dziś wiatr, największy z nich kapryśnik, jest tylko lekką bryzą. Na niebie nie widać nawet jednego obłoczka. Promienie słońca przenikają czepek i odzież kobiety, grzeją jej głowę, kark i plecy. To takie kojące uczucie. Jej dom przycupnął na skalistym podłożu, tuż nad morzem. Nie jest imponujący: to tylko dwie niewielkie konstrukcje wzniesione z miejscowego kamienia, ale to położenie... Dzieci i wnuki zaproponowały przekształcenie budyneczków w restaurację i bar. „Babciu, będziesz bogata! Już nigdy nie będziesz musiała pracować”. Jedna z sąsiadek uległa namowom młodszego pokolenia. Teraz dom tamtej kobiety to pensjonat i włoska restauracja. I to wszystko na plaży Young-sook. W jej wiosce. Nigdy nie pozwoli, żeby zrobili coś takiego z jej domem. „We wszystkich kieszeniach całej Korei nie ma dość pieniędzy, żeby przekonały mnie do odejścia”, powtarzała tyle razy. Jak ona mogła? Dom to gniazdo, w którym ukrywa swoje radości i smutki, śmiech i troski całego życia.

Nie pracuje na plaży sama. Inne kobiety w podobnym wieku – po osiemdziesiątce i dziewięćdziesiątce – także przekopują algi skłębione na piasku. Te, które można dobrze sprzedać, wkładają do torebeczek, resztę odrzucają. Deptakiem oddzielającym zatoczkę od drogi spacerują pary młodych ludzi, zapewne nowożeńcy. Trzymają się za ręce, przytulają się, czasami wymieniają nawet pocałunki – na oczach wszystkich, w biały dzień. Young-sook widzi rodzinę turystów, najwyraźniej z kontynentu. Wystarczy spojrzeć na męża i dzieci w identycznych koszulkach w kropki i limonkowych szortach. Żona ma taką samą koszulkę, ale poza tym jej skórę szczelnie osłaniają od słońca długie spodnie, ochraniacze na przedramionach, rękawiczki, kapelusz i maseczka. Dzieci z wioski wspinają się na skały rozsiane wśród piasku i schodzące do morza. Już po chwili bawią się w najlepsze w płytkich zagłębieniach, chichoczą, nurkują na wyścigi do najgłębiej położonych skał, konkurują w poszukiwaniu wyrzuconych przez fale szkiełek, a niektórym udaje się nawet znaleźć jeżowca. Kobieta uśmiecha się pod nosem. Jakże odmienne życie czeka te maluchy...

Young-sook przypatruje się też innym ludziom. Tym, którzy gapią się na nią przez chwilę, czasami zupełnie otwarcie, nie kryjąc swojej wścibskości, po czym przenoszą spojrzenie na inne staruszki pracujące dziś na brzegu. Która babunia wygląda najsympatyczniej? Najprzystępniej? Ci ludzie nie rozumieją, że Young-sook i jej przyjaciółki także ich oceniają. To naukowcy, dziennikarze czy dokumentaliści? Czy zapłacą? Czy wiedzą cokolwiek o haenyeo – morskich kobietach? Będą chcieli robić jej zdjęcia. Będą jej wymachiwać mikrofonem przed twarzą i zadawać te same, łatwe do przewidzenia pytania.

– Czy uważa się pani za morską babcię? Czy raczej za syrenę?

– Rząd przykleił haenyeo etykietkę bezcennej spuścizny kulturowej, wymierającego gatunku, który trzeba ocalić, choćby od zapomnienia. Jak to jest być tą ostatnią z ostatnich?

Jeżeli to uczeni, to będą chcieli porozmawiać o matrycentrycznej kulturze Jeju. Będą wyjaśniać: „To nie matriarchat, raczej społeczeństwo skupione na kobietach”. Potem zaczną sondować: „Czy naprawdę kierowała pani gospodarstwem domowym? Czy wydzielała pani pieniądze mężowi?”. Często trafiają się jej młode kobiety, które zadają stale to samo pytanie: „Lepiej urodzić się mężczyzną czy kobietą?”. Young-sook wysłuchiwała tych dyskusji przez całe życie. O co by nie pytali, zawsze odpowiada tak samo: „Byłam najlepszą haenyeo!”. Woli na tym poprzestać. Jeżeli przybysz naciska, Young-sook dodaje szorstko: „Jeśli chcecie się czegoś o mnie dowiedzieć, idźcie do Muzeum Haenyeo. Są tam moje zdjęcia. Możecie obejrzeć film o mnie!”. Jeżeli nadal nie odpuszczają... Cóż, wtedy staje się naprawdę bezpośrednia: „Zostawcie mnie w spokoju! Mam robotę!”.

Jej odpowiedzi zależą zazwyczaj od samopoczucia. Dzisiaj słońce świeci jasno, a woda lśni. Chociaż Young-sook siedzi na brzegu, aż do szpiku kości przenika ją lekkość morza. Czuje fale kojące obolałe mięśnie, przejmujący chłód niosący ulgę rozpalonym stawom. Dlatego pozwala się sfotografować, a nawet przesuwa w tył czepek, żeby jakiś młodzian mógł „lepiej widzieć jej twarz”. Przypatruje mu się, jak nieuchronnie zmierza ku najtrudniejszej kwestii. W końcu zadaje to pytanie:

– Czy pani rodzina cierpiała podczas Incydentu Trzeciego Kwietnia?

Aigo, oczywiście, że cierpiała. Oczywiście. Oczywiście. Oczywiście.

– Cierpieli wszyscy mieszkańcy wyspy Jeju – odpowiada.

I to wszystko, co ma na ten temat do powiedzenia. Na zawsze. Lepiej mu powiedzieć, że teraz jest najszczęśliwszy okres w jej życiu. Bo to prawda. Nadal pracuje, ale ma czas na odwiedziny u przyjaciółek i podróże. Może patrzeć na prawnuczki i rozmyślać: Ta jest ładna. A za to tamta jest najbystrzejsza. Albo: A ta niech lepiej znajdzie dobrego męża. Wnuczęta i prawnuczęta są jej największą radością. Dlaczego nie mogła tak myśleć, gdy była młodsza? Ale wtedy nie potrafiła sobie wyobrazić, jak potoczy się jej życie. Nie umiałaby nawet wyśnić tego dnia.

 

Młodzieniec odchodzi. Próbuje nawiązać rozmowę z inną kobietą, Kang Gu-ją, która pracuje około dziesięciu metrów na lewo od Young-sook. Gu-ja, wiecznie zrzędliwa, nawet nie podnosi na niego wzroku. Młody mężczyzna próbuje szczęścia z młodszą siostrą Gu-ji, Gu-sun, lecz ta wykrzykuje: „Odejdź!”. Young-sook prycha z aprobatą.

Napełniwszy woreczek, wstaje chwiejnie i wlecze się do stosu większych toreb. Przekłada zawartość torebeczki do jej dużego odpowiednika i kuśtykając, przenosi się na nietkniętą ludzką stopą część plaży. Mości się ponownie, układa poduszkę pod pośladkami. Jej spracowane dłonie, choć sękate i zniszczone po wielu latach na słońcu, zachowały zręczność. Szum morza... pieszczota ciepłej bryzy... świadomość, że chronią ją tysiące bogiń zamieszkujących tę wyspę... Nawet barwne wyzwiska Gu-sun nie mogą zepsuć jej humoru.

Wtedy Young-sook dostrzega kątem oka inną rodzinę. Ci ludzie nie są ubrani jednakowo i nie wyglądają tak samo. Mąż jest biały, żona to Koreanka, a dzieci – mały chłopczyk i nastolatka – są Metysami. Mimo najlepszych chęci Young-sook musi przyznać, że widok takiej mieszkanki rasowej ją deprymuje. Czuje się nieswojo, patrząc na chłopca w szortach, koszulce z wizerunkiem superbohatera i znoszonych tenisówkach oraz dziewczynę w spodenkach, które ledwie zakrywają to, co powinno pozostać ukryte, ze słuchawkami w uszach i kabelkami zwieszającymi się z jej rozkwitających piersi. Young-sook zgaduje, że to Amerykanie. Przygląda się im nieufnie, gdy podchodzą.

– Czy pani Kim Young-sook? – pyta blada, ładna kobieta. Gdy Young-sook kiwa lekko głową, kobieta mówi dalej: – Mam na imię Ji-young, ale wszyscy mówią mi Janet.

– Janet – Young-sook wymawia to słowo na próbę.

– A to jest mój mąż, Jim, i nasze dzieci, Clara i Scott. Zastanawialiśmy się, czy pamięta pani moją babkę. – Janet mówi... po jakiemu ona właściwie mówi? Nie po koreańsku, ale też nie w dialekcie Jeju. – Miała na imię Mi-ja, a na nazwisko Han...

– Nie znam nikogo takiego.

Pomiędzy brwiami kobiety pojawia się ledwie dostrzegalna zmarszczka.

– Ale czy nie mieszkałyście obie w tej wiosce?

– Ja tu mieszkam, ale nie wiem, kogo ma pani na myśli. – Young-sook mówi głośniej i ostrzej od Gu-sun, co sprawia, że obie siostry Kang spoglądają w jej stronę. Wszystko w porządku?

Mimo to Amerykanka pozostaje nieugięta.

– Pokażę pani jej zdjęcie.

Przetrząsa torebkę, wydobywa szarą kopertę i przegląda jej zawartość, aż znajduje to, czego szukała. Wyciąga rękę i pokazuje Young-sook czarno-białą fotografię dziewczyny w staromodnym białym kostiumie kąpielowym. Jej sutki przypominają oczy ośmiornicy spoglądające z bezpiecznej groty. Włosy zakryła białą chustką. Ma okrągłą twarz, szczupłe ramiona z wyraźnie zaznaczoną rzeźbą mięśniową i mocne nogi. Uśmiecha się szeroko i odważnie.

– Przepraszam – mówi Young-sook. – Nie znam jej.

– Mam więcej zdjęć – ciągnie kobieta.

Kiedy Janet znowu zerka do koperty i grzebie w fotografiach, Young-sook uśmiecha się do białego mężczyzny.

– Ty mieć telefon? – pyta po angielsku, chociaż wie, że mówi w tym języku o wiele gorzej niż żona Jima po koreańsku. Następnie wykonuje gest, jakby przykładała wyimaginowane urządzenie do ucha.

Stosowała tę taktykę już wielokrotnie, by uwolnić się od uciążliwych intruzów. Jeżeli ma do czynienia z młodą kobietą, mówi na przykład: „Zanim odpowiem na pani pytania, muszę porozmawiać z wnukiem”. Mężczyzn, bez względu na wiek, pyta: „Jest pan żonaty? Wnuczka mojej siostry to urocza dziewczyna. No i studiuje. Sprowadzę ją tu, żebyście mogli się poznać”. Zadziwiające, jak wielu ludzi nabiera się na te sztuczki. I rzeczywiście, obcokrajowiec już klepie się po kieszeniach w poszukiwaniu telefonu. Uśmiecha się. Ma olśniewająco białe, niezwykle proste zęby, jak rekin. Ale nastolatka wyjmuje swój telefon szybciej. To jeden z tych nowych iPhone’ów; w tym roku Young-sook kupowała takie same prawnukom na urodziny.

– Proszę podyktować numer – mówi Clara, nawet nie wyjmując słuchawek z uszu.

Jej głos jeszcze bardziej zbija Young-sook z tropu. Dziewczyna posługuje się dialektem Jeju. Nie idealnym, ale znośnym. Ten dźwięk wywołuje gęsią skórkę na ramionach Young-sook.

Podaje numer, a Clara stuka w ekran telefonu. Skończywszy, odpina kabelek i wyciąga telefon w stronę Young-sook, która nagle czuje się jak sparaliżowana. Pod wpływem impulsu – bo jakżeby inaczej? – dziewczyna pochyla się i przykłada telefon do ucha staruszki. Jej dotyk jest... niczym lawa. Krzyżyk na złotym łańcuszku wysuwa się spod koszulki dziewczyny i kołysze się tuż przed oczami Young-sook. Teraz zauważa, że matka, Janet, również ma na szyi krzyżyk.

Czworo cudzoziemców wpatruje się w nią wyczekująco. Myślą, że chce im pomóc. Mówi szybko do telefonu. Janet znowu marszczy brwi, próbując zrozumieć jej słowa. Young-sook jednak używa czystego dialektu Jeju, a ten ma ze standardowym koreańskim tyle wspólnego co francuski z japońskim. Tak przynajmniej słyszała. Gdy kończy rozmowę, Clara wkłada telefon do tylnej kieszeni i zmieszana patrzy, jak matka wyciąga kolejne fotografie.

– To mój ojciec w młodości – mówi Janet, podsuwając Young-sook pod oczy niewyraźne zdjęcie. – Pamięta go pani? A to inna fotografia babki. Zrobiona w dniu jej ślubu. Ktoś mi powiedział, że ta dziewczyna obok niej to pani. Czy mogłaby pani poświęcić parę minut na rozmowę z nami?

Young-sook jednak powróciła już do przebierania wodorostów. Z grzeczności zerka od czasu do czasu na zdjęcia, ale jej twarz nie wyraża żadnych uczuć.

Kilka minut później plażą nadjeżdża, podskakując na kamieniach, motocykl z doczepionym wózkiem. Gdy zatrzymuje się przy Young-sook, ta próbuje wstać. Obcokrajowiec ujmuje staruszkę pod ramię, żeby ją podtrzymać. Już od dawna nie dotykał jej żaden biały; Young-sook wyrywa się instynktownie.

– On chciał tylko pomóc – mówi Clara w tej dziecięcej odmianie dialektu Jeju.

Young-sook przygląda się obcym, którzy usiłują pomóc jej wnukowi przy ładowaniu toreb z algami na platformę. Kiedy ładunek jest zabezpieczony, gramoli się na miejsce za wnukiem i obejmuje go w pasie.

– Jedź! – Trąca mężczyznę wierzchem dłoni. Gdy opuszczają plażę i wtaczają się na drogę, Young-sook dodaje łagodniej: – Pokręć się przez chwilę. Nie chcę, żeby zobaczyli, gdzie mieszkam.

Część 1 Przyjaźń 1938

Chwytanie wodnego oddechu

kwiecień 1938

Pierwszy dzień morskiej pracy rozpoczął się dla mnie na wiele godzin przed wschodem słońca, gdy nawet wrony jeszcze spały. Ubrałam się i odnalazłam w ciemnościach drogę do naszego wychodka. Wspięłam się po drabinie do kamiennego budyneczku i zajęłam pozycję nad dziurą w podłodze. Poniżej zgromadziły się nasze świnie; słyszałam ich niecierpliwe chrząkanie. W rogu stał oparty o ścianę tęgi kij: na wypadek, gdyby któraś próbowała wskoczyć na górę w przypływie nadmiernej ekscytacji. Wczoraj byłam zmuszona zdzielić jedną całkiem mocno. Świnie musiały to zapamiętać, bo tego ranka czekały, aż odchody spadną na ziemię, żeby zacząć o nie walczyć. Wróciłam do domu, przytroczyłam zawiniątko z braciszkiem na plecach i wyszłam ponownie, aby naczerpać wody z wioskowej studni. Po trzech kursach z ceramicznymi dzbanami w obu dłoniach miałam dość wody, by zaspokoić nasze poranne potrzeby. Potem pozbierałam łajno na opał, do ogrzewania i gotowania. Także tę pracę trzeba było wykonać wcześnie, żeby nie uprzedziły mnie inne mieszkanki wioski. Wypełniwszy wszystkie obowiązki, ruszyłam z braciszkiem z powrotem do domu.

Trzy pokolenia naszej rodziny żyły wspólnie w jednym obejściu. Matka, Ojciec i dzieci w dużym domu, a Babka w domku po przeciwnej stronie podwórza. Obie kamienne budowle pokryto strzechą i dociążono kamieniami, żeby nie zerwał jej dmący na wyspie wiatr. Na duży dom składały się trzy pomieszczenia: kuchnia, główna izba i specjalna komora dla kobiet, w której spędzały noce poślubne i czas po porodzie. W głównej izbie lampy migotały i strzelały naftą. Nasze maty do spania już zwinięto i ułożono pod ścianą.

Babka nie spała; już odziana, popijała gorącą wodę. Włosy przykryła chustką. Jej kościste oblicze i dłonie miały barwę kasztanów. Dwaj najstarsi bracia, dwunastoi dziesięcioletni, siedzieli ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, stykając się kolanami. Naprzeciwko nich wiercił się, jak to siedmiolatek, Trzeci Brat. Młodsza ode mnie o sześć lat siostra pomagała Matce przy pakowaniu trzech koszy. Twarz tej ostatniej wyrażała koncentrację; rodzicielka sprawdzała po dwa razy, czy zabrała wszystko, co niezbędne. Tymczasem Młodsza Siostra starała się ze wszystkich sił pokazać, że już się przygotowuje, by zostać dobrą haenyeo.

Ojciec rozlewał do miseczek przygotowaną własnoręcznie cienką zupę z prosa. Kochałam go. Miał pociągłą twarz Babki i szczupłe, miękkie dłonie. Jego spojrzenie było głębokie i ciepłe, a pełne odcisków stopy niemal zawsze bose. Swój ulubiony kapelusz z psiej sierści wcisnął aż na uszy i założył kilka warstw ubrań, dzięki czemu mógł ukryć, że odmawia sobie strawy, żeby zostało więcej dla dzieci. Matka nigdy nie traciła ani chwili. Dołączyła do nas na podłodze i pożywiając się, podawała pierś braciszkowi. Gdy tylko zjadła zupę i skończyła karmić, przekazała dziecko Ojcu. Jak wszyscy mężowie haenyeo, miał on spędzić resztę dnia pod wioskowym drzewem na głównym placu Hado, wraz z innymi ojcami. Wspólnie będą opiekować się niemowlętami i mniejszymi dziećmi. Zadowolona, że Czwarty Brat spoczywa kontent w ramionach Ojca, Matka nakazała mi gestem pośpiech. Wstrząsnął mną niepokój. Tak bardzo chciałam się dzisiaj sprawdzić.

Gdy wyszłam na zewnątrz z Matką i Babką, niebo zaczynało dopiero różowieć. Rozjaśniło się już na tyle, że mogłam dostrzec obłoczki mojego oddechu rozwiewające się w zimnym powietrzu. Babka szła powoli, za to Matka poruszała się bardzo sprawnie. Miała silne kończyny. Zarzuciła już swój kosz na plecy, a teraz pomogła mi zamocować pasy mojego. I oto wyruszyłam do pracy, żeby pomóc wykarmić i utrzymać rodzinę; stawałam się częścią długiej tradycji haenyeo. Nagle poczułam się kobietą.

Matka podźwignęła trzeci kosz. Trzymała go przed sobą, gdy we trzy przechodziłyśmy przez otwór w kamiennym murze, który chronił nasze niewielkie gospodarstwo przed wścibskimi spojrzeniami i nielitościwym wiatrem. Kroczyłyśmy olle – jedną z tysięcy ścieżek wygrodzonych kamiennymi murkami, które przebiegają pomiędzy domami i pokrywają gęstą siecią całą wyspę. Miałyśmy się na baczności przed japońskimi żołnierzami. Korea pozostawała wówczas pod okupacją japońską już od dwudziestu ośmiu lat. Nienawidziliśmy Japończyków, i z wzajemnością. Byli okrutni. Rabowali żywność. W głębi lądu kradli trzodę. Łupili, zagarniali i zawłaszczali. Zabili rodziców Babki, która nazywa ich chokpari, kopytonożnymi. Matka zawsze powtarzała, że jeżeli kiedykolwiek napotkam w pojedynkę okupantów, czy to żołnierzy, czy cywilów, mam uciekać i ukryć się, ponieważ skrzywdzili oni wiele dziewcząt z Jeju.

Skręciłyśmy za róg i wyszłyśmy na długi prosty odcinek. W oddali moja przyjaciółka, Mi-ja, przeskakiwała z nogi na nogę, trochę z podniecenia, a trochę, by się rozgrzać. Miała idealną cerę, a światło brzasku rozświetlało jej policzki. Dorastałam w części Hado zwanej Gul-dong, a Mi-ja w Sut-dongu, dlatego zawsze spotykałyśmy się w tym miejscu. Jeszcze zanim podeszłyśmy, Mi-ja pokłoniła się głęboko, żeby okazać Matce wdzięczność i pokorę. Ta zaś skłoniła się lekko, na tyle, by pokazać, że przyjmuje okazany jej szacunek. Następnie w milczeniu przytroczyła trzeci kosz do pleców Mi-ji.

– Uczyłyście się razem pływać, dziewczęta – przemówiła Matka. – Patrzyłyście i uczyłyście się naszego fachu. Ty, Mi-jo, pracowałaś szczególnie ciężko.

Nie miałam Matce za złe, że ją wyróżniła. Moja przyjaciółka na to zasłużyła.

– Nie wiem, jak pani dziękować. – Głos Mi-ji był delikatny jak płatki kwiatów. – Była mi pani matką i nigdy nie przestanę być za to wdzięczna.

– Jesteś dla mnie jak córka – odpowiedziała Matka. – Dzisiaj zakończyły się trudy Halmang Samseung. Jako bogini nadzorująca ciąże, porody i wychowanie dzieci przez piętnaście pierwszych lat ich życia zostaje dziś uwolniona od wszelkich obowiązków. Wiele dziewcząt ma przyjaciółki, ale wasza więź jest silniejsza. Jesteście jak siostry i oczekuję, że będziecie się nawzajem otaczać opieką dzisiaj i każdego dnia, jak uczyniłoby to rodzeństwo połączone więzami krwi.

Było to na poły błogosławieństwo, na poły ostrzeżenie.

 

Mi-ja pierwsza wyraziła swoje obawy.

– Rozumiem, o co chodzi z chwytaniem wodnego oddechu, zanim zanurkuję w falach. Muszę nabrać tyle powietrza, ile tylko się da. Ale co, jeśli nie będę wiedziała, kiedy się wynurzyć? Jeżeli nie będę umiała wydać właściwego sumbisori?

Chwytanie wodnego oddechu to metoda, jaką stosują wszystkie haenyeo, żeby zatrzymać w płucach dość powietrza na całe zanurzenie. Sumbisori zaś to specjalny dźwięk, jakby gwizd czy świst delfina, jaki wydaje haenyeo, gdy wynurza się na powierzchnię. Wypuszcza wówczas powietrze z płuc, po czym bierze głęboki wdech.

– Wciąganie powietrza nie powinno stanowić problemu – oznajmiła Matka. – Wdychasz je każdego dnia swojej ziemskiej wędrówki.

– Ale co, jeżeli zabraknie mi go na głębinie? – drążyła Mi-ja.

– Wdech i wydech. Każda początkująca haenyeo się tym martwi – wypaliła Babka, zanim Matka zdążyła odpowiedzieć. Traciła do Mi-ji cierpliwość.

– Twoje ciało będzie wiedziało, co robić – odparła Matka uspokajająco. – A nawet jeśli nie, to ja będę przy tobie. Jestem odpowiedzialna za bezpieczny powrót każdej kobiety na brzeg. Nasłuchuję sumbisori wszystkich kobiet z naszej grupy. Nasze sumbisori łączą się na Jeju w pieśń powietrza i wiatru. Nasze sumbisori to dźwięk z trzewi świata. Nasz łącznik z przeszłością i przyszłością. Sumbisori pozwala nam służyć najpierw naszym rodzicom, a potem dzieciom.

Te słowa mnie pocieszyły, ale zauważyłam także, że Mi-ja wpatruje się we mnie wyczekująco. Wczoraj ustaliłyśmy, że podzielimy się z Matką naszymi troskami. Mi-ja wyjawiła swoje, lecz ja się wahałam. Śmierć w morzu miała wiele twarzy, byłam więc przerażona. Matka mogła powiedzieć, że Mi-ja jest dla niej jak córka, i kochałam ją za uczucie, jakim darzyła moją przyjaciółkę. To jednak ja byłam jej prawdziwą córką i nie chciałam, żeby miała o mnie gorsze zdanie niż o Mi-ji.

Na szczęście Matka ruszyła naprzód i nie musiałam już niczego mówić. Podążyłyśmy z Mi-ją za nią, a Babka zamykała nasz pochód. Mijałyśmy kolejne domy, wszystkie kamienne i kryte strzechą. Główny plac był niemal pusty; przechodziły przez niego tylko kobiety, przyzywane do morza jego słoną wonią i szumem fal. Tuż przed zejściem na plażę zatrzymałyśmy się, żeby zerwać po garści liści z kępy bylicy, które umieściłyśmy następnie w koszach. Skręciłyśmy jeszcze raz i stanęłyśmy na brzegu. Stąpając po ostrych skałach, dotarłyśmy do miejsca, gdzie znajdował się bulteok, czyli palenisko. Była to okrągła, pozbawiona dachu budowla, wzniesiona ze skał wulkanicznych. Zamiast drzwi miała dwie zaokrąglone ściany, zachodzące na siebie, tak żeby nie dało się zajrzeć do środka. Na płyciźnie przycupnęła podobna konstrukcja. Tam ludzie kąpali się i prali odzież. Natomiast tuż przy brzegu, gdzie woda sięgała nam zaledwie do kolan, kawałek terenu odgrodzono kamiennym murem. Przypływ przynosił tu sardele. W czasie odpływu brodziłyśmy za murem, odławiając sieciami uwięzione ryby.

Mieliśmy w Hado siedem bulteoków, po jednym dla każdej sąsiedzkiej grupy nurkowej. Nasza liczyła trzydzieści członkiń. Logika nakazywałaby umiejscowić wejście do bulteoku od strony wody, skoro haenyeo spędzają w niej całe dnie. Wejście umieszczone z tyłu dawało jednak dodatkową ochronę przed wiatrami wiejącymi stale od morza. Pośród huku fal słyszałyśmy kobiece głosy; droczyły się, śmiały i wykrzykiwały oklepane żarciki. Gdy weszłyśmy do środka, zgromadzone kobiety odwróciły ku nam głowy. Wszystkie miały na sobie spodnie i watowane kurtki.

Mi-ja odstawiła kosz i pośpieszyła do ognia.

– Nie musisz się teraz troszczyć o palenisko! – zawołała przyjaźnie Yang Do-saeng.

Miała wystające kości policzkowe i spiczaste łokcie. Jako jedyna znana mi osoba zawsze nosiła warkocze. Nieco starsza od Matki była jej partnerką do nurkowania i najlepszą przyjaciółką. Mąż Do-saeng dał jej syna i córkę, i na tym koniec. Z pewnością było to smutne. Niemniej jednak nasze rodziny były sobie bardzo bliskie, tym bardziej że mąż Do-saeng pracował w fabryce w Japonii. W tamtych czasach w Japonii mieszkała mniej więcej czwarta część populacji Jeju, ponieważ bilet na prom kosztował równowartość połowy worka ryżu. Mąż Do-saeng przebywał w Hiroszimie od tak dawna, że nawet go nie pamiętałam. Matka wspierała Do-saeng w rytuałach kultu przodków, a Do-saeng pomagała jej gotować dla rodziny w czasie naszych ceremonii.

– Nie jesteś już uczennicą. Dzisiaj będziesz z nami. Jesteś gotowa, dziewczyno?

– Tak, Ciotko – odparła Mi-ja, używając zaszczytnego tytułu. Skłoniła się i wycofała.

Pozostałe kobiety wybuchnęły śmiechem, na co Mi-ja oblała się rumieńcem.

– Przestańcie jej dokuczać – powiedziała Matka. – Obydwie mają dzisiaj dość zmartwień.

Jako szefowa grupy Matka siedziała z plecami opartymi o tę część kamiennej ściany, która dawała najlepszą ochronę przed wiatrem. Gdy się usadowiła, pozostałe kobiety zajęły miejsca w ścisłym porządku, zgodnie z hierarchią wyznaczoną przez umiejętności nurkowe każdej z nich. Najlepsze miejsca należały do babek nurkowania, takich jak Matka, które na morzu osiągnęły najwyższy status, chociaż na lądzie nie doczekały się jeszcze wnuków. Prawdziwe babki, jak moja, nazywano po prostu babkami, którym należał się szacunek. Choć ich morska praca zakończyła się dawno temu, nadal cieszyły się towarzystwem kobiet, z którymi spędziły większość życia. Babka i jej przyjaciółki lubiły teraz przebierać wyrzucone przez morze wodorosty lub nurkować blisko plaży, na płyciznach. Dzięki temu mogły spędzać dnie na wymianie żartów i na zwierzeniach ze swych trosk. Jako otoczone szacunkiem kobiety honoru zajmowały w bulteoku miejsca drugie co do ważności. Kolejne należały do nurkowych młódek, kobiet między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, które nadal doskonaliły swoje umiejętności. Mi-ja i ja siedziałyśmy z nurkowymi dziećmi: dwiema siostrami Kang, Gu-ją i Gu-sun, starszymi od nas o dwa i trzy lata, oraz córką Do-saeng, Yu-ri, która skończyła już dziewiętnaście lat. Wszystkie trzy miały kilkuletnie doświadczenie w nurkowaniu, podczas gdy ja z Mi-ją byłyśmy prawdziwymi początkującymi. Dzieliłyśmy w pięć najniższy status w grupie, co oznaczało, że przysługiwały nam miejsca tuż przy wejściu do bulteoku. Owiewał nas zimny wiatr, dlatego skwapliwie przysunęłyśmy się z Mi-ją do ognia. Rozgrzanie się przed wejściem do morza było bardzo ważne.

– Czy na tej plaży jest jakieś pożywienie? – zapytała Matka, rozpoczynając spotkanie.

– Więcej, niż byłoby ziarenek piasku na całej Jeju – odpowiedziała śpiewnie Do-saeng – gdybyśmy tylko miały obfitość piasku zamiast skał.

– Więcej, niż byłoby na dwudziestu księżycach – oświadczyła inna z pływaczek – gdyby tyle ich nam świeciło.

– Więcej, niż byłoby w pięćdziesięciu dzbanach w domu mojej babki – włączyła się pewna owdowiała przedwcześnie kobieta – gdyby tylko je posiadała.

– Dobrze – odparła Matka na rytualne prześmiechy. – Zastanówmy się zatem, gdzie będziemy dzisiaj nurkować.

W domu jej głos zawsze wydawał się taki donośny. Tutaj był tylko jednym z wielu tubalnych głosów, ponieważ z upływem czasu uszy wszystkich haenyeo niszczy ciśnienie wody. Pewnego dnia ja również miałam zacząć tak mówić.

Ocean nie należy do nikogo, ale każda grupa miała nadane prawa do nurkowania na konkretnych obszarach: tuż przy plaży, w odległości dwudziestu, trzydziestu minut od lądu lub daleko na otwartym morzu, gdzie można było dopłynąć tylko łodzią; z zatoczką, podwodnym wyniesieniem niezbyt daleko od brzegu, po północnej stronie tej czy innej wysepki i tak dalej. Przysłuchiwałyśmy się z Mi-ją, jak kobiety rozważały różne możliwości. Jako nurkowe dzieci nie zasłużyłyśmy jeszcze na prawo wypowiedzi. Nawet nurkowe młódki milczały. Matka odrzucała większość propozycji.

– Tamta okolica jest przełowiona – odpowiedziała na sugestię Do-saeng.

– Nasze morskie pola, tak jak ich lądowe odpowiedniki, żyją w rytmie pór roku – odparła innym razem. – Musimy uszanować okres tarła. Nie wolno nam podnosić z dna ślimaków morskich od lipca do września, uchowców zaś od października do grudnia. Naszym obowiązkiem jest strzec morza i gospodarować nim. Jeśli będziemy chronić nasze wodne pola, nie przestaną nas one żywić.

W końcu podjęła decyzję.

– Powiosłujemy do podwodnego kanionu, niedaleko stąd.

– Nurkowe dzieci nie są na to gotowe – stwierdziła jedna z nurkowych babek. – Nie są jeszcze wystarczające silne ani jeszcze na to nie zasłużyły.

Matka uniosła dłoń.

– Lawa spływająca z Babki Seolmundae utworzyła tam skalny kanion. Na jego zboczach znajdzie się coś na każdy poziom umiejętności. Najbardziej doświadczone spośród nas mogą zejść na dowolną głębokość, a nurkowe dzieci będą zbierać blisko powierzchni. Siostry Kang pokażą Mi-ji, co robić. Chciałabym, żeby córka Do-saeng, Yu-ri, zaopiekowała się Young-sook. Yu-ri zostanie niebawem nurkową młódką, będzie to więc dla niej dobry trening.

Po wyjaśnieniach Matki nie było dalszych obiekcji. Związki matek z kobietami z grupy nurkowej są bliższe niż z własnymi dziećmi. Tamtego dnia owa głębsza więź zaczęła się tworzyć także między Matką i mną. Patrząc na Do-saeng i Yu-ri, mogłam odgadnąć, jak za kilka lat będzie to wyglądało między nami. Ta chwila jednak uświadomiła mi również powody, dla których Matkę wybrano na szefową. Była przywódczynią, ceniono jej opinię.

– Każda z wchodzących do morza kobiet dźwiga na plecach własną trumnę – ostrzegła zgromadzone. – W tej krainie, w tym podmorskim świecie, ciągniemy za sobą trudy istnienia. Codziennie przemykamy pomiędzy życiem i śmiercią.

Te uświęcone tradycją frazy powtarzano na Jeju często. Mimo to wszystkie pokiwałyśmy posępnie głowami, jakbyśmy słyszały je po raz pierwszy.

– Gdy wstępujemy w morze, dzielimy pracę i ryzyko – dodała Matka. – Razem zbieramy, sortujemy i sprzedajemy, ponieważ morze jest wspólne w swej istocie.

Wygłosiwszy tę ostatnią zasadę – jakby ktokolwiek mógł zapomnieć o czymś tak podstawowym – Matka dwukrotnie klepnęła się w uda na znak, że spotkanie dobiegło końca i czas nam ruszać. Kiedy Babka i jej przyjaciółki wyszły gęsiego na zewnątrz, by rozpocząć pracę na brzegu, Matka nakazała Yu-ri gestem, by pomogła mi się przygotować. Znałyśmy się z Yu-ri przez całe życie, naturalnie stanowiłyśmy więc dobraną parę. Siostry Kang nie znały dobrze Mi-ji i chciałyby zapewne trzymać się od niej na dystans. Była sierotą, a jej ojciec kolaborantem: pracował w mieście Jeju dla Japończyków. Czy to się im jednak podobało, czy nie, musiały robić, co nakazała Matka.

Inne książki tego autora