Powrót Anny

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ SIÓDMY

NOAH − PO

SZÓSTY DZIEŃ PROCESU

Noah obserwował Lindę spieszącą ku ławie przysięg­łych; mimo niskiego wzrostu − mierzyła tylko sto sześćdziesiąt centymetrów − była majestatyczna. Granatowy kostium przylegał do wysportowanego ciała, z pewnością biegała, bo mięśnie jej łydek rytmicznie drgały, co Noah znał z czasów, gdy sam uprawiał biegi terenowe.

– Panie i panowie, nazywam się Linda Swain-Pettit i reprezentuję stan Pensylwania. Innymi słowy, reprezentuję obywateli tego wspaniałego stanu, czyli was. Celem mowy końcowej jest podsumowanie ważnych zeznań, których wysłuchaliście w tej sali. Udzielając wam instrukcji, sędzia powie, że na oskarżeniu spoczywa ciężar udowodnienia winy pozwanego ponad wszelką uzasadnioną wątpliwość. Jestem przekonana, że uczyniliśmy o wiele więcej, i teraz przedstawię zeznania i dowody, na których opieram to przekonanie. Wybaczcie mi na moment.

Linda podeszła do stołu z dowodami, wzięła jeden i umieściła na sztaludze. Było to zabawne selfie Anny uśmiechającej się na tle bezchmurnego nieba, powiększone do rozmiarów plakatu. Była śliczną dziewczyną, miała wielkie niebieskie oczy, wyraźnie zarysowane brwi, dość długi nos i małe usta z pełnymi wargami. Jasnobrązowe włosy spadały jej do ramion i otaczały świeżą młodą twarz w kształcie walentynkowego serduszka. Uśmiechała się w słodki sposób, od którego robiły się jej dołeczki, zwykle przypominające mu Maggie. Dzisiaj fotografia wytrącała go z równowagi. Znajdowała się prosto na linii jego wzroku, jakby go obserwowała.

– Panie i panowie, ta piękna młoda kobieta to Anna Desroches. Miała zaledwie siedemnaście lat i uczęszczała do pierwszej klasy liceum Lower Merion. To ona jest powodem, dla którego wszyscy tu dzisiaj jesteśmy, i pragnę wam przypomnieć, że mogłaby być naszą córką, siostrą, przyjaciółką, sąsiadką. Była pod każdym względem typową nastolatką.

W twarzy Noaha nie drgnął żaden mięsień. Anna nie była typową nastolatką pod żadnym względem. Nie zdołał przekonać o tym Maggie, ale to była prawda. I tylko on wiedział, jak bardzo prawdziwa.

– Jej młode życie zostało okrutnie zakończone w najbardziej ohydny sposób, jaki potraficie sobie wyobrazić. Zamordowano ją…

Noah poczuł, że cofa się w czasie, i zastanawiał się, jak mógł przegapić tyle tropów, wypierać to, co miał tuż przed nosem. Przypomniał sobie, kiedy po raz pierwszy pomyślał „to dziwne” w odniesieniu do Anny. Oboje z Maggie byli w kuchni po kolacji. Maggie wkładała naczynia do zmywarki, on zdejmował krawat.

– Noah, mam wiadomość. Nie chciałam o tym mówić przy Calebie – powiedziała Maggie, płucząc talerz. Na kolację jedli spaghetti, sos pomidorowy zabarwiał wodę w zlewie na czerwono.

– Złą czy dobrą?

– Florian nie żyje. – Maggie włożyła talerz do zmywarki. – Zginął w katastrofie lotniczej gdzieś pod Lyonem. To był jego samolot.

– Mówisz poważnie? – Noah odstawił butelkę piwa. Nikomu nie życzył śmierci, chociaż czuł gniew na Floriana za to, jak potraktował Maggie.

– Tak. Ożenił się powtórnie, jego żona miała na imię Nathalie. Urodzili mu się dwaj synowie, Michel i Paul. Pięć i trzy lata.

– I cała rodzina zginęła w tej katastrofie? To straszne. Kiedy to się stało?

– Ósmego marca. – Maggie zajęła się płukaniem następnego talerza.

– Jak się dowiedziałaś?

– Z internetu. Umówiłam się z Kathy na spacer i sprawdziłyśmy go w sieci.

– Co było powodem katastrofy?

– Uważają, że błąd pilota. – Maggie umieściła w zmywarce ostatnie naczynie. Na dnie zlewu leżały czerwonawe grudki sosu przypominające ludzką tkankę.

– Pilotował, kiedy byliście małżeństwem?

– Brał lekcje. – Maggie spłukała zlew.

– Jak długo pilotował?

– Jakie to ma znaczenie? – Maggie zmarszczyła czoło, zamykając zmywarkę. – Skąd niby mam wiedzieć? Po co te pytania?

– Masz rację. – Noah przyłapał się na tym, że gromadzi fakty, jakby rozmawiał z nowym pacjentem przed przeprowadzeniem badania krwi, skóry lub testów płatkowych. To było ryzyko zawodowe. – Mój Boże, to okropne. Można by pomyśleć, że powinniśmy o tym usłyszeć.

– Jak? – Maggie spojrzała mu prosto w oczy i Noah odniósł dziwne wrażenie, że rzuciła mu wyzwanie.

– Nie wiem. Zapomnij o tym.

Maggie złagodniała i oparła się o blat.

– Sama tak pomyślałam, ale kto miałby nam powiedzieć? Nie miałam z nim kontaktu. Florian jest po prostu jednym z tych bogatych facetów, którzy zginęli, pilotując własny samolot. Może napisano o tym w czasopismach informatycznych, ale ja przestałam je czytać.

Noah popijał piwo, przyglądając się żonie.

– Jak się czujesz? Jesteś przygnębiona?

– To straszna sprawa. – Maggie pokręciła głową. – Nikt nie zasługuje na śmierć, zwłaszcza taką. To musi być bardzo trudne dla Anny.

– Jasne. – Noah już poskładał to w całość. – Myślisz, że dlatego do ciebie zadzwoniła?

– Tak, i rozumiem ją. No wiesz, to ma sens, że po śmierci ojca zwróciła się do mnie.

– Ale nie wspomniała, że zginął?

– Nie.

– To dziwne.

Maggie zmarszczyła czoło.

– Nie wydaje mi się. Moim zdaniem to całkowicie zrozumiałe i Kathy się ze mną zgadza. Anna nie ma pojęcia, czy wiem, a prawdopodobnie nie chciała mówić o tym przez telefon. Oceniasz ją negatywnie, prawda?

Noah dłużej nie drążył, ale wtedy po raz pierwszy pomyślał, że Anna postąpiła dziwnie. Nie źle, nie okropnie, tylko dziwnie. Później były kolejne tego rodzaju epizody, każdy następny trochę gorszy od poprzedniego, i patrząc teraz z perspektywy, Noah pojął, że te wczesne incydenty przypominały historię choroby. Pierwsza styczność z alergenem może skutkować lekką wysypką, jednym bąblem, krótkotrwałymi trudnościami w oddychaniu. Przy drugiej pojawia się inny symptom, wyraźniejszy, ale lekceważony przez kogoś, kto nie rozumie jego znaczenia. Przy kolejnych ekspozycjach jest podobnie, objawy nieznacznie przybierają na sile, lecz ludzkie ciało nie zdaje sobie sprawy, że atakuje je śmiertelna choroba, aż wreszcie jest za późno.

Noahowi skręcił się żołądek. Nie postawił właściwej diagnozy i zanim się zorientował, Anna zniszczyła jego i całą rodzinę. A mimo to jemu postawiono zarzut popełnienia zabójstwa.

Powinien powiedzieć, że działał w samoobronie.

ROZDZIAŁ ÓSMY

MAGGIE − PRZED

Maggie patrzyła na swoje odbicie w hotelowym lustrze. Za chwilę miała spotkać się z dorosłą Anną. Specjalnie na tę okazję kupiła zestaw złożony z białej bluzki, granatowego swetra z dekoltem w serek i spodni z szarej wełny, w którym w każdym calu wyglądała na mamę z przedmieścia. Ciemne loki zachowywały się dość grzecznie, spływając falami na ramiona. Brązowe jak ziemia i szeroko rozstawione oczy podkreśliła kredką; na dzisiejszy wieczór wybrała kosmetyki dobrej jakości, nie z sieciowej drogerii. Miała krótki szeroki nos i dołeczki w pulchnych policzkach, bo o prawie pięć kilogramów przekraczała swoją wagę docelową, która już przestała być jej celem.

Chwyciła puchową kurtkę, wyszła z hotelu i pospiesznie ruszyła Main Street. Minęła Maine Savings Bank, na którym cyfrowy zegar wskazywał kwadrans po osiemnastej oraz trzy i dziewięć dziesiątych stopnia Celsjusza. Zachodzące słońce przebijało się przez rześkie powietrze, samochody z cywilizowaną prędkością przejeżdżały przez urocze miasteczko Congreve. Chodnik był pełen młodych ludzi i rodzin zmierzających do eleganckich butików, modnych restauracji i kawiarni albo do niezależnej księgarni.

Maggie przyspieszyła kroku. Wyciągała szyję, by sprawdzić, czy dojrzy idącą z naprzeciwka Annę. Zastanawiała się, czy ją rozpozna, choć wiedziała, że tak. Serce biło jej mocno, usta wyschły. Nagle dostrzegła dziewczynę zmierzającą w jej stronę i od razu wiedziała.

– Anna! − Maggie biegła ku córce z otwartymi ramionami.

– Mamo! − Oczy Anny zajaśniały, od uśmiechu w obu policzkach pojawiły się dołeczki. Na ten widok serce Maggie stopniało.

– Skarbie! − Kiedy znalazła się przy córce, objęła ją i mocno przytuliła, jakby nigdy nie miała jej puścić. − Cudownie cię widzieć!

– I wzajemnie. Cześć. − Anna zachichotała z zażenowaniem i Maggie odsunęła córkę, by się jej przyjrzeć. Dokładała starań, by się nie rozpłakać i nie zasmarkać.

– Popatrz tylko na siebie! Jesteś śliczna, wręcz olśniewająca!

– Ha! − Anna wzruszeniem ramion skwitowała komplement.

– Tak, jesteś urocza! − Maggie ścisnęła Annę za ramiona, mruganiem odpędzając łzy i mierząc córkę pełnym miłości spojrzeniem. Anna rzeczywiście wyrosła na piękną młodą kobietę. Miała wielkie niebieskie oczy i gęste brwi jak Florian, idealny nos, wystające kości policzkowe jak Maggie i usta wyginające się w szerokim uśmiechu. W jasnobrązowych, długich do ramion włosach słońce podkreślało rudawe pasemka.

Anna znowu zachichotała.

– Masz zamiar tylko na mnie patrzeć?

– Tak! − Maggie wybuchnęła śmiechem, czując ciepło szczęśliwego wspomnienia, które pojawiło się nie wiadomo skąd. − Pamiętam, jak szczotkowałam te włosy miękką szczotką i wsuwałam w nie różową plastikową spinkę! W kształcie króliczka!

– Aua.

– Nie trzymała mocno włosów, ale była słodka. − Maggie śmiała się z radości. Przed sobą miała Annę. Wytarła oczy rękawem kurtki. − Przepraszam, zaraz się opanuję.

– Wszystko w porządku. − Oczy Anny słodko zapłonęły. − To takie miłe.

– Dziękuję, ale cóż, nic nie poradzę. To przez te włoskie geny. − Maggie raz jeszcze wytarła oczy i wzięła się w karby. Odnosiła wrażenie, że już nigdy nie przestanie się uśmiechać. Czuła się wspaniale, znowu była kompletna i nie posiadała się z radości. Dla kontrastu Anna wyglądała na zadowoloną, choć nieco przygaszoną, ale Maggie tego się spodziewała. Dziewczyna była piękna i wysoka, miała ponad metr siedemdziesiąt, co odziedziczyła po rodzinie Floriana. Była ubrana w czarną puchową kurtkę i niosła wielką torebkę marki Coach oraz kobaltową torbę z tkaniny z inicjałem CA oznaczającym Congreve Academy.

 

– Powinnyśmy wejść do środka. Ta knajpka szybko się zapełnia. − Anna odwróciła się, otworzyła drzwi restauracji i ruszyła prosto ku wolnemu stolikowi pod oknem, Maggie podążała za nią. Stanęła przy krześle i zdjęła torebkę z ramienia.

– Wygląda super − powiedziała, rozglądając się wokół.

– Jest w porządku. − Anna pozbyła się toreb, kurtkę przewiesiła przez oparcie krzesła i usiadła.

– Jest cudownie! − Maggie zajęła miejsce naprzeciwko, wreszcie opanowana.

– Dziękuję, że przyszłaś.

– Zrobiłam to z radością. − Maggie wytarła oczy serwetką. Potrzebowała wody, ale na stole nic nie było.

– Cieszę się.

– Naprawdę to zaproszenie było oznaką wielkiej odwagi z twojej strony, emocjonalnej odwagi!

– Właściwie nie. − Anna spoważniała i zacisnęła wargi. Jej gładkie czoło pokryły zmarszczki. − Chodzi o to, że mam tak wiele pytań, rozumiesz, na temat tego, co stało się z tobą. I dlaczego to się stało. Bardzo bym chciała usłyszeć to od ciebie.

– Oczywiście. − Porzucenie luźnej pogawędki sprawiło, że Maggie znowu się spięła.

– To powód, dla którego było mi trudno rzucić ci się na szyję.

– Jasne, rozumiem.

– Mam wiele pytań.

– Oczywiście. − Maggie skinęła głową, pociągając nosem. Musi wziąć się w garść. − Chcę ci wszystko wyjaśnić.

– To dobrze.

Do stolika podszedł kelner, starszy mężczyzna z profesjonalnym uśmiechem.

– Co panie wolą, wodę zwykłą czy gazowaną?

– Może być zwykła − odparła Anna, podnosząc na niego wzrok. − I proszę o sałatkę grecką.

– Dla mnie to samo, bardzo proszę. − Maggie chciała szybko pozbyć się kelnera.

– Zaraz podam.

Spięta Maggie czekała na jego odejście.

– Cóż, chyba zacznę od początku. Byłam taka szczęśliwa, kiedy się urodziłaś, bardzo chciałam mieć córeczkę i nie potrafiłam uwierzyć, że los mi sprzyjał. Ale dość szybko rozwinęła się u mnie psychoza poporodowa. Słyszałaś o tym?

Anna zmarszczyła czoło.

– Słyszałam o depresji poporodowej. To to samo?

– Nie, psychoza występuje o wiele rzadziej, i ja też nie miałam o niej pojęcia. Zanim przejdę dalej, chcę, żebyś zrozumiała, że to nie miało związku z tobą, bo zasługiwałaś na całą miłość świata, a ja bardzo cię kochałam. − Maggie już miała dodać „i nadal cię kocham”, ale się powstrzymała. Nie wiedziała, czy zdoła wytłumaczyć młodej dziewczynie wszystkie te emocje, które ogarniają kobietę, kiedy zostaje matką, i nigdy już jej nie opuszczają, nawet gdy straci dziecko. − Wiesz, krótko mówiąc, stało się to, że pewnego dnia poczułam straszną rozpacz i myślałam, że jestem okropną matką i będzie ci lepiej beze mnie. − Maggie umilkła, gdy podszedł pomocnik kelnera, by nalać wody do dwóch szklanek. Gdy odszedł, podjęła opowieść: − Słyszałam głosy mówiące: „pozwól jej odejść, daj sobie z nią spokój”. Ten głos znowu się pojawił pewnego wieczoru, gdy stałam na tarasie na tyłach domu. Byłam z tobą sama, trzymałam cię na rękach, a ty płakałaś. Miałaś kolkę. Stałam przy balustradzie. − Maggie poczuła, że serce zaczyna jej walić na wspomnienie tamtych chwil. − Zobaczyła to sąsiadka, zawołała mnie, ale jej nie słyszałam, byłam w jakimś transie. Walczyłam z głosem, który mi mówił, żebym się ciebie pozbyła, upuściła cię. Zdrowa część mnie jednak wciąż wiedziała, że cię kocham i nie byłabym w stanie zrobić ci krzywdy, że ten głos to głos choroby. Psychicznej choroby.

Anna otworzyła szerzej oczy, ale milczała.

– Zanim się zorientowałam, sąsiadka była przy mnie. Powiedziałam: „Proszę, weź ją, beze mnie będzie jej lepiej”. − Oczy Maggie wypełniły się łzami, ale odpędziła je mruganiem. − Kazałam jej zadzwonić po policję, żeby mnie zabrali. Zdawałam sobie sprawę z tego, że potrzebna mi profesjonalna pomoc. Tamtego wieczoru z własnej woli poszłam do szpitala.

– To prawda? − Anna sceptycznie przekrzywiła głowę.

– Oczywiście.

– Gdzie wtedy był tata?

– Studiował, a w wolnym czasie pracował nad swoją aplikacją. Wtedy jeszcze jej nie sprzedał. − Maggie nie dodała, że Floriana nigdy nie było w domu. Po prostu nigdy. Jakby ona i dziecko nie istniały. Zastanawiała się, dlaczego w ogóle się z nią ożenił, potem dostała odpowiedź. Rzucił ją zaraz po obronie dyplomu. Na fotografiach wyglądał na rozradowanego.

– Możesz udowodnić, że mówisz prawdę? O psychozie poporodowej?

– Tak. − Maggie ukryła konsternację. Nie ulegało wątpliwości, że z jakiegoś powodu Anna jej nie wierzy. − Najpierw poddano mnie intensywnemu leczeniu w szpitalu, później chodziłam na terapię i brałam leki. W końcu wyzdrowiałam, choć zajęło to niemal rok.

– I dlatego mnie krzywdziłaś? Dlatego mnie biłaś?

Zszokowanej Maggie zaparło dech w piersiach.

– Co? Nie, nigdy. Nigdy cię nie skrzywdziłam.

– Nie uderzyłaś mnie? Nie biłaś? − Anna otworzyła szeroko swoje niewiarygodnie błękitne oczy.

– Nie, nigdy. − Maggie się wzdrygnęła. − Dlaczego tak mówisz?

– Tata powiedział, że mnie biłaś i dlatego straciłaś prawo do opieki nade mną. Sędzia uznał, że nie nadajesz się na matkę, bo stosujesz przemoc.

– To nieprawda! − wykrzyknęła przerażona Maggie. Przypuszczała, że Florian powiedział Annie, że zwariowała, ale to okazało się o wiele gorsze i było kompletnym łgarstwem. − Anno, tata naprawdę tak ci powiedział?

– Tak.

– Kłamał.

– Dlaczego miałby kłamać? − Anna zmrużyła oczy.

– Nie mam pojęcia. Żeby wygrać rywalizację? − Maggie znała Floriana. Zawsze musiał wygrywać. Chodziło o ego i próżność. − Wspomniał kiedyś o psychozie poporodowej?

– Nie, dzisiaj pierwszy raz o niej usłyszałam.

– Rzeczywiście uznano, że nie nadaję się na matkę, ale nie dlatego, że cię biłam. Nigdy nie zrobiłam ci krzywdy. Chorowałam, przysięgam jednak, że nigdy fizycznie cię nie skrzywdziłam ani cię nie zaniedbywałam.

– Naprawdę?

– Tak, naprawdę, mam dokumenty sądowe i kartę choroby. − Maggie spanikowała na myśl, że musi się bronić. Nie zniesie ani minuty dłużej przekonania Anny, że ją maltretowała. − Dokumenty z procesu o przyznanie opieki potwierdzają, że leczyłam się na psychozę poporodową. Nie było podejrzeń o przemoc fizyczną! Ja nie…

– Mogłabym zobaczyć te dokumenty?

– Oczywiście! Prześlę ci je mejlem, jeśli chcesz. Anno, nigdy cię nie skrzywdziłam. Kochałam cię.

– Przysięgasz? − Anna niepewnie przygryzła wargę.

– Tak, Anno, przysięgam. Kochałam cię od dnia, gdy przyszłaś na świat, i nadal cię kocham. − Maggie dotknęła jej ręki. − Bardzo, bardzo mi przykro, że nie było mnie przy tobie, że dorastałaś beze mnie, ale przysięgam, próbowałam. Mogę ci udowodnić, jak zażarcie walczyłam o ciebie w sądzie. Posłałaś mi ten list, pamiętasz? Pisałaś, że nie chcesz mnie znać.

– Tak, ale dlatego, że mnie biłaś. Tata mówił, że mnie biłaś.

– Nigdy nie podniosłam na ciebie ręki. Nigdy. Pragnęłam brać udział w twoim życiu, być twoją matką. Mamą. Daję słowo, Anno.

Nagle koło nich zmaterializował się kelner z tacą, na której przyniósł sałatki.

– Czas coś przegryźć! − oznajmił wesoło.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

NOAH − PO

SZÓSTY DZIEŃ PROCESU

Noah miał nadzieję, że świadek, którego wezwał Thomas, pomoże im, bo bardzo tego potrzebowali. Thomas powtarzał, żeby nie tracił nadziei, choć było to prawie niemożliwe. Nadal jednak trzymał głowę wysoko, patrząc, jak świadek składa przysięgę, siada i poprawia czarny mikrofon.

– Proszę podać do protokołu swoje nazwisko i adres − zaczął Thomas stojący przed miejscem dla świadków.

– Nazywam się Richard Weissberg i mieszkam przy Marlin Road numer czterysta siedemdziesiąt cztery w Haverford, stan Pensylwania.

– Panie Weissberg, zna pan doktora Aldermana?

– Nie.

Noah nigdy nie spotkał Weissberga. Był to mężczyzna średniego wzrostu i budowy, okulary w szylkretowych oprawkach nadawały jego okrągłej sympatycznej twarzy wygląd mola książkowego, ciemnobrązowe włosy miał starannie ostrzyżone. Był ubrany w ciemny garnitur z wełny i jedwabny krawat; Noah poczuł otuchę, że Weissberg prezentuje się miło i wiarygodnie na miejscu dla świadków.

– Panie Weissberg, czy w pewnym momencie uświadomił pan sobie, że doktor Alderman mieszka przy następnej przecznicy, na Howell Road numer czterysta sześćdziesiąt?

– Tak.

– Proszę nam powiedzieć, gdzie jest usytuowane pańskie mieszkanie. Niech pan wykorzysta tę mapę, dowód rzeczowy obrony numer pięćdziesiąt dwa. − Thomas wskazał powiększony plan dwóch kwartałów dzielnicy, w której mieszkał Noah. Plan zawierał jego adaptowaną na mieszkanie powozownię oraz stojący przed nią główny dom należący do właściciela.

– Tutaj, na dole ulicy. − Weissberg pokazał południowy kraniec Marlin Road. − Zajmuję parter piętrowego domu. Większość pozostałych to domy jednorodzinne.

– Jaki jest pański zawód?

– Jestem asystentem na wydziale lingwistyki na Uniwersytecie Temple.

– Przejdźmy teraz do wydarzeń interesującego nas wieczoru w środę, dziesiątego maja. O której wrócił pan z pracy?

– O dziewiątej. Pracowałem do późna.

– Co zrobił pan po powrocie?

– Wyprowadziłem psa na spacer.

– O której wyszedł pan z domu?

– Kwadrans po dziewiątej. Mniej więcej.

– Proszę powiedzieć przysięgłym, jaką trasą pan poszedł. Proszę swobodnie korzystać z planu.

Weissberg machnął dłonią w kierunku mapy.

– Na końcu mojej ulicy skręciłem w prawo w Devonette Road, potem znowu w prawo i ruszyłem w górę Howell Road.

– Szedł pan po tej stronie ulicy, przy której stoi dom doktora Aldermana, czy po przeciwnej?

– Po przeciwnej.

– Howell Road była dobrze oświetlona czy ciemna?

– Ciemna. Ta okolica generalnie jest ciemna z powodu wielu wysokich drzew i wielkich domów.

– Orientuje się pan, czy na Howell Road są latarnie uliczne?

– Nie wydaje mi się.

– Czy w tamten wieczór odbywały się jakieś przyjęcia?

– Nie. Ludzie wcześnie kładą się spać. To przedmiejska dzielnica, mieszkają tam rodziny z dziećmi. Wieczorami są w domu, oglądają telewizję i odrabiają lekcje.

– Widział pan kogoś w czasie spaceru z psem?

– Nie.

– Czy w czasie tego spaceru robił pan coś jeszcze?

– Tak, rozmawiałem przez telefon.

– Mogę się dowiedzieć, z kim pan rozmawiał?

– Z moją ówczesną dziewczyną. Zadzwoniłem do niej zaraz po wyjściu z domu z psem. Pracowała na Uniwersytecie Nowojorskim i to była rozmowa międzymiastowa.

– Czy w czasie tego spaceru coś się wydarzyło?

– Usłyszałem krzyk.

– Jak ten krzyk brzmiał?

– Był urywany, jakby ktoś krzyczał „nie” albo głośno jęczał.

Thomas przekrzywił głowę.

– To było „nie” czy jęk?

– Jęk.

– Głos należał do kobiety czy mężczyzny?

– Do kobiety.

– Dorosłej czy dziecka?

– Dorosłej.

– Skąd okrzyk dochodził?

– Z domu doktora Aldermana po drugiej stronie ulicy.

– Panie Weissberg, wie pan, która wtedy była godzina?

Weissberg skinął głową.

– Usłyszałem go o dwudziestej pierwszej dwadzieścia osiem.

– Skąd pan to wie?

– Bo wtedy spojrzałem na telefon.

– Gdzie pan był, kiedy usłyszał pan ten jęk?

– W pobliżu podjazdu doktora Aldermana, jakieś piętnaście metrów przed nim i po prawej stronie ulicy. − Weiss­berg pokazał na planie.

– Czy ze swojego miejsca widział pan dom doktora Aldermana?

– Nie, zasłaniały go drzewa.

– Czy widział pan podjazd doktora Aldermana?

– Tak.

– Zobaczył pan coś na podjeździe?

– Tak, czarnego range rovera.

– Skąd pan to wie, jeśli było ciemno?

– Widziałem go wyraźnie. To charakterystyczny samochód, a ja miałem możliwość dobrze mu się przyjrzeć z powodu tego, co stało się później.

Thomas chwilę milczał.

– Czy w tym czasie na podjeździe parkował inny samochód?

– Nie. Tylko ten jeden.

Noah wiedział, że to punkt dla niego. W protokole już zapisano, że Anna miała czarnego range rovera, a on jeździł SUV-em marki Audi.

 

– Panie Weissberg, co się stało po tym, jak usłyszał pan okrzyk?

– Mój pies wyskoczył do przodu, wyrwał mi smycz z ręki i pobiegł.

– Pobiegł w kierunku krzyku?

– Na początku tak. Przebiegł na drugą stronę ulicy, potem wrócił na moją. Krążył tak zygzakiem i w końcu pobiegł w górę Howell Road. To beagle, pies tropiący. − Weissberg pokręcił głową. − We wszystkich koszach na śmieci szuka odpadków.

– Co stało się potem?

– Zacząłem go gonić.

– Biegł pan, nadal rozmawiając przez telefon ze swoją dziewczyną?

– Na początku, później powiedziałem jej, że muszę się rozłączyć, bałem się, że pies mi ucieknie.

– Złapał go pan?

– Tak. Zajęło mi to dwadzieścia minut.

– Gdzie go pan złapał?

– Na końcu Howell Road.

Thomas znowu zrobił krótką przerwę.

– Jak to się stało, że mógł się pan dobrze przyjrzeć samochodowi na podjeździe doktora Aldermana?

– Goniąc psa, biegłem w jego kierunku.

– Co pan poczuł, kiedy usłyszał pan krzyk?

– Zaniepokoiłem się, bo instynktownie wyczułem, że dzieje się coś złego. − Weissberg zmarszczył czoło. − Nadal mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Chodzi o to, że całą moją uwagę zaprzątał pies. Nie chciałem, żeby potrącił go samochód.

– Wysoki sądzie, czy mogę podejść do świadka? − Sędzia Gardner wyraził zgodę i Thomas podszedł do stołu obrony. Wziął z niego trzy kopie dokumentu i podał sędziemu, Lindzie oraz Weissbergowi. − Panie Weissberg, wręczyłem panu wydruk komputerowy. Proszę powiedzieć, czy jest to dokładny spis rozmów telefonicznych, które przeprowadził pan tamtego wieczoru?

– Tak.

Thomas skinął głową.

– Wysoki sądzie, włączam wydruk do dowodów obrony jako dowód numer trzydzieści dwa.

Linda lekceważąco machnęła ręką.

– Nie zgłaszam sprzeciwu, wysoki sądzie.

– Dowód przyjęty − powiedział sędzia Gardner.

Thomas zwrócił się do świadka.

– Panie Weissberg, czy wydruk dowodzi, że pańska rozmowa z partnerką zaczęła się o dwudziestej pierwszej dwie i zakończyła o dwudziestej pierwszej czterdzieści siedem?

– Tak.

– Powiedział jej pan, że słyszał krzyk?

– Nie.

– Czy wie pan, jak długo rozmawiał pan z nią po usłyszeniu krzyku?

– Nie.

– Czy po złapaniu psa wrócił pan ulicą, przy której mieszka doktor Alderman?

– Tak.

– Minął pan dom doktora Aldermana?

– Tak.

– Spojrzał pan na podjazd przed jego domem?

– Tak. Pamiętałem o krzyku.

– Co za tym drugim razem zobaczył pan na podjeździe doktora Aldermana?

– Zobaczyłem drugi samochód za range roverem.

– Jaki to był samochód?

– Szare audi, SUV.

Noah odetchnął z ulgą. Zeznanie Weissberga przebiegało idealnie. Thomas dopiął swego. Audi Noaha nie parkowało na podjeździe w czasie, kiedy krzyczała kobieta, przypuszczalnie Anna.

– Nie mam więcej pytań. Dziękuję, panie Weissberg.

Thomas wrócił na swoje miejsce za stołem obrony, Linda poderwała się na nogi, wygładziła kostium i podeszła do świadka.

– Panie Weissberg, nazywam się Linda Swain-Pettit i reprezentuję stan Pensylwania. Dziękuję, że poświęcił pan nam swój czas.

– Nie ma za co − odparł Weissberg, uśmiechając się serdecznie; nie zdawał sobie sprawy, że to była formalność.

– Powiedział pan, że był pan pewien, iż krzyk doszedł z domu oskarżonego, czy tak?

– Tak.

– Ale powiedział pan też, że to był pogodny wieczór, prawda?

– Tak.

Linda zwróciła się do sędziego Gardnera.

– Wysoki sądzie, należy chyba uwzględnić jako dowód fakt, że tamtego wieczoru niebo było bezchmurne, wilgotność powietrza niska, a temperatura po dziewiątej wieczorem wynosiła dwadzieścia dwa i dwie dziesiąte stopnia Celsjusza. Zweryfikowałam te dane na stronie accuweather.com.

– W porządku, proszę kontynuować − odparł sędzia Gardner.

– Dziękuję, wysoki sądzie. − Linda znowu stanęła twarzą do świadka. − Panie Weissberg, pamięta pan, czy tamtego wieczoru któryś z mieszkańców miał otwarte okno?

– Nie, nie pamiętam.

– Zeznał pan jednak, że ludzie oglądali telewizję, prawda?

– Tak.

– Panie Weissberg, wiedział pan o tym, ponieważ widział pan migotanie ekranów?

– Tak. Widać wnętrza domów i telewizory były włączone.

– Z całą pewnością istnieje więc możliwość, że biorąc pod uwagę temperaturę tamtego wieczoru, ludzie mieli otwarte okna, zgadza się pan?

– Tak przypuszczam. − Weissberg zamrugał kilkakrotnie za okularami.

– Czy istnieje więc możliwość, że krzyk, który pan słyszał, pochodził z telewizora?

– Nie, wydaje mi się, że słyszałem go na podjeździe. − Weissberg pokręcił głową.

Noah zachowywał obojętną minę, ale miał ochotę wiwatować.

Linda zmarszczyła czoło.

– Ale w żadnym razie nie może pan mieć stuprocentowej pewności, skąd krzyk dobiegał, prawda?

– Myślę, że jestem prawie pewien.

Linda obrzuciła go spojrzeniem.

– Panie Weissberg, myśli pan, że jest prawie pewien, ale rozmawiał pan wtedy przez telefon, prawda?

– Tak.

– A skoro pański pies to beagle, w czasie spaceru ciągnie, nie mylę się?

– Owszem, ciągnie przez cały czas.

– Czy także dyszy?

– Tak.

– Panie Weissberg, powtórzmy, żeby nie było niejasności. Idzie pan na spacer z psem, on szarpie za smycz i dyszy, a pan rozmawia przez telefon z dziewczyną, czy tak?

– Tak.

– Panie Weissberg, czego dotyczyła tamta rozmowa?

Siedzący za stołem obrony Thomas poprawił się na krześle, ale nie zgłosił sprzeciwu. Noahowi ścisnęło się serce. Linda sprawiała wrażenie, jakby teraz się nad tym wszystkim zastanawiała, wiedział jednak, że miała plan przygotowany z góry.

Weissberg się zawahał.

– Dotyczyła naszego związku.

– I jak przebiegała ta rozmowa, spokojnie czy emocjonalnie?

– Emocjonalnie.

– Czy któreś z was podnosiło głos?

– Tak.

– Czy któreś z was płakało?

Weissberg znowu zamrugał.

– Ona.

Linda przekrzywiła starannie uczesaną głowę.

– Idzie więc pan wieczorem ulicą, pański pies dyszy i ciągnie, pan prowadzi przez telefon burzliwą rozmowę z dziewczyną, która płacze, a w domach włączone są telewizory, czy tak?

– Tak.

– Czy w rzeczywistości nie miał pan do tego stopnia rozproszonej uwagi, że wypuścił pan smycz z dłoni?

– Owszem.

– A jednak pomimo tych wszystkich okoliczności, szarpiącego i dyszącego psa, płaczącej dziewczyny, telewizorów grających w pokojach, w których okna mogły być otwarte, jest pan przekonany, że dokładnie o dwudziestej pierwszej dwadzieścia osiem usłyszał pan krzyk dobiegający z domu oskarżonego?

– Odczytałem czas na ekranie komórki − odrzekł Weiss­berg, przyjmując postawę obronną.

– Panie Weissberg. − Linda patrzyła na niego tak, jakby był niespełna rozumu. − Dostrzegł pan te maleńkie cyferki na górze ekranu, choć było ciemno, a pańską uwagę rozpraszało tak wiele rzeczy?

– No, ekran był oświetlony.

– I zobaczył je pan dokładnie w tej samej chwili, kiedy pański ukochany pies uciekł, pańska dziewczyna płakała, a pana uwaga była rozproszona. Czy tak brzmi pańskie zeznanie?

– Myślałem… że widziałem, ale może nie widziałem − odparł niepewnie Weissberg.

– Dopuszcza więc pan możliwość, że się pan mylił?

– Tego chyba nie mogę wykluczyć. − Weissberg z trudem przełknął ślinę.

– Nie mam więcej pytań, wysoki sądzie. − Linda odwróciła się od świadka.