Powrót Anny

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

MAGGIE − PRZED

– Noah, wspaniała wiadomość! − Maggie popędziła przez upstrzony słonecznymi plamami trawnik w stronę Noaha, który przy ogrodzeniu sadził róże. Minęła Caleba filmującego ich kocura Ralpha Demolkę przy huśtawce po drugiej stronie podwórza.

– Jakie? − Noah się odwrócił, odgarniając połyskujące srebrem na skroniach gęste włosy barwy piasku. Skończył czterdzieści trzy lata i Maggie uwielbiała ślady wieku na jego twarzy, kurze łapki w kącikach niebieskich oczu, inteligent­nych i szeroko rozstawionych. Miał prosty nos, a swoim uśmiechem hojnie obdarzał ludzi, których lepiej poznał.

– Zgadnij, co się stało! − Maggie stanęła przy nim, cała rozemocjonowana. − Zadzwoniła Anna! Zobaczę się z nią w piątek!

– Anna dzwoniła? − Noah pojaśniał. Wbił łopatę w ziemię. − To cudownie, skarbie!

– Chce się ze mną spotkać! Dostałam nową szansę!

– Super! Chodź do mnie! − Noah złapał Maggie i okręcił się z nią.

– Niesamowite, prawda? Hej! – Podskoczyła z radości, trzymając męża za ręce. − Aż brak mi słów.

– Musimy to uczcić! Co powiesz na kolację w restauracji? Zamówimy szampana.

– W Wielkanoc? − Maggie znowu się roześmiała.

– A, jasne, zapomniałem! − Noah przytulił ją do siebie, jego bluza pachniała torfowcem. − Skarbie, tak się cieszę. Zasługujesz na to, naprawdę zasługujesz.

– Miałam nadzieję, że tak się stanie, i udało się. W głowie mi się to nie mieści. Przysięgam, to cud. − Maggie wtuliła się w męża. − Zawsze liczyłam, że Anna zmieni zdanie.

– Wiem, słonko. Bardzo się cieszę. − Delikatnie kołysał ją w przód i w tył, a Maggie pozwalała tulić się w słońcu, napawając się bliskością Noaha, chłonąc jego „mężowskość”. Kochała w nim to, że zawsze nadaje na tej samej fali, co ona, zwłaszcza w ważnych sprawach. Tylko w kwestii tylnego podwórka mieli inne poglądy. Maggie zakochała się w różach Zéphirine Drouhin, Noah wolał posadzić bluszcz.

– Chcę, żeby była w moim życiu. Nie umiem znieść jej braku. Oraz przyczyny tego stanu. − Maggie ze wstydem ukryła twarz. Gorsze od bycia złą matką jest bycie kobietą nienadającą się na matkę, a ją za taką oficjalnie uznano. Ukrywała przed ludźmi, że ma córkę, bo nie chciała niczego wyjaśniać. Jej najlepsza przyjaciółka Kathy wiedziała, wspólnie przez tamten trudny okres przechodziły, ale zachowała ten fakt w tajemnicy przed innymi znajomymi i kolegami z pracy. Powiedziała Calebowi, choć sprawa była dla niego zbyt abstrakcyjna, by mógł ją zrozumieć.

– Słonko, nie bądź dla siebie zbyt surowa. − Noah wypuścił ją z objęć, patrząc na nią czule.

– To okropne. A teraz będę musiała o wszystkim jej powiedzieć.

– Nie zrobiłaś nic złego. Zachorowałaś i tyle.

– Ale ona dorastała bez matki. Muszę wziąć za to odpowiedzialność.

– Za nic nie musisz brać odpowiedzialności. − Noah ze współczuciem zmarszczył czoło.

– Ależ muszę. − Maggie mimo lat terapii czuła się winna. Po narodzinach Anny u Maggie rozwinęła się ostra forma psychozy poporodowej. Zaczęło się od bezsenności, niepokoju i dotkliwego poczucia, że nie nadaje się na matkę, później pojawiły się ataki płaczu, głosy i natrętne myśli o zrobieniu sobie krzywdy.

– Gdybyś chorowała na raka, tak byś się nie czuła. Zachorowałaś psychicznie, poddałaś się leczeniu i wyzdrowiałaś.

– Anna jest bardzo młoda. Nie zrozumie. W jej wieku na pewno bym nie zrozumiała. − Zawsze myślała, że depresja poporodowa to po prostu baby blues, o psychozie poporodowej nigdy nie słyszała. Nie uwierzyłaby, że to możliwe, gdyby sama tego nie doświadczyła, a było wiele kobiet, które nie miały tyle szczęścia, co ona, matek, które odebrały sobie życie same albo z dzieckiem w samochodzie wjechały do jeziora.

– Ty potrafisz sobie z tym poradzić, ona także. − Noah oparł przedramię na uchwycie łopaty, wysoki, szczupły mężczyzna w spłowiałym szarym T-shircie i starych dżinsach. Był w świetnej formie, bo nigdy się nie przejadał, w przeciwieństwie do Maggie.

– Mam nadzieję.

– Zrozumie. Kiedy się z nią spotkasz, po prostu powiedz jej prawdę.

– Że byłam w szpitalu dla psychicznie chorych? − Maggie nienawidziła tego określenia, potem znienawidziła siebie za nienawiść do słów. Wariat, czubek, świr, szajbus, psychol. I ona, i jej przyjaciele ciągle tak mówili, chociaż nigdy im nie powiedziała, że wszystkie te słowa odnoszą się do niej. Zaczęła się zastanawiać, czy nie nabawiła się psychozy poporodowej po wypełnieniu quizu w czasopiśmie dla rodziców. Miewam myśli o zrobieniu sobie krzywdy. Zakreśliła wszystkie dwanaście odpowiedzi. Poszła do swojego ginekologa, a on zdiagnozował ją i leczył, ale jej stan się nie poprawiał. Kryzys nastąpił pewnej strasznej nocy i Maggie wzdragała się przed opowiedzeniem tej historii Annie.

– Nie obwiniaj się. − Noah ją przytulił. − Twój były mąż wykorzystał sytuację, bo byłaś w szpitalu. Pozbawił was obie relacji, którą mogłyście nawiązać.

– Wiem. To prawda. − Maggie nadal potrzebowała słuchać, jak Noah to mówi, niczym w dodającej otuchy wymianie hasła i odzewu. Kiedy przyjęto ją do szpitala, Florian się z nią rozwiódł i uzyskał prawo do opieki nad Anną, zwrócił się też do sądu z wnioskiem, by Maggie uznano za niezdatną do roli matki. Maggie nie miała ani sił, ani pieniędzy, by z nim walczyć, to zmieniło się dopiero po roku, ale wtedy Florian sprzedał swój start-up, wzbogacił się i zabrał Annę do swoich rodziców do Lyonu, tworząc przez to jurysdykcyjny koszmar, który dla Maggie stanowił w tej batalii prawnej poważną przeszkodę. Florian zostawił córkę we Francji, a sam zaczął latać po świecie, co jednak dla sądów nie miało znaczenia − wtedy też Maggie się przekonała, że za pieniądze można kupić wszystko, nawet dzieci.

– Tato, Mag! − Caleb podszedł do nich, trzymając w ręce jaskier na wiotkiej łodydze. Za nim z wysoko podniesionym ogonem truchtał Ralph Demolka.

– Co, skarbie? − Maggie odwróciła się do niego. Caleb nazywał ją „Mag”, ponieważ dzieciom z apraksją wymawianie kilkusylabowych słów sprawia trudność tak dużą, że często trudno je zrozumieć. Chłopiec jednak miał rewelacyjne oceny, a po latach ćwiczeń jego mowa stawała się wyraźniejsza. Miał indywidualny tok nauczania i korzystał z pomocy specjalisty w szkole, a Maggie dodatkowo trzy razy w tygodniu zabierała go do logopedy, który co pewien czas przydzielał im dziesięć słów do ćwiczenia w zwykłych rozmowach. W środę Caleb na boisku zranił się w kolano, tak więc w tym tygodniu słowa związane były z nagłymi wypadkami i przypadkami. Zrobili z tego grę, coś na kształt rodzinnego Mad Libs.

– Ralph lubi jaskry. − Buzia Caleba rozjaśniła się w uśmiechu. Miał oczy barwy ciepłego brązu i uroczy nosek pokryty konstelacją piegów, które odziedziczył po swojej zmarłej mamie Karen. Był silny jak Noah, co pomagało mu radzić sobie z kolegami dokuczającymi mu z powodu apraksji. Mimo że mówił zrozumiale, to jednak z przerwami, mechanicznie, ponieważ musiał zastanowić się nad słowami, zanim je wypowiedział.

– Lubi? − Maggie się uśmiechnęła. − Skąd wiesz?

Caleb podniósł zwiędnięty jaskier.

– Dałem mu go pod brodę. Zrobiła się żółta. Mam to w telefonie.

Maggie się uśmiechnęła.

– Więc dowiedziałeś się przez przypadek?

– Dobre pytanie − włączył się Noah, mrugając znacząco. − To musiało być przez przypadek. Czy to był przypadek, Calebie?

– Tak. − Chłopiec przewrócił oczami; nie miał wątpliwości, o co im chodzi. Zastanawiał się w milczeniu i Maggie wiedziała, że przygotowuje plan motoryczny, w głowie ćwicząc dźwięki składające się na słowo „przypadek”. Dręczyło ją ogromnie, że Caleb musi codziennie walczyć o to, co innym dzieciom przychodziło naturalnie.

– Caleb, pamiętaj o języku − poradziła Maggie; chodziło o to, by przy wymawianiu głoski T chował czubek języka za górne zęby.

Caleb kiwnął głową.

– Tak, przez przy-pa-dek.

– Przypadek! Świetnie! − Maggie zmierzwiła Calebowi rudawe włosy z długą grzywką.

– Świetna robota, Caleb! − Noah uśmiechnął się do syna. − Powtórz. Czy to był przypadek?

Maggie wstrzymała oddech. Caleb miał powtarzać słowo trzykrotnie, co dla dziecka z apraksją było trudne. Jeśli nie potrafił, mieli dawać mu spokój. Logopeda nie chciał zamieniać każdej rozmowy w trening. Powinni zachęcać Caleba do mówienia, a nie sprawiać, żeby się zamykał w sobie.

– To był przy-da-pek − odparł Caleb.

Noah się uśmiechnął.

– Spróbuj jeszcze raz, kolego. Przypadek.

Caleb ściągnął wargi, znowu się zastanawiając.

– Przy-de-pak.

Noah położył mu dłoń na ramieniu.

– Na razie wystarczy, kolego.

– Zdecydowanie − dodała Maggie, chociaż widziała, że chłopiec jest rozczarowany. − Calebie, nie musisz uczyć się tego słowa. To nie jest nagły wypadek.

– Ha! − Caleb uśmiechnął się do niej chytrze, doskonale wiedząc, że to kolejne z listy słów. − Dość! To za trudne.

– Caleb, to jest nagły wypadek! − Noah złapał syna i uścisnął go. − To jest nagły wypadek! Potrzebuję uścisku!

Maggie wybuchnęła śmiechem.

– Tak, nagły uścisk!

– Tato, nie! − Caleb żartobliwie odepchnął Noaha. Ojciec i syn, śmiejąc się, zaczęli się siłować, a w końcu upadli na trawę. Ralph zdążył uskoczyć na bok.

Maggie patrzyła na nich, czując, jak wypełnia ją poczucie szczęścia; los jej sprzyjał, że miała ich obu. Caleb przewyższał wszystko, o czym mogła marzyć, i od pierwszego dnia traktowała go jak własne dziecko. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek zbliży się tak z Anną, czy może jest za późno, by nadrobić utracony czas.

Poczuła ciepło słonecznych promieni na ramionach. W końcu, po długiej pensylwańskiej zimie, nadszedł kwiecień. Wiosna to pora odrodzenia, dzisiaj świętowali Wielkanoc, więc lepiej być nie mogło. Może to nowy początek dla niej i Anny.

 

Począwszy od piątku.

ROZDZIAŁ PIĄTY

NOAH − PO

SZÓSTY DZIEŃ PROCESU

Noah przybrał maskę obojętności i poprawił się na krześle. Miał na sobie szary garnitur, który kupił dla niego Thomas. Teraz Thomas stał przed ławą przysięgłych i przygotowywał się do wygłoszenia mowy końcowej. Oskarżenie przed chwilą skończyło i Noah doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mowa Thomasa jest jego ostatnią szansą.

– Panie i panowie – zaczął Thomas; w jego głosie pobrzmiewał ślad filadelfijskiego akcentu. – Dziękuję za wasz czas i uwagę. Nie będę zatrzymywał was dłużej, niż to konieczne. Jednakże w tym procesie chodzi o życie oskarżonego i chociaż usłyszeliście jedną część historii, musicie zapoznać się również z drugą. Proszę, byście wysłuchali mnie z otwartymi umysłami, ponieważ mój klient, doktor Noah Alderman, został niesłusznie oskarżony o zabójstwo swojej pasierbicy Anny Desroches.

Noah się skulił. Sytuacja nadal wydawała mu się nierealna, choć przecież jej doświadczył. Ale pretensje mógł mieć tylko do siebie.

– Pozwólcie, że przypomnę: doktor Alderman jest wybitnym pediatrą alergologiem z przedmieść. Ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Yale i złożył przysięgę, że nigdy nikogo nie skrzywdzi. Sam wychowywał swojego jedynego syna Caleba, kiedy jego pierwsza żona zmarła na raka jajnika.

Branie na litość ławy przysięgłych rozdrażniło Noaha. Maggie tak bardzo się nacierpiała. Na myśl o tym zadrżał.

– Doktor Alderman jest człowiekiem jak wy i ja, a mówię to, bo widzieliście go na miejscu dla świadków. Niektórzy z was tylko na podstawie jego zachowania mogli pomyśleć, że nie mówi prawdy. Zapominał o pewnych faktach, był zdezorientowany, a momentami sprawiał wrażenie, że wręcz uchyla się od odpowiedzi.

Noah powstrzymał grymas. Dostrzegł, że kilkoro ławników pokiwało głowami.

– Proszę jednak, żebyście zapamiętali to, co zaraz wam powiem, kiedy udacie się na obrady i będziecie omawiać zeznania doktora Aldermana. Po pierwsze, wcale nie musiał ich składać. Konstytucja Stanów Zjednoczonych gwarantuje mu domniemanie niewinności, dopóki wina nie zostanie udowodniona, a ciężar tego dowodu zawsze spoczywa na państwie. Wiecie z telewizji i filmów, że tylko nieliczni oskarżeni stają na miejscu dla świadków, by się bronić. Doktor Alderman tak uczynił i to powinno wam coś powiedzieć o nim i jego charakterze.

Noah z trudem przełknął ślinę, obserwując przysięg­łych. Starszy Azjata w tylnym rzędzie, „facet z chorobą von Willebranda”, pokiwał głową, ale piersiasta biała kobieta w pierwszym rzędzie, „Victoria’s Secret”, skrzyżowała ręce. „Terminator”, monter instalacji wodociągowych na sterydach, spojrzał na Noaha z aprobatą, co obudziło w nim nadzieję.

– Po drugie, chciałbym, żebyście zapytali siebie, jak poradzilibyście sobie podczas pytań zadawanych przez Lindę Swain-Pettit, jedną z najbardziej doświadczonych prokuratorek w tym mieście, jeśli nie w kraju. − Thomas wskazał na Lindę. − Widzieliście ją w akcji i wiecie, że ta kobieta to pocisk termolokacyjny. Mówi szybko i myśli szybko. Od dwudziestu dwóch lat niemal codziennie staje na sali sądowej, rzecz absolutnie niezwykła, skoro wygląda na trzydzieści lat.

Ten nieoczekiwany żart sprawił, że Noah się uśmiechnął, nawet zaskoczona Linda zachichotała. Przysięgli wybuchnęli śmiechem i Noah wyczuł, że z większą przychylnością słuchają Thomasa.

– Odpowiedzcie sobie szczerze na pytanie, czy nie zrobiłaby z was głupców podczas składania zeznań. Wiem, że gdybym ja był na miejscu dla świadków, trząsłbym się ze zdenerwowania. Mógłbym nie pamiętać, co mówiłem, a czego nie mówiłem. A popatrzcie na mnie, ja nie boję się niczego − zażartował Thomas i przysięgli znowu się roześmiali. Pośród dwanaściorga członków ławy składającej się z pięciu kobiet i siedmiu mężczyzn było siedmioro Afroamerykanów. − Doktor Alderman nigdy dotąd nie był na sali sądowej. Nigdy nie zeznawał. Nie ma kartoteki policyjnej. Nigdy nie skierowano przeciwko niemu pozwu cywilnego. − Thomas zakreślił rękami łuki. − Zastanówcie się nad tym przez chwilę. Rozejrzyjcie się po tej wspaniałej, onieśmielającej sali. Mówię poważnie. Rozejrzyjcie się.

Noah go posłuchał. Sala była jedną z największych w sądzie hrabstwa Montgomery, miała ozdobne gzymsy, mahoniowe podwyższenie, miejsce dla świadków i ławy dla przysięgłych. Na gipsowych ścianach wisiały portrety pensylwańskich sędziów w złoconych rzeźbionych ramach oraz wypolerowane na błysk mosiężne zabytkowe kinkiety. Ściany miały marmurowe wykończenie, ławy także wchodziły w skład pierwotnego wyposażenia. Ustępstwa na rzecz współczesności w rodzaju świetlówek, komputerów, mikrofonów oraz projektora i ekranu kontrastowały z tym wystrojem. Równie niestosowna była tabliczka przymocowana do ściany: MIEJSCE SIEDZĄCE JEDYNIE PO OKAZANIU BILETU. Podział miejsc w sali: 60 dla publiczności, 30 dla dziennikarzy, 12 dla oskarżenia, 12 dla obrony.

– Panie i panowie, pytam was. Czyż nie byliście onieśmieleni, po raz pierwszy wchodząc do tej sali? A może czasami to uczucie nadal was ogarnia? I czy potraficie sobie wyobrazić, że stoicie na miejscu dla świadków, torpedowani pytaniami jak salwą z karabinu maszynowego, a stawką jest wasz los? Czy potraficie sobie wyobrazić, że patrzycie na galerię, na tłum siedzących tam ludzi, wśród których są dziennikarze, i patrzą na was, słuchają uważnie każdego słowa, obserwują każdy wasz ruch? − Thomas wycelował oskarżycielski palec w widownię i Noah usłyszał, jak poruszają się za jego plecami.

– Czy normalny człowiek nie denerwowałby się w równie trudnej sytuacji? To jest właśnie powód, dla którego w naszym wspaniałym kraju nie musimy wcale zeznawać. Konstytucja uosabia Amerykę i drogie nam wartości. Urodziłem się w Filadelfii, ale moi rodzice przybyli z Nigerii i zostali obywatelami amerykańskimi. Nasze wolności są światłem przewodnim dla państw na całym świecie. Chronią nas, w tym także ludzi oskarżonych o zbrodnię. Tak więc, panie i panowie, kiedy pójdziecie obradować i osądzać sposób, w jaki doktor Alderman zeznawał, zastanówcie się jeszcze raz. Postawcie się na jego miejscu. Ponieważ właśnie tego wymagają od nas jako Amerykanów nasi wielcy przodkowie oraz konstytucja.

Noah widział, jak przemowa Thomasa wpływa na przysięgłych. „Victoria’s Secret” rozplotła ręce, starsza Afroamerykanka w pierwszym rzędzie się uśmiechnęła. Thomas nazywał ją „Mamą”, bo wyglądała jak jego matka.

– I trzecia sprawa, o której chcę powiedzieć. Słyszeliście termin „uzasadniona wątpliwość”, a ja zamierzam teraz wyjaśnić, dlaczego to jest ważne. Zgodnie z naszym systemem prawnym oraz wspaniałą konstytucją na oskarżeniu spoczywa ciężar udowodnienia winy ponad wszelką uzasadnioną wątpliwość. To takie proste. − Thomas wyciągnął prosząco ręce. − Nigdy nie jest to nawet w przybliżeniu tak ważne jak w przypadku oskarżenia o zabójstwo z premedytacją, ponieważ skazanie doktora Aldermana może skutkować karą śmierci. A nie ma większej kary, panie i panowie. Nie ma też większej władzy. Ostatnią rzeczą, jaką chcielibyście zrobić, jest skazanie niewinnego. Jak głosi powiedzenie: „Lepiej uwolnić winnego, niż skazać niewinnego”.

Noah nie spuszczał wzroku z przysięgłych, którzy całą uwagę skupiali na Thomasie, i zaczynał wierzyć, że może jednak uznają go za niewinnego.

– I to właśnie leży u podstaw domniemania niewinności oraz wymogu, by oskarżenie ustaliło winę ponad wszelką uzasadnioną wątpliwość. A czym jest uzasadniona wątpliwość? Przypomnijcie sobie, że oskarżenie przedstawiło czterech świadków: funkcjonariusza policji, detektywa, kryminologa i koronera. Zauważyliście, kogo zabrakło? − Thomas uniósł brew. − Zabrakło świadka. Oskarżenie nie przedstawiło świadka tej zbrodni. Może teraz myślicie: „Thomasie, za wiele wymagasz. Jak często pojawia się naoczny świadek przestępstwa?”. Oczywiście macie rację, ale nie w tej sprawie.

Noah nie miał pojęcia, dokąd zmierza Thomas. Dostrzegł, że starszy przysięgły zajmujący miejsce w tylnej ławie marszczy czoło.

– Do morderstwa Anny Desroches doszło w nocy na podjeździe znajdującym się całkiem blisko ulicy, na posesji, do której każdy ma dostęp. To zwykły podjazd w dzielnicy mieszkaniowej. Sąsiedzi, kierowcy przejeżdżających aut, przechodnie mogli zobaczyć tę piękną dziewczynę wysiadającą z samochodu i każdy z nich mógł ją zabić. Na tym nie koniec, od obrony usłyszeliście o tropie, który policja porzuciła, nie zadała sobie trudu, by go zbadać.

Noah wyprostował się na twardym drewnianym krześle. Nadzieja wypełniła mu serce. Thomas przemawiał i miał pełną władzę nad przysięgłymi. Noah pozwolił sobie na wiarę, że może uda mu się uwolnić od tego koszmaru po tylu dniach potwornej huśtawki, po tylu świadkach.

– Moim zdaniem to oskarżenie jest winne w tej sprawie. Są winni błędu potwierdzenia. Mieli człowieka na miejscu zbrodni i przestali się rozglądać. Przedstawili argumenty wyłącznie poszlakowe, tak bardzo dziurawe, że można mówić o uzasadnionej wątpliwości. − Thomas odchrząknął. − Pozwólcie więc, że szczegółowo przedstawię braki w argumentacji oskarżenia, począwszy od pierwszego świadka…

Noah z pokerową twarzą słuchał Thomasa kontynuującego swój wywód. Czasami przysięgli spoglądali na niego, ciekawi jego reakcji, ale on zachowywał się stoicko, choć myśli pędziły szaleńczo w jego głowie. Nie miał pojęcia, jaką decyzję podejmą przysięgli, w głębi serca jednak znał prawdę.

Nie był niewinny.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

MAGGIE − PRZED

Maggie wysiadła ze swojego subaru przed parkiem Lenape Nature Preserve; jej najlepsza przyjaciółka Kathy Gallagher jeszcze nie przyjechała. Co rano maszerowały trzy kilometry, a porę wyznaczał rozkład lekcji dzieci, Caleba i szesnastoletnich bliźniaków Kathy, którzy uczyli się w liceum prowadzonym przez kościół. Park rozciągał się pomiędzy ich domami i była to łąka ze ścieżką biegnącą po obwodzie. Wykorzystywały ćwiczenie jako pretekst do spotkania i nazywały je „marsz i rozmowa”, choć bliższe prawdy byłoby określenie „rozmowa i rozmowa”.

Zaczerpnęła głęboko powietrza, wodząc wzrokiem po uroczej łące, pustej z wyjątkiem kilkorga biegaczy. Trawa była wysoka i zielona, dęby na drugim końcu okrywały gęste liście. Niebieskawo-różowe smugi znaczyły niebo, jaśniejąc w miejscu, gdzie wschodziło słońce. Maggie nie mogła się doczekać, aż powie Kathy o telefonie Anny. Wczoraj wieczorem posłała przyjaciółce esemesa z zapowiedzią, że ma niesamowitą wiadomość, ale chciała przekazać jej nowiny osobiście.

Prius Kathy wtoczył się na parking. Maggie ruszyła ku niemu, usiłując zapanować nad podnieceniem. Ka­thy wyłączyła silnik z uśmiechem, który Maggie kochała, swobodnym i szerokim. Kobiety były współlokatorkami w college’u i poczucie humoru Kathy pomagało im przetrwać ciężkie czasy: niekończące się prace pisemne, egzaminy końcowe i rozwody. Poza tym Kathy odznaczała się wrodzonym optymizmem nauczycielki, mimo iż ostatnio pracowała tylko na zastępstwach.

– Cześć, skarbie! − Kathy wysiadła i uściskała Maggie. Miały identyczny strój złożony z polarowych bluz i spodni, tyle że u Maggie była na nim sierść kota, a u Kathy psa.

– Zgadnij, co się stało? − Maggie nie potrafiła dłużej się powstrzymywać. − Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie Anna i w piątek spotkamy się na kolacji.

– Moment, co takiego? − Kathy otworzyła szeroko swoje brązowe oczy. − Mówisz o Annie? Twojej Annie? Zadzwoniła do ciebie?

– Tak! Możesz w to uwierzyć?

– Ogromnie się cieszę! Pewnie z radości skaczesz do nieba. − Kathy znowu serdecznie uściskała przyjaciółkę.

– To prawda. Chodź, o wszystkim ci opowiem. − Maggie ruszyła ścieżką po zachodniej stronie łąki, Kathy dostosowała się do jej tempa. Powietrze wypełniało ćwierkanie ptaków, cudowny naturalny podkład muzyczny opowieści, którą Maggie skończyła, kiedy skręciły na południową stronę, a promienie słońca rozlały się po niebie jak topniejące masło.

– Strasznie się cieszę, skarbie! − Kathy się uśmiechnęła, odgarniając z oczu krótkie ciemne włosy. − Anna była niemowlakiem, kiedy ostatni raz ją widziałam. Te jej wielkie i śliczne błękitne oczy!

– No nie? Poczekaj, mam zdjęcia. − Maggie wyjęła z kieszeni komórkę i idąc, przewinęła galerię. Pokazała Kathy fotografię sześciomiesięcznej Anny, którą trzymała na kolanach. Niebieskie oczy były wielkie i ogromne, bezzębny uśmiech rozjaśniał całą buzię. Miała dołeczki takie jak Maggie. Maggie także się uśmiechała, ale z przymusu, ukrywając swoją depresję.

– Jaka słodka! − Kathy pochyliła się, nie gubiąc rytmu.

Maggie patrzyła na zdjęcie, wywołujące tak wiele dobrych i złych emocji. W czasie, gdy cierpiała na psychozę poporodową, Kathy była w Connecticut i opiekowała się chorą matką. Pozostawały w kontakcie, chociaż Maggie bagatelizowała swój stan, bo nie chciała straszyć przyjaciółki, która i tak miała sporo na głowie.

 

Kathy wyświetliła następne zdjęcie Anny, wystrojonej w różową marszczoną sukienkę z bufiastymi rękawkami.

– Popatrz na to! Wygląda prześlicznie!

Maggie pamiętała ten dzień, zabrała wtedy Annę do będącej w ciąży przyjaciółki na imprezę z okazji poznania płci dziecka. Wszystkie pozostałe mamy tryskały szczęściem, Maggie natomiast czuła przygnębienie, a potem wyrzuty sumienia z tego powodu, co tylko podwajało jej pogardę do siebie.

– A tu rzeczywiście jest malutka. − Kathy przeszła do wcześniejszego zdjęcia Anny śpiącej w łóżeczku. Miała na sobie żółte śpioszki pasujące do ochraniacza w żółtą kratę na szczebelki. − Ach, pamiętam tamte ochraniacze. Już nie wolno ich używać, wiedziałaś o tym? Dziecko powinno spać w kartonowym pudle. − Kathy spojrzała na przyjaciółkę i spoważniała. − Wszystko w porządku?

– Jasne… − Maggie urwała. − Prawdę mówiąc, nie. Muszę wyjaśnić Annie całą tę sprawę z psychozą. Nie mam pojęcia, ile wie i czy w ogóle coś wie. Powiedziała, że chce zrozumieć, co się ze mną stało.

– Och, skarbie, na pewno zrozumie. − Kathy współczująco położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki. − Nie przejmuj się. Bądź szczęśliwa, bo to cudowna wiadomość. Pokaż następne zdjęcie.

– Nie mam więcej. Florian obiecał, że będzie przysyłał mi odbitki, ale tego nie zrobił.

– Palant! To absolutnie niewybaczalne. − Kathy uwielbiała okazywać nienawiść do Floriana i Maggie zwykle chętnie do niej dołączała, ale teraz powinna być ponad to.

– Nie zaczynaj.

– Dlaczego? − zdenerwowała się Kathy. − Uzyskanie opieki nad Anną było dla niego demonstracją władzy, niczym więcej. To dlatego posłał ją do szkoły z internatem, a sam uganiał się po świecie za kolejnymi dziewczynami. Byłoby zupełnie inaczej, gdybyś nadal chorowała, a on naprawdę martwił się o jej dobro, ale wtedy już wyzdrowiałaś. Czy Anna powiedziała mu, że ma zamiar do ciebie zadzwonić?

– Tak. Jego zdaniem miałam nie zgodzić się na spotkanie.

– Bezczelny typ! Jesteś jej matką, czy mu się to podoba, czy nie. − Kathy skrzywiła się gniewnie. − Ciekawe, co on teraz robi.

– Prowadzi życie bogatego człowieka, jak przypuszczam. Nie pracował po sprzedaniu aplikacji. − Maggie pamiętała, jak bardzo zmotywowany był Florian. Później zrealizował marzenie każdego informatyka, ponieważ rozbił bank, gdy dostał rewelacyjną cenę za pierwszą ofertę. Dzięki Maggie skończył studia biznesowe, bo pracowała w rektoracie Uniwersytetu Pensylwanii i własne marzenia o studiach prawniczych odłożyła na później. Nigdy jednak nie była dla niego niczym więcej niż środkiem do celu i w trakcie małżeństwa bardziej dokuczała jej samotność niż wcześniej, zwłaszcza gdy urodziło się dziecko.

– Ożenił się ponownie?

– Nie wiem.

– Nie śledzisz go w internecie?

– Już nie.

– Nie jesteś kobietą, za którą cię brałam. − Kathy się uśmiechnęła. − Ja nadal śledzę Teda. To świetna zabawa. Pamiętasz, jak złamał nogę w kostce na nartach? Śmiałam się do rozpuku. Byłam zachwycona. − Odebrała przyjaciółce telefon. − Daj mi komórkę.

– Po co?

– Poszukam jego adresu i zmusimy go, żeby przesłał ci wszystkie zdjęcia. − Kathy zalogowała się na internecie.

– Nie napiszę do niego.

– W takim razie ja to zrobię. − Kathy stukała w ekran telefonu.

Maggie odwróciła wzrok i ruszyła przed siebie. Słońce prześwitywało przez korony drzew, oblewając wszystko bursztynową poświatą. Brzęczały pszczoły, motyle trzepotały nad wysoką trawą, ptaki ćwierkały. Przeleciał szczygieł, rozłożone skrzydła odsłoniły jaskrawożółty brzuszek. Natura wprost kipiała życiem, co zawsze zdumiewało Maggie. A teraz miała spotkać się z Anną. Matka i córka razem, tak jak powinno być.

Kathy sapnęła.

– O nie. Patrz.

– Co? − Maggie odwróciła się i spojrzała na telefon, który podsunęła jej Kathy. Na ekranie zobaczyła artykuł prasowy z zeszłego miesiąca, z datą ósmy marca. Przeczytała nagłówek:

POTENTAT Z BRANŻY INFORMATYCZNEJ FLORIAN DESROCHES I JEGO RODZINA ZGINĘLI W KATASTROFIE LOTNICZEJ POD LYONEM